RSS
sobota, 19 sierpnia 2017
Metamorfozy ciąg dalszy

Przez ostatnie dwa dni przydarzały mi się niezwykłe rzeczy, napiszę tylko o części z nich. W komentarzach zadajecie ciekawe, wglądowe, pytania. Postaram się do nich odnieść w najbliższym czasie. Tymczasem co nieco o metamorfozie tak bardziej zewnętrznie, choć jak w moim przypadku bywa nie tylko.

Dwa dni temu wyszłam z domu z zamiarem kupna sukienki. Pewnie jeszcze bym się na to nie zdecydowała, ale mam zaplanowaną randkę i uznałam, że powinnam na niej wyglądać jak kobieta. I tu kilka odkryć, przebrnijcie przez nie proszę, streszczenie kolejnego dnia będzie bardziej wartkie i ciekawsze. Na starość dowiedziałam się, że sukienki zakłada się przez głowę (sic!). Pierwsza wizyta w sklepie okazała się megatrudna, bo miałam wrażenie, że mam wypisane na twarzy iż nie noszę sukienek i się na nich nie znam, więc zaraz mnie ze sklepu wyrzucą. Czułam się jak mężczyzna, który chce się przebrać za kobietę. Powiem wam, że koszmarne uczucie. Kilka przymiarek i kilkanaście trzeszczeń zamkiem później było mi troszkę łatwiej, ale wyszłam z pustymi rękami. Dopiero jak wyluzowałam znalazłam w przymierzalni sukienkę zostawioną przez inną klientkę. Okazało się, że oversize z metalowymi okuciami to jest właśnie to co chcę nosić. Z drugiej strony, nie rozumiem tego zachowania eleganckich i dystyngowanych klientek, które zostawiają ciuchy w przymierzalni i smarują ubrania swoim makijażem. Do końca bałam się, że przy kasie mnie wyrzucą i nie sprzedadzą mi towaru. Nic takiego się jednak nie stało.

Kolejnego dnia wybrałam się kupić guziki do koszuli smokingowej. Ponieważ pewnie nie wiecie co to jest, wyjaśnię, że koszula smokingowa ma na górze dziurki po obu stronach i wymaga specjalnych guzików. Guziki takie bardzo trudno dostać. Wędrowałam zatem po eleganckich sklepach, w których nabotoksowane sprzedawczynie ślinią się na widok panów poszukujących marynarki, ale nie rozumieją mojego pytania o guziki smokingowe. Z tak silną dyskryminacją już dawno się nie spotkałam. Okazuje się, że nieswojo czuję się kupując sukienkę, ale jeszcze mniej widziana jestem w sklepie z garniturami.W końcu jednak nabyłam guziki. Niestety nie były one w komplecie ze spinkami do mankietów. Ponieważ pewnie nie wiecie co to jest, wyjaśnię...  no dobra, to jednak pewnie wiecie. Nabyłam i spinki. Przy okazji wypatrzyłam śliczną koszulę, po którą pewnie wrócę. Zahaczyłam także o sklep, w którym kupiłam kamizelkę, której kompletnie nie planowałam.

Potem było tylko ciekawiej, bo przyszło mi do głowy, że do tej sukienki potrzebuję pończoch samonośnych. Na asortymencie takim zupełnie się nie znam, toteż szczerze ucieszyłam się, gdy sprzedawczyni zaoferowała mi swoją pomoc. Warto wspomnieć, że w sklepie było mało klientów, a co za tym idzie, druga sprzedawczyni z braku zajęć przysłuchiwała się mojej konwersacji. Przyznałam się, że na pończochach zupełnie się nie znam. Byłam tak zabawna, że literalnie w pewnym momencie usłyszałam, jak druga sprzedawczyni parska śmiechem. Zadowolona z zakupy wyszłam i natknęłam się na jubilera. Skoro tak dobrze mi szło, postanowiłam do kompletu do sukienki kupić bransoletę. Zestresowana sprzedawczyni w białej bluzce zaprowadziła mnie do gabloty pełnej tandetnych świecidełek, ale szybko wytłumaczyłam jej, że nie tego szukam. Powiedziałam za to, że interesują mnie bransolety męskie lub damskie. Ponieważ męska bransoleta wcale nie prezentowała się na moim przedramieniu tak dobrze jak się spodziewałam, ostatecznie po przymiarce wybrałam damską. Pani nawet ofiarnie wyszła ze mną przed sklep, bo nie potrafiłam jej wyjaśnić co mnie interesuje. Za zakup zapłaciłam i wyszłam szczęśliwa.

Siedzę teraz przed komputerem, z bransoletą na ręce i kilkoma ciekawymi stylizacjami w zanadrzu. Zakupy miały dla mnie aspekt wybitnie terapeutyczny. Moje poczucie kobiecości wzrosło, pozbyłam się także kompleksów związanych z tym, że lubię męski styl ubierania się. To była droga sesja terapeutyczna, ale jakże skuteczna.

Czy zdarzyło wam się jednego dnia kupić guziki smokingowe i pończochy samonośne? :)

poniedziałek, 31 lipca 2017
Szukam swojego miejsca

Zaniedbuję Was za co serdecznie przepraszam. Moje życie jeszcze przyspieszyło, praca szuka mnie, a ja nie mam czasu na ćwiczenia fizyczne. Opuściłam blog na dwa miesiące, ale na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że przez ten czas przynajmniej kilkakrotnie miałam ochotę tu coś napisać. Niestety, pewnie przez to blog będzie uboższy,bo nie pisałam na bieżąco.

Z racji realizacji swojej chęci kontynuacji edukacji, na pół tygodnia, co tydzień, przeprowadzam się do innego miasta oddalonego kilkaset kilometrów. Nawet moi nauczyciele nie znają nikogo, kto przyjeżdżałby do nich z tak daleka. Pół tygodnia mieszkam w hotelu i z jednego z takich hoteli piszę do Was w tej chwili. Wyjazdy finansuję z własnej kieszeni, by pomieścić je w grafiku, musiałam zrezygnować z części dni pracy. Sama wpadłam na znalezienie sobie miejsca zatrudnienia tu na miejscu, skutkiem czego po 1,5 miesiąca od podjęcia pracy, potrafię prosto z pociągu, z bagażami, jechać do nowej pracy, siedzieć tam do 22, po czym wracać do hotelu, a następnego dnia iść na swój wolontariat. Hotel jest najtańszy możliwy, dziś uraczono mnie śmierdzącymi grzybem ręcznikami, brzydziłam się w to wycierać. Doprawdy, oryginalne mam hobby. Czasem optymistycznie zabieram strój do biegania, ale czasem nie mam siły już z niego skorzystać. Nie znam miasta, nie nauczyłam się jeszcze dzielnic, nie znam ulic. Choć całkiem nieźle orientuję się w terenie i mając dostęp do smartfona z internetem jestem w stanie dojechać wszędzie, to wykładam się podczas kontaktów z żywymi ludźmi, którzy opisują mi lokalizacje, podają adresy i oczekują ode mnie zrozumienia co się koło czego znajduje. Czuję się obca. Teraz jest już lepiej, ale przez pierwsze tygodnie dojazdów czułam się naprawdę obca i samotna. Bałam się, że dostanę depresji i nikt nie będzie mi mógł pomóc. Żeby przełamać poczucie samotności zaczęłam korzystać z Tindera. Jak na razie nie poznałam nikogo realnie, nie wiem dla kogo jest ta aplikacja.

Mimo ogromnego strachu z jakim się to wiązało, pojechałam w zeszłym miesiącu na kongres w Barcelonie. Sama, jak zawsze sama. Nie było mnie stać na przejazdy, z głównego lotniska w Barcelonie do samego centrum miasta jest cały kawał. Pokonuje się go specjalnym, nowoczesnym autobusem wyposażonym w klimatyzację i WiFi. Zakup biletów na bus był dla mnie dużym wydatkiem. Na taksówkę wydałabym jeszcze więcej. Z samego kongresu wyniosłam nie tylko nową wiedzę, ale i piękne wspomnienia. Ponieważ oszczędzałam, chodziłam wszędzie pieszo. W Hiszpanii prawie nie ma wielkich marketów, ludzie zaopatrują się w małych, lokalnych sklepikach. W sezonie można skorzystać z darmowych wycieczek po mieście prowadzonych przez wykwalifikowanych przewodników. Nie miałam czasu zaplanować dokładnego przebiegu wyjazdu. Miałam opracowaną tylko trasę dojazdu do własnego hotelu, o wszystkich tych rzeczach dowiedziałam się w trakcie pobytu i udało mi się z takiej wycieczki po mieście skorzystać. Samodzielnie zwiedziłam nabrzeże i port olimpijski, a także park przy zoo, z rzeźbami Gaudiego. Miałam wiele szczęścia, zrobiłam piękne zdjęcia. Sagradę Familię pozostawiłam sobie do odwiedzenia kolejnym razem, bo niezaplanowany wcześniej urlop postanowiłam spędzić w Hiszpanii.

Niespodziewanie wspólny wyjazd urlopowy zaproponował mi ojciec, który pomógł też załatwić formalności związane ze zorganizowaną wycieczką do Hiszpanii. Ojciec, z którym nie mam dość dobrego kontaktu i wycieczka, która okazała się objazdową. Podczas tego wyjazdu, mimo dobrej atmosfery, przekonałam się, że wycieczki zorganizowane nie są dla mnie, że spędzanie pół dnia w autokarze nie jest dla mnie, że nocowanie pod miastem żeby tylko było taniej także nie jest dla mnie. Całe życie zazdrościłam ludziom, że stać ich na wycieczki, tymczasem kiedy sama się na taką z ojcem wybrałam, doszłam do wniosku że to wszystko co organizowałam sobie na własną rękę z okazji konferencji było o niebo lepsze. Niepostrzeżenie dorobiłam się własnej formuły zwiedzania i okazało się, że zupełnie się tego nie mogę oduczyć. Podczas wycieczki poza zwiedzaniem, chciałam także odzyskać kontakt z ojcem, którego bardzo potrzebowałam. Ku mojemu zawodowi ojciec okazał się nieporadnym już starszym panem, który zupełnie nie potrafi zadbać o mnie, bo mężczyzną się już nie czuje, za to ja świetnie ogarniałam jego. Raz na zawsze musiałam pogrzebać figurę silnego, potentnego ojca, który w razie czego mnie wesprze i wstawi się za mną. Znów muszę wszystko sama. Mało brakuje, a zostanę własnym ojcem. Nie chcę mieć dzieci i boję się, że pożałuję tego kiedy będzie za późno. Tak czy siak, wspólny wyjazd z ojcem zaoszczędził mi kilku lat psychoterapii. Chyba i tak powinnam mu być wdzięczna za ten wglądowy wyjazd.

Matka dowiedziawszy się o moim wyjeździe z ojcem totalnie zgłupiała i nie potrafi się z tym pogodzić. Czyniła mi niewybredne uwagi, toteż musiałam ją przywołać do pionu i jakby tak, nie rozmawiamy ze sobą. Czyżby doszło do tego, że pozjadałam wszystkie rozumy i zacznę wychowywać własną matkę? Czy to nie za dużo jak na mnie samą?

Szukając swojego miejsca na ziemi nauczyłam się, że Barcelona zdecydowanie jest tym miejscem i marzę aby wybrać się tam w przyszłości jeszcze nie raz, ale zdecydowanie na własną rękę. Moje stałe miejsca pracy okazały się moim miejscem na ziemi. Kilka dni temu z ulgą odrzuciłam lukratywną propozycję pracy od pewnego biznesmena, który mi się nie spodobał bo był psychopatą. Czuję ulgę, a kilka lat temu czułabym stratę. Dziś tak się przypadkowo złożyło, że rozmawiałam przez telefon z dwiema ze swoich szefowych, które obie proponowany mi dodatkowe zatrudnienie. Nie dysponuję wolnymi godzinami w grafiku by móc im je zaoferować. Inna szefowa zaproponowała mi dodatkową pracę i właśnie kończę z tego tytułu pisanie swojej pierwszej książki. Rodzi się ona w wielkich bólach, ale jej powstawanie stanowi dla mnie powód do dumy. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że dobrze piszę. Zawsze słyszałam, że sposób w jaki piszę świadczy o chorobie psychicznej... od tego samego ojca, który był ze mną w Hiszpanii i teraz nie mówił mi absolutnie nic przykrego, a raczej słuchał co mam do powiedzenia.

Czasem mam wrażenie, że nie mam ze swoimi rodzicami absolutnie nic wspólnego, że nie współdzielimy genów i że wychowałam się sama, dzięki temu wiem jak się poruszać po świecie, jak zachować się w restauracji i czego mogę oczekiwać w hotelu. Umiem prowadzić profesjonalną korespondencję i nadać ISBN książce, odnajdę się podczas prawie każdej rozmowy kwalifikacyjnej przechodząc proces rekrutacji, jakiego oni nigdy przechodzić nie musieli (więc sobie nawet nie wyobrażają) i jeszcze się przy tym nieźle bawiąc.

Od czasu kiedy napisałam poprzedni wpis załatwiłam pracę dwóm koleżankom co absolutnie odmieniło ich życie, a ja jestem bezinteresownie szczęśliwa. Brakuje mi czasu na sen, spotkania towarzyskie i na związek, za czym tęsknię. Zdecydowanie nie powinno mi brakować czasu na ćwiczenia fizyczne. Od przyszłego miesiąca będę miała karnet na siłownię i zamierzam na nią chodzić w przerwach w pracy. Czas pokaże jak mi się ten pomysł sprawdzi.

Mam wrażenie, że doba jest dla mnie zbyt krótka. Zdaję sobie sprawę, że wpis ten jest niezwykle chaotyczny, ale jakkolwiek to zabrzmi miałam potrzebę coś po sobie zostawić, a ponadto może nadto optymistycznie wierzę, że kogoś może interesować co u mnie. Oto zyskujecie dość przekrojową odpowiedź na to pytanie.

piątek, 19 maja 2017
Apdejt

Po braku reakcji na poprzedni wpis wnoszę, że zupełnie Was nie obchodzi co u mnie. A może po prostu wpis ten był wyjątkowo parszywie i źle napisany. Na pewno pisałam w stresie. Spieszę donieść, że po rozmowie z szefową jestem bardzo zadowolona. Rozmowa przebiegała pomyślnie, nie mam ochoty rzucić tego miejsca w cholerę, a komfort mojej pracy poprawił się wykładniczo. Nie zmienia to jednak faktu, że poszukuję intensywnie nowej, lepiej płatnej pracy. W przyszłym tygodniu mam dwie rozmowy kwalifikacyjne i na coś chcę się zdecydować. Zapoznałam się ze specyfiką tych miejsc pracy i z zaskoczeniem odkrywam, że pracujący tam ludzie wcale nie są lepsi ode mnie, a wręcz często są słabiej wykształceni. Z całej tej rekrutacji jest jeden plus, że się dowartościowałam. Póki co żyję fantazjami o tym, że nowi pracodawcy będą fajni, elastyczni i spełnią moje oczekiwania.

Jutro kończę studia podyplomowe, więc zamiast się do tego przygotować siedzę tutaj, co jest jawnym przykładem prokrastynacji. Po raz pierwszy także nie zamierzam po studiach podyplomowych podejmować następnych. Z moim wykształceniem prawdopodobnie najlepszym pomysłem byłoby otwarcie własnej szkoły podyplomowej, tylko że teraz akurat mi się nie chce tego robić. W całym tym pędzie nie potrafię się określić, czy będę tęsknić za ludźmi ze studiów podyplomowych, ale chyba raczej będę. Po pierwsze, brakuje mi kontaktów społecznych, a po drugie to są naprawdę wartościowi ludzie.

Warto także wspomnieć, że dzisiejszy dzień zaczął mi się bardzo nietypowo, ale także zaskakująco skończył, choć z zupełnie innych względów. Wychodząc rano z domu zauważyłam przy śmietniku rower stacjonarny. Rowem miał pożółkły plastik dolnego panelu, przerwaną neoprenową rączkę, rozwaloną rolkę zupełnie jak mój rower. Wyobraźcie sobie może przerażenie związane z myślami, że najwidoczniej, któreś z rodziców musiało rower wynieść cichaczem. Podejrzewałam ich o różne niecne intencje, ale ponieważ rano spieszyłam się do pracy nie miałam czasu rozczulać się nad samotnym rowerem. W krótkich chwilach wytchnienia w 12-godzinnej pracy przypominałam sobie o tym rowerze i myślałam "jak oni mogli, tak bez konsultacji", niczym w bajce dla dorosłych, w której złodzieja można było poznać po tym, że miał typowy wzrok, typowy wygląd i typową czapkę złodzieja. Wróciłam do domu, zaczęłam szukać roweru i... okazało się, że mój zdezelowany egzemplarz stoi spokojnie w domu. Przypomniałam sobie także czemuż on tak stoi bezczynnie i okazało się, że prawy pedał niezmiennie jest przedziurawiony. I dopiero w tym momencie przyszło mi do głowy, że widząc rano ten porzucony rower, zamiast spieszyć się do pracy, powinnam była się spieszyć po klucz francuski i odkręcić mu pedały na części zamienne.

Wieczór zaś mam niezmiernie udany mimo nawału pracy. A to dzięki pewnej bezinteresownej istocie, która podarowała mi płytę. Chęć odsłuchania płyty skłoniła mnie nawet do naprawy wieży, a nie było to proste. Posiadam dwie wieże, w jednej głośniki działają nieprawidłowo, w drugiej nie otwiera się napęd na płyty CD, a nawet jeśli się otwiera, to umieszczona w nim płyta odtwarza się dopiero za setnym razem. Nie, nie myślałam o wykorzystaniu jednej z wież na części zamienne dla drugiej. Okazuje się, że płyta niezmiernie wstrzeliła się w moje gusta. Zupełnie o tym nie wiedząc, właśnie tego potrzebowałam do poprawienia mi humoru. Jak to cudownie, że są ludzie, którzy mają taki artystyczny dar od Boga. Złapałam się na tym, że jako osoba zupełnie nie znająca się na tworzeniu muzyki rozkładam to, co słyszę z płyty na czynniki pierwsze i to, w jaki sposób jedna osoba wpadła na to, jakie piosenki i w jakich aranżacjach zamieścić na swojej płycie jest dla mnie aktem iście magicznym. Siedzę zatem zachwycona jak małe dziecko, z uśmiechem na twarzy.

Potrzebowałam takiego zachwytu.

Tagi: refleksje
23:35, wildfemale
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 maja 2017
ZOZ - zespół ostrego zakręcenia

Zdaję sobie sprawę, że zazwyczaj skrót z tytułu rozwijamy nieco inaczej, ale nie mam dziś ochoty rozmawiać o służbie zdrowia. Może dlatego, że jutro jest ten dzień i będę się umawiać na wizytę do dentysty. Boję się chodzić do dentysty, więc odwlekam ten moment, mam nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa dotyczące chodzenia do dentysty. Nic jednak nie zmienia faktu, że iść powinnam a nie się wydurniać. Jestem przecież dorosła, doświadczona.

Jutro, a właściwie już dziś po południu jest dzień rozmawiania z szefową. To nie jest takie niezwykłe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że ja mam kilka szefowych i dość często się z nimi kontaktuję. Tym razem jednak jesteśmy umówione, gdyż do tej konkretnej szefowej napisałam wyjątkowo podłe pismo konfrontujące ją z faktem jak bardzo mnie nie docenia, źle organizuje moją pracę i w ogóle. I choć usiłuję siebie samą przekonać, że nie wiem o czym ta rozmowa będzie, to znaczy w jakim klimacie. To przecież doskonale wiem, że będzie ona o moim być albo nie być w tym miejscu pracy. Najgorsze jest to, że z pracą tą w zasadzie jestem zżyta na zasadzie silnego sentymentu i gdyby tylko szefowa zrozumiała, przejrzała na oczy, dała się przekonać, doceniła... to ja bym została i żyłabym sobie radośnie dalej. Tymczasem jest dla nas przecież jasne, że szefowe rozumiejące, empatyzujące, przeglądające na oczy itd. po prostu nie istnieją. Nie tak się zostaje szefem. Wykazuję się w swym myśleniu naiwnością jak dziecko, a jestem przecież dorosła, doświadczona.

Podjęłam pracę w innym województwie. Nigdy w życiu jeszcze nie zrobiłam takiej wolty w życiu, ale tak bardzo chciałam się kształcić, że zatrudniłam się w miejscu, gdzie będzie to możliwe. Staram się nie otwierać za bardzo, wszędzie czai się konkurencja. Dużo się uczę przede wszystkim o ludziach w ogóle, a tak szczególnie to o tym jak bardzo nie warto nikomu ufać i że w nowym mieście nie znaczę nic. Póki co dojeżdżam z daleka, staram się oswoić z nową sytuacją i może... poszukać nowej pracy, bo skoro jutro jedną stracę to wiecie, będę miała kupę wolnego czasu. Boję się, a zdroworozsądkowo nie powinnam. Zyskuję szansę na zaczęcie paru spraw od nowa, może życia bardziej po swojemu, w zgodzie ze sobą, okazję do eksperymentowania z jakimś nowym pomysłem na siebie i boję się chociaż przecież nie ma czego. Bo czy może być gorzej niż było? Czy nie nauczyłam się niczego przez poprzednie lata doświadczeń w relacjach z ludźmi. Przecież jestem dorosła, doświadczona.

Naprawdę powinnam się wyspać, zamiast pisać po nocy na blogu. Dorosły, doświadczony człowiek wiedziałby lepiej.

Tagi: refleksje
02:28, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Ludzie maile piszą

Czy w dobie messengerów w sieciach społecznościowych piszecie jeszcze maile? Zdarzyło mi się być na konferencji, która była promowana wyłącznie przez media społecznościowe. O takich wydarzeniach nie wiem nic o ile nie jestem osobiście zaproszona. Sprawdzam swoją skrzynkę mailową codziennie. To znaczy tę główną sprawdzam codziennie, jej adres figuruje w moim CV i mają go pracodawcy. Poza tym posiadam jeszcze kilka skrzynek, czasem z tego powodu, że ktoś założył mi adres w jakiejś domenie, a czasem dlatego, że nie chciałam się podpisywać własnym nazwiskiem. Inny mam adres dla kochanków, inny dla spamu i rejestrowania się w różnych niedorzecznych miejscach.

Pierwsze konto mailowe założyłam kiedy poszłam na studia, czyli kilkanaście lat temu. Na uczelni były komputery z dostępem do internetu. W domu nie miałam sieci przez pierwsze kilka lat nauki, a kiedy potrzebowałam skorzystać z jakichś materiałów online, to zgrywałam je na... dyskietki. Chodzi o te małe czarne. Kiedy miałam obejrzeć jakieś zdjęcia, a tego wymagały moje studia, to przynosiłam do domu całe pudełko dyskietek, bo na jednej by mi się nie zmieściło, a plusem była możliwość wielokrotnego nagrywania. Nie miałam wtedy jeszcze pendrive'a, a rodzice jakoś bali się zainstalować mi w domu internet. Może przewidzieli tych kochanków? ;)

Przypominam sobie jakąś wirtualną znajomość, która ciągnęła się mailowo kilka lat. Ta dziewczyna w końcu zaczęła się zastanawiać dlaczego nigdy nie piszę do niej w weekend, a tymczasem ja w te dni po prostu nie bywałam w czytelni. Pisałyśmy do siebie prawie codziennie, wymieniłyśmy się numerami telefonów, tak długo ciągnęłyśmy to wirtualnie, że potem bardzo trudno było się spotkać w rzeczywistości. Tak psychologicznie trudno. Kilkanaście lat temu korespondowałam z lubianymi wówczas redaktorami radiowymi, uroczo dodając na końcu swój adres mailowy i przesuwając "z poważaniem" na prawą stronę. To dopiero pokazuje jak bardzo nowe było dla mnie to medium. Co ciekawe, od początku swojej przygody z pocztą elektroniczną starałam się nawiązać współpracę z redakacjami, które opublikowałyby moje teksty. Bardzo szybko pojawia się także korespondencja związana z działalnością w kołach naukowych.

Są też jakieś listy od kolegów z grup studenckich, raczej formalne niż ciepłe. Może to dlatego, że często te grupy zmieniałam, a może dlatego, że nawet gdybym nie zmieniała, to nikt mnie specjalnie nie lubił. Oczywiście nie sposób streścić kilkunastu tysięcy maili zachowanych w pamięci mojej głównej skrzynki, ale sam fakt udokumentowania w ten sposób mnie samej z tamtych lat budzi jednocześnie nostalgię i przerażenie. Z jednej strony miło mi jest mieć do tego dostęp, z drugiej obawiam się, że dostęp ten będzie miał ktoś jeszcze, a nawet cała sfora ktosiów niekoniecznie dla mnie życzliwych. Kiedyś wykorzystywałam mail do nawiązywania nowych kontaktów, np. ze znanymi osobami (działało jak złoto!), dziś raczej podtrzymuję więzi nawiązane w realu.

Po kilku latach używania skrzynki maile zdecydowanie się zagęszczają, trafiłam nawet na ślad rejestracji podczas rekrutacji na kolejne studia. Pamiętam, że byłam taka szczęśliwa, że się rozstałam. Energia rozpierała mnie przez cały pierwszy rok studiów. Boję się wertować dalej, bo przypominam sobie, że pewnie za kilka stron będą maile od nieuczciwego człowieka, który nękał mnie i groził zniszczeniem kariery.  Gdzieś też powinien być taki mail, który można było wysłać do samej siebie z poleceniem dostarczenia za rok - list od ciebie z przeszłości. Nie mogę go teraz odszukać, ale pamiętam, że byłam wzruszona ciepłem, jakie sama sobie okazuję. Jednocześnie przygnębiona, że nie spełniła się absolutnie żadna z rzeczy, których sama sobie życzę.

Wertuję kolejne strony listów i mimowolnie staram się oszacować ile czasu kosztowało ich napisanie, a potem przeczytanie. Znajduję dowody mojego pierwszego poważnego zlecenia na tłumaczenie sprzed kilku lat. Byłam wtedy taka dumna. W ostatnich latach dopiero pojawiają się listy, których nigdy nie otworzyłam, ale jednocześnie też nie wrzuciłam do spamu. Uzbierało się ich prawie 3 tysiące i orientuję się, że do nich na pewno nigdy nie wrócę. Jednocześnie w ostatnich latach zagęszcza się korespondencja związana z udziałami w konferencjach. Najpierw polskimi, studenckimi, teraz coraz częściej międzynarodowymi. Prawdziwie dorosłe życie przyniosło też faktury w PDF.

Bałam się to przejrzeć. Bałam się, że nie zaakceptuję dawnej mnie, albo że będę zażenowana. Jeszcze bardziej bałam się, że odkryję, że nic się tak naprawdę nie zmieniło i w przeszłości byłam tak samo beznadziejna jak teraz. Zastanawialiście się kiedyś co mówi o Was skrzynka mailowa?

01:18, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
Jestem jak rekin

Podobno jak rekin nie płynie to ginie. Ci właściciele paszcz pełnych ostrych zębisk nie posiadają pęcherza pławnego, więc kiedy pozostają bez ruchu to idą na dno. Okazuje się, że ja mam podobnie i aktywność mi służy. Jednocześnie mam ogromne poczucie winy, że zaniedbałam blog, nie poczyniłam ani jednego wpisu w lutym, ani w marcu. Myślałam o Was, a z przyjemnością odkrywam, że w skali tygodnia zagląda tu kilka tysięcy osób mimo mojego braku aktywności. Obiecuję się poprawić, zwłaszcza że w tym pędzie naprawdę nie mam z kim się podzielić własnymi refleksjami i potem dzielę się nimi z zupełnie przypadkowymi osobami. A warto przecież z Wami.

Przez ostatnie miesiące praktycznie nie mam czasu wolnego, bo nawet weekendy wypełniają mi szkolenia, konferencje, czy studia podyplomowe. Miłe to, ale i męczące. W pracy tak jak była posucha i nic ciekawego się nie działo, tak teraz nie mogę się odgonić od ofert i naprawdę ciekawych zleceń. Daje mi to dużo satysfakcji i stwarza okazje do rozwoju, nauki nowych rzeczy. Już nie wspomnę o okazjonalnych głaskach, które przydarzyły mi się kiedy coś wykonałam dobrze. Kilkanaście dni temu niespodziewanie poproszono mnie o przeprowadzenie dużego wykładu, wkrótce potem ktoś inny poprosił bym napisała obszerną recenzję, a następny zlecił mi napisanie tekstów na temat, z zakresu którego jestem ekspertem. Co dziwne, nie czułam zmęczenia, a raczej przyjemne podekscytowanie, które pozwoliło mi nawet w wolnych chwilach poczytać ciekawą beletrystykę i tak zostałam fanką Elsberga. Myślę, że nie bez przyczyny trafiła do mnie literatura napisana wartkim językiem i z szybką akcją. Kilka dni temu dowiedziałam się również, że zaproszono mnie na zagraniczny kongres.

Martwi mnie jedynie to, że nie mam w tym wszystkim czasu na ćwiczenia i moja kondycja fizyczna słabnie. W tym kontekście nie posiadanie auta staje się błogosławieństwem, bo zapewnia mi przynajmniej godzinę chodu codziennie. Z powodu częstego przemieszczania się w ciągu jednego dnia między kilkoma instytucjami nie używałam jeszcze w tym sezonie hulajnogi, choć dzieciaki na ulicach już dawno dojeżdżają tym do szkoły. Nie mogę schudnąć, a wręcz stale czuję głód. Aż się prosi o psychodynamiczną interpretację.

Wraz z przybywaniem lat, rozwinęłam potrzebę dbania o siebie. Mam ochotę zmienić fryzurę, bo od lat mam taką samą i czuję się z nią nieatrakcyjna. Zastanawiam się, jak wybrać nową, a co ważniejsze, jak przedstawić fryzjerowi/fryzjerce tę wizję na tyle skutecznie, że cięcia nie trzeba będzie poprawiać. Nasłuchałam się dramatycznych historii i teraz się boję. Już nie mówiąc o tym, że jestem kobietą, która naprawdę nigdy nie była u kosmetyczki. Ja nie mówię o zabiegach chirurgii plastycznej, a zwykłej wizycie w gabinecie kosmetycznym. Kiedy wchodzę na strony takich salonów, kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć terminologii zawartej w cenniku. Zaczęło mnie także uwierać, że nie znam się na makijażu, a chyba po raz pierwszy w życiu tak naprawdę chcę się znać (nie dlatego, że jest to ode mnie oczekiwane, ale dlatego że sama chcę). Nie nauczę się tego z Youtube'a, a na konsultacje z wizażystką jakoś tak zawsze dotrzeć nie mogę. W makijaż też trzeba by było zainwestować, a jak wczoraj dowiedziałam się ile podatku muszę dopłacić za zeszły rok to mi oko zbielało. Zupełnie niepotrzebnie skradam się też do umówienia się do kilku lekarzy specjalistów zamiast skończyć się skradać i to po prostu zrobić.

Walczę z prokrastynacją i na maile oraz SMS-y odpowiadam natychmiast. Przynosi to fantastyczne rezultaty i znakomicie ożywia kontakt. Na dłuższą metę też ujmuje mi dużo stresu, bo po udzieleniu odpowiedzi nie martwię się już co napisać, nie biją się w mojej głowie alternatywne wersje.

Powiedzcie mi proszę co u Was chociaż jednym zdaniem, bo jestem stęskniona.

czwartek, 26 stycznia 2017
Kultura łagodzi obyczaje

Czuję się znacznie lepiej. Rozwiązał się jeden z moich problemów, który trwał od października ubiegłego roku. Kupiłam nową kurtkę o doskonałych parametrach technicznych. Nie była w stanie złamać mojego ducha nawet sprzeczka z bezmyślnym człowiekiem, który chciał mnie do czegoś zmusić i mu się nie udało. Najwyraźniej nie jestem taka głupia za jaką mnie ludzie biorą. Zdecydowałam się przejść pieszo kawałem miasta, żeby obejrzeć pewną ekspozycję czasową w muzeum. I to był bardzo dobry pomysł.

Oglądanie interesującej ekspozycji znakomicie utrudnia siedzenie i gryzienie się jakimiś zmartwieniami. Ponadto, podczas oglądania stałych ekspozycji dotyczących między innymi sztuki sakralnej doznałam czegoś w rodzaju objawienia. Nie jestem osobą religijną, nie chodzę do kościoła, nie modlę się, kilka lat temu na dobre zdjęłam krzyżyk z szyi bo czułam się jak hipokrytka. Co ciekawe, przeżegnuję się mijając kościół czy krzyż i gest ten mnie uspokaja. Oglądając te wszystkie kielich starsze niż ja, ornaty, chusteczki do trzymania pastorału, które już nie pamiętam jak się nazywają, a przede wszystkim realistycznie przedstawione figury Chrystusa z raną wyrytą głęboko w boku i zbryzganego krwią poczułam jakąś przemianę. Tysiące par oczu prześlizgiwały się po tych ołtarzach, tysiące gardeł zanosiły ciche modlitwy o interwencję w sprawach beznadziejnych. Wiele godzin spędził artysta rzeźbiąc czy malując sztukę sakralną niby na chwałę Pana, ale także hubrystycznie, z chęci zaistnienia, pozostawienia czegoś po sobie. Twórca, ci wierni, dawno już nie żyją, a kawały drewna, płaty farby olejnej trafiły za szyby, barierki owiewane sprzętem do nagrzewania, nawilżania. Pomyślałam sobie, że tworzenie takich dzieł ma w istocie wymiar duchowy, medytacyjny. Nie bez powodu egzemplarze te zrobiły na mnie większe wrażenie niż kolekcja ceramiki w pobliskiej sali, choćby nawet ta ceramika trafiła na stoły bogatych mieszczan z samych Chin.

Zatęskniłam za tą duchowością w swoim życiu. Wiem, że nie znajdę jej w kościele, ale w ogóle mało mam czasu dla siebie. Nie z powodu pracy, a raczej obranych strategii. Wolę siedzieć przed komputerem, proponować kolejny wykład, jechać na kolejne szkolenie (bo przecież ludzie mają mnie za głupią). Zupełnie jakbym robiła wszystko żeby nie czuć. Martwię się tym co będzie, albo co powinnam, często codziennie tym samym żeby potem i tak nic w tym kierunku nie zrobić. Ostatnio jest z tym lepiej, wykonałam cięgiem kilka telefonów i napisałam kilka mailli, które wiele wyjaśniły. Bez większych nadziei, ale czekam na wyniki rekrutacji do nowego miejsca pracy. Coś robię, coś zmieniam, ale bez histerycznego pędu że już, że musi, że mnie się należy.

Z wiekiem przychodzi swoista mądrość i cierpliwość, a nawet troszkę asertywności. Może bym uplotła jakąś koronę cierniową w ramach medytacji?

środa, 11 stycznia 2017
Depresja a gotowość na zmianę

Na wstępie nadmienię, że bardzo potrzebuję Waszej rady dotyczącej pewnej istotnej dla mnie kwestii, którą poruszę w ostatnim akapicie. Proszę poświęć kilka minut na przebrnięcie przez ten tekst i napisanie mi w komentarzu, jak byś postąpił na moim miejscu.

Szukałam opisu badań dotyczących modelu depresji i gotowości ludzi do sprzedawania kredek. Przysięgłabym, że według tamtego artykułu w depresji gotowość do zmiany rośnie. Przeczytałam cały internet, ale tego artykułu nie znalazłam. Znalazłam natomiast transteoretyczny model zmiany tria Prochaska, Norcross, DiClemente, które zmianę dzieli na fazę prekontemplacji, kontemplacji, przygotowania, działania, podtrzymywania zmiany i zakończenia zmiany. W Polsce do tego modelu najczęściej odnoszą się terapeuci uzależnień i... coache. Niewiele mi to dało, ale Wy z pewnością zastanawiacie się raczej, co skłoniło mnie do ukierunkowania poszukiwań w taki sposób.

Nie mam depresji, ani nie jestem uzależniona. Jeśli szukacie sensacji, to w tym momencie możecie przestać czytać. Miałam za to obniżony nastrój i rozważałam różne zmiany. Szukałam teorii, która mi pomoże, ukierunkuje moje dalsze myślenie. Byłam smutna, bo ktoś mnie upokorzył. Uwikłałam się w nadmierne rozważania na temat przyczyny tego upokorzenia/ własnej nieszczęśliwości. Według innych badań kobiety mają większą tendencję do uporczywego rozważania na temat przykrości, które je spotkały, ale marne to pocieszenie i wsparcie dla jednostki dotkniętej problemem (moi!), że jest w większości. Pamiętałam za to, że na takie stany najlepsze są aktywności odwracające uwagę i utrudniające martwienie się. Wyobraźcie sobie zatem moje rozczarowanie gdy okazało się, że zginęła łopata do odśnieżania :/

Dlaczego zatem mowa o gotowości na zmianę? Bo w ostatnich dniach miałam ją ogromną. Aż za ogromną. Miałam ochotę zakończyć niektóre relacje, rzucić aktualną pracę i wyjechać, kupić mieszkanie i zamieszkać w nim, wejść w nowy związek, zmienić branżę, być opryskliwą dla bogu ducha winnych ludzi. Tworzyło to konglomerat dość nieciekawy i destrukcyjny, ale gotowość na zmianę miałam zdecydowanie wzmożoną. Pamiętajcie by w depresji nie podejmować pochopnych decyzji. Ja na przykład na fali "doła" kupiłam nową kurtkę. Tylko czy ona mi na pewno nie była potrzebna? Wcześniejsza kurtka miała awarię, a ja chodziłam zziębnięta, smutna i... przekonana o tym, że spotyka mnie zasłużona kara. W dniu kiedy wybrałam się po zakup nowej była taka śnieżyca, że autobusy prawie nie jeździły. Stercząc na przystanku odczułam jak zamarzają mi stopy.Autobus miał jedyne 108 minut opóźnienia. Kiedy przyjechał to się rozkraczył po pół minuty jazdy, kierowca miał zablokowane drzwi i nie mogłam wysiąść by dogonić właśnie nas mijający autobus powrotny do domu jadący nieco inną trasą.

W ramach gotowości do zmiany zamierzam zainwestować w siebie oraz dowiem się gdzie w okolicy działa zakład fryzjerski, w którym można przekazać włosy na peruki. Zaczęłam też monitorować swoją aktywność fizyczną, a moje oczekiwanie co do tego, że jeśli będę ładna to równocześnie i szczęśliwa uległo weryfikacji. Rozwój osobisty tą drogą boli, ale też przynosi efekty. Na fali wzrostu wybrałam się także w końcu to tego sklepu (wcześniej racjonalnie oceniłam pogodę!) i kupiłam sobie najcieplejszą kurtkę jaką tylko mieli. Kiedy tylko zaczynałam wpadać w przykre rozważania ubierałam się w nią i szłam na spacer. Jestem mistrzem w maszerowaniu po śnieżnej brei w dobrym tempie. Po takim spacerku zawsze czułam się lepiej (jeśli nie czułam się lepiej, to znaczy że spacer był za krótki).

Jak wspomniałam wyżej pojawiła się we mnie też gotowość do zmiany własnego stanu psychicznego poprzez świadczenie pomocy innym, toteż ucieszyłam się, kiedy w mojej skrzynce pocztowej znalazłam kartkę z informacją o zbiórce odzieży dla organizacji dobroczynnej. Od wczoraj piorę i prasuję rzeczy, które chciałabym spakować do worka dla innych, zastanawiałam się nawet czy nie oddać poprzedniej kurtki, w której po prostu zepsuł się zamek. Poza tym ubranie jest w świetnym stanie i niejedną zimę jeszcze może przetrzymać. Z racji tego, że zepsuta kurtka ma dużą wartość materialną zaczęłam dociekać co się potem dzieje z oddanymi ubraniami i okazało się, że bezpośrednio do potrzebujących w najlepszym razie trafia niewielka frakcja. Taki sam los dotyczy ubrań wrzucanych do kontenerów.

I teraz mam nowy temat do zamartwiań. Co zrobić ze starą kurtką?

Nie dajcie mi się długo męczyć. Zamieśćcie proszę rady w komentarzach.

Tagi: refleksje
23:27, wildfemale
Link Komentarze (7) »
sobota, 31 grudnia 2016
Podsumowanie

Koniec roku kojarzy mi się z postanowieniami. Jednak w tym roku nie mam żadnych, mam za to podsumowanie. Przydarzyło mi się w 2016 przynajmniej kilka interesujących rzeczy, ale tak się składa, że pamiętam głównie te złe.

Przydarzył się też pewien sukces, który miał być duży, a okazał się taki sobie. Miał odmienić moje życie, a nie zmienił nic. 2016 rok to był także rok szukania pracy, zmian miejsc zatrudnienia. Nie jestem szczęśliwa z tego co mam, coraz częściej myślę o zmianie branży, ale mam wątpliwości czy w każdej innej nie będzie mi tak samo beznadziejnie jak w aktualnej. Rok 2016 kończę z duża niepewnością z sferze zawodowej, nie dano mi podwyżki o którą prosiłam, nie wiadomo czy podpiszą ze mną kolejną umowę, nie czuję się szanowana, a na punkcie szacunku do własnej osoby mam fugla. Skutkiem tego wszystkiego w najbliższy poniedziałek zamierzam po prostu poleżeć dłużej i zadbam o to, by wcześniej wyłączyć budzik, który miałam ustawiony na stałe.

Od poniedziałku planuję więcej kolorować, napisać wreszcie ten artykuł, na który od dawna mam pomysł i więcej ćwiczyć. Pod koniec 2016 kupiłam sobie nowy telefon i to była ta zmiana na lepsze. Nie czekam pół godziny na połączenie z WiFi, nie wyświetla mi się stałe powiadomienie o przepełnieniu pamięci wewnętrznej, a telefon na wbudowany pulsoksymetr, który... nie działa kiedy opuszka palca jest naprawdę zamarznięta i kiedy stopień odtlenowania krwi powinien być największy;) Z okazji zakupu nowego telefonu musiałam się także zapoznać z kartą nano SIM, rozstać się z kartą, którą posiadałam od kilku lat i zaufać, że telefon z wbudowaną baterią może mnie nie zawieść. Całkiem dużo jak na mój wstręt do zmian. W przyszłym roku planuję także w końcu kupić sobie stronę internetową, bo zawsze chciałam ją mieć.

Zasłony milczenia (i niepamięci) pragnę spuścić na przykry okres, kiedy to wozy ogólnopolskiej stacji telewizyjnej pikietowały pod moim prywatnym mieszkaniem, bo pomyliły mnie z inną osobą. Byłam nękana telefonicznie, mailowo, szantażowana, a także nachodzono mnie w miejscu pracy i nielegalnie nagrywano, gdyż jak wyjaśniła mi naczelna redaktor stacji, o mnie było dużo w internecie. Na zakończenie sprawy nikt mnie nawet nie przeprosił. Co to za kraj, w którym coś takiego jest legalne. Również w mijającym roku kontrolerzy biletów wlepili mi bezpodstawne wezwanie do zapłaty, zastraszali, skonfiskowali dokumenty i wywieźli poza trasę pojazdu (już nie mówię, że nie pozwolili mi wysiąść na własnym przystanku) z niejasnymi zamiarami. Wówczas żadne media nie udzieliły mi pomocy, choć prawnik uznał ukaranie mnie za bezzasadne.

W 2017 planuję wziąć urlop, bo nie miałam tego dobra w tym roku i źle się to dla mnie skończyło. Właściwie to planuję to sobie wcześniej zaplanować, co nie jest dla mnie typowym zachowaniem. Nigdy jeszcze nie planowałam wakacji.

W sferze związków kończę z nowo zawartą znajomością i dużą otwartością na to, w co się ten romans przerodzi. Moje poglądy na związki wreszcie się po wielu latach zmieniły i przestałam wierzyć, że wszyscy, którzy mają parę są szczęśliwi, oraz że posiadanie pary to szczęście warunkuje. To całkiem duża zmiana na taką małą mnie. Niewątpliwie jedna z tych zmian na lepsze.

Przez ostatni rok stała się też bardziej asertywna, zdrowsza psychicznie i są takie dni, kiedy nawet całkiem dobrze czuję się we własnej skórze. Odkryłam, że ludzie częściej okazują mi wdzięczność i doceniają moje starania. Aktualnie mierzę się z własną obfitującą w sukcesy przeszłością i godzę się z tym, że jest ona... przeszłością właśnie, a trzymanie się jej kurczowo mi nie służy. Pozostaje mi budować siebie od nowa. Zaktualizowałam CV, skróciłam je, zmieniłam formę graficzną, a najbliższą rozmowę kwalifikacyjna mam już w styczniu.

Ostatni kwartał 2016 kojarzy mi się przede wszystkim z dużą porażką. Ktoś uniemożliwił mi realizację moich aspiracji i przez cudze niedbalstwo straciłam dużą szansę, ale nie będę się o tym rozpisywać. Szkoda by było skończyć mało optymistycznym tonem, prawda?

Tagi: refleksje
22:20, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2016
TEDx Gdynia 2016

Od kilku lat uczestniczę w spotkaniach TEDx w różnych miastach w Polsce, głównie w Warszawie, ale tym razem zawitałam do Gdyni. Po raz pierwszy. Tegoroczna konferencja odbywała się pod hasłem "Inaczej", a wystąpienia prezentowały bardzo zróżnicowany poziom. Zastanawiam się według jakiego klucza organizatorzy dobierali prelegentów, bo w kilku miejscach wydaje się to wybór chybiony. Wydarzenie miało bardzo kameralny charakter, jak twierdzą organizatorzy zaproszenia uzyskało 100 osób. Mnie wydawało się, że na sali widzę ich około dwóch razy więcej. Być może widziałam po prostu team organizatorów czy rodziny prelegentów.

Wydarzenie odbywało się w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w budynku, który zawiera coś podobnego do bardzo ograniczonej wersji Centrum Nauki Kopernik. Prelekcje miały miejsce w sali audytoryjnej, dobrze wyposażonej i mogącej zmieścić kilkaset osób. Dlatego też organizatorzy udostępnili do siedzenia tylko pierwsze 8 rzędów resztę odgradzając szarfą. Jest to pomysł co najmniej kontrowersyjny, ale rozumiem że chcieli by na zdjęciach widownia wyglądała na pełną. Nagłośnienie i zaplecze techniczne sali było znakomite, a podczas prelekcji nic nie zawiodło. Brakowało mi jednak przedstawienia i pokazania twarzy wolontariuszy, którzy przygotowywali tę edycję. Należało ich po prostu zaprosić na scenę i oficjalnie podziękować. Była za to nachalna autopromocja tegorocznej prowadzącej, która chyba zachłysnęła się swoją nową rolą. Miałam wrażenie, że zaraz będzie nam wciskać swoje wizytówki, a już na pewno dowiedziałam się wszystkiego o jej kwalifikacjach. Do ilustrowania wystąpień zatrudniono Jadźka Rysuje i... niestety jej tablica stała w takim miejscu, że prace były dla mnie zupełnie niewidoczne, a zapełnione kartki zostały zwinięte i schowane (?!). Mam nadzieję, że organizatorzy zamieszczą po wydarzeniu zdjęcia tych prac w sieci.

Pierwszy panel otworzyła Marta Borkowska-Bierć, która przekonywała, że nie warto ograniczać się do wąskiej specjalizacji. Warto za to próbować nowych rzeczy bez założenia, że od razu musimy stać się ekspertem. Nie była to ani najgorsza, ani najbardziej porywająca prelekcja tego popołudnia, ale przesłanie zacne i warte wdrożenia. Słuchając tego wykładu zastanawiałam się gdzie sama się mieszczę na kontinuum szerokości specjalizacji gdyż z jednej strony wykonuję dość wąsko określoną profesję, zaś z drugiej robię zawodowo całkiem wiele rzeczy pobocznych, które nie są moim głównym źródłem dochodu, ale też to nie dochód mnie w życiu motywuje.

Jako drugi wystąpił Piotr Milewski opowiadający o trudach dojazdów do pracy w Bydgoszczy i projektowaniu gier, ale nie gier komputerowych. Jednym słowem trudno powiedzieć o co panu chodziło, czy narzekał, że ma daleko do roboty, czy że ludzie go nie rozumieją. Jakie ma wykształcenie też się nie dowiedziałam. Lepiej wiem o czym ta prezentacja nie była niż jaka była główna myśl w niej zawarta. Może dlatego, że zasnęłam po dwóch pierwszych minutach tych wypocin, co zapewne zostało uwiecznione na zdjęciach. Zdecydowanie najsłabsze wystąpienie, a nazwisko prelegenta dziwnie pokrywa się z nazwiskiem prowadzącej konferencję.

Po nim mówiła Martyna Regent o wykorzystywaniu nowoczesnych narzędzi do projektowania takiej architektury, którą mieszkańcy polubią i będą chcieli użytkować. Na konferencji wspomniano, że pani Martyna dostała jakąś nagrodę za swoje osiągnięcia, ale za nic się na stronie TEDx Gdynia nie mogę doszukać jaką. A szkoda, prezentacja była dość hermetyczna, nie porywająca mnie jako osoby nie związanej z tą dziedziną nauki i chciałam sprawdzić kto z profesjonalistów tą panią docenił i za co. Była na tej konferencji inna prezentacja dotycząca architektury, która absolutnie mnie porwała, ale o tym za chwilę. Warto jedynie zwrócić uwagę, że zestawianie tak pokrewnych wystąpień o tak zróżnicowany poziomie podczas jednego krótkiego popołudnia wydaje się strategicznym strzałem w kolano dla organizatorów.

Rundę pierwszą wystąpień zamykał Adam Szostek, czyli moim skromnym zdaniem największe odkrycie tej konferencji. Gdy zobaczyłam w temacie wykładu deskorolkę nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona. Przecież to takie niepoważne. Ten człowiek ujął mnie jednak swoją pasją, a poza tym to, co mówił było po prostu ciekawe. Byłam autentycznie rozbawiona gdy opowiadał jak podczas swoich podróży po świecie z deskorolką uczył lamę z zakonu jazdy na desce. Dowiedziałam się, że jazda na deskorolce została niedawno dyscypliną olimpijską (kiedy taniec na rurze zostanie?) i że to najpopularniejszy sport kobiecy w Afganistanie. Jednym słowem, zabawnie i edukacyjnie w tym samym czasie. To lubię.

Po przerwie, na której Razem przy stole zapewniło bardzo ładnie podany drobny poczęstunek, wystąpiła Zofia Lewandowska przedstawiająca ideę leśnych przedszkoli. Nie mam pojęcia co się dzieje w głowie skandynawistki, która zakłada przedszkole w lesie z salką w stajni współdzielonej z klaczą. Choć nie jest to zabronione, nie wiem również dlaczego kazano mi o tej idei słuchać. Bulwersuje mnie, że zarówno w prezentacji multimedialnej jak i dossier prelegentki podano nazwę prowadzonego przez nią przedszkola. Licencja TEDx zabrania reklamowania własnej firmy, tutaj to założenie zostało złamane.

Kiedy jako następny na scenę wszedł Bartosz Zadurski obawiałam się korpobełkotu i autopromocji. Spotkało mnie miłe zaskoczenie, gdyż prelegentowi bardzo ładnie udało się przebrnąć przez zgrabne opisanie poprzedniej ścieżki kariery, po czym skupił się na zasadności pracy z ciałem. Na dodatek zaproponował kilka ćwiczeń w sposób tak płynny i naturalny, że nie miałam oporów by wstać z krzesła i robić co mi każe. Było to bardzo miłe doświadczenie i chyba się potem dziwacznie uśmiechałam, bo osoba siedząca obok mnie zaczęła mi się jakoś tak baczniej przyglądać...

Kolejna była Ewelina Grądzka, z wykształcenia filozof, prywatnie znajoma pani prowadzącej, a na co dzień popularyzatorka... astronomii. Przykład osoby, która chyba zbyt dosłownie wzięła sobie do serca przesłanie Marty Borkowskiej-Bierć. Przez dobre kilkanaście minut częstowała nas banałami i kazała odkrywać oczywistą prawdę, że z kosmosu nie widać granic między państwami (koncept tak wyświechtany, że nawet Pratchett zdążył obśmiać to odkrycie), że Ziemia to tylko ziarenko we wszechświecie i że przede wszystkim jesteśmy "Ziemianinami" (autentyk! powtórzony ze 20 razy). Bardzo słabo pani Ewelino, gdyby pan Piotr nie przyszedł to byłaby pani najsłabszym ogniwem.

Mocnym kontrapunktem był Jan Sikora. Obawiałam się, że będzie nudny jak mówiąca we wcześniejszym panelu architekt. Jednak nic z tych rzeczy. Ten prelegent w wieku 32 lat zdobył habilitację (chapeau bas!), wykłada na ASP i... sprawił, że żałuję iż tam nie studiuję. Wykładowca pełen energii, poczucia humoru i zdolności. Opowiadał o swoim uczestnictwie w projektowaniu bibliotek na dworcu w Sopocie i Rumii, a są to naprawdę rewolucyjne wnętrza, zorganizowane z rozmachem i zachęcające do przebywania w nich. Stacja Kultura w Rumii zdobyła nagrodę przyznaną przez profesjonalistów. Mistrzowska realizacja dynamicznego wykładu z jasną tezą. Jeśli ten pan robi jakieś wykłady otwarte to chcę na nie przyjeżdżać.

Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie również wystąpienie Ewy Langer, która opowiadała o swojej rokendrolowej karierze, uprawomocnianiu kobiet w muzyce i obozach na których uczy dziewczynki i dorosłe kobiety gry na gitarze basowej. Sympatyczne wystąpienie energetycznej kobiety, zaś na zakończenie konferencji mieliśmy przyjemność wysłuchać koncertu na perkusję i gitarę basową zeszłorocznych absolwentek jednego z takich szkoleń. Stanowiło to bardzo miły akcent.

Jeśli podobne wydarzenie będzie organizowane w przyszłym roku (podobno ta edycja była już piątą), to zapiszcie mnie na listę chętnych! Nie omieszkam napisać recenzji ;)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68