RSS
czwartek, 31 maja 2018
Dbanie o siebie 101

Zgadnijcie co się stało. Znów jestem chora! Zamiast się wściekać postanowiłam zadbać o siebie i nie pójść do pracy. Zresztą podejrzewam, że warunki i stresy pracy w dużej mierze się do mego zachorowania przyczyniły. Elegancko uprzedziłam, że się nie zjawię, poszłam do apteki po naręcza leków. Serio! Zapłaciłam 60 złotych za podstawowe preparaty! W aptece właśnie trwała promocja na jakiś jęczmień w kapsułkach. No nie skusiłam się. Skusiła się za to pani z nadwagą, która stała przede mną i… zachwalała właściwości odchudzające tego świństwa. Bolało mnie gardło, więc nie zabiłam jej ironią.

Zainwestowałam w najbardziej miękkie chusteczki do nosa. Nawet się elegancko umówiłam do lekarza rodzinnego na ten sam dzień i w miłej atmosferze otrzymałam zwolnienie. Skutkiem tego dziś już prawie nie gorączkuję i nawet odważyłam się wyjść na krótki spacer. Upały mi nie służą, a o tej porze na zewnątrz jest chłodniej niż w pomieszczeniach.

Leżąc w łóżku czytałam komiksy (nie ważcie się mnie zawstydzać!) i powstrzymałam się przed pracą na komputerze.  Nie dałam się sprowokować komuś, kto się nade mną znęcał i mimo choroby usiłował ode mnie wyłudzić pieniądze. Żałuję jedynie, że choroba uniemożliwiła mi spotkanie towarzyskie, które zaplanowałam wcześniej. Nie jest to jednak rzecz, której nie da się nadrobić, przełożyć.

Jem zdrowe rzeczy. Kupiłam sobie sok z prawdziwych owoców i jogurty, które lubię, a na których wcześniej oszczędzałam. Dziś z przyjemnością zrobiłam sobie przepyszną sałatkę. Wygrałam bilet do kina w radiowym konkursie. Pograłam w przyjemne gry. Zastanawiam się, czy nie wrócić do kolorowanki dla dorosłych, szczególnie póki trwa naturalne światło. Wygląda na to, że dzień dziecka dla mnie zaczął się wcześniej:)

PS. W ramach dbania o siebie planuję zakup mieszkania. Już urządzonego, nie w stanie surowym. Kompletnie jednak nie potrafię się poruszać po rynku nieruchomości oraz nie orientuję się co do tego, jakie formalności należy w takich kwestiach załatwić. Będę niezmiernie wdzięczna za wszelkie życzliwie rady w tym zakresie.



Tagi: refleksje
17:56, wildfemale
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Flow niejedno ma imię, czyli dlaczego nie zrobiłam doktoratu

Ponieważ temat ten co jakiś czas przewija się w moim życiu i jeden z takich czasów nastąpił właśnie teraz, postanowiłam napisać o tym więcej. Co jakiś czas bowiem stykam się z sugestiami, że powinnam zrobić doktorat, względnie zdziwieniem, że takowego nie posiadam, a w jednym przypadku nawet z propozycją pisania doktoratu u kogoś. Tymczasem ja od ogromnych aspiracji w tym zakresie i kompleksu, że doktoratu nie posiadam, że nikt nie chce zostać promotorem, że skoro nie mam doktoratu to jestem gorszym człowiekiem… przeszłam płynnie do totalnego braku krępacji, że nie jestem doktorem.

Niektórzy sądzą, że robienie doktoratu to (prawie?) zawsze nadmierna kompensacja własnych deficytów, ale ja się z tym nie zgadzam. Jak każde uproszczenie czy stereotyp jest ono zwyczajnie szkodliwe, różne są bowiem motywacje do pisania doktoratów. Tak jak i różne są doktoraty, naprawdę innowacyjne, samodzielnie napisane, z polotem, oraz wtórne, płaskie, miałkie, wzorowane na tysiącach innych tak, że nic ich nie różni od plagiatu. Każdy ma taki doktorat na jaki sobie zasłużył. Osobiście nie uważam, że posiadanie doktoratu jest symptomem hiperkompensacji, czyli nadmiernej, histerycznej próby zatuszowania własnych (czasem wyimaginowanych) deficytów.

Co ciekawsze, w ramach własnych aspiracji udało mi się skończyć całe studia doktoranckie z różnymi nagrodami, realnymi osiągnięciami, otworzyć przewód doktorski, wypracować dorobek, przeprowadzić badania i zebrać wyniki i… nie napisać ani słowa. Realnie ani słowa. Nie powstał ani jeden dokument tekstowy na ten temat zawierający choćby jeden znak. Przez ten czas, a jakże, realizowałam różne cele oraz zajmowałam się zarabianiem tak, by być w stanie za to przeżyć, kupowaniem papieru toaletowego, nauką obsługi pralki, no długo by wymieniać. W toku tych różnych starań okazało się, że doktorat wcale nie jest mi potrzebny. Nie tylko przestałam być zazdrosna, że inni go posiadają, ale także prowadząc psychoterapię stałam się „matką chrzestną” kilku prac magisterskich i doktoratu. Z przyjemnością też pomogę w takiej roli w habilitacji, mimo że takiego doświadczenia jeszcze nie mam.

Następnie bardzo szybko okazało się, że nie potrzebuję doktoratu do tych rzeczy, do których myślałam że będę go potrzebowała. I choć nie wykluczam robienia doktoratu w przyszłości, to z pewnością nie mam wśród celów życiowych zostania profesorem. W zasadzie w ogóle nie zamierzam robić kariery akademickiej. Jestem za to zainteresowana czynnym udziałem w konferencjach, prowadzeniem szkoleń i dzieleniem się wiedzą praktyczną, okazjonalnym recenzowaniem, tłumaczeniami naukowymi i bardzo rzadko osobistym napisaniem jakiegoś artykułu w recenzowanym czasopiśmie. Okazuje się, że to wszystko jest możliwe bez doktoratu i jak najbardziej się w moim życiu zdarza. Zaś w czasie wolnym od tych wyjątkowych wydarzeń mogę się zająć zarabianiem godnie i rozwijaniem własnych doświadczeń praktycznych.

Robiąc to wszystko jestem szczęśliwa. Potrafię o tym opowiadać z taką pasją, że wiadomo, że jest to prawdą. Aktywności te służą temu, co Maslow umieścił na szczycie piramidy potrzeb, czyli samorealizacji. Według innej teorii Csikszentmichalyi nazywa takie doświadczenie stanem flow, czyli przepływu. Człowiek jest wówczas „tu i teraz” (nawiasem mówiąc bardzo to koresponduje z nurtem mindfulness Kabat-Zinna, ale nie mnóżmy terminów, udawajcie że tego nawiasu tu nie ma). W stanie flow dochodzi do synchronizacji fal mózgowych i ogólnego błogostanu. Jednak teorią, czy nawet spójnym paradygmatem, który fascynuje mnie najbardziej, a również opisuje ten stan jest terapia schematów.

Terapia schematów jest teorią bardzo obszerną, o której napisano niejeden opasły podręcznik, toteż nie przedstawię nawet jej podstaw w tak zdawkowym wpisie. Owe schematy oznaczają  w uproszczeniu zestawy przekonań na temat siebie, świata i innych ludzi. Terapia schematów posługuje się również terminologią trybów, które mogą niektórych czytelnikom kojarzyć się z analizą transakcyjną, odnajdujemy tu bowiem tryby dziecięce, rodzicielskie i zdrowego dorosłego. W całej tej czeredzie tylko dwa z nich są adaptacyjne: Zdrowy Dorosły i Szczęśliwe Dziecko. Pewnie dlatego, że są tak cholernie adaptacyjne, a cała terapia skupia się na dezadaptacyjnych, jest bardzo trudno odnaleźć ich definicję w podręcznikach. Moja definicja jest taka, że Zdrowy Dorosły jest wyważony, odpowiedzialny, świadomy że my ale i inni są OK, podejmuje dobre decyzje. Szczęśliwe Dziecko odpowiada za kontakt z emocjami, doświadczanie radości, świadomość źródeł różnych stanów emocjonalnych oraz poczucia, że są one uprawomocnione. Pamiętajcie, że to tylko moje definicje, a nie oficjalne! Ważne jest, że w zdrowej osobowości spotykają się i Zdrowy Dorosły (o czym pamiętamy zawsze) i Szczęśliwe Dziecko (o czym pamiętamy rzadziej).  I te właśnie dwa tryby spotykają się we mnie kiedy doświadczam (dokonuję?) samorealizacji, mam moje osobiste flow. Generalnie jest to bardzo przyjemne doświadczenie.

Zaskakująca jest konwergencja różnych teorii, autorstwa różnych ludzi, które powstały w nieco innym czasie lub kontekście. Za pomocą różnego języka opisują dokładnie ten sam fenomen. I, nawiązując do terapii schematów, choć napisanie doktoratu uniemożliwił mi schemat Niepełnowartościowość/ Wstyd, to wpis ten postanowiłam poświęcić dobrym rzeczom, które z tego nie-napisania wynikły. O hiperkompensacji napiszę innym razem.



sobota, 31 marca 2018
Tata mi zmarł

Długo zbierałam się do napisania tego wpisu. Tydzień temu pochowałam ojca. Chorował, leżał w szpitalu. Poszedł na planowy zabieg, a potem już nigdy nie wyszedł. Ze względu na skomplikowaną relację, którą mieliśmy, sytuacja ta konfrontuje mnie z różnymi emocjami. Także w trakcie choroby ojca ścierały się we mnie różne tendencje, ale zasadniczo pogarszanie się jego stanu zdrowia znosiłam źle. Podobnie źle zniosłam uroczystości pogrzebowe i źle znoszę załatwianie formalności, które jeszcze zostały do załatwienia po pogrzebie. W zasadzie to nie radzę sobie z nimi.

Śmierć ojca zbiegła się w czasie z utraceniem przeze mnie głównego miejsca pracy. W dodatku było to miejsce, z którego byłam bardzo zadowolona i zwolnienia się nie spodziewałam. Duża korporacja zaplanowała sobie, że da mi podwyżkę. Ponieważ podwyżki uważałam za nieetyczne bo wiązałyby się również ze zmianą cennika, dość radykalnie wyraziłam swój sprzeciw. Wówczas korporacja bez wcześniejszej dyskusji zwolniła mnie. W pewien ładny niedzielny poranek niespodziewanie otrzymałam wypowiedzenie. Nigdy nie dowiem się co się tam tak naprawdę stało. Jako jednego z lepszych specjalistów w mojej branży nikt mnie nigdy nie zwolnił. Wręcz przeciwnie, jak się wkrótce okazało, potencjalni pracodawcy biją się o mnie. Wydarzenie to relacjonuję z pewnej perspektywy czasu i nie ukrywam, że wyrzucenie mnie w tak trudnym momencie życiowym, kiedy mój ojciec jest chory, a ja planuję przeprowadzkę co wiąże się z kosztami uważałam nie tylko za nieludzkie, ale i za katastrofalne. Uderzyło to znacznie w moją samoocenę.

Obecnie jestem już po negocjacjach i w zasadzie pewna jestem, że zatrudnią mnie gdzie indziej. Za dużo wyższą stawkę. Trzymajmy kciuki, żeby mi się tam spodobało. Tydzień przed wyrzuceniem mnie z pracy sama złożyłam wypowiedzenie w innej firmie. Rychło okazało się, że firma choć wypowiedzenie przyjęła, to jednak nie chce mi wypłacić wynagrodzenia. Było to miejsce, w którym szefowa, którą z pewnych względów musiałam powiadomić o złym stanie zdrowia ojca, deklarowała wszelką pomoc i wsparcie. Nie minęły dwa tygodnie, a ta sama szefowa bezwzględnie proponowała mi, abym weszła z nimi na drogę sądową, a rozmowy telefoniczne nagrywała gromadząc dowody dla sądu. Urocze, prawda?

Skutkiem wszystkich tych przebojów zostałam bez pieniędzy w miesiącu, w którym potrzebowałam pieniędzy na pogrzeb.

Byłam też na tyle nieudolna, że zniechęciłam do siebie najbliższa koleżankę. W zasadzie to eufemizmem jest nazywanie tego zniechęceniem. Ja wręcz wprost zakończyłam z nią kontakt po jednej z kolejnych kłótni. Było to kilka dni przed śmiercią ojca. Wskutek swojego nietrafionego wyboru, na ten najcięższy okres zostałam zupełnie bez wsparcia społecznego.

Jestem zmęczona, dużo śpię, mniej pracuję, bo nie mam pracy. Kompulsywnie chodzę na rozmowy kwalifikacyjne. Kupuję czarne rzeczy w tanich sklepach. Na szczęście czarny wyszczupla. W mijającym miesiącu byłam na siłowni dokładnie raz. Szczerze powiedziawszy zupełnie nie mam nadziei na to, że stanę kiedyś na nogi. A jak wasze radosne święta?

środa, 28 lutego 2018
U mnie po staremu, czyli sporo nowości

Jak zwykle dużo się u mnie dzieje, dużo nowych doświadczeń. Na początku roku mój ojciec się poważnie rozchorował. Niestety nadal przebywa w szpitalu. Konfrontowałam się ze śmiertelnością własnego rodzica, bo miał stan zagrożenia życia. Moje relacje z ojcem dalekie były dotychczas od optymalnych, toteż było dla mnie sporym zaskoczeniem, że aż tak bardzo przeżywam perspektywę jego odejścia. Myślałam, że emocjonalny dystans który zbudowałam będzie mnie skutecznie chronił przed odczuwaniem cierpienia. O ja naiwna! Nie mogłam znieść patrzenia na to, jak ojciec się męczy. Przeżyłam fazę zazdrości o to, że pacjent z łóżka obok czuje się lepiej i ustawia całą swoją rodzinę, fazę złości na lekarzy, że ojcu nie pomogli, oraz fazę targowania się i poczucia winy, że gdybym tylko zrobiła w życiu lepiej absolutnie wszystko, to ojciec czułby się lepiej.

Tempo mojego życia przyspieszyło i poza chorobą ojca przeżywałam i przeżywam także inne rzeczy. Między innymi własną chorobę. Ze stresu tak spadła mi odporność, że rozwinęłam infekcję. Starym zwyczajem starałam się tę infekcję ignorować, jak wiele trudnych rzeczy w życiu (tak długo, jak długo da się nie patrzyć w tym kierunku), ale naprawdę kiepsko się pracuje mając 38 stopni temperatury. Dość powiedzieć, że jak dotarłam do własnego lekarza, to byłam już pogodzona z faktem, że otrzymam zwolnienie. A dla osoby na własnej działalności zwolnienie lekarskie jest sprawą wybitnie niekorzystną finansową. Rozpoznano u mnie zapalenie płuc, a wydawało mi się, że jest to wyłącznie przypadłość osób starszych. Żarłam antybiotyk i przeklinałam swój los mając wszystkie możliwe powikłania antybiotykoterapii. Probiotyki moim najlepszym przyjacielem.

Wysoko gorączkując podjęłam ostateczną decyzję o rozstaniu się z jednym z miejsc pracy. Nie wiem czy to była dobra decyzja, ale sądzę że raczej tak. Nie była to decyzja podjęta impulsywnie, rozważałam to około 1,5 miesiąca. To miejsce pracy stało się raczej kulą u nogi niż miejscem rozwoju, a takie mam teraz oczekiwanie wobec pracodawcy. W dodatku w najbliższym czasie czeka mnie więcej wydatków, więc zaczęło mi zależeć na zarabianiu więcej, a nie tyle ile dotychczas. Wcześniej pieniądze nie miały dla mnie takiego znaczenia, ale planuję kupić mieszkanie, a najlepiej dwa i fundusze będą mi potrzebne. Moje wypowiedzenie przyjęto natychmiast i bez zbędnych komentarzy. Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie liczyłam na jakieś miłe słowo na odchodne. Oczekiwanie to jednak świadczy wyłącznie o mojej naiwności, gdyż nigdy wcześniej nie miałam takiego doświadczenia, a zazwyczaj na odchodne słyszałam wręcz coś złego od dotychczasowego szefa, który był wściekły, że go opuszczam. Nikt nigdy w życiu jeszcze mnie nie zwolnił. Zawsze odchodziłam sama. No dobra, niektórzy współpracownicy żałują, że odeszłam.

W moim życiu uczuciowym także duże zmiany. Rozwijam się, dojrzewam. Między innymi poszłam na pierwszą w życiu randkę. Jako osoba nieudolna społecznie nigdy w życiu na żadnej nie byłam, ale wreszcie się na to odważyłam. Jak się jest starym tak jak ja to takie decyzje podejmuje się trudniej. Doświadczenie to potraktowałam jako ekspozycję na bodziec, którego się obawiam i do tej pory unikałam. Stwierdzam, że jako ekspozycja doświadczenie to udało mi się wybitnie, a nawet i restrukturyzacja poznawcza, której po nim dokonałam także jest wielce udana. Randka sama w sobie zweryfikowała mi, że z tym facetem na pewno nie chcę się widywać dalej, no ale przecież właśnie temu między innymi służą randki. Na pewno łatwiej mi będzie w przyszłości się z kimś spotykać i zamierzam to robić. Trudno mi także określić czego się wcześniej bałam. Chyba po prostu nieznanego. Jakbyście mieli jakieś lęki to donoszę, że nic się złego na randkach nie dzieje i zachęcam do udawania się na nie jak najczęściej.



wtorek, 23 stycznia 2018
Pierwsze razy

Jak już zazwyczaj z zamiarem poczynienia odpowiedniego wpisu noszę się długo, toteż i kształt i zakres wpisu zmienia się w mojej głowie dynamicznie. W najśmielszych fantazjach bym jednak nie przypuszczała, że przyjdzie mi tu napisać, to czym dziś skonkluduję.

Jak zawsze moja głowa pełna jest nowych pomysłów, a życie nowych wrażeń. Wróciłam świeżo ze szkolenia, na którym świetnie funkcjonowałam społecznie, a wręcz zostałam gwiazdą relacji społecznych. Jest to o tyle niesamowite, że zazwyczaj nie jestem lubiana w ogóle, a już na pewno nie najbardziej. A tymczasem organizowałam grupie popołudniami życie towarzyskie, nikt nie chciał się ze mną kłócić, nawymieniałam się kontaktów na potęgę, a na zakończenie ktoś mi nawet zaproponował robienie u siebie doktoratu. I to uwierzcie mi, że nie byle kto:) Rozważę, rozważę.

Poznałam też faceta, który się mnie nie boi i być może coś z tego będzie. Oboje jesteśmy już mocno dorośli, doświadczeni, mówimy bez ogródek o swoich planach wobec siebie. To dobrze rokuje.

Jestem w konflikcie z szefową. Umówiłam się z nią na rozmowę, rzetelnie się do tej rozmowy przygotowałam, zasięgałam porad różnych osób. Rozmowę przeprowadziłam na najwyższym poziomie profesjonalizmu, a wczoraj otrzymałam od niej kolejne obraźliwe maile. Baba mnie opluwa, a ja się uśmiecham i mówię, że to tylko deszcz pada. Czy ja upadłam na głowę? Maile od szefostwa nie są niestety jedyną trudną korespondencją, z którą przyszło mi się wczoraj mierzyć, co tylko nadaje sprawie z (jeszcze) szefową nowego wymiaru. Więcej szczegółów niżej.

Rok 2018 zaczął mi się wyjątkowo nieszczęśliwie. Pewnego ranka tuż przed planowanym wyjazdem wstałam z łóżka i doznałam masywnego krwotoku, który nie ustawał. Okazało się, że nie jestem wieczna ani wszechmogąca. Widziałam jak ucieka ze mnie życie i bałam się, że umrę w najbardziej kretyńskich okolicznościach, jakie tylko można sobie wyobrazić. Nie mogłam zatamować krwawienia mimo najwytrwalszych starań. Miałam też trudność żeby wezwać karetkę. W końcu udało się ją wezwać i jestem bardzo wdzięczna ratownikom za fachową pomoc. W szpitalu nie miałam już tyle szczęścia, gdyż konsultujący mnie specjalista robił ze mnie kretynkę. Właściwej pomocy udzielił mi dopiero młody entuzjastyczny stażysta. Zamiast pracować odwiedzałam kolejnych specjalistów. Z otrzymanym zwolnieniem lekarskim nawet nie wiedziałam co zrobić i przez to prawdopodobnie straciłam prawo do zasiłku, bo nie wiedziałam, że coś takiego mi w ogóle przysługuje. Wiem, że jestem lamus i na pewno wszyscy byście sobie z tym lepiej poradzili, ale ja po prostu nigdy nie chorowałam. Nie wiedziałam, że prowadząc własną działalność o zasiłek muszę specjalnie poprosić. Sądziłam, że dzieje się to automatycznie. Jestem pierdołą. Na moją prośbę w końcu skauteryzowano mi nieszczelne naczynia. Nawet mnie nie bolało, chociaż ponoć powinno. Było mi wszystko jedno, w głowie roiły się najokropniejsze scenariusze. Nadal jestem w trakcie diagnostyki, a krwotoki na szczęście wystąpiły jedynie kilka razy. Obecnie ustały, a ja nawet odważyłam się poćwiczyć. O zwolnienie lekarskie specjalnie poprosiłam do dnia, na który byłam umówiona z szefową. Na rozmowę wciąż udałam się poplamiając, ale tej psychopatki to raczej nie wzruszyło. Najwyraźniej jestem jakimś gorszym rodzajem człowieka. Jest rasa panów i jest poddanych.

I na zakończenie prawdziwa wisienka. Czytacie mnie jeszcze? Wczoraj dostałam mailowo informację od ojca, że czeka go poważna operacja i że ma diagnozę nowotworu. Źle rokującego nowotworu. Ponieważ moje relacje z ojcem były przez ostatnie lata bardzo trudne, stąd pewnie forma komunikacji między nami, to jest mi w tej sytuacji jeszcze trudniej. Nie czuję się oczywiście winna tego, że ona ma nowotwór, bo tego przewidzieć nie mogliśmy, ale jego rozpaczliwe maile (czuje się chory i samotny) przemieszały mi się w skrzynce z durnymi i bezczelnymi od szefostwa i tym bardziej mnie to wszystko rozjuszyło. Jutro muszę wykroić przerwę w bezsensownej pracy, w której mam siedzieć od rana do wieczora żeby odwiedzić własnego ojca w szpitalu. Ojca, który czuje się samotny i boi się o swoje życie. W dodatku boi się słusznie. A ja nic w tej kwestii nie mogę zrobić. Siedzę, płaczę i też się czuję potwornie samotna i bezsilna w tej sytuacji.

Dbajcie o siebie, nie pracujcie ponad siły, unikajcie głupich ludzi, wykonujcie badania profilaktyczne i mówcie "kocham" wszystkim osobom, które na to zasługują.

Tagi: refleksje
23:34, wildfemale
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 grudnia 2017
Co mi się udało w 2017

No wciąż zostało kilkadziesiąt godzin, więc może to jeszcze nie koniec sukcesów. Najwyżej dopiszę suplement ;)

Mam subiektywne poczucie, że udało mi się w tym roku dużo. Przede wszystkim mam na myśli to, jak udało mi się poradzić z niesprawiedliwym i okrutnym wydarzeniem traumatycznym, które mnie w tym roku spotkało. Zdecydowanie udało mi się nie rozwinąć zespołu stresu pourazowego a nawet rozwinąć się po tym doświadczeniu. Mam więcej empatii i cierpliwości, jestem bardziej wyrozumiałam i cierpliwsza dla siebie i innych. Nie wykonałam tej wewnętrznej pracy samodzielnie, a stało się to przy pomocy najcudowniejszej terapeutki, którą mogłam sobie wymarzyć. Uwierzcie, że nie było mi łatwo poprosić o pomoc, a z racji tego, że nie jestem łatwą osobą, nie było też łatwo znaleźć kogoś, kto podjąłby się pracy ze mną. Jestem bardzo wdzięczna, a podjęcie takich kroków na rzecz poprawy swojego dobrostanu uważam za sukces sam w sobie.

W tym roku udało mi się także rozpocząć kolejne szkolenie w wymarzonej dziedzinie. Nie było to łatwe, trudności ciągnęły się miesiącami, ale nie ustawałam w wysiłkach i przy pomocy innych udało mi się doprowadzić sprawę do końca. Dzięki temu częściowo wyprowadziłam się z domu i podjęłam pracę w bardzo atrakcyjnej firmie. Kultura pracy w tej korporacji bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. I choć nie ma miejsc idealnych, to jestem szczerze zadowolona z pracy w tamtym miejscu. Jedyną wadą jest fakt, że pozostałe miejsca pracy bardzo mnie teraz frustrują;) Idąc po linii skojarzeń zawodowych, z jednym z miejsc pracy się w tym roku rozstała, co także niespodziewanie okazało się sukcesem. Byłam z tą firmą bardzo związana i miałam do niej sentyment. Podczas rozstania okazało się, że niestety sentyment ten nie był odwzajemniony, a w zasadzie to wręcz dowiedziałam się, że robiono mi przysługę zatrudniając mnie tam. Ze złośliwą satysfakcją stwierdzam, że moje stanowisko od kilku miesięcy pozostaje nieobsadzone. Dwójka z moich aktualnych pracodawców realnie we mnie regularnie inwestuje. Moje oczekiwania rosną, kiedy będę się gdzieś zatrudniać w przyszłości, również będę takich inwestycji oczekiwać.

Udało mi się także realnie podwyższyć własne kompetencje przystępując do egzaminu, którego wcześniej przez pół roku unikałam, bo miałam focha. Zupełnie niepotrzebnie miałam tego focha, a sprawę trzeba było załatwić od razu. Bardzo się cieszę, że w końcu przystąpiłam i że egzamin zdałam. Mam to z głowy.

Od kilku miesięcy dbam także regularnie o formę. Prawie co noc się wysypiam. Kilka razy w tygodniu jestem na siłowni. Świetnie sobie radzę z dźwiganiem sztang, w czym dorównuję niektórym mężczyznom. Niedawno zaczęłam trenować boks. Uczciwość nakazuje przyznać, że radzę sobie z nim fatalnie, gdyż nie jest to rodzaj aktywności, do której byłabym przyzwyczajona, jestem za sztywna, zbyt mało zwinna, a przede wszystkim o jakieś 10 lat starsza od najstarszego członka grupy, w której ćwiczę. Niemniej jednak pochwała należy mi się za sięganie po własne marzenia. Kilka lat temu pewnie wstydziłabym się nawet zmierzyć rękawice bokserskie w sklepie. Dziś posiadam własne i nie obchodzi mnie czy inni to akceptują.

Rzecz jasna nie wszystko mi się w tym roku udawało, ale przecież ten wpis miał być o sukcesach.

17:14, wildfemale
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 listopada 2017
Miało być o czym innym

Miałam ambitne plany napisania czegoś bardzo merytorycznego, ale się one nie ziściły. Jak zawsze miałam wiele na głowie, ale może warto mimo wszystko dać znak życia. Może komuś z Was na tym zależy?

U mnie generalnie dobrze, na pewno zdrowiej. W prawie każdym sensie. Dziś spędziłam na siłowni dwie godziny, łapię coraz lepszy kontakt z własnym ciałem, dźwigam coraz cięższe ciężary, mam coraz silniejsze mięśnie brzucha, kupiłam sobie kolejną parę rękawic (bo takich to jeszcze nie miałam;) i wpadłam na to, że warto także chodzić na zajęcia z rozciągania. Czuję się lepiej, wyglądam lepiej choć moja masa ciała nie uległa zmianie i na pewno mam wiele niedoskonałości. Doszłam do punktu, w którym się z tych niedoskonałości nawet cieszę, bo mam nad czym pracować i sporo efektów do osiągnięcia przede mną. Chciałam sobie zjeść coś zdrowego i jednocześnie spróbować czegoś nowego, więc nabyłam chleb marchewkowy. Jakież było moje zdziwienie gdy po otwarciu chleba okazał się on tak masakrycznie spleśniały, że jeść się tego nie da. Wstydźcie się sprzedawcy!

Rozwijam się także psychicznie. Uporałam się z kryzysem, nauczyłam się nowego sposobu patrzenia na problemy własne i innych, bo poznałam terapię schematu. To właśnie na ten temat muszę kiedyś napisać obszerniej i merytorycznie. Generalnie założenia tej nowoczesnej metody bazują na schematach poznawczych, które kształtują się u nas w dzieciństwie i stanowią naszą wiedzę na temat siebie, świata i innych ludzi. Wszyscy mamy jakieś schematy poznawcze, problematyczne stają się te, które twórcy tej metody nazywają nieadaptacyjnymi (np. Jestem beznadziejny, Zasługuję na karę, Inni wiedzą lepiej). Jak się człowiek nauczy myślenia w tych kategoriach, to schematy widzimy u naszych znajomych, u serialowych postaci i w każdym tekście kultury.

Dotarło do mnie, że to jest przecież kolejne narzędzie, jeszcze jeden sposób patrzenia na mechanizmy, które są tak stare jak ludzkość, tylko ubrany w nowoczesne słownictwo. Niemniej jednak ja lubię, kiedy świat jest zrozumiały, a ta koncepcja mi to poczucie daje. Terapia schematów mówi o trybie Zdrowego Dorosłego, czyli takim, w którym rozpoznajemy własnej potrzeby, dajemy sobie prawo do ich zaspokajania, nie jesteśmy zbyt zależni czy surowi dla siebie lub innych. Pełne ciepło i łagodność.

Tak się akurat stało, że od samego czytania, a może też z powodu niedawnego kryzysu mam więcej tej łagodności w sobie. Ćwiczę z łagodnością i miłością dla siebie, innych traktuję życzliwiej, mam większe poczucie sensu własnej egzystencji. Polecam każdemu taki stan. Okoliczności życiowe także sprzyjają satysfakcji z własnego życia. W zeszłym tygodniu prowadziłam szkolenie, które cieszyło się bardzo dużą popularnością. Grupę trudno było rozkręcić, ale jak już się do mnie przekonali, to nawet na koniec bili mi brawo. Pewnie szczerze, miłe to było.

Kiedy jestem mniej krytyczna i więcej wychodzę z domu, lepiej mi się także układają relacje z innymi. Łatwiej mi z kimś nawiązać rozmowę, pełną piersią śmieję się z dowcipów, nie wstydzę się podejść do rozmawiającej ze sobą grupy osób, które znały się wcześniej. Nie boję się także próbować nowych rzeczy, bo wiem, że mam prawo poprosić o pomoc i że samo spróbowanie jest ważniejsze niż bicie jakichś rekordów. Przez ostatni tydzień przydarzyło mi się wiele miłych rzeczy i chyba jest ich jakoś więcej niż wcześniej bywało. Nabrałam nadziei na to, że pewne rzeczy są dla mnie osiągalne i za to czuję wdzięczność choć trudno sprecyzować do czego lub kogo.

W rozmowach nie czekam na to, kiedy wreszcie będzie moja kolej, tylko słucham i mam z tego przyjemność. Różne rzeczy tak słuchając odkrywam i tylko czasem przeglądam się w oczach innych osób. Zazwyczaj nie jest to zagrażające doświadczenie. Okazuje się, że wyjście poza strefę własnego komfortu nie zawsze jest takie przykre, trzeba tylko do niego osiągnąć moment właściwej gotowości.

wtorek, 03 października 2017
Mój proces zmiany

Minął wrzesień, a ja nic do Was nie napisałam. Wstyd mi, myślałam, że mniej czasu upłynęło. Byłam zajęta, dużo przegapiam. Na przykład przegapiłam przedłużenie prenumeraty czasopisma, bo mi się wydawało, że mam wrześniowy, a nie sierpniowy numer. Jakież było moje zdziwienie gdy go w końcu otworzyłam, a tam "przypomnienie" o tym, że mam przedłużyć prenumeratę. Kupiłam nowy komputer, bo poprzedni wyzionął ducha. Do nowego nie mogę się przyzwyczaić, a system operacyjny mnie bezczelnie śledzi i manipuluje mną. Czuję coraz mniej sprawstwa.

Wróciłam do oglądania występów impro. Na scenie tej w moim regionie wiele się dzieje, panie improwizatorki powracały z urlopów macierzyńskich i wyglądają piękniej niż przedtem. Zazdroszczę i podziwiam. Polotu im też nie ubyło.

Ja tymczasem nie mam dzieci, nie mam związku. Jak się domyślacie, przez Tindera nikogo nie poznałam, a może jedynie przeczytałam nieco mniej książek, bo zamiast czytać, przesuwałam kciukiem w prawo. Bardzo szkodliwy ten Tinder jest;) Mam w życiu prawie wszystko... Prawie robi różnicę.

Rozwijam się zawodowo, ale mam poczucie, że za wolno, że brakuje mi wyzwań. Żeby się dalej kształcić przestawiłam swoje życie do góry nogami, a i tak mi mało. Może wyjazd zagraniczny załatwiłby sprawę?

Zajmowałam się także we wrześniu czymś wyjątkowo przykrym. Chwilowo się posypałam, wiedziałam że odpowiedzialne będzie poszukanie pomocy i zrobiłam to. Tysiąc razy się zastanawiałam, czy doświadczenia te w ogóle opisywać na blogu, ale zdecydowałam, że tak. Teraz już nie jestem w kryzysie, radzę sobie, wzrastam, toteż mój wpis nie jest motywowany dystresem czy rozpaczą. Co mnie motywuje? Chęć edukacji, nauczenia kogoś na moich błędach, ale też i czysto ludzka chęć podzielenia się własnym wzrostem. Jest nawet taki termin jak "wzrost potraumatyczny".

Otóż, kilka tygodni temu ktoś mnie nadużył, czyli potraktował mnie tak, jak kobiet (ani też mężczyzn) nigdy traktować nie należy. Jeśli ktoś kiedyś stworzył jakiś uniwersalny model tego, jak czuje się osoba tak nadużyta, to przeszłam wszystkie jego fazy. Przejścia te uruchomiły bardzo ciekawy proces, którego z zaskoczeniem doświadczam, a dzięki któremu wiem, że i inne osoby w mojej sytuacji mają podobne objawy, przeżycia.

Zacznijmy od definicji, bo sposobów wykorzystania jest wiele. Początkowo zupełnie nie wiedziałam co się stało, ani nawet czy w ogóle mam prawo czuć się wykorzystana. Usłyszałam nieodpowiednie uwagi pod swoim adresem. Nikt mnie palcem nie dotknął, ale czułam że moje granice zostały przekroczone. Klasyczne gombrowiczowskie zgwałcenie przez uszy. Teraz już wiem, że ofiary bardzo często tak się czują niezależnie od tego, co się konkretnie wydarzyło. "Bo się nie broniłam", "bo inne mają gorzej", "bo to ze mną widać coś nie tak było", "bo on tylko mówił, ale nie nie dotykał", "bo jestem już duża i powinnam była umieć się obronić", to są takie klasyki gatunku. Prawdopodobnie mechanizm ten służy temu, byśmy nie czuły się ofiarami i podtrzymuje iluzję posiadania wpływu na sytuację. Tymczasem istnieją na świecie pewne zasady i nikt nie ma prawa nas tak traktować, czyli tych zasad łamać. Kropka.

Po wtóre, tak się oczywiście zdarzyło, że kiedy we mnie toczył się ten proces psychologicznego cierpienia, na swojej drodze zaczęłam spotykać liczne ofiary wykorzystania. Tabuny ofiar. Nie wiadomo w jakim mechanizmie się to dzieje, czy zmienia się fizjonomia, czy raczej anatomia mózgu, że zaczynają się w niej mieścić takie konstrukty poznawcze jak wykorzystanie, a skoro już się mieszczą, to są i prawidłowo identyfikowane. A może te tabuny po prostu wyczuwają empatię?

Po trzecie, początkowo nie miałam wątpliwości co do tego, że spotkało mnie coś złego, czułam złość na sprawcę. Nie mogłam spać, miałam gorszy apetyt. Choć zupełnie nie jest to dla mnie typowe, o zdarzeniu opowiedziałam koleżance. To znaczy, nietypowe jest zarówno to że opowiadam o własnych trudnościach jak i to, że mam koleżankę. Co jeszcze mniej typowe, o zdarzeniu opowiedziałam także zupełnie przypadkowej osobie. Ot tak, bo miałam kryzys i mi się ulało. Macie rację, to nie jest normalne, ale ja nie działałam wówczas normalnie. Co gorsza z upływem czasu zaczęłam nabierać wątpliwości co do tego, czy w ogóle jestem ofiarą, czy mi się nie wydawało, czy warto to drążyć.

Po czwarte, zrobiłam wszystko żeby ze sprawcą już się nie kontaktować, co w moim przypadku ani nie było łatwe, ani do końca możliwe. Cała procedura trwała kilka tygodni, ale wiem, że teraz nigdy nie znajdziemy się sami w jednym pomieszczeniu. Daje mi to jakiś komfort. Podczas tych tygodni wielokrotnie zastanawiałam się czy dobrze robię i rozważałam czy tego wszystkiego nie cofnąć. I tutaj daję w miarę uniwersalną radę: Nie, nie należy tego cofać. Jeśli miałyście motywację tydzień temu, żeby odejść, rozstać się, unikać, to przez tydzień nic się przecież obiektywnie w sytuacji nie zmienia. Działają tylko wasze emocje, bo przecież każdy wolałby myśleć, że nic się przecież wielkiego nie stało i że jakoś to przetrzyma, bo przecież jest zaradny. Nie warto sobie tego udowadniać w ten sposób. Egzekwujcie raz obrany plan do końca.

Po piąte, motywów wykorzystania może być wiele. Nie zawsze są one seksualne. A już na pewno nie zawsze mają one coś wspólnego z atrakcyjnością fizyczną. Ja na przykład zupełnie nie jestem atrakcyjna. Zawsze myślałam, że dzięki temu nic takiego mnie nie spotka. Okazuje się to wierutną bzdurą. Mój sprawca był psychopatą, co w tym kontekście znaczy mniej więcej tyle, że chciał mnie po prostu upokorzyć dla satysfakcji własnej i płaszczyzna seksualna była tylko środkiem do tego celu.

Po szóste i ostatnie, szukanie pomocy w tej sytuacji było dla mnie prawdziwą lekcją pokory. Sama dla siebie jestem najcenniejszą rzeczą, naprawdę wartą wszelkich inwestycji. Możecie mnie zrzucić nagą, bez bagażu, bez konta w banku w środek wielkomiejskiej (lub rozumianej dosłownie) dżungli, a dam sobie radę o ile tylko będę w dobrej formie psychicznej. A po tym wydarzeniu nie byłam. Bardzo trudno było mi komuś o tym opowiedzieć i przyglądać się sobie po tym, co mnie spotkało. Było to dla mnie upokarzające doświadczenie odzierające z codziennej fasady zaradności i decyzyjności. Stałam się zatem naga, bez bagażu za to z balastem, a stan mojego konta nie miał żadnego znaczenia. Okazało się, że nie jestem ani niezniszczalna, ani odporna na tragedie tego świata. Teraz mam poczucie, że sobie z tym poradziłam i że z doświadczenia tego będę czerpać jeszcze długo. Trudno to nawet ubrać w słowa.

Jeśli dobrnęliście do końca, możecie się zastanawiać po co właściwie opublikowałam ten tekst. Stworzenie tego wpisu było absolutnie przemyślaną decyzją i ma wymiar katarktyczny. Nie szukam sensacji, ani współczucia. Jestem na tyle poczytna, że z pewnością zajrzy tu choć kilka osób, które miały podobne doświadczenia czy rozterki i znajdzie tutaj wsparcie. Materia ta jest bardzo delikatna, toteż proszę o szczególną rozwagę w jej komentowaniu. Na przykład, obecnie sama bardzo żałuję każdego nieprzemyślanego żartu dotyczącego seksualności, który kiedykolwiek przeciwko komukolwiek skierowałam. Ot wzrost potraumatyczny :)

sobota, 19 sierpnia 2017
Metamorfozy ciąg dalszy

Przez ostatnie dwa dni przydarzały mi się niezwykłe rzeczy, napiszę tylko o części z nich. W komentarzach zadajecie ciekawe, wglądowe, pytania. Postaram się do nich odnieść w najbliższym czasie. Tymczasem co nieco o metamorfozie tak bardziej zewnętrznie, choć jak w moim przypadku bywa nie tylko.

Dwa dni temu wyszłam z domu z zamiarem kupna sukienki. Pewnie jeszcze bym się na to nie zdecydowała, ale mam zaplanowaną randkę i uznałam, że powinnam na niej wyglądać jak kobieta. I tu kilka odkryć, przebrnijcie przez nie proszę, streszczenie kolejnego dnia będzie bardziej wartkie i ciekawsze. Na starość dowiedziałam się, że sukienki zakłada się przez głowę (sic!). Pierwsza wizyta w sklepie okazała się megatrudna, bo miałam wrażenie, że mam wypisane na twarzy iż nie noszę sukienek i się na nich nie znam, więc zaraz mnie ze sklepu wyrzucą. Czułam się jak mężczyzna, który chce się przebrać za kobietę. Powiem wam, że koszmarne uczucie. Kilka przymiarek i kilkanaście trzeszczeń zamkiem później było mi troszkę łatwiej, ale wyszłam z pustymi rękami. Dopiero jak wyluzowałam znalazłam w przymierzalni sukienkę zostawioną przez inną klientkę. Okazało się, że oversize z metalowymi okuciami to jest właśnie to co chcę nosić. Z drugiej strony, nie rozumiem tego zachowania eleganckich i dystyngowanych klientek, które zostawiają ciuchy w przymierzalni i smarują ubrania swoim makijażem. Do końca bałam się, że przy kasie mnie wyrzucą i nie sprzedadzą mi towaru. Nic takiego się jednak nie stało.

Kolejnego dnia wybrałam się kupić guziki do koszuli smokingowej. Ponieważ pewnie nie wiecie co to jest, wyjaśnię, że koszula smokingowa ma na górze dziurki po obu stronach i wymaga specjalnych guzików. Guziki takie bardzo trudno dostać. Wędrowałam zatem po eleganckich sklepach, w których nabotoksowane sprzedawczynie ślinią się na widok panów poszukujących marynarki, ale nie rozumieją mojego pytania o guziki smokingowe. Z tak silną dyskryminacją już dawno się nie spotkałam. Okazuje się, że nieswojo czuję się kupując sukienkę, ale jeszcze mniej widziana jestem w sklepie z garniturami.W końcu jednak nabyłam guziki. Niestety nie były one w komplecie ze spinkami do mankietów. Ponieważ pewnie nie wiecie co to jest, wyjaśnię...  no dobra, to jednak pewnie wiecie. Nabyłam i spinki. Przy okazji wypatrzyłam śliczną koszulę, po którą pewnie wrócę. Zahaczyłam także o sklep, w którym kupiłam kamizelkę, której kompletnie nie planowałam.

Potem było tylko ciekawiej, bo przyszło mi do głowy, że do tej sukienki potrzebuję pończoch samonośnych. Na asortymencie takim zupełnie się nie znam, toteż szczerze ucieszyłam się, gdy sprzedawczyni zaoferowała mi swoją pomoc. Warto wspomnieć, że w sklepie było mało klientów, a co za tym idzie, druga sprzedawczyni z braku zajęć przysłuchiwała się mojej konwersacji. Przyznałam się, że na pończochach zupełnie się nie znam. Byłam tak zabawna, że literalnie w pewnym momencie usłyszałam, jak druga sprzedawczyni parska śmiechem. Zadowolona z zakupy wyszłam i natknęłam się na jubilera. Skoro tak dobrze mi szło, postanowiłam do kompletu do sukienki kupić bransoletę. Zestresowana sprzedawczyni w białej bluzce zaprowadziła mnie do gabloty pełnej tandetnych świecidełek, ale szybko wytłumaczyłam jej, że nie tego szukam. Powiedziałam za to, że interesują mnie bransolety męskie lub damskie. Ponieważ męska bransoleta wcale nie prezentowała się na moim przedramieniu tak dobrze jak się spodziewałam, ostatecznie po przymiarce wybrałam damską. Pani nawet ofiarnie wyszła ze mną przed sklep, bo nie potrafiłam jej wyjaśnić co mnie interesuje. Za zakup zapłaciłam i wyszłam szczęśliwa.

Siedzę teraz przed komputerem, z bransoletą na ręce i kilkoma ciekawymi stylizacjami w zanadrzu. Zakupy miały dla mnie aspekt wybitnie terapeutyczny. Moje poczucie kobiecości wzrosło, pozbyłam się także kompleksów związanych z tym, że lubię męski styl ubierania się. To była droga sesja terapeutyczna, ale jakże skuteczna.

Czy zdarzyło wam się jednego dnia kupić guziki smokingowe i pończochy samonośne? :)

poniedziałek, 31 lipca 2017
Szukam swojego miejsca

Zaniedbuję Was za co serdecznie przepraszam. Moje życie jeszcze przyspieszyło, praca szuka mnie, a ja nie mam czasu na ćwiczenia fizyczne. Opuściłam blog na dwa miesiące, ale na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że przez ten czas przynajmniej kilkakrotnie miałam ochotę tu coś napisać. Niestety, pewnie przez to blog będzie uboższy,bo nie pisałam na bieżąco.

Z racji realizacji swojej chęci kontynuacji edukacji, na pół tygodnia, co tydzień, przeprowadzam się do innego miasta oddalonego kilkaset kilometrów. Nawet moi nauczyciele nie znają nikogo, kto przyjeżdżałby do nich z tak daleka. Pół tygodnia mieszkam w hotelu i z jednego z takich hoteli piszę do Was w tej chwili. Wyjazdy finansuję z własnej kieszeni, by pomieścić je w grafiku, musiałam zrezygnować z części dni pracy. Sama wpadłam na znalezienie sobie miejsca zatrudnienia tu na miejscu, skutkiem czego po 1,5 miesiąca od podjęcia pracy, potrafię prosto z pociągu, z bagażami, jechać do nowej pracy, siedzieć tam do 22, po czym wracać do hotelu, a następnego dnia iść na swój wolontariat. Hotel jest najtańszy możliwy, dziś uraczono mnie śmierdzącymi grzybem ręcznikami, brzydziłam się w to wycierać. Doprawdy, oryginalne mam hobby. Czasem optymistycznie zabieram strój do biegania, ale czasem nie mam siły już z niego skorzystać. Nie znam miasta, nie nauczyłam się jeszcze dzielnic, nie znam ulic. Choć całkiem nieźle orientuję się w terenie i mając dostęp do smartfona z internetem jestem w stanie dojechać wszędzie, to wykładam się podczas kontaktów z żywymi ludźmi, którzy opisują mi lokalizacje, podają adresy i oczekują ode mnie zrozumienia co się koło czego znajduje. Czuję się obca. Teraz jest już lepiej, ale przez pierwsze tygodnie dojazdów czułam się naprawdę obca i samotna. Bałam się, że dostanę depresji i nikt nie będzie mi mógł pomóc. Żeby przełamać poczucie samotności zaczęłam korzystać z Tindera. Jak na razie nie poznałam nikogo realnie, nie wiem dla kogo jest ta aplikacja.

Mimo ogromnego strachu z jakim się to wiązało, pojechałam w zeszłym miesiącu na kongres w Barcelonie. Sama, jak zawsze sama. Nie było mnie stać na przejazdy, z głównego lotniska w Barcelonie do samego centrum miasta jest cały kawał. Pokonuje się go specjalnym, nowoczesnym autobusem wyposażonym w klimatyzację i WiFi. Zakup biletów na bus był dla mnie dużym wydatkiem. Na taksówkę wydałabym jeszcze więcej. Z samego kongresu wyniosłam nie tylko nową wiedzę, ale i piękne wspomnienia. Ponieważ oszczędzałam, chodziłam wszędzie pieszo. W Hiszpanii prawie nie ma wielkich marketów, ludzie zaopatrują się w małych, lokalnych sklepikach. W sezonie można skorzystać z darmowych wycieczek po mieście prowadzonych przez wykwalifikowanych przewodników. Nie miałam czasu zaplanować dokładnego przebiegu wyjazdu. Miałam opracowaną tylko trasę dojazdu do własnego hotelu, o wszystkich tych rzeczach dowiedziałam się w trakcie pobytu i udało mi się z takiej wycieczki po mieście skorzystać. Samodzielnie zwiedziłam nabrzeże i port olimpijski, a także park przy zoo, z rzeźbami Gaudiego. Miałam wiele szczęścia, zrobiłam piękne zdjęcia. Sagradę Familię pozostawiłam sobie do odwiedzenia kolejnym razem, bo niezaplanowany wcześniej urlop postanowiłam spędzić w Hiszpanii.

Niespodziewanie wspólny wyjazd urlopowy zaproponował mi ojciec, który pomógł też załatwić formalności związane ze zorganizowaną wycieczką do Hiszpanii. Ojciec, z którym nie mam dość dobrego kontaktu i wycieczka, która okazała się objazdową. Podczas tego wyjazdu, mimo dobrej atmosfery, przekonałam się, że wycieczki zorganizowane nie są dla mnie, że spędzanie pół dnia w autokarze nie jest dla mnie, że nocowanie pod miastem żeby tylko było taniej także nie jest dla mnie. Całe życie zazdrościłam ludziom, że stać ich na wycieczki, tymczasem kiedy sama się na taką z ojcem wybrałam, doszłam do wniosku że to wszystko co organizowałam sobie na własną rękę z okazji konferencji było o niebo lepsze. Niepostrzeżenie dorobiłam się własnej formuły zwiedzania i okazało się, że zupełnie się tego nie mogę oduczyć. Podczas wycieczki poza zwiedzaniem, chciałam także odzyskać kontakt z ojcem, którego bardzo potrzebowałam. Ku mojemu zawodowi ojciec okazał się nieporadnym już starszym panem, który zupełnie nie potrafi zadbać o mnie, bo mężczyzną się już nie czuje, za to ja świetnie ogarniałam jego. Raz na zawsze musiałam pogrzebać figurę silnego, potentnego ojca, który w razie czego mnie wesprze i wstawi się za mną. Znów muszę wszystko sama. Mało brakuje, a zostanę własnym ojcem. Nie chcę mieć dzieci i boję się, że pożałuję tego kiedy będzie za późno. Tak czy siak, wspólny wyjazd z ojcem zaoszczędził mi kilku lat psychoterapii. Chyba i tak powinnam mu być wdzięczna za ten wglądowy wyjazd.

Matka dowiedziawszy się o moim wyjeździe z ojcem totalnie zgłupiała i nie potrafi się z tym pogodzić. Czyniła mi niewybredne uwagi, toteż musiałam ją przywołać do pionu i jakby tak, nie rozmawiamy ze sobą. Czyżby doszło do tego, że pozjadałam wszystkie rozumy i zacznę wychowywać własną matkę? Czy to nie za dużo jak na mnie samą?

Szukając swojego miejsca na ziemi nauczyłam się, że Barcelona zdecydowanie jest tym miejscem i marzę aby wybrać się tam w przyszłości jeszcze nie raz, ale zdecydowanie na własną rękę. Moje stałe miejsca pracy okazały się moim miejscem na ziemi. Kilka dni temu z ulgą odrzuciłam lukratywną propozycję pracy od pewnego biznesmena, który mi się nie spodobał bo był psychopatą. Czuję ulgę, a kilka lat temu czułabym stratę. Dziś tak się przypadkowo złożyło, że rozmawiałam przez telefon z dwiema ze swoich szefowych, które obie proponowany mi dodatkowe zatrudnienie. Nie dysponuję wolnymi godzinami w grafiku by móc im je zaoferować. Inna szefowa zaproponowała mi dodatkową pracę i właśnie kończę z tego tytułu pisanie swojej pierwszej książki. Rodzi się ona w wielkich bólach, ale jej powstawanie stanowi dla mnie powód do dumy. Po raz pierwszy w życiu usłyszałam, że dobrze piszę. Zawsze słyszałam, że sposób w jaki piszę świadczy o chorobie psychicznej... od tego samego ojca, który był ze mną w Hiszpanii i teraz nie mówił mi absolutnie nic przykrego, a raczej słuchał co mam do powiedzenia.

Czasem mam wrażenie, że nie mam ze swoimi rodzicami absolutnie nic wspólnego, że nie współdzielimy genów i że wychowałam się sama, dzięki temu wiem jak się poruszać po świecie, jak zachować się w restauracji i czego mogę oczekiwać w hotelu. Umiem prowadzić profesjonalną korespondencję i nadać ISBN książce, odnajdę się podczas prawie każdej rozmowy kwalifikacyjnej przechodząc proces rekrutacji, jakiego oni nigdy przechodzić nie musieli (więc sobie nawet nie wyobrażają) i jeszcze się przy tym nieźle bawiąc.

Od czasu kiedy napisałam poprzedni wpis załatwiłam pracę dwóm koleżankom co absolutnie odmieniło ich życie, a ja jestem bezinteresownie szczęśliwa. Brakuje mi czasu na sen, spotkania towarzyskie i na związek, za czym tęsknię. Zdecydowanie nie powinno mi brakować czasu na ćwiczenia fizyczne. Od przyszłego miesiąca będę miała karnet na siłownię i zamierzam na nią chodzić w przerwach w pracy. Czas pokaże jak mi się ten pomysł sprawdzi.

Mam wrażenie, że doba jest dla mnie zbyt krótka. Zdaję sobie sprawę, że wpis ten jest niezwykle chaotyczny, ale jakkolwiek to zabrzmi miałam potrzebę coś po sobie zostawić, a ponadto może nadto optymistycznie wierzę, że kogoś może interesować co u mnie. Oto zyskujecie dość przekrojową odpowiedź na to pytanie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69