Blog > Komentarze do wpisu
Flow niejedno ma imię, czyli dlaczego nie zrobiłam doktoratu

Ponieważ temat ten co jakiś czas przewija się w moim życiu i jeden z takich czasów nastąpił właśnie teraz, postanowiłam napisać o tym więcej. Co jakiś czas bowiem stykam się z sugestiami, że powinnam zrobić doktorat, względnie zdziwieniem, że takowego nie posiadam, a w jednym przypadku nawet z propozycją pisania doktoratu u kogoś. Tymczasem ja od ogromnych aspiracji w tym zakresie i kompleksu, że doktoratu nie posiadam, że nikt nie chce zostać promotorem, że skoro nie mam doktoratu to jestem gorszym człowiekiem… przeszłam płynnie do totalnego braku krępacji, że nie jestem doktorem.

Niektórzy sądzą, że robienie doktoratu to (prawie?) zawsze nadmierna kompensacja własnych deficytów, ale ja się z tym nie zgadzam. Jak każde uproszczenie czy stereotyp jest ono zwyczajnie szkodliwe, różne są bowiem motywacje do pisania doktoratów. Tak jak i różne są doktoraty, naprawdę innowacyjne, samodzielnie napisane, z polotem, oraz wtórne, płaskie, miałkie, wzorowane na tysiącach innych tak, że nic ich nie różni od plagiatu. Każdy ma taki doktorat na jaki sobie zasłużył. Osobiście nie uważam, że posiadanie doktoratu jest symptomem hiperkompensacji, czyli nadmiernej, histerycznej próby zatuszowania własnych (czasem wyimaginowanych) deficytów.

Co ciekawsze, w ramach własnych aspiracji udało mi się skończyć całe studia doktoranckie z różnymi nagrodami, realnymi osiągnięciami, otworzyć przewód doktorski, wypracować dorobek, przeprowadzić badania i zebrać wyniki i… nie napisać ani słowa. Realnie ani słowa. Nie powstał ani jeden dokument tekstowy na ten temat zawierający choćby jeden znak. Przez ten czas, a jakże, realizowałam różne cele oraz zajmowałam się zarabianiem tak, by być w stanie za to przeżyć, kupowaniem papieru toaletowego, nauką obsługi pralki, no długo by wymieniać. W toku tych różnych starań okazało się, że doktorat wcale nie jest mi potrzebny. Nie tylko przestałam być zazdrosna, że inni go posiadają, ale także prowadząc psychoterapię stałam się „matką chrzestną” kilku prac magisterskich i doktoratu. Z przyjemnością też pomogę w takiej roli w habilitacji, mimo że takiego doświadczenia jeszcze nie mam.

Następnie bardzo szybko okazało się, że nie potrzebuję doktoratu do tych rzeczy, do których myślałam że będę go potrzebowała. I choć nie wykluczam robienia doktoratu w przyszłości, to z pewnością nie mam wśród celów życiowych zostania profesorem. W zasadzie w ogóle nie zamierzam robić kariery akademickiej. Jestem za to zainteresowana czynnym udziałem w konferencjach, prowadzeniem szkoleń i dzieleniem się wiedzą praktyczną, okazjonalnym recenzowaniem, tłumaczeniami naukowymi i bardzo rzadko osobistym napisaniem jakiegoś artykułu w recenzowanym czasopiśmie. Okazuje się, że to wszystko jest możliwe bez doktoratu i jak najbardziej się w moim życiu zdarza. Zaś w czasie wolnym od tych wyjątkowych wydarzeń mogę się zająć zarabianiem godnie i rozwijaniem własnych doświadczeń praktycznych.

Robiąc to wszystko jestem szczęśliwa. Potrafię o tym opowiadać z taką pasją, że wiadomo, że jest to prawdą. Aktywności te służą temu, co Maslow umieścił na szczycie piramidy potrzeb, czyli samorealizacji. Według innej teorii Csikszentmichalyi nazywa takie doświadczenie stanem flow, czyli przepływu. Człowiek jest wówczas „tu i teraz” (nawiasem mówiąc bardzo to koresponduje z nurtem mindfulness Kabat-Zinna, ale nie mnóżmy terminów, udawajcie że tego nawiasu tu nie ma). W stanie flow dochodzi do synchronizacji fal mózgowych i ogólnego błogostanu. Jednak teorią, czy nawet spójnym paradygmatem, który fascynuje mnie najbardziej, a również opisuje ten stan jest terapia schematów.

Terapia schematów jest teorią bardzo obszerną, o której napisano niejeden opasły podręcznik, toteż nie przedstawię nawet jej podstaw w tak zdawkowym wpisie. Owe schematy oznaczają  w uproszczeniu zestawy przekonań na temat siebie, świata i innych ludzi. Terapia schematów posługuje się również terminologią trybów, które mogą niektórych czytelnikom kojarzyć się z analizą transakcyjną, odnajdujemy tu bowiem tryby dziecięce, rodzicielskie i zdrowego dorosłego. W całej tej czeredzie tylko dwa z nich są adaptacyjne: Zdrowy Dorosły i Szczęśliwe Dziecko. Pewnie dlatego, że są tak cholernie adaptacyjne, a cała terapia skupia się na dezadaptacyjnych, jest bardzo trudno odnaleźć ich definicję w podręcznikach. Moja definicja jest taka, że Zdrowy Dorosły jest wyważony, odpowiedzialny, świadomy że my ale i inni są OK, podejmuje dobre decyzje. Szczęśliwe Dziecko odpowiada za kontakt z emocjami, doświadczanie radości, świadomość źródeł różnych stanów emocjonalnych oraz poczucia, że są one uprawomocnione. Pamiętajcie, że to tylko moje definicje, a nie oficjalne! Ważne jest, że w zdrowej osobowości spotykają się i Zdrowy Dorosły (o czym pamiętamy zawsze) i Szczęśliwe Dziecko (o czym pamiętamy rzadziej).  I te właśnie dwa tryby spotykają się we mnie kiedy doświadczam (dokonuję?) samorealizacji, mam moje osobiste flow. Generalnie jest to bardzo przyjemne doświadczenie.

Zaskakująca jest konwergencja różnych teorii, autorstwa różnych ludzi, które powstały w nieco innym czasie lub kontekście. Za pomocą różnego języka opisują dokładnie ten sam fenomen. I, nawiązując do terapii schematów, choć napisanie doktoratu uniemożliwił mi schemat Niepełnowartościowość/ Wstyd, to wpis ten postanowiłam poświęcić dobrym rzeczom, które z tego nie-napisania wynikły. O hiperkompensacji napiszę innym razem.



poniedziałek, 30 kwietnia 2018, wildfemale

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: K, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2018/05/12 11:24:25
coś za bardzo filozofujesz, lepiej się Ciebie czyta, jak narzekasz, ale że skoro narzekanie wiąże się z wpadkami, to - życząc Tobie tego - im mniej wpadek tym mniej narzekań, tym... (o zgrozo) gorszy blog, ups... sorry, tego nie życzę ;)
-
2018/05/12 19:12:39
@K:Wpis ewidentnie nie cieszy się popularnością, więc pewnie Twoja informacja zwrotna o tym, że jest słaby jest trafiony.
Jest to jednak zaskakujące, bo gdy w życiu realnym narzekam, to ludzie nie chcą tego słuchać. Dla odmiany zatem na tutejszych łamach postanowiłam przyznać się do własnych deficytów i jeszcze solidnie osadzić to w teorii. Okazało się, że to się jakoś nie przyjęło.
Może na coaching ponarzekam?