RSS
czwartek, 17 listopada 2016
TEDx Gdynia 2016

Od kilku lat uczestniczę w spotkaniach TEDx w różnych miastach w Polsce, głównie w Warszawie, ale tym razem zawitałam do Gdyni. Po raz pierwszy. Tegoroczna konferencja odbywała się pod hasłem "Inaczej", a wystąpienia prezentowały bardzo zróżnicowany poziom. Zastanawiam się według jakiego klucza organizatorzy dobierali prelegentów, bo w kilku miejscach wydaje się to wybór chybiony. Wydarzenie miało bardzo kameralny charakter, jak twierdzą organizatorzy zaproszenia uzyskało 100 osób. Mnie wydawało się, że na sali widzę ich około dwóch razy więcej. Być może widziałam po prostu team organizatorów czy rodziny prelegentów.

Wydarzenie odbywało się w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w budynku, który zawiera coś podobnego do bardzo ograniczonej wersji Centrum Nauki Kopernik. Prelekcje miały miejsce w sali audytoryjnej, dobrze wyposażonej i mogącej zmieścić kilkaset osób. Dlatego też organizatorzy udostępnili do siedzenia tylko pierwsze 8 rzędów resztę odgradzając szarfą. Jest to pomysł co najmniej kontrowersyjny, ale rozumiem że chcieli by na zdjęciach widownia wyglądała na pełną. Nagłośnienie i zaplecze techniczne sali było znakomite, a podczas prelekcji nic nie zawiodło. Brakowało mi jednak przedstawienia i pokazania twarzy wolontariuszy, którzy przygotowywali tę edycję. Należało ich po prostu zaprosić na scenę i oficjalnie podziękować. Była za to nachalna autopromocja tegorocznej prowadzącej, która chyba zachłysnęła się swoją nową rolą. Miałam wrażenie, że zaraz będzie nam wciskać swoje wizytówki, a już na pewno dowiedziałam się wszystkiego o jej kwalifikacjach. Do ilustrowania wystąpień zatrudniono Jadźka Rysuje i... niestety jej tablica stała w takim miejscu, że prace były dla mnie zupełnie niewidoczne, a zapełnione kartki zostały zwinięte i schowane (?!). Mam nadzieję, że organizatorzy zamieszczą po wydarzeniu zdjęcia tych prac w sieci.

Pierwszy panel otworzyła Marta Borkowska-Bierć, która przekonywała, że nie warto ograniczać się do wąskiej specjalizacji. Warto za to próbować nowych rzeczy bez założenia, że od razu musimy stać się ekspertem. Nie była to ani najgorsza, ani najbardziej porywająca prelekcja tego popołudnia, ale przesłanie zacne i warte wdrożenia. Słuchając tego wykładu zastanawiałam się gdzie sama się mieszczę na kontinuum szerokości specjalizacji gdyż z jednej strony wykonuję dość wąsko określoną profesję, zaś z drugiej robię zawodowo całkiem wiele rzeczy pobocznych, które nie są moim głównym źródłem dochodu, ale też to nie dochód mnie w życiu motywuje.

Jako drugi wystąpił Piotr Milewski opowiadający o trudach dojazdów do pracy w Bydgoszczy i projektowaniu gier, ale nie gier komputerowych. Jednym słowem trudno powiedzieć o co panu chodziło, czy narzekał, że ma daleko do roboty, czy że ludzie go nie rozumieją. Jakie ma wykształcenie też się nie dowiedziałam. Lepiej wiem o czym ta prezentacja nie była niż jaka była główna myśl w niej zawarta. Może dlatego, że zasnęłam po dwóch pierwszych minutach tych wypocin, co zapewne zostało uwiecznione na zdjęciach. Zdecydowanie najsłabsze wystąpienie, a nazwisko prelegenta dziwnie pokrywa się z nazwiskiem prowadzącej konferencję.

Po nim mówiła Martyna Regent o wykorzystywaniu nowoczesnych narzędzi do projektowania takiej architektury, którą mieszkańcy polubią i będą chcieli użytkować. Na konferencji wspomniano, że pani Martyna dostała jakąś nagrodę za swoje osiągnięcia, ale za nic się na stronie TEDx Gdynia nie mogę doszukać jaką. A szkoda, prezentacja była dość hermetyczna, nie porywająca mnie jako osoby nie związanej z tą dziedziną nauki i chciałam sprawdzić kto z profesjonalistów tą panią docenił i za co. Była na tej konferencji inna prezentacja dotycząca architektury, która absolutnie mnie porwała, ale o tym za chwilę. Warto jedynie zwrócić uwagę, że zestawianie tak pokrewnych wystąpień o tak zróżnicowany poziomie podczas jednego krótkiego popołudnia wydaje się strategicznym strzałem w kolano dla organizatorów.

Rundę pierwszą wystąpień zamykał Adam Szostek, czyli moim skromnym zdaniem największe odkrycie tej konferencji. Gdy zobaczyłam w temacie wykładu deskorolkę nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona. Przecież to takie niepoważne. Ten człowiek ujął mnie jednak swoją pasją, a poza tym to, co mówił było po prostu ciekawe. Byłam autentycznie rozbawiona gdy opowiadał jak podczas swoich podróży po świecie z deskorolką uczył lamę z zakonu jazdy na desce. Dowiedziałam się, że jazda na deskorolce została niedawno dyscypliną olimpijską (kiedy taniec na rurze zostanie?) i że to najpopularniejszy sport kobiecy w Afganistanie. Jednym słowem, zabawnie i edukacyjnie w tym samym czasie. To lubię.

Po przerwie, na której Razem przy stole zapewniło bardzo ładnie podany drobny poczęstunek, wystąpiła Zofia Lewandowska przedstawiająca ideę leśnych przedszkoli. Nie mam pojęcia co się dzieje w głowie skandynawistki, która zakłada przedszkole w lesie z salką w stajni współdzielonej z klaczą. Choć nie jest to zabronione, nie wiem również dlaczego kazano mi o tej idei słuchać. Bulwersuje mnie, że zarówno w prezentacji multimedialnej jak i dossier prelegentki podano nazwę prowadzonego przez nią przedszkola. Licencja TEDx zabrania reklamowania własnej firmy, tutaj to założenie zostało złamane.

Kiedy jako następny na scenę wszedł Bartosz Zadurski obawiałam się korpobełkotu i autopromocji. Spotkało mnie miłe zaskoczenie, gdyż prelegentowi bardzo ładnie udało się przebrnąć przez zgrabne opisanie poprzedniej ścieżki kariery, po czym skupił się na zasadności pracy z ciałem. Na dodatek zaproponował kilka ćwiczeń w sposób tak płynny i naturalny, że nie miałam oporów by wstać z krzesła i robić co mi każe. Było to bardzo miłe doświadczenie i chyba się potem dziwacznie uśmiechałam, bo osoba siedząca obok mnie zaczęła mi się jakoś tak baczniej przyglądać...

Kolejna była Ewelina Grądzka, z wykształcenia filozof, prywatnie znajoma pani prowadzącej, a na co dzień popularyzatorka... astronomii. Przykład osoby, która chyba zbyt dosłownie wzięła sobie do serca przesłanie Marty Borkowskiej-Bierć. Przez dobre kilkanaście minut częstowała nas banałami i kazała odkrywać oczywistą prawdę, że z kosmosu nie widać granic między państwami (koncept tak wyświechtany, że nawet Pratchett zdążył obśmiać to odkrycie), że Ziemia to tylko ziarenko we wszechświecie i że przede wszystkim jesteśmy "Ziemianinami" (autentyk! powtórzony ze 20 razy). Bardzo słabo pani Ewelino, gdyby pan Piotr nie przyszedł to byłaby pani najsłabszym ogniwem.

Mocnym kontrapunktem był Jan Sikora. Obawiałam się, że będzie nudny jak mówiąca we wcześniejszym panelu architekt. Jednak nic z tych rzeczy. Ten prelegent w wieku 32 lat zdobył habilitację (chapeau bas!), wykłada na ASP i... sprawił, że żałuję iż tam nie studiuję. Wykładowca pełen energii, poczucia humoru i zdolności. Opowiadał o swoim uczestnictwie w projektowaniu bibliotek na dworcu w Sopocie i Rumii, a są to naprawdę rewolucyjne wnętrza, zorganizowane z rozmachem i zachęcające do przebywania w nich. Stacja Kultura w Rumii zdobyła nagrodę przyznaną przez profesjonalistów. Mistrzowska realizacja dynamicznego wykładu z jasną tezą. Jeśli ten pan robi jakieś wykłady otwarte to chcę na nie przyjeżdżać.

Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie również wystąpienie Ewy Langer, która opowiadała o swojej rokendrolowej karierze, uprawomocnianiu kobiet w muzyce i obozach na których uczy dziewczynki i dorosłe kobiety gry na gitarze basowej. Sympatyczne wystąpienie energetycznej kobiety, zaś na zakończenie konferencji mieliśmy przyjemność wysłuchać koncertu na perkusję i gitarę basową zeszłorocznych absolwentek jednego z takich szkoleń. Stanowiło to bardzo miły akcent.

Jeśli podobne wydarzenie będzie organizowane w przyszłym roku (podobno ta edycja była już piątą), to zapiszcie mnie na listę chętnych! Nie omieszkam napisać recenzji ;)

niedziela, 06 listopada 2016
Jak czerpać z własnych deficytów?

Pogoda dziś była całkiem ładna, starałam się zrelaksować. Z umiarkowanym efektem. Odebrałam mail, że przyjęto mój abstrakt na konferencję. Może był dobry, a może po prostu brakowało lepszych zgłoszeń. Nigdy się nie dowiem. Czuję się źle mimo to. Nie wystarcza mi to.

Mam dużo do zaoferowania i oferuję. Dostrzegam jednak i swoje deficyty. Robię dużo, doświadczam świata intensywnie bo i kontaktuję się z dużą ilością ludzi czy instytucji. Odpowiada mi taki tryb życia, dostymulowuje mnie. Jednak powstało mi dziś w głowie pytanie, czy takie doświadczenia nie zmieniają trwale? I czy to jest dobra zmiana?

Nie chcę nikogo urazić takim porównaniem, bo zdaję sobie sprawę, że jest ono pewną hiperbolą, ale czasem czuję się jak na ostatniej misji w Afganistanie. Moją misją jest stawianie siebie w sytuacjach (np. paskudny staż czy szkolenie w miejscu dalekim od idealnego), które choć nieprzyjemne to mają prowadzić do czegoś dalej, jakiegoś końca, który wieńczy dzieło. Tyle że ostatnio zmądrzałam i wiem już, że choćbym nie wiem co osiągnęła to nie powinnam się oglądać na to, czy otoczenie w końcu mnie za to pokocha, a raczej siebie zacząć akceptować taką jaką jestem. To prawda, że akceptując siebie robimy więcej, na więcej się odważamy, a nasze życie jest pełniejsze. Z własnych deficytów też da się czerpać.

Wiedząc to wszystko wciąż czasem czuję się jak w namiocie na linii frontu licząc na to, że plandeka zamaskuje mnie przez kolejną noc, odliczając kolejne dni do powrotu do domu i zasypiając przy huku wystrzałów. Z mieszanką smutku i psychopatycznej ulgi patrząc na nieszczęścia współtowarzyszy. Smutku z empatii, ulgi gdyż to nie mnie się przydarzyło. Uniknęłam kolejnej kuli, a nikt nie wie na jak długo. To jak gra hazardowa o bardzo duże stawki i z bardzo dużym ryzykiem przegranej. Przegranej, która zmienia nieodwracalnie. Bo czy po powrocie z tej linii frontu można wrócić normalnym? Przyzwyczaić się do wsiadania do autobusu, a nie transportera opancerzonego. Czy można odnaleźć spokój, na który tak bardzo się czekało? Dziś śnił mi się koszmar, wydawało mi się, że jestem w swojej starej pracy. Dopiero takie sny pokazują mi jak wielkim była ona dla mnie obciążeniem.

Znajdując się w sytuacjach ekstremalnych otorbiamy się, uruchamiamy tryb radzenia sobie przez unikanie. Bo jak się w tej torbieli nie zamkniemy to nie przeżyjemy. Tylko trudno potem w takim kokonie turlać się przez resztę życia. Jest to raczej takie pół-życie. Jeśli jest tak źle, co właściwie stoi na przeszkodzie by zrobić coś nowego, innego? Czy mam coś do stracenia?

Czasem mam ochotę na szczere podzielenie się własnymi doświadczeniami. Nie po to, żeby szukać współczucia, a raczej by coś zaoferować, dać innej osobie, utwierdzić w przekonaniu, że nie jesteś sam i nie tylko ty to przeżywasz. Tak się akurat składa, że łatwiej mi takie rzeczy komunikować w sieci niż w realnym życiu. Nie miałabym jednak nic przeciwko temu, żeby mnie ktoś zaprosił na np. spotkanie z młodzieżą, z którą mogłabym porozmawiać na temat wyborów życiowym i akumulacji mądrości z wiekiem. Wiem, że to jest wymagający odbiorca, ale też odbiorca lgnący do szczerości, a tego mi nie brakuje. Czy to mój kolejny deficyt, z którego warto czerpać? Nigdy nie nauczyłam się dyplomacji.

Są aspekty, które mi bardzo dobrze w życiu wyszły i są takie, które nie wyszły w ogóle. Dziś zobaczyłam w kącie pokoju stertę papierów obrzyganym przez kota. W papierach były materiały do doktoratu, który nigdy nie powstał. Zastanawiam się co mnie powstrzymało przed jego napisaniem w dobie, w której doktoraty zdobywa coraz więcej osób. Czy założyłam, że i tak tego nie napiszę i dlatego materiały wylądowały na podłodze? Czy sama sobie podcięłam skrzydła samospełniającą się przepowiednią? A może zadziałało to, że faktycznie nic by on w moim życiu nie zmieniał poza przyniesieniem satysfakcji? Nie mam doktoratu, nie mam związku i właśnie na tym się skupiam zamiast koncentrować się na tym, ile rzeczy w życiu udało mi się osiągnąć, jak bogate mieć doświadczenia zawodowe i jak dobrą mam pracę. Bo teraz zawodowo może nie jest idealnie, ale jest dobrze i mam 1000% więcej wpływu na to, co się ze mną w niej dzieje niż choćby rok temu. Widoczny postęp dzięki temu, że bardzo precyzyjnie wiedziałam czego chcę. Sęk w tym, że chcę więcej. Stawiam sobie kolejne cele, a za nimi podążają kolejne trudności. Mam problem z odróżnieniem gdzie kończy się realizacja marzeń, a zaczyna kompensacja. Mam coraz mniej otwartości na kompromisy.

Pod koniec dnia mam ochotę wyjechać do innego miasta, albo kraju i tam się realizować. To nie są nierealistyczne marzenia, a raczej przekonanie, że nie pasuję do tych zasad, czy tego co teraz dzieje się w tym kraju. Normalnie stronię od polityki (znowu unikanie!), ale teraz nie jest w stanie tego robić. Jestem po prostu zbyt przerażona wprowadzanymi zmianami. Być może najlepszą metodą na zdobycie zdrowego dystansu byłoby wybranie się na jakiś zagraniczny staż albo choćby wolontaryjna podróż do jakiegoś biednego kraju żeby tam pomagać, a mimochodem zdobywać nową perspektywę. A może po prostu potrzebuję urlopu bo od 1,5 roku nie byłam?

poniedziałek, 31 października 2016
Smutek

Smutek to dojmujące uczucie. Wciąga niczym czarna dziura. Nie mówię tu o takim smuteczku w komentarzu z hasztagiem, o żałobie czy o depresji, tylko o emocji smutku. Do niedawna czułam ją rzadko. Byłam raczej z tych, którzy się złoszczą niż smucą. Raczej przeklinają, niż płaczą w ciszy. A teraz smutek zjada mnie od środka, choć niby nie przeżyłam żadnej poważnej straty. Czy ja mam prawo do smutku?

Niedawno znów się z kimś rozstałam, a właściwie to się nie dogadałam. Smuci mnie, że mam ochotę podtrzymywać tę relację gdyż dawała mi jakąś radość, a jednocześnie wiem, że podtrzymywanie tego kontaktu będzie mnie tylko smucić, bo frustrująca jest konfrontacja z tym, że miało być coś innego, a nie jest. No ile można! Wieloletnie doświadczenia z relacjami nauczyły mnie, że... bycie w związku to nie jest taki miód i ideał, jak sobie wyobrażałam. Naprawdę potrzebowałam lat żeby do tego dojść.

A podobno jestem bystra. Wolę raczej myśleć "byłam". Kiedyś byłam bystra, ale w międzyczasie kryteria się chyba zmieniły i nie można już nawet mnie nazwać przeciętną. Postarzałam się zbyt szybko, zgorzkniałam i to też jest smutne. Jestem mistrzem złośliwości i ciętych ripost, radzę sobie błyskawicznie z każdym niedorzecznym komentarzem. Oczywiście ja arbitralnie oceniam co jest niedorzeczne. Miesiące walki o swoje (czemu to musi być walka?) zahartowały mnie. Smagana twardymi regułami w tym najsmutniejszym z krajów składam się już chyba tylko z twardej tkanki łącznej blizn na zewnątrz i smutku wewnątrz. Smutku, który zeżarł mi duszę.

Nie jestem w stanie się zadumać nad przemijaniem. Nie umiem się określić czy wierzę, że jest coś potem, czy że tego nie ma. Ale chyba jednak wierzę skoro się boję, że mnie tam w jakiś sposób nie chcą i skoro podejrzewam, że Ten Na Górze chyba mnie nie kocha, jakkolwiek Go należy nazywać. Smutne to.

I nie chce mi się po raz kolejny zadawać pytania o to, dlaczego zarówno pracę jak i życie w sensie ogólnym mam gorsze niż inni, gdyż chyba wszystko już na ten temat sobie powiedziałam i nie wygeneruję nic nowego. Męczy rozważanie o zmarnowanych szansach, których być może wcale nie było. Wewnątrz zieje smutek, którego nie sposób zagłuszyć ani kabaretami, ani ulubionym serialem/książką, ani żadnymi innymi przyjemnościami, bo może miejsca na uczucie przyjemności już zabrakło.

W okresie takim jak ten myśli się o przemijaniu, robi się podsumowania, snuje wspomnienia, zaś ja czuję pustkę, jakbym nigdzie nie przynależała i nie miała miejsca, które chcę w tych dniach odwiedzić, wspominać, zadumać się na chwilę. Nie chcę przysiąść, bo obawiam się że już nie wstanę. Smutne to, podobnie jak wykorzystywanie święta, które jest dla innych do narzekania na los własny, którego ponoć jestem kowalem.

Tagi: refleksje
20:58, wildfemale
Link Komentarze (5) »
wtorek, 20 września 2016
Znów o pracy

Ja już naprawdę chciałam przestać, zmienić temat, zająć się czymś bardziej rozwojowym, napisać o konferencji na której niedawno byłam, albo o feministkach, które spotkałam, ale nie... będzie o pracy. W końcu tam spędzamy przynajmniej połowę dorosłego życia w wieku produkcyjnym. Przepraszam, muszę wylać swoje żale, bo mam wrażenie, że w przeciwnym razie grozi mi szaleństwo.

Od czasu kiedy żaliłam się tutaj kilka miesięcy temu, że bezskutecznie szukam pracy, wiele się w moim życiu zmieniło. Znalazłam nowe miejsca, dobrze mi się tam pracuje. Jedną szefową polubiłam szczególnie, chciałabym ją lepiej poznać i mam nadzieję, że mi się to uda. Jednokrotnie nawet mi się ta szefowa śniła, co nie jest dla mnie częstym fenomenem. Generalnie pozytywnie i konstruktywnie. Skąd zatem smutek?

Minął mój okres wypowiedzenia i ostatecznie rozstałam się z miejscem pracy, które rzuciłam. Odeszłam cicho, zabrałam wszystkie swoje rzeczy żeby przypadkiem nie mieć potrzeby tam wracać. Szefowa mnie nie żegnała. Było jej obojętne, że rezygnuję. Nie było za to obojętne współpracownikom w zespole, którym się specjalnie odejściem nie chwaliłam żeby nie robić performansu. Okazało się, że plotki wszędzie dotrą i że współpracownicy jednak wiedzą. I mają na ten temat jakieś opinie. Usłyszałam masę miłych i wspierających rzeczy od osób, o których myślałam że mnie nie lubią. Rzekomo jestem mądra, pracowita, dobrze się ze mną współpracuje. No generalnie prawie nikt nie chciał się ze mną rozstawać. Miłe, ale rodzi pewien dysonans. W moim odczuciu było mi tam źle, traktowano mnie niesprawiedliwie i niepotrzebnie stawiano w trudnych sytuacjach. Zamiast słyszenia komunikatów pozytywnych na odchodne, wolałabym je słyszeć podczas pracy tam i mieć z niej jakąkolwiek satysfakcję. Paradoksalna sytuacja, z której ostatecznie wyszłam. Czuję raczej ulgę, choć i pewien żal, że teraz będę zarabiać mniej. Teoretycznie miałabym więcej czasu na inne aktywności, ale doświadczenie wskazuje na to, że go w ten sposób nie wykorzystuję. Jest tyle nowych zainteresowań, które chciałam realizować i niestety nie udało mi się do tego zabrać przez ostatnich kilka miesięcy.

Obecnie pracuję w nieco innym rytmie, bo wybrałam się na staż, który jest mi w jakimś sensie potrzebny i wykorzystuję go instrumentalnie ile wlezie. Niestety sama także czuję się traktowana przedmiotowo. Zamiast samorealizacji w ramach wolontariatu, mam pracę poniżej własnych kwalifikacji w ramach wolontariatu. Czyli ani satysfakcji, ani płacy (w kolejności ważności). Bo ja naprawdę nie wymagam wiele, tylko docenienia mojej pracy i wykorzystywania moich umiejętności, które to są w zespole powszechnie znane, a mimo to traktuje się mnie jak studenta, a nie osobę z kilkunastoma latami doświadczenia. Potem całymi dniami jestem smutna i jem byle co. Trudno się zmienia własną sytuację w takim samopoczuciu, ale podejmowałam wysiłki, z zaplanowanych wyjść kulturalnych i aktywności fizycznych udało się zrealizować tylko to drugie. Mam solidne zakwasy po godzinie biegania z obciążeniem. Niestety, nijak mi to nastroju nie zmieniło na lepsze. Zamiast próśb i gróźb oraz podejmowania niecnych prób zastraszania postanowiłam zmienić strategię i zweryfikować swoje przekonania. Niestety, okazało się, że wszyscy widzą, że w zespole jestem najlepiej wykształconą ścierką do butów jaką kiedykolwiek mieli. Jak łatwo się domyślić nie poprawiło to mojego samopoczucia, za to poprawiło kontakt z rzeczywistością.

Największa bomba spadła jednak na mnie dzisiaj, kiedy po prawie roku odezwała się do mnie była szefowa i zaproponowała mi pracę. Kłamiąc i mamiąc pustymi obietnicami dała mi "propozycję nie do odrzucenia". Mianowicie pracę na cały etat, z dodatkowymi obowiązkami, brakiem możliwości samorealizacji, ogromnym zakresem odpowiedzialności, żeby się tego podjąć musiałabym zrezygnować z prac, które obecnie mam,a zarabiałabym... 3 razy mniej. Jakbym mi ktoś w twarz dał. Instytucja, która się wali i z której wszyscy odchodzą szuka personelu w ten sposób, że odzywa się do ludzi, którzy z niej odeszli tylko trochę wcześniej. Jak sobie pomyślę, że niecały rok temu ta kobieta palcem nie kiwnęła żeby mnie tam zatrzymać, a obecnie proponuje mi coś takiego (w moim odczuciu jeszcze gorszego) to mi się wszystkie scyzoryki w kieszeniach otwierają.

Czy ludzie są głupi, czy to ja mam tak głupawy wygląd, że dawane mi są takie oferty?

wtorek, 30 sierpnia 2016
Rzuciłam pracę

Nie mogłam tego znieść i po trzech dniach zastanawiania się po prostu tam poszłam i zaniosłam wypowiedzenie. Wypowiedzenie, które pracowicie pisałam cały poprzedni wieczór. Uwierzcie, nie było to łatwe ze względu na opory natury psychologicznej ale także to, że zwykle mam trudności z zabraniem się do rzeczy, których wcześniej nie robiłam. Nigdy dotąd nie pisałam jeszcze wypowiedzenia.

Rozważałam różne "za" i "przeciw", z przewagą tego co przeciw. Zadziałała niewątpliwie heurystyka dostępności, bo ostatnio raczej więcej było w tej pracy tych złych rzeczy. I nie ważne, że jak na złość dziś wpłynęła całkiem suta wypłata z tego miejsca. W zasadzie była ona suta tylko przypadkowo. Po prostu zastępowałam trzy osoby, które nie chciały tam pracować, negocjowały warunki aż w końcu... pokornie zostały nie zmieniając niczego. Wnerwiał mnie zły przepływ informacji w zespole, irytowało to co odbierałam jako niechęć do mojej osoby, a nigdy nie będę w stanie zweryfikować tego na pewno. Zabolało to, że ktoś kilkakrotnie bezmyślnie stworzył dla mnie zagrożenie, ciążyła współpraca z głupimi (serio, naprawdę mało inteligentnymi) osobami, które miały o sobie za wysokie mniemanie. Doszłam do wniosku, że nie będę miała do siebie szacunku jeśli tego nie skończę, ale wciąż nie byłam pewna, że robię dobrze.

Jest taka scena w "Pięknym umyśle", w której Nash rozcina sobie przedramię bo jest przekonany, że ukryto w nim nadajnik. On sam jest przekonany, że robi najsłuszniejszą rzecz na świecie, z boku wygląda to przerażająco i żałośnie zarazem. Moja sytuacja była analogiczna, tyle że byłam jednocześnie obserwatorem i obiektem obserwacji. Nie byłam pewna czy podejmuję właściwą decyzję (w końcu nie rzucamy pracy nie mając następnej, chociaż ja akurat rzucam, po raz drugi w przeciągu roku), ale jednocześnie czułam nieodpartą potrzebę zrobienia tego choćby po to żeby się przekonać jak się po tym będę czuła. To samopoczucie miało być ostatecznym wyznacznikiem tego, czy zrobiłam dobrze. Oczekiwałam poczucia szczęścia, czy ulgi. Nie poczułam nic, kompletną pustkę. Nie było nawet złości czy niesmaku. Początkowo miałam ochotę zrobić sobie jakąś szczególną przyjemność z okazji tego dnia, ale ostatecznie się rozmyśliłam. W środku komunikacji publicznej złapałam się, że w 10 minut po złożeniu wypowiedzenia spokojnie siedzę i zatracam się w lekturze książki. Nic nie czułam.

No może niedowierzanie i przekonanie o fałszywych intencjach pani w kadrach, która powiedziała, że będzie jej przykro i że żałuje. Na pewno już nie uwierzyłam w te niby troskliwe dociekania odnośnie tego gdzie zamierzam pracować zamiast tego. Nikt mnie tam nigdy nie kochał, same kłody pod nogi, samotności, a teraz niby taka wielka troska? Paranoiczna część mojej natury wykoncypowała, że pani raczej stara się wysondować czy nie chcę pozwać pracodawcy.

Na zakończenie tej przynudnawej retoryki przychodzi mi do głowy, że jednak za bardzo skupiam się na negatywach. Na niniejszych łamach roztkliwiałam się nad sobą jak to nie mam pracy, nigdy jednak nie napisałam czy nadal jej szukam czy też rozwiązałam ten problem. Po kilku miesiącach tę pracę znalazłam, ale stawka mi nie odpowiadała. Od czasu moich roztkliwiań znalazłam dwa miejsca zatrudnienia, w tym w jednym nawet mi się szefowa podoba. Zarabiam tam tyle, że mogę sobie pozwolić na rezygnację z poprzedniego miejsca, ale mimo wszystko jakiś niesmak pozostaje. Nie czuję się pewnie w meandrach tych wszystkich form zatrudnienia i kruczków prawnych, a także konieczności negocjowania i sprawdzania każdego zapisu. To nie na moje nerwy.

Wciąż chciałabym być w pracy po prostu szczęśliwa i nie potrafię jej traktować jako wyłącznie środka do zarabiania pieniędzy. Nic dziwnego, że w chwili obecnej najwięcej zawodowej radości sprawia mi znalezione najbardziej niedawno praca polegająca na pisaniu tekstów popularnonaukowych. Zarabiam grosze i nie wiem jak długo spływać będą zlecenia, ale przynajmniej robię to co lubię. Dziś oddałam kolejny zamówiony tekst i mam poczucie dobrze wykonanej pracy choć założony temat był ambitny. Ponownie dochodzę do wniosku, że jestem jednak dziwną jednostką.

Chcę robić tylko to co lubię, a rzucenie pracy świętuję wpisem na blogu. A Ty co zrobiłeś dziś inaczej niż zwykle?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Jestem chora

I to nie w takim sensie, że "lubię śledzie w czekoladzie, taka ze mnie krejzolka". Zapadłam na tajemniczą infekcję, rozpoczynającą się od bólu gardła (z nieznacznym zaczerwienieniem gardła, ale bez powiększenia migdałków), potem potoczyście (wyjątkowo trafiony przymiotnik w tym przypadku) przechodzącą w katar ropny i podwyższenie temperatury do stanu podgorączkowego, a dziś po ostatniej walce w postaci wodnistego kataru o 03:48 (serio, dokładnie) infekcja zlazła mi na gardło. Czyli jak zwykle. Teraz zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Wydawało mi się, że żyję mądrze, osiągam sukces finansowy i generalnie jestem szczęśliwa. Być może to anergia, może wyczerpanie chorobą, ale zaczynają mi się kołatać po głowie psychodynamiczne interpretacje całej tej sytuacji. A ponieważ jestem osadzona w nurcie poznawczo-behawioralnym, myślenie o mechanizmach obronnych i nieświadomości jest czymś co mnie niepokoi, bo nie są to zwyczajne tematy moich rozważań. Jedyne rozsądne wyjaśnienie jakie znajduję, to fakt, że przed chorobą sprzedawałam własny popularnonaukowy tekst na temat psychoterapii psychodynamicznej. Autorstwo tekstów to jedna z moich dodatkowych prac. Akurat słabo opłacana, ale satysfakcjonująca.

Zaczęłam brać leki, wczoraj nawet zebrałam siły żeby zrobić sobie zakupy. Nie padłam po drodze, co zawsze należy uznać za sukces. Zastanawiałam się jednak, czy skoro poczułam się teraz źle, to czy na pewno wszystko w życiu robię dobrze.  Może coś pominęłam, może mam jakiś niezrealizowany potencjał, straconą szansę? Być może z tego zmartwienia, może po lekach, a może z powodu wyczerpania chorobą i fragmentacji snu zaczęły mi się śnić dziwne rzeczy. Wczoraj obudziłam się bardzo zmęczona. O dziwo nie z powodu duszności, a raczej z powodu nieokreślonego niepokoju. Pół dnia starałam się do tego dojść, aż wreszcie stało się dla mnie jasne dlaczego niespodziewanie dla siebie zaczęłam się zastanawiać gdzie w domu są tablice matematyczne. Kiedyś byłam biegła w korzystaniu z nich i zajmowały centralne miejsce w moim pokoju, ale to było dobre kilkanaście lat temu. Zdążyłam już zapomnieć ich zawartość choć jeszcze pewnie wciąż byłabym w stanie zdać maturę z matematyki z dość dobrą notą. Po krótkich poszukiwaniach udało mi się je odnaleźć. Czy wiecie, że pamiętałam niektóre pochodne? Wczoraj w ciągu dnia przypomniała mi się dokładna treść snu. Otóż rozwiązywałam całki, a raczej miałam następnego dnia napisać jakiś test z ich znajomości. Wyszłam z domu nie powtórzywszy sobie tych całek, dopiero później na to wpadłam, z niewyjaśnionych przyczyn zaczęłam sobie gorączkowo przypominać logarytmy (czemu nie pochodne?). Przypomniało mi się nawet, że całki służą do obliczenia pola powierzchni pod wykresem funkcji. Nie starczyło mi natomiast wiedzy na przypomnienie sobie jakie to ma zastosowanie praktyczne. Jak dobry uczeń recytuję regułkę i orientuję się, że tego zastosowania praktycznego nigdy nie znałam. Może tylko wydaje mi się, że jestem szczęśliwa tu i teraz, a tymczasem ścieżka kariery w matematyce czy informatyce bezpowrotnie się za mną zamknęła? Kiedyś korzystałam z tej wiedzy codziennie, a teraz sporo zapomniałam. W dodatku w tej dziedzinie największy sukces życiowy osiąga się ponoć młodo. A ja już młoda nie jestem, we własny sukces nie wierzę, a w dodatku łapią się mnie jakieś tajemnicze infekcje. Co powinnam zrobić w tej sytuacji? Zapisać się na intensywny kurs u młodego pasjonata matematyki i znów poczuć tę iskrę fascynacji?

A skoro już o mężczyznach, a tak bardziej wprost to o seksie mowa, dziś śniło mi się coś jeszcze bardziej dziwacznego. Aż przeraża mnie, że są w moim umyśle jakieś takie połączenia, które generują treści, z którymi na co dzień się nie konfrontuję. Dziś rano obudziłam się bowiem chyba jeszcze bardziej zmęczona niż po całkach. Tym razem sen pamiętałam wyraźnie, ale zrodził on w mojej głowie tyle pytań, że aż nie wiem od czego zacząć. Śniło mi się, że uczestniczę w orgii z jakimiś znajomymi osobami (to jest akurat całkiem niezła opcja, a wy jakbyście woleli?). Orgia toczyła się w łożu małżeńskim moich rodziców. To jest jakieś wielkie tabu, ale logiczne wytłumaczenie może brzmieć, że to jest jedyne łoże tego typu jakie znam. Własnego nigdy nie miałam. Samą orgię da się łatwo wyjaśnić najnowszym trailerem serialu "Masters of sex". Nie mogę natomiast przeboleć dlaczego zamiast aktywnie się włączyć, postanowiłam raczej podczas tej orgii... zasnąć wtulonej w gładkie nogi atrakcyjnej brunetki. Czyżby Lizzy Caplan? A fundamentalne pytanie brzmi, kto przesypia orgie?! Wspólnymi mianownikiem ze snem poprzednim jest kolejna stracona szansa. Obecnie stać mnie nawet na kochanka, ale nikogo nie zatrudniam. Ba! Nawet rekrutacji nie prowadzę. Czy zatem moje życie jest aby naprawdę tak wspaniałe? A może największą porażką tego toku rozumowania jest głęboko zakorzenione przekonanie, że muszę płacić za seks?

Freud pisał, że sny są królewską drogą do nieświadomości. Jeśli kiedykolwiek wcześniej w to wątpiłam, to od dziś jestem przynajmniej skłonna przyznać, że czasem jest to prawdą. Najwytrwalsi doszukają się nawet kompleksu Elektry w moich marzeniach sennych. Jakbyście sobie chcieli poużywać, to zapraszam do zamieszczania interpretacji/ wolnych wniosków/ sugestii w komentarzach. Ja tymczasem się pozastanawiam, czy nie potrzebuję psychoterapii.

poniedziałek, 25 lipca 2016
Jak zawsze pod górkę

Wierzę w zniekształcenia poznawcze, uznaję ich istnienie i ich działanie. Wiem, że wśród nich występują selektywne abstrahowanie i nadmierne uogólnianie, ale na Boga niee, to niemożliwe by mnie one w tej chwili dotyczyły. Nie! Ja naprawdę przyciągam pioruny. Gdybym to wiedziała, to nie wyszłabym z domu. Co niebezpieczne, ja się boję iść jutro do pracy. Ja się boję ludzi. Ba! Ja uważam, że w Polsce zostali sami degeneraci, którzy utrudniają życie wszystkiemu i wszystkim wokół. Ja nie wiem co mam robić i gdybym nie wiedziała, że to co mnie dziś spotkało na pewno nie nosi znamion traumy to ubiegałabym się o rentę z tytułu PTSD. Naprawdę!

Shitstorm zaczął się zupełnie niewinnie. Mianowicie od tego jak w autobusie zaatakował mnie staruszek. Celowo potrącił mnie, bo miałam na plecach plecak. Nieważne, że była niedziela, środek dnia, poza nami w autobusie z 5 osób. Nie, ja miałam plecak i on to zauważył. I mnie zaatakował fizycznie. Co to jest za pierniczony kraj, w którym staruszkowie mnie napadają w biały dzień?! Gdzie ja żyję?! W którym miejscu piramidy troficznej ja się znajduję, że wszyscy mnie napadają i są agresywni?! I pytanie podstawowe, kogo ja mam napadać żeby się wyżyć i uniknąć dostania po ryju?

Wróciłam do domu, zrelaksowałam się i udałam się po fakturę. Nie pytajcie dlaczego muszę jeździć po fakturę w niedzielę i dlaczego nie dostałam jej w piątek w momencie zakupu. Po prostu obsługiwanie komputera jest dla sprzedawcy zbyt trudne, więc po fakturę trzeba przyjechać osobno. No logiczne przecież, przecież po co klient ma być zadowolony i tak sobie dostać fakturę od ręki? No po co? Przecież o ileż przyjemniej będzie napędzać krajową gospodarkę i kazać temu klientowi płacić za bilet w niedzielę. Niech kierowcy autobusów też sobie coś zarobią.

No i skoro przy biletach jesteśmy to zbliżam się do absolutnego gwoździa programu. Spotkała mnie dziś kontrola biletów, okazałam bilet. Mam miesięczny ważny od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. I nagle, akurat dziś, okazało się, że tenże bilet jest nieważny. A przynajmniej nie w weekendy. I pana kontrolera nie obchodziło nic a nic, że mój rachunek oraz oficjalny mail  sekretariatu sprzedawcy biletów mówi co innego. Pan kontroler nie tylko nie dał się przekonać tymi argumentami, ale jeszcze odebrał mi kartę miejską, a potem dowód osobisty i zmusił do przejechania przystanku, na którym chciałam wysiąść. On mnie praktycznie przewiózł na koniec trasy, daleko za przystanek końcowy, gdzie pod nadzorem ślepego i głuchego kierowcy autobusu chciał mnie najprawdopodobniej wykorzystać. Jak tylko pasażerowie wysiedli, powiedział mi, że na druk wezwania nie muszę czekać, że mi go pocztą prześlą. Nie chciał mi tego druku wydać. Nie mogłam tez opuścić autobusu, bo okazało się, że drzwi są zablokowane. Oczywiście o poznaniu nazwiska kontrolera czy obejrzeniu jego identyfikatora mogę sobie zapomnieć.

I powiedzcie mi, dobrzy ludzie, co ja mam zrobić w tak koszmarnej sytuacji? Jutro mam jechać do pracy, autobusem, a ja się do tego cholerstwa wsiąść boję. Jutro mam się stawić w pracy, a nie muszę wam mówić, że reklamacje składa się dokładnie w godzinach mojej pracy, osobiście (wyłącznie!) i nie można tego zrobić na piśmie. Już widzę jak mi się chce iść do ludzi, którzy mnie zamykają w autobusach. Jaką mam gwarancję, że wyjdę z tej siedziby? Wydaje się, że najlepszym pomysłem będzie chodzenie pieszo, albo... nie wychodzenie z domu w ogóle, bo każdy przejazd kosztuje mnie 200 złotych nie licząc tego, co wydałam na bilet.

00:05, wildfemale
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 lipca 2016
Co jest nie tak z farmaceutami?

Historia oparta na faktach autentycznych z życia autorki.

Wchodzę zakrwawiona do apteki, czekam grzecznie w kolejce, ludzie patrzą na mnie z obrzydzeniem. Nie wiem czy dlatego, że generalnie wyglądam niesympatycznie, czy ze względu na plamy krwi na ubraniu. Przychodzi moja kolej.

- Dzień dobry, czy można u pani kupić: bandaż, gaziki, plaster, Rivanol w roztworze?

- Tak. - i pani nie czyni żadnego ruchu.

- Czy, yy, mogę je nabyć? Zapłacić kartą. - powoli tracę pewność siebie.

- Jaki bandaż? Jaki gazik? Jaki plaster? Jaka pojemność butelki Rivanolu?- okazuje się, że powinnam była podać szerokość bandaża,wymiar gazików, fakt że chodzi o plaster z opatrunkiem.

- 10 cm elastyczny, 5x5 cm, plaster z opatrunkiem do cięcia. - Przy pojemności Rivanolu wymiękłam.

Pani podała mi wszystko, zapłaciłam, ale ponieważ zapakowanie kilku rzeczy do plecaka tak żeby go sobie nie zakrwawić zajmuje troszkę czasy, zanim odeszłam od okienka zdążył do niego podejść jakiś taki mało rozgarnięty,a wyraźnie skrępowany jegomość. Usłyszałam jak mówi:

- Poproszę coś na, yyy, rozluźnienie.

- Alax?

Po sekundzie pan wyszedł wyraźnie usatysfakcjonowany, a ja... zapomniałam kupić wodę utlenioną.

Co jest z nimi nie tak?! Tylko Alax umieją sprzedawać? Tak bez podania pojemności i szerokości opakowania?! Nie Mydocalm? Nie Xanax na rozluźnienie?! Skąd wiedziały?!

Update 18.07.2016:

Dziś odwiedziłam tę samą aptekę. Mam po drodze. Tym razem się przygotowałam z rodzajów, cen i zawartości IU heparyny w maściach heparynowych (tak, mam potężnego krwiaka). Nie było pytania, na którym można by mnie było zagiąć. Podeszłam, poprosiłam o maść konkretnej nazwy, pani... mi ją po prostu podała nie pytając o wagę opakowania!

Dziwny jest ten świat ;)

18:45, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016
O psychoterapii za pomocą hulajnogi

Od jakiegoś czasu zbieram się zamiarem podzielenia się ile dobrego zrobiło dla mnie jeżdżenie na hulajnodze. Dokładniej ujmując były też gorsze chwile jak kłótnia z właścicielem roweru w autobusie czy doznana ostatnio kontuzja, ale całe doświadczenie mimo wszystko oceniam raczej na plus i zachęcam do niestandardowych metod terapii własnej.

Już sam zakup tego środka lokomocji okazał się w moim przypadku dużym wyzwaniem. Chodziło o konieczność konfrontacji z obawami, które od dzieciństwa wpajali mi rodzice. W domu, w którym się wychowałam rodzice zniechęcali do aktywności fizycznej, straszyli lekcjami WF-u i karali za kontuzje odniesione na podwórku. Nic zatem dziwnego, że nie posiadam nawet roweru, a po wielu latach wciąż miałam lęk przed wybraniem się do sklepu i choćby wypróbowaniem hulajnogi. Wobec powyższego jej zakup był aktem heroizmu. Nie dziwi zatem, że jestem prawdopodobnie jedyną osobą dorosłą, która w Polsce jeździ hulajnogą nosząc na głowie kask.

A skoro o jeżdżeniu mowa, tu także było kilka wyzwań. Nigdy nie przemieszczałam się po mieście w ten sposób, więc miałam wiele barier mentalnych do pokonania. Do dziś boję się pasażerów w autobusach, kierowców, złośliwych kanarów w środkach komunikacji publicznej, którzy chcą biletu właśnie na zakręcie, kiedy jedną ręką trzymam się, a drugą swój pojazd. Ponadto śmiertelnie boję się rowerzystów na ścieżkach, bo ci nie koniecznie powinni być przekonani do tego, że mogę jechać tym samym pasmem co oni. Do tego zdarzyła mi się jednokrotnie scysja z posiadaczem roweru w autobusie, który był tak wnerwiony, że istnieję iż usiłował mnie rozjechać rowerem. Cóż tu mówić, hulajnoga jest kilkukilogramowym kawałem żelastwa, które świetnie przydaje się w samoobronie. Mam nadzieję, że pan zapamięta jak się ma do mnie zwracać na wypadek kolejnego spotkania.

Wbrew temu co napisałam powyżej, przeważają doświadczenia pozytywne. Sam ruch na świeżym powietrzu sprawia mi przyjemność i poprawia nastrój. Angażowanie podczas jazdy specyficznych partii mięśni stanowi interesujące uzupełnienie treningu. Dodatkowo, często hulajnogą jest zdecydowanie szybciej niż komunikacją publiczną. Ponadto, zdecydowana większość osób reaguje pozytywnie na mój widok. Z sympatią wytykają mnie palcami, albo podchodzą i pytają o hulajnogę. Szczególnie starsze panie :)

Zdarzyło mi się także przybywać na hulajnodze na ważne spotkania, szkolenia i jedną konferencję. Zazwyczaj wyłącznie ułatwiało mi to nawiązywanie kontaktów. Wszyscy chcieli obejrzeć czym przyjechałam, część nawet przejechać się. Cieszę się, że mogłam dać nieco dziecięcej radości dorosłym ludziom.

Podsumowując, z przekonaniem mogę stwierdzić że dzięki temu, że się przełamałam i zaczęłam jeździć na hulajnodze wiele rzeczy w moim życiu zmieniło się na lepsze. Nabrałam więcej dystansu do siebie i mniej się boję wyglądać głupio. Nabrałam pewności siebie i nie boję się obronić przed agresją innych. Wzrosło moje poczucie kompetencji co do znajdowania tras, nie gubienia się w mieście, radzenia sobie na drodze. Mam pewnie nieco lepszą kondycję, bo więcej się ruszam. Oglądam podczas przejazdów ładne widoki, których być może inaczej bym nie dostrzegła albo nie dotarłabym do nich. Podejrzewam, że dzięki temu iż autentycznie działałam (a potem było to podparte prawidłowo wykonaną pracą poznawczą), przyniosło to szybsze efekty niż tradycyjne omawianie problemów w teorii.

Jeśli zatem zastanawiasz się nad wprowadzeniem jakiejś zmiany w swoim życiu, po prostu zadaj sobie pytanie skąd się biorą Twoje opory. Jeśli to przemawiają duchy znad kołyski, warto dać im wycisk i podjąć niezależną dorosłą decyzję. Świat wokół nie ma wyjścia, będzie się musiał dostosować.

10:58, wildfemale
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 czerwca 2016
LGB Zdrowie psychiczne i seksualne - recenzja

Jest to nowość napisana przez polskich autorów, która ukazała się nakładem wydawnictwa PZWL. Zanim trafi do wszystkich dobrze zaopatrzonych księgarni, chciałabym się podzielić własną recenzją. Na początku nadmienię, że ze względu na deficyty na polskim rynku wydawniczym, a priori z entuzjazmem witam każdą rodzimą książkę o takiej tematyce. I mimo szlachetnego zamysłu autorów, po lekturze czuję się nieco oszukana. Książka została starannie wydana, ale jej objętość sztucznie rozdęto. Wśród redaktorów naukowych widnienie nazwisko Zbigniewa Lwa-Starowicza, który potem pojawia się jako ostatni ze współautorów tylko jednego z rozdziałów. Prawdopodobnie uwzględnienie pana profesora było zabiegiem mającym zapewnić przychylność wydawcy. Istnieje spora szansa, że w przeciwnym wypadku książka zostałaby raczej uczelnianym skryptem, a nie pozycją dostępną na rynku ogólnym. Dziwi mnie także dobór autorów, najbardziej tych z afiliacjami takimi jak Wałbrzyska Wyższa Szkoła Zarządzania i Przedsiębiorczości (sic!). Zaiste, zapewne jest to tak wielkie zagłębie polskiej wiedzy seksuologicznej, że osoby z tego przybytku są autorami aż 4 z 10 rozdziałów książki. Dodam, że nigdy ich na żadnej konferencji seksuologicznej nie widziałam. Mimo wszystko, dobór tematyki poszczególnych rozdziałów uważam za interesujący i postępowy.

Jedynie rozdział pierwszy jest dość ogólny. Mimo że zajmuje prawie 1/5 książki, nie ma w nim żadnego bezpośredniego odniesienia do osób LGB, a Deklarację Praw Seksualnych przytoczono w obu wersjach choć są one bliźniaczo podobne. Jedyne uzasadnienie dla takiego zabiegu jakie znajduję to fakt, że wersja z 2014 roku (nowsza) nie została (jeszcze?) przyjęta przez WHO. Cały zaś rozdział rozpoczynający książkę jest nudny i składa się z nic nie wnoszących wyliczanek definicji zdrowia, zaburzenia czy norm seksuologicznych, które i tak można odnaleźć w innych publikacjach.

Niejako kontrapunktem jest rozdział następny, w którym dr Maria Pawłowska w sposób zaskakująco błyskotliwy omawia koncepcję orientacji seksualnej podając przy tym wiele faktów. Co należy docenić, autorka postawiła raczej na udzielanie konkretnych odpowiedzi zamiast stawiania nowych pytań i pozostawiania czytelnika z mętlikiem w głowie co nader często dzieje się w tekstach traktujących o tej tematyce. Bardzo się cieszę, że nie natrafiłam tutaj na wykręt w postaci wprowadzania terminu "queer" czy opis skomplikowanych przypadków.

Rozdział kolejny dotyczy historii dyskryminacji osób nieheteroseksualnych. Wbrew temu co sugeruje tytuł, osoby biseksualne zostały potraktowane marginalnie. Bibliografia do rozdziału oraz przytaczane w tekście nazwiska zawierają liczne literówki i niekonsekwencje. Duży minus dla redakcji naukowej, ups!, pan Tritt jest redaktorem naukowym. Następnie znajdziemy całkiem poprawne przedstawienie współchorobowości i modelu stresu mniejszościowej w tekście G. Iniewicza, który tą tematyką zajmuje się od lat.

Rozdział piąty jest jednym z tych, na które bardziej czekałam, gdyż mówi o psychoterapii osób LGB. Kończy się on wyróżnionymi graficznie polskimi rekomendacjami dla terapeutów. Podczas lektury tekstu Bojarskiej spodziewałam się przede wszystkim porad praktycznych dotyczących typowych problemów wnoszonych na  psychoterapii przez osoby LGB. By dobrnąć do tej marginalnie potraktowanej części musiałam się przedrzeć przez całe strony cytatów, głównie z osób przepraszających za to, że promowały tzw. terapię reparatywną. Lektura ciekawa, ale objętość cytatów można było ograniczyć bez szkody dla dzieła. Zupełnie już jednak nie rozumiem obszernego cytowania w tekście rekomendacji dla terapeutów skoro za kilka stron pojawią się one w całości. Znów czuję się jakby sugerowano mi, że jestem zacofana. Zamiast dać mi instrumentarium do pracy z problemami klinicznymi, poucza się mnie, że nie powinnam dążyć do zmiany orientacji seksualnej u pacjenta. Dodatkowo, z niezrozumiałych względów w tym rozdziale bibliografii wyjątkowo nie zaczęto od nowej strony jak to się działo w każdym innym przypadku.

Za bardzo potrzebne uważam ujęcie w książce tematyki samobójstw. Jednak wbrew temu co sugeruje tytuł i śródtytuły rozdziału 6 nie znajdziemy tu danych na temat samobójstw konkretnie osób LGB. Być może po prostu nie ma takich danych z obszaru Polski. Przytoczony krajowe dane dotyczące samobójstw w trzech odrębnych tabelach, tymczasem dane te można było zebrać w jednej, przyjaźniejszej dla czytelnika. Niedostatecznie dobrze wyjaśniono także, dlaczego to w tym rozdziale pojawiają się uzależnienia. Miłym zaskoczeniem dla mnie było ujęcie w książce tematyki osób starszych LGB. Mówiący o tym rozdział 7 warto polecić jako bibliografię osobom piszącym publikacje na temat starości i starzenia się.

Rozdział o zdrowiu seksualnym osób LGB jest czytelny, przekrojowy. Zawiera mało konkretnych infromacji, ale też jest niedostatek tej części populacji. W rozdziale 9 nie-lekarze piszą o kontaktach osób LGB z lekarzami. Tekst trąci patosem. Autorzy wmawiają, że lekarze są w społeczeństwie szanowani, nie odnoszą się do edukacji na uczelniach medycznych w zakresie zagadnień dotyczących osób nieheteroseksualnych. Tabelę rozciągniętą na strony 261 i 262 niewygodnie się czyta.

Gdyby nie liczne cytaty z osób biorących w Polsce udział w badaniu na ten temat uznałabym, że ostatnio rozdział dotyczący dyskryminacji ze strony personelu medycznego jest stronniczy. Temat jest bardzo ciekawy, plusem jest że istnieją rodzime dane. Chętnie zobaczyłabym ich porównanie z trendami światowymi, zwłaszcza, że autorzy wspominają o organizacjach zajmujących się tymi zagadnieniami i aktywnie działającymi w UK i USA. Drażni, że autorzy wspominają o prawach pacjenta w kontekście dyskryminacji i ich łamania, a nie wspominają o tajemnicy zawodowej, która determinuje część zachowań personelu i która również jest prawem pacjenta.

Reasumując, decyzję o zakupie tej książki pozostawiam Wam. Jeśli ktoś bardzo chce zgłębiać temat polecam raczej publikacje zagraniczne lub polskie "Wprowadzenie do psychologii LGB".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68