Blog > Komentarze do wpisu
Czekanie na swoją kolej

W moim życiu po staremu, czyli bardzo dużo się dzieje. Ukończyłam w końcu kurs wizażu, nawet dostałam certyfikat z oceną bardzo dobrą. Jeśli kiedyś będę miała własne biuro, nie omieszkam go sobie powiesić na ścianie.

Dziś uczestniczyłam czynnie w konferencji. Po raz pierwszy chyba miałam w sobie taki luz. Prezentację napisałam w ciągu tygodnia, co nie znaczy że byle jak. Wiedziałam co chcę zawrzeć w wykładzie. Nie jestem najlepszym prelegentem, ale też nie najgorszym. Doszłam do wniosku, że są poważniejsze rzeczy, którymi powinnam się martwić. Jak na przykład nie chodzenie na siłownię od tygodnia "bo było zimno", którą to tendencję udało mi się dziś szczęśliwie przełamać. Wczoraj pracowałam do późna, więc na konferencję dojechałam dziś, już po jej rozpoczęciu. Na luzie. Walizka śmierdzi mi kocim moczem, bo ta safanduła mi ją jakiś czas temu załatwiła. Luz, ale w zasadzie nie do końca. W przyszłym tygodniu mam inną konferencję i tego smrodu nie zniosę. Zamierzam kupić nową walizkę, teraz, natychmiast. Wziąwszy pod uwagę to, że jutro pracuję, całe szczęście że najbliższa niedziele jest handlowa.

Po przybyciu na konferencję czekałam w kolejce do szatni, już się przyzwyczaiłam do tego, że dla szatniarek jestem niewidoczna. Czekałam też w kolejce do zgrywania prezentacji i plułam sobie w brodę, że kto inny byłby bardziej przebojowy. Nic to! Jednak najważniejszym oczekiwaniem na swoją kolej w bieżącym dniu było czekanie na wygłoszenie wykładu. Jak wspomniałam, byłam na luzie, nawet ostateczną wersję prezentacji zgrałam dopiero w trakcie podróży. Jednak w miarę upływania sesji, w której miałam wystąpienie, tego luzu było we mnie coraz mniej. Z luzu drenowali mnie coraz bardziej napastliwi słuchacze, którzy poprzednich prelegentów rugali równo, a jedną z pań wręcz skonfrontowali "nooo, widać, że coś się pani nie przygotowała". Na tym etapie byłam prawie przekonana, że skoro tak odnoszą się do mojej przedmówczyni, to mnie po prostu zjedzą. Zdecydowałam się postawić wszystko na jedną kartę i trzymałam się przekonania, że jednak po coś tam przyjechałam i kiedy wysyłałam zgłoszenie, to robiłam to z wiarą, że faktycznie mam ważny przekaz wart popularyzacji. Już po chwili od wyjścia przed publiczność wiedziałam, że było to postępowanie właściwe. Zainteresowałam nawet słuchacza, który cały czas przerywał innym, a kiedy nie przerywał, to rozmawiał przez telefon (serio! tak, też nigdy czegoś takiego nie widziałam). Jestem bardzo zadowolona.

Jak zazwyczaj na konferencjach, przyjeżdżam sama, a inni zagadują do mnie dopiero po tym, jak zaprezentowałam coś swojego. Z niezrozumiałych dla mnie względów nie potrafię tego impasu przełamać i doprowadzić do tego, bym mogła być włączana w dyskusje kuluarowe jednak nieco wcześniej. Z racji świadomej pracy nad rozwijaniem własnych kompetencji społecznych zapisałam się też na warsztat. Główną ideą przyświecającą mi przy podejmowaniu decyzji, że w piątek będę siedzieć na konferencji do godziny 19:00 było wyobrażenie, że w w małej warsztatowej grupie łatwiej mi będzie ćwiczyć konwersacje. Mina mi nieco zrzedła, kiedy okazało się, że pozostali uczestnicy zapisali się na ten warsztat bo świetnie znają prowadzącego/ uczą się od prowadzącego/ znają cały dorobek prowadzącego/ ubóstwiają prowadzącego. Mimo wszystko bawiłam się całkiem nieźle, głównie dlatego, że nie nastawiłam się od początku na nie. Z miłym zaskoczeniem zauważyłam także, że w interakcjach z innymi nie skupiam się na własnych deficytach, nie mam efektu pustki w głowie, kiedy boję się, że coś zrobię nie tak to błyskawicznie mi przechodzi, bo niby czemu by to miało zaszkodzić. Miło jest widzieć, że ciężka praca nad sobą naprawdę przynosi efekty i również dzięki temu mam więcej luzu.

Nawet wieczór przebiegał mi pod hasłem czekania na własną kolej, gdyż najpierw autobus, którym chciałam dojechać do hotelu spóźnił się o jedyne kilkanaście minut, co sprawiło, że czekałam na mrozie dłużej niż jechałam na miejsce. Na miejscu zaś okazało się, że muszę poczekać w kolejce do recepcji, gdyż przede mną chcą się zakwaterować 3 autokary sportowców. Sportowcy wykupili już cały alkohol z pobliskiego spożywczego i palą jak smoki przed wejściem do hotelu ;) Najwyraźniej przegapiłam najnowsze trendy fitnessowe. Na szczęście pracownik recepcji dojrzał mnie w tłumie i podał mi klucz. Byłam mu bardzo wdzięczna :) Pokorne czekanie na własną kolej ma (rzadko!) swoje plusy.

Dobranoc, padam z nóg.

piątek, 30 listopada 2018, wildfemale

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: