Blog > Komentarze do wpisu
Autodestrukcja

Chlastanie się, cięcie, drapanie, strugi krwi spływające po nadgarstkach... tego wszystkiego nie znajdziecie w tym wpisie. Tego wszystkiego nie było w moim życiu i przez długi czas nie potrafiłam zrozumieć jak ludzie mogą podejmować tego rodzaju zachowania. Autodestrukcja czyli agresja skierowana przeciw sobie, zazwyczaj omawiana w bliskim sąsiedztwie prób samobójczych i samobójstw dokonanych, choć pełni zupełnie inną funkcję.

Mimo że na żadnym etapie życia nie dokonywałam na sobie fizycznych okaleczeń, to ostatnie dni skonfrontowały mnie z faktem, że także przejawiam zachowania autodestrukcyjne i ta refleksja mną wstrząsnęła. Siadałam do tego wpisu kilkakrotnie, ale z perspektywy czasu cieszę się, że powstał on dopiero teraz, bo ostatnie dni przyniosły mi prawdziwe objawienie.

Gdybym napisała ten tekst kilka dni temu, byłby on przepełniony złością, goryczą, bezsensownymi ruminacjami nie dążącymi do jakiejkolwiek sensownej konkluzji, a co za tym idzie we wpisie brakowałoby puenty. Po upływie tego stosunkowo krótkiego czasu moja intencja z katarktycznej zmieniła się na dydaktyczną.

Kilka dni temu niesamowicie zadrażniłam się w relacji z ważną dla mnie osobą. Kipiałam z wściekłości, którą też bałam się wyrazić, więc popadłam w przygnębienie, samooskarżenia, wewnętrzny dialog, w którym dobitnie pobrzmiewało, że coś jest ze mną nie tak, że nie stworzę relacji, że inni są lepsi ode mnie, że to niesprawiedliwe że zostałam tak potraktowana, że pójdę i wytłumaczę i pokonam w dyskusji raz na zawsze... Jednocześnie karałam siebie, bo nie miałam z niczego przyjemności, wycofałam się, miałam gorszą jakość snu, poszłam na siłownię kupić karnet z torbą rzeczy potrzebnych do ćwiczeń, a wyszłam nie kupiwszy go i nie wyćwiczona. Subtelna autodestrukcja wyraziła się wewnętrznym monologiem Karzącego Rodzica z terapii schematów. On gadał i gadał, a ja czułam jak mimowolnie kiwam głową, spuszczam nos na kwintę i nie potrafię mu się przeciwstawić, choć już powinnam być duża, zdrowa i wiedzieć, że on nie ma racji. Klasyczny przykład na to, jak zrozumienie na poziomie intelektualnym, że dany proces psychologiczny właśnie zachodzi zupełnie nie ma wpływu na zdolność do jego powstrzymania.

Miałam jedynie na tyle rozsądku w głowie, żeby sobie z tym procesem pobyć, wytrzymać, nie roztrwonić i nie przegadać tego napięcia jedynie się bezsensownie nakręcając i po prostu zobaczyć co będzie. Chociaż nie umiałam podjąć skutecznej strategii zmiany tego procesu, a co za tym idzie także poprawy własnego samopoczucia, to przynajmniej go aktywnie nie pogarszałam, aczkolwiek było to bardzo pociągające.

Minęło kilka dni i jakaś zapadka w moim mózgu odskoczyła. Bez tabelek myśli automatycznych, restrukturyzacji poznawczej czy leków działających na neuroprzekaźniki (a po raz pierwszy na poważnie rozważałam ich przyjmowanie, bo tak bardzo nie wiedziałam co się ze mną dzieje) odzyskałam jasność myślenia. Okazało się, że cykl mi się rozregulował (pamiętajcie, żeby zapytać mnie czy już byłam w tej sprawie u lekarza) i trafił mi się wyjątkowo parszywy PMS. Zazwyczaj ryzyko tego okropnego stanu wyliczam w pamięci i uważam na to, żeby nie podejmować w tym czasie żadnych życiowych decyzji oraz być czujną na to, czy nie zadrażniam się o jakąś arcyważną pierdołę tak jakby to były pryncypia. Strategia ta zazwyczaj działa, tym razem nie wiedziałam co się ze mną dzieje, bo straciłam rachubę. Wyjaśnienie przyszło kiedy w pracy okazało się, że potrzebuję przerwy na pójście do drogerii po artykuły z półki definitywnie dla kobiet;)

Dopiero wtedy się wypogodziłam. Do tego stopnia, że w zasadzie zupełnie nie jestem sobie w stanie przypomnieć tego druzgocącego dialogu wewnętrznego, a już z całą pewnością straciłam zdolność identyfikowania tych oznak werbalnych zniewag u drugiej strony, które jeszcze kilkadziesiąt godzin wcześniej były dla mnie oczywiste. Po prostu rozwinęłam zaburzenie psychiczne z kategorii organicznych, co było dla mnie najcudowniejszą wiadomością na świecie. Wiem, że to zupełnie nie brzmi jak najcudowniejsza wiadomość na świecie. Wraz z tym wglądem spłynął na mnie niebiański spokój. Zrozumiałam nawet dlaczego pakując się na wyjazd zapomniałam telefonu i kalendarza. Najważniejsze było to, że nie mam guza mózgu, nie oszalałam, a przyczyna moich dolegliwości jest odwracalna.

Założyłam karnet na siłownię i zaczęłam na nią chodzić. Z przyjemnością zbieram pieczątki w programie lojalnościowym, chociaż to metoda motywacji rodem kolorowych znaczków za zachowanie danego dnia, które przyznawano u mnie w przedszkolu. Wtedy słabo to na mnie działało, teraz idealnie wpasowuję się w kontyngencje. Dojście do tego, co inni wiedzieli jako czterolatki zajęło mi kilkadziesiąt lat, ale nie róbmy z tego zagadnienia. Przestałam odczuwać palący impuls rzucenia wszystkiego w cholerę i zamieszkania w szałasie (zostanie kierownikiem marketu i wybitnym programistą także się przewijało w opcjach do wyboru), a nawet płynnie przeszłam w drugi kraniec ze spokojem znosząc znoje swojej dotychczasowej profesji, a nawet odczuwając dawno wcześniej nie doświadczaną empatię w stosunku do problemów innych.

Kiedy podeszłam do wszystkiego z bardziej otwartą głową, okazało się także, że wcale nie jestem taka beznadziejna, z pewnością nie jest tak, że wszyscy mnie nienawidzą i nikt nie chce ze mną gadać, bo miałam w tym tygodniu inne doświadczenia. Nawet sugerowano mi przeprowadzkę do Warszawy, a koleżanka zaproponowała wspólne wyjście do spa. Wtedy odkryłam, że to jednak za dużo bodźców na raz i że jednak jestem samotnikiem. Trudno mi dogodzić ;)

Zmykam pisać uprzejme pismo o podwyżkę. Co wy zrobicie po przeczytaniu tego wpisu?

środa, 12 września 2018, wildfemale

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: