Blog > Komentarze do wpisu
Suka. Z pamiętnika masochistki. - recenzja

Książka ta została napisana w 2010 roku przez Polkę od lat osiadłą w Nowym Jorku. Już samo to zestawienie budzi ciekawość. Dodatkowo podsycają ją oryginalna okładka i masochizm w tytule, który jasno dookreśla tematykę tej pozycji. Czy warto zatem sięgać po taką książeczkę o BDSM?

Już lektura pierwszych stron przekonuje mnie, że pod pseudonimem Goodgirl ukrywa się osoba inteligentna i dość refleksyjna. Książka jest podzielona na rozdziały okazjonalnie przerywane opisami scen seksualnych z namiętnika. Przyszło mi do głowy, że czytelnik, który spodziewał się powieści erotycznej może sobie przeskakiwać strony tylko w poszukiwaniu stron z namiętnika. Opisy te są plastyczne, mięsiste, oddziałują na wyobraźnię. Niektórych podniecą, a innych zniesmaczą. Trudno w nich odróżnić fantazję od tego, co wydarzyło się naprawdę.

O czym jeszcze pisze tytułowa suka? Zawsze o sobie. Wprost lub pośrednio poprzez różne opowieści o ludziach, których spotkała. Goodgirl próbuje nam tłumaczyć, że skłonności masochistyczne biorą się z zaburzonych relacji rodzinnych (które u niej akurat występują na pewno) i z przekazu "biję cię, bo cię kocham". Autorka wikłała się w nieszczęśliwe małżeństwa, udała się na emigrację, a nawet poszła na psychoterapię celem uzdrowienia siebie. Czyżby jednak masochizm był zaburzeniem? Gdyby spytać o to nią samą, zapewne zaprzeczyłaby. Wydaje się być szczęśliwa w obecnym związku. Partner zaspokaja jej potrzeby, także emocjonalne. Może więc to ja się czepiam? Mój niepokój wzbudza jedynie to, że na kartach tej książki, sadomasochistyczna miłość nosi znamiona uzależnienia. Psychicznego uzależnienia od konkretnego partnera, który zna dobrze potrzeby masochistki i dlatego potrafi na niej zagrać jak wirtuoz na instrumencie. Pozbawienie seksu z kimś takim suka traktuje jak karę, organizuje ona swoje życie wokół nieregularnych sekretnych spotkań, snuje marzenia na jawie dotyczące wspólnego przekraczania kolejnych granic.

Takie bezustanne, niemal kompulsywne, poszukiwanie wciąż nowych podniet, definiowanie siebie poprzez preferencje seksualne, wszystko to niepokoi mnie bardzo. Nie mam wątpliwości co do tego, że masochizm seksualny jest jedną z ważniejszych rzeczy w życiu Goodgirl, a przecież kiedy ją czytam, nie mam wątpliwości, że ma ona także inne zasoby. Ciekawe czy opowiedziała o swojej seksualności już na pierwszej sesji terapeutycznej?

Można by powiedzieć, że w tej książce dużo jest o seksualności, bo przecież taki był zamysł, to właśnie sugerował tytuł. Tyle że sam tytuł jest na tyle wieloznaczny, że zanim nie zajrzymy do środka, jeszcze nie wiemy czy czeka nas kolejna powieść, studium przypadku spisane w pierwszej osobie, czy... coś innego. Trafia nam się coś innego. O ile pomysł z przeplataniem regularnej treści erotycznymi/ pornograficznymi się sprawdził, to już towarzysząca temu niespójność stylistyczna czy tematyczna książki jest czymś, co czytelnika na dłuższą metę drażni. Pomiędzy opisami własnych relacji rodzinnych, kształtowania się świadomości własnych potrzeb seksualnych, poszukiwań odpowiedniego partnera, znajdujemy także wtręty o seksualności w ujęciu purytańskiej kultury hasydzkiej, opis tego jak autorka przepracowała jeden dzień jako asystentka lekarza (mam wrażenie, że w tym opisie czai się jakaś wojerystyczna przyjemność), czy poglądy autorki na temat konkubinatu i polskich podwójnych standardów moralnych. Formuła taka jest nie do przyjęcia w książce, choć sprawdzałaby się na blogu. Zresztą wczoraj anonimowy internauta doniósł mi, że Goodgirl istotnie blog prowadzi. Krótkie aktualne wpisy do złudzenia przypominają pod względem swojego stylu kolejne rozdziały książki. Ponadto, wydaje się, że nie dość, iż nikt autorki nie ukierunkował, to jeszcze opuścił ją korektor. Liczne literówki sprawiają, że treść ciężko się czyta, a z biegiem czasu czytelnik nabiera przekonania, że ktoś go lekceważy i oddał mu brudnopis zamiast wersji ostatecznej.

Czy zatem za tą lekturę w ogóle warto się zabierać? Odpowiem, że paradoksalnie tak. Nie jest ona wolna od niedociągnięć, ale jednocześnie stanowi jedną z nielicznych na polskim rynku pisanych książek o takiej tematyce. W dodatku napisała ją nasza rodaczka, choć nie żyjąca w Polskich realiach. Tekst powstał jeszcze przed wielką popularnością książek o seksie na naszym rynku. Zakładam zatem, że nie z chęci dorobienia się czy zyskania popularności, a z jakiejś potrzeby serca. Przecież równie dobrze autorka mogłaby to wydać po angielsku, nikt nie musiałby wiedzieć, że nie był to jej język ojczysty. Ponadto, z treści bije jakaś taka autentyczność, dzięki której autorkę łatwiej zrozumieć, empatyzować z nią. Odnosi się wrażenie, że na pierwszy rzut oka jest to kobieta niczym nie wyróżniająca się na niekorzyść, z którą można nawiązać niezobowiązującą rozmowę na ciekawe tematy.

I na zakończenie, dla porządku, kilka słów o samych związkach sadomasochistycznych. Takich, w jakim aktualnie jest tytułowa Suka i co bardzo jej odpowiada. Autorka przestrzega przed tym, że S/M bywa opacznie rozumiane, tymczasem przejście do tego rodzaju pieszczot musi zająć czas. Wiele miesięcy czy nawet lat zajmuje zbudowanie wzajemnego zaufania, otwarcie się na swoje potrzeby, wypracowanie komunikacji w tym zakresie, pewnych zasad takich praktyk, ustalenie bezpiecznego słowa. Autorka zdaje się potwierdzać moją wcześniejszą wiedzę na ten temat, że gros mężczyzn rozumie dominację jedynie jako rzucenie krótkiego "na kolana suko" i zaspokojenie własnych potrzeb. Tymczasem, jak w typowej heteronormatywnej relacji ważne jest uwzględnianie potrzeb seksualnych obu stron, bowiem strona uległa czerpie przyjemność z jej upokarzania tylko w bardzo szczególnych warunkach. Nie dzieje się w takiej relacji nic, na co by nie wyraziła zgody. Nikt rozsądny nie da się związać partnerowi, który widzi tylko własne potrzeby i nie kontroluje się. Nikt rozsądny nie chce ryzykować w ten sposób własnego życia i zdrowia.

W świecie naukowym trwa debata nad tym, czy BDSM to zaburzenie czy nie. Według obecnych klasyfikacji mają one status parafilii, ale w kontekście spełniania normy partnerskiej nie są one patologią. Oboje partnerów zgadza się na odgrywanie w alkowie wcześniej ustalonych ról i nie chcą siebie trwale uszkodzić, zaspokajają jedynie własne potrzeby gdy uzyskanie takiego natężenia satysfakcji nie byłoby możliwe w inny sposób. Nikomu zatem nie dzieje się krzywda, a dorosłe osoby mają prawo o sobie stanowić. Może zatem nie parafilia? I dałabym im święty spokój, gdyby nie te wstawki o patologicznym dzieciństwie, czy uzależnieniu od mastera. Bo czy zdrowa relacja/ seks tworzą się na bazie patologii z przeszłości? Jest raczej tak, że w toku wczesnych doświadczeń tworzy się rodzaj mapy miłości i według jej wskazań dobieramy sobie partnera posiadającego jak największą ilość cech dla nas pożądanych. Koncepcja mapy miłości zakłada elastyczność poszukiwania, a taka elastyczność w ogóle jest charakterystyczna dla zdrowej osobowości. Zdrowa miłość nie polega także na uzależnieniu od siebie. Uzależnienie kojarzy nam się źle, wyklucza wolność wyboru, a w takiej relacji z pewnością jest ono możliwe. Czemu miałoby nie być, skoro coraz szerzej pisze się o uzależnieniach od czynności. Wspólną cechą ich wszystkich jest ograniczenie wolności i przemożne cierpienie. Nie jestem zatem przekonana, że mieści się to w normie.

środa, 13 marca 2013, wildfemale

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: