Blog > Komentarze do wpisu
Kultura łagodzi obyczaje

Czuję się znacznie lepiej. Rozwiązał się jeden z moich problemów, który trwał od października ubiegłego roku. Kupiłam nową kurtkę o doskonałych parametrach technicznych. Nie była w stanie złamać mojego ducha nawet sprzeczka z bezmyślnym człowiekiem, który chciał mnie do czegoś zmusić i mu się nie udało. Najwyraźniej nie jestem taka głupia za jaką mnie ludzie biorą. Zdecydowałam się przejść pieszo kawałem miasta, żeby obejrzeć pewną ekspozycję czasową w muzeum. I to był bardzo dobry pomysł.

Oglądanie interesującej ekspozycji znakomicie utrudnia siedzenie i gryzienie się jakimiś zmartwieniami. Ponadto, podczas oglądania stałych ekspozycji dotyczących między innymi sztuki sakralnej doznałam czegoś w rodzaju objawienia. Nie jestem osobą religijną, nie chodzę do kościoła, nie modlę się, kilka lat temu na dobre zdjęłam krzyżyk z szyi bo czułam się jak hipokrytka. Co ciekawe, przeżegnuję się mijając kościół czy krzyż i gest ten mnie uspokaja. Oglądając te wszystkie kielich starsze niż ja, ornaty, chusteczki do trzymania pastorału, które już nie pamiętam jak się nazywają, a przede wszystkim realistycznie przedstawione figury Chrystusa z raną wyrytą głęboko w boku i zbryzganego krwią poczułam jakąś przemianę. Tysiące par oczu prześlizgiwały się po tych ołtarzach, tysiące gardeł zanosiły ciche modlitwy o interwencję w sprawach beznadziejnych. Wiele godzin spędził artysta rzeźbiąc czy malując sztukę sakralną niby na chwałę Pana, ale także hubrystycznie, z chęci zaistnienia, pozostawienia czegoś po sobie. Twórca, ci wierni, dawno już nie żyją, a kawały drewna, płaty farby olejnej trafiły za szyby, barierki owiewane sprzętem do nagrzewania, nawilżania. Pomyślałam sobie, że tworzenie takich dzieł ma w istocie wymiar duchowy, medytacyjny. Nie bez powodu egzemplarze te zrobiły na mnie większe wrażenie niż kolekcja ceramiki w pobliskiej sali, choćby nawet ta ceramika trafiła na stoły bogatych mieszczan z samych Chin.

Zatęskniłam za tą duchowością w swoim życiu. Wiem, że nie znajdę jej w kościele, ale w ogóle mało mam czasu dla siebie. Nie z powodu pracy, a raczej obranych strategii. Wolę siedzieć przed komputerem, proponować kolejny wykład, jechać na kolejne szkolenie (bo przecież ludzie mają mnie za głupią). Zupełnie jakbym robiła wszystko żeby nie czuć. Martwię się tym co będzie, albo co powinnam, często codziennie tym samym żeby potem i tak nic w tym kierunku nie zrobić. Ostatnio jest z tym lepiej, wykonałam cięgiem kilka telefonów i napisałam kilka mailli, które wiele wyjaśniły. Bez większych nadziei, ale czekam na wyniki rekrutacji do nowego miejsca pracy. Coś robię, coś zmieniam, ale bez histerycznego pędu że już, że musi, że mnie się należy.

Z wiekiem przychodzi swoista mądrość i cierpliwość, a nawet troszkę asertywności. Może bym uplotła jakąś koronę cierniową w ramach medytacji?

czwartek, 26 stycznia 2017, wildfemale

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: