Blog > Komentarze do wpisu
Metryka supermenki

Mam wyjątkowo dobry humor, więc postanowiłam się tym podzielić. Wciąż nie przestaje mnie zaskakiwać jak bardzo odbiór danej sytuacji zależy od aktualnego nastroju. Mnie w dobry nastrój wprawiły poranne ćwiczenia i... przydzielenie ładnego pokoju hotelowego.

Czuję się doprawdy wyróżniona, gdyż przydzielono mi jeden z dwóch odnowionych, eksperymentalnych pokoi. Dyrekcja hotelu chce wiedzieć jak mi się podoba. Wciąż nie mogę się przyzwyczaić, standard jest z pewnością wyższy niż wcześniej, wiele rzeczy mi się podoba, niektóre nie, a swoją opinię mam wyrazić na... malutkiej karteczce z trzema pytaniami zamkniętymi. Będę cwana, napiszę im wypracowanie i zostawię na recepcji. Zdecydowanie tracę anonimowość, nikt inny by takiej rozprawki nie napisał :) Przyznaję jednak, że pierwsze wrażenie było na tyle pozytywne, że pokój został sfotografowany, a pobyt w nim wprawił mnie w tak dobry nastrój, że nie tylko robię ten wpis, ale jeszcze zaczynam go właśnie wzmianką o hotelu.

Hotel ten od prawie 2 lat jest moim drugim domem. Spędzam tu połowę tygodnia, choć słowo "spędzam" jest raczej na wyrost. Ja tu głównie nocuję, zaś przez większość czasu przebywam poza budynkiem poświęcając się pracy. Co tydzień pokonuję kilkaset kilometrów żeby móc pracować za darmo tam, gdzie chciałam. To znaczy, chciałam tam pracować, nie koniecznie za darmo.

Mam pięć, w porywach do sześciu miejsc pracy. Dostałam podwyżkę tam, gdzie o nią ostatnio poprosiłam. Bardzo się cieszę. Dla równowagi, drugie miejsce pracy mnie kantuje, zostałam obrażona przez zarząd, który zupełnie nie wie na czym moja praca polega, ale to im nie przeszkadza w utrudnianiu mi tejże. Żongluję sześcioma grafikami, jestem supermenką!

Jestem bardzo dobra w pracowaniu i lubię to robić. Niestety, skutkuje to tym, że każdą wolną chwilę wypełniam pracą (o tym, czym wypełniam wolne chwilki pomiędzy tymi zajętymi chwilami napiszę ciut niżej). Nie jestem mistrzem nawiązywania ani podtrzymywania kontaktów. Kiedy pędzę, nie odczuwam tego. Kiedy na chwilę się zatrzymam, zaczynam boleśnie odczuwać brak osoby, z którą mogłabym się podzielić swoimi nie tylko smutkiem/ złością, ale i radością. Moją głęboką zazdrość wzbudzają stwierdzenia "mężowi mogę powiedzieć o wszystkim", czy "mam przyjaciółkę, na którą mogę liczyć". Na czym polega ta tajemnica, której ja uparcie nie posiadłam? Jestem inna niż wszyscy, nie koniecznie w tym dobrym sensie.

Kontynuuję naukę hiszpańskiego. Jak wszystko, co robi się z czystej pasji, idzie mi to świetnie. Przez miesiąc opanowałam około 2000 słów i zwrotów, czyli mniej więcej tyle, ile zna pięciolatek. Przyznaję także, że koloruję nie wychodząc za linie i samodzielnie wiążę buty, ale te umiejętności miałam już wcześniej. Niestety, nie udało mi się wciąż ułożyć moich nowiutkich puzzli z Minionkami (zawsze takie chciałam mieć!) z 1000 części, ale to dlatego, że: 1) są naprawdę piekielnie trudne, 2) dobrze widzę je tylko w dziennym świetle, a o takiej porze rzadko bywam w domu. Zaś do nauki hiszpańskiego nabyłam chyba kilkanaście książek, uczę się ze wszystkich na raz i nawet zaczęłam rozważać przystąpienie do egzaminu DELE w najbliższym czasie. Może jednak jestem supermenką?

Zaliczyłam egzamin po kursie wizażu na ocenę bardzo dobrą. Oczekuję na dyplom. Co do samego "osiągnięcia" mam mieszane uczucia. Ukończenie kursu nie dało mi poczucia większych kompetencji w dziedzinie, której nie uważam za swoją mocną stronę. Dyplomem raczej się nigdy nikomu nie pochwalę z obawy, że rozmówca zweryfikuje moją wiedzę i odkryje, że... jej nie posiadam. Mimo wszystko sam fakt, że zapisałam się na kurs o takim profilu poczytuję sobie za sukces. Jestem "supermenką", która jest gorsza niż bohaterki Warsaw Shore w dziedzinie makijażu. Relacji pewnie też :(

Niestety, wciąż nie natrafiłam na kurs nauki programowania dla dorosłych pasjonatów takich zagadnień. Chodzi mi o ofertę skierowaną do osób, które nie chcą potem pracować jako programista, a jedynie korzystać z tych umiejętności na własny użytek. Odłożyłam na chwilę klocki (trochę dlatego, że na stole "do klocków" są rozłożone te okrutne puzzle) i zrobiłam krok w tył. Trafiłam na świetną promocję i niewiele się zastanawiając nabyłam starter do gry Scottie Go. Kosztował tylko kilka złotych. Gra polega na sterowaniu ruchami kosmity Scottiego za pomogą samodzielnie napisanego programu. Ciekawym rozwiązaniem jest dla mnie fakt, że program układa się z kartonowych klocków, które potem skanuje się dedykowaną aplikacją za pomocą np. smartfona.Technicznie działa to bez zarzutu, ale zadania były dla mnie zbyt proste. Tak, przeczytałam, że to gra dla dzieci, ale wyszłam z założenia, że jako amator jestem właśnie na poziomie dziecka. Ponieważ 12 poziomów zawartych w starterze przeszłam w niecałą godzinkę, nie zdecydowałam się na zakup pełnej wersji gry. Wolę tę sumę przeznaczyć na repetytoria z języka hiszpańskiego. Nie ukrywam jednak, że dzięki grze zaczęłam rozważać zakup programowalnego robota-kulki, które jakoś w Polsce nie zyskały popularności. W sieci znalazłam informację, że jest to produkt dla osób od 4 r.ż., ja zaś, jak zostało wyżej ustalone, mam umiejętności przynajmniej 5-latka, zatem powinnam ogarnąć temat.

Przeczytawszy wszystko powyższe dochodzę do wniosku, że supermenką prawdopodobnie nie jestem. Ale czy muszę?

niedziela, 28 października 2018, wildfemale
Tagi: refleksje

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2018/10/31 22:59:13
Jesteś supermenką i jak mawiają cool-ludzie: "zazdraszczam" ;-)
-
2019/01/17 19:55:48
A propos nauki programowania - polecam organizację Django Girls (djangogirls.org/events/). Organizują darmowe warsztaty dla kobiet/dziewczyn w wielu miejscach.
-
2019/02/01 00:08:40
@ilatam: Dziękuję za namiar :)