RSS
wtorek, 20 września 2016
Znów o pracy

Ja już naprawdę chciałam przestać, zmienić temat, zająć się czymś bardziej rozwojowym, napisać o konferencji na której niedawno byłam, albo o feministkach, które spotkałam, ale nie... będzie o pracy. W końcu tam spędzamy przynajmniej połowę dorosłego życia w wieku produkcyjnym. Przepraszam, muszę wylać swoje żale, bo mam wrażenie, że w przeciwnym razie grozi mi szaleństwo.

Od czasu kiedy żaliłam się tutaj kilka miesięcy temu, że bezskutecznie szukam pracy, wiele się w moim życiu zmieniło. Znalazłam nowe miejsca, dobrze mi się tam pracuje. Jedną szefową polubiłam szczególnie, chciałabym ją lepiej poznać i mam nadzieję, że mi się to uda. Jednokrotnie nawet mi się ta szefowa śniła, co nie jest dla mnie częstym fenomenem. Generalnie pozytywnie i konstruktywnie. Skąd zatem smutek?

Minął mój okres wypowiedzenia i ostatecznie rozstałam się z miejscem pracy, które rzuciłam. Odeszłam cicho, zabrałam wszystkie swoje rzeczy żeby przypadkiem nie mieć potrzeby tam wracać. Szefowa mnie nie żegnała. Było jej obojętne, że rezygnuję. Nie było za to obojętne współpracownikom w zespole, którym się specjalnie odejściem nie chwaliłam żeby nie robić performansu. Okazało się, że plotki wszędzie dotrą i że współpracownicy jednak wiedzą. I mają na ten temat jakieś opinie. Usłyszałam masę miłych i wspierających rzeczy od osób, o których myślałam że mnie nie lubią. Rzekomo jestem mądra, pracowita, dobrze się ze mną współpracuje. No generalnie prawie nikt nie chciał się ze mną rozstawać. Miłe, ale rodzi pewien dysonans. W moim odczuciu było mi tam źle, traktowano mnie niesprawiedliwie i niepotrzebnie stawiano w trudnych sytuacjach. Zamiast słyszenia komunikatów pozytywnych na odchodne, wolałabym je słyszeć podczas pracy tam i mieć z niej jakąkolwiek satysfakcję. Paradoksalna sytuacja, z której ostatecznie wyszłam. Czuję raczej ulgę, choć i pewien żal, że teraz będę zarabiać mniej. Teoretycznie miałabym więcej czasu na inne aktywności, ale doświadczenie wskazuje na to, że go w ten sposób nie wykorzystuję. Jest tyle nowych zainteresowań, które chciałam realizować i niestety nie udało mi się do tego zabrać przez ostatnich kilka miesięcy.

Obecnie pracuję w nieco innym rytmie, bo wybrałam się na staż, który jest mi w jakimś sensie potrzebny i wykorzystuję go instrumentalnie ile wlezie. Niestety sama także czuję się traktowana przedmiotowo. Zamiast samorealizacji w ramach wolontariatu, mam pracę poniżej własnych kwalifikacji w ramach wolontariatu. Czyli ani satysfakcji, ani płacy (w kolejności ważności). Bo ja naprawdę nie wymagam wiele, tylko docenienia mojej pracy i wykorzystywania moich umiejętności, które to są w zespole powszechnie znane, a mimo to traktuje się mnie jak studenta, a nie osobę z kilkunastoma latami doświadczenia. Potem całymi dniami jestem smutna i jem byle co. Trudno się zmienia własną sytuację w takim samopoczuciu, ale podejmowałam wysiłki, z zaplanowanych wyjść kulturalnych i aktywności fizycznych udało się zrealizować tylko to drugie. Mam solidne zakwasy po godzinie biegania z obciążeniem. Niestety, nijak mi to nastroju nie zmieniło na lepsze. Zamiast próśb i gróźb oraz podejmowania niecnych prób zastraszania postanowiłam zmienić strategię i zweryfikować swoje przekonania. Niestety, okazało się, że wszyscy widzą, że w zespole jestem najlepiej wykształconą ścierką do butów jaką kiedykolwiek mieli. Jak łatwo się domyślić nie poprawiło to mojego samopoczucia, za to poprawiło kontakt z rzeczywistością.

Największa bomba spadła jednak na mnie dzisiaj, kiedy po prawie roku odezwała się do mnie była szefowa i zaproponowała mi pracę. Kłamiąc i mamiąc pustymi obietnicami dała mi "propozycję nie do odrzucenia". Mianowicie pracę na cały etat, z dodatkowymi obowiązkami, brakiem możliwości samorealizacji, ogromnym zakresem odpowiedzialności, żeby się tego podjąć musiałabym zrezygnować z prac, które obecnie mam,a zarabiałabym... 3 razy mniej. Jakbym mi ktoś w twarz dał. Instytucja, która się wali i z której wszyscy odchodzą szuka personelu w ten sposób, że odzywa się do ludzi, którzy z niej odeszli tylko trochę wcześniej. Jak sobie pomyślę, że niecały rok temu ta kobieta palcem nie kiwnęła żeby mnie tam zatrzymać, a obecnie proponuje mi coś takiego (w moim odczuciu jeszcze gorszego) to mi się wszystkie scyzoryki w kieszeniach otwierają.

Czy ludzie są głupi, czy to ja mam tak głupawy wygląd, że dawane mi są takie oferty?

wtorek, 30 sierpnia 2016
Rzuciłam pracę

Nie mogłam tego znieść i po trzech dniach zastanawiania się po prostu tam poszłam i zaniosłam wypowiedzenie. Wypowiedzenie, które pracowicie pisałam cały poprzedni wieczór. Uwierzcie, nie było to łatwe ze względu na opory natury psychologicznej ale także to, że zwykle mam trudności z zabraniem się do rzeczy, których wcześniej nie robiłam. Nigdy dotąd nie pisałam jeszcze wypowiedzenia.

Rozważałam różne "za" i "przeciw", z przewagą tego co przeciw. Zadziałała niewątpliwie heurystyka dostępności, bo ostatnio raczej więcej było w tej pracy tych złych rzeczy. I nie ważne, że jak na złość dziś wpłynęła całkiem suta wypłata z tego miejsca. W zasadzie była ona suta tylko przypadkowo. Po prostu zastępowałam trzy osoby, które nie chciały tam pracować, negocjowały warunki aż w końcu... pokornie zostały nie zmieniając niczego. Wnerwiał mnie zły przepływ informacji w zespole, irytowało to co odbierałam jako niechęć do mojej osoby, a nigdy nie będę w stanie zweryfikować tego na pewno. Zabolało to, że ktoś kilkakrotnie bezmyślnie stworzył dla mnie zagrożenie, ciążyła współpraca z głupimi (serio, naprawdę mało inteligentnymi) osobami, które miały o sobie za wysokie mniemanie. Doszłam do wniosku, że nie będę miała do siebie szacunku jeśli tego nie skończę, ale wciąż nie byłam pewna, że robię dobrze.

Jest taka scena w "Pięknym umyśle", w której Nash rozcina sobie przedramię bo jest przekonany, że ukryto w nim nadajnik. On sam jest przekonany, że robi najsłuszniejszą rzecz na świecie, z boku wygląda to przerażająco i żałośnie zarazem. Moja sytuacja była analogiczna, tyle że byłam jednocześnie obserwatorem i obiektem obserwacji. Nie byłam pewna czy podejmuję właściwą decyzję (w końcu nie rzucamy pracy nie mając następnej, chociaż ja akurat rzucam, po raz drugi w przeciągu roku), ale jednocześnie czułam nieodpartą potrzebę zrobienia tego choćby po to żeby się przekonać jak się po tym będę czuła. To samopoczucie miało być ostatecznym wyznacznikiem tego, czy zrobiłam dobrze. Oczekiwałam poczucia szczęścia, czy ulgi. Nie poczułam nic, kompletną pustkę. Nie było nawet złości czy niesmaku. Początkowo miałam ochotę zrobić sobie jakąś szczególną przyjemność z okazji tego dnia, ale ostatecznie się rozmyśliłam. W środku komunikacji publicznej złapałam się, że w 10 minut po złożeniu wypowiedzenia spokojnie siedzę i zatracam się w lekturze książki. Nic nie czułam.

No może niedowierzanie i przekonanie o fałszywych intencjach pani w kadrach, która powiedziała, że będzie jej przykro i że żałuje. Na pewno już nie uwierzyłam w te niby troskliwe dociekania odnośnie tego gdzie zamierzam pracować zamiast tego. Nikt mnie tam nigdy nie kochał, same kłody pod nogi, samotności, a teraz niby taka wielka troska? Paranoiczna część mojej natury wykoncypowała, że pani raczej stara się wysondować czy nie chcę pozwać pracodawcy.

Na zakończenie tej przynudnawej retoryki przychodzi mi do głowy, że jednak za bardzo skupiam się na negatywach. Na niniejszych łamach roztkliwiałam się nad sobą jak to nie mam pracy, nigdy jednak nie napisałam czy nadal jej szukam czy też rozwiązałam ten problem. Po kilku miesiącach tę pracę znalazłam, ale stawka mi nie odpowiadała. Od czasu moich roztkliwiań znalazłam dwa miejsca zatrudnienia, w tym w jednym nawet mi się szefowa podoba. Zarabiam tam tyle, że mogę sobie pozwolić na rezygnację z poprzedniego miejsca, ale mimo wszystko jakiś niesmak pozostaje. Nie czuję się pewnie w meandrach tych wszystkich form zatrudnienia i kruczków prawnych, a także konieczności negocjowania i sprawdzania każdego zapisu. To nie na moje nerwy.

Wciąż chciałabym być w pracy po prostu szczęśliwa i nie potrafię jej traktować jako wyłącznie środka do zarabiania pieniędzy. Nic dziwnego, że w chwili obecnej najwięcej zawodowej radości sprawia mi znalezione najbardziej niedawno praca polegająca na pisaniu tekstów popularnonaukowych. Zarabiam grosze i nie wiem jak długo spływać będą zlecenia, ale przynajmniej robię to co lubię. Dziś oddałam kolejny zamówiony tekst i mam poczucie dobrze wykonanej pracy choć założony temat był ambitny. Ponownie dochodzę do wniosku, że jestem jednak dziwną jednostką.

Chcę robić tylko to co lubię, a rzucenie pracy świętuję wpisem na blogu. A Ty co zrobiłeś dziś inaczej niż zwykle?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Jestem chora

I to nie w takim sensie, że "lubię śledzie w czekoladzie, taka ze mnie krejzolka". Zapadłam na tajemniczą infekcję, rozpoczynającą się od bólu gardła (z nieznacznym zaczerwienieniem gardła, ale bez powiększenia migdałków), potem potoczyście (wyjątkowo trafiony przymiotnik w tym przypadku) przechodzącą w katar ropny i podwyższenie temperatury do stanu podgorączkowego, a dziś po ostatniej walce w postaci wodnistego kataru o 03:48 (serio, dokładnie) infekcja zlazła mi na gardło. Czyli jak zwykle. Teraz zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Wydawało mi się, że żyję mądrze, osiągam sukces finansowy i generalnie jestem szczęśliwa. Być może to anergia, może wyczerpanie chorobą, ale zaczynają mi się kołatać po głowie psychodynamiczne interpretacje całej tej sytuacji. A ponieważ jestem osadzona w nurcie poznawczo-behawioralnym, myślenie o mechanizmach obronnych i nieświadomości jest czymś co mnie niepokoi, bo nie są to zwyczajne tematy moich rozważań. Jedyne rozsądne wyjaśnienie jakie znajduję, to fakt, że przed chorobą sprzedawałam własny popularnonaukowy tekst na temat psychoterapii psychodynamicznej. Autorstwo tekstów to jedna z moich dodatkowych prac. Akurat słabo opłacana, ale satysfakcjonująca.

Zaczęłam brać leki, wczoraj nawet zebrałam siły żeby zrobić sobie zakupy. Nie padłam po drodze, co zawsze należy uznać za sukces. Zastanawiałam się jednak, czy skoro poczułam się teraz źle, to czy na pewno wszystko w życiu robię dobrze.  Może coś pominęłam, może mam jakiś niezrealizowany potencjał, straconą szansę? Być może z tego zmartwienia, może po lekach, a może z powodu wyczerpania chorobą i fragmentacji snu zaczęły mi się śnić dziwne rzeczy. Wczoraj obudziłam się bardzo zmęczona. O dziwo nie z powodu duszności, a raczej z powodu nieokreślonego niepokoju. Pół dnia starałam się do tego dojść, aż wreszcie stało się dla mnie jasne dlaczego niespodziewanie dla siebie zaczęłam się zastanawiać gdzie w domu są tablice matematyczne. Kiedyś byłam biegła w korzystaniu z nich i zajmowały centralne miejsce w moim pokoju, ale to było dobre kilkanaście lat temu. Zdążyłam już zapomnieć ich zawartość choć jeszcze pewnie wciąż byłabym w stanie zdać maturę z matematyki z dość dobrą notą. Po krótkich poszukiwaniach udało mi się je odnaleźć. Czy wiecie, że pamiętałam niektóre pochodne? Wczoraj w ciągu dnia przypomniała mi się dokładna treść snu. Otóż rozwiązywałam całki, a raczej miałam następnego dnia napisać jakiś test z ich znajomości. Wyszłam z domu nie powtórzywszy sobie tych całek, dopiero później na to wpadłam, z niewyjaśnionych przyczyn zaczęłam sobie gorączkowo przypominać logarytmy (czemu nie pochodne?). Przypomniało mi się nawet, że całki służą do obliczenia pola powierzchni pod wykresem funkcji. Nie starczyło mi natomiast wiedzy na przypomnienie sobie jakie to ma zastosowanie praktyczne. Jak dobry uczeń recytuję regułkę i orientuję się, że tego zastosowania praktycznego nigdy nie znałam. Może tylko wydaje mi się, że jestem szczęśliwa tu i teraz, a tymczasem ścieżka kariery w matematyce czy informatyce bezpowrotnie się za mną zamknęła? Kiedyś korzystałam z tej wiedzy codziennie, a teraz sporo zapomniałam. W dodatku w tej dziedzinie największy sukces życiowy osiąga się ponoć młodo. A ja już młoda nie jestem, we własny sukces nie wierzę, a w dodatku łapią się mnie jakieś tajemnicze infekcje. Co powinnam zrobić w tej sytuacji? Zapisać się na intensywny kurs u młodego pasjonata matematyki i znów poczuć tę iskrę fascynacji?

A skoro już o mężczyznach, a tak bardziej wprost to o seksie mowa, dziś śniło mi się coś jeszcze bardziej dziwacznego. Aż przeraża mnie, że są w moim umyśle jakieś takie połączenia, które generują treści, z którymi na co dzień się nie konfrontuję. Dziś rano obudziłam się bowiem chyba jeszcze bardziej zmęczona niż po całkach. Tym razem sen pamiętałam wyraźnie, ale zrodził on w mojej głowie tyle pytań, że aż nie wiem od czego zacząć. Śniło mi się, że uczestniczę w orgii z jakimiś znajomymi osobami (to jest akurat całkiem niezła opcja, a wy jakbyście woleli?). Orgia toczyła się w łożu małżeńskim moich rodziców. To jest jakieś wielkie tabu, ale logiczne wytłumaczenie może brzmieć, że to jest jedyne łoże tego typu jakie znam. Własnego nigdy nie miałam. Samą orgię da się łatwo wyjaśnić najnowszym trailerem serialu "Masters of sex". Nie mogę natomiast przeboleć dlaczego zamiast aktywnie się włączyć, postanowiłam raczej podczas tej orgii... zasnąć wtulonej w gładkie nogi atrakcyjnej brunetki. Czyżby Lizzy Caplan? A fundamentalne pytanie brzmi, kto przesypia orgie?! Wspólnymi mianownikiem ze snem poprzednim jest kolejna stracona szansa. Obecnie stać mnie nawet na kochanka, ale nikogo nie zatrudniam. Ba! Nawet rekrutacji nie prowadzę. Czy zatem moje życie jest aby naprawdę tak wspaniałe? A może największą porażką tego toku rozumowania jest głęboko zakorzenione przekonanie, że muszę płacić za seks?

Freud pisał, że sny są królewską drogą do nieświadomości. Jeśli kiedykolwiek wcześniej w to wątpiłam, to od dziś jestem przynajmniej skłonna przyznać, że czasem jest to prawdą. Najwytrwalsi doszukają się nawet kompleksu Elektry w moich marzeniach sennych. Jakbyście sobie chcieli poużywać, to zapraszam do zamieszczania interpretacji/ wolnych wniosków/ sugestii w komentarzach. Ja tymczasem się pozastanawiam, czy nie potrzebuję psychoterapii.

poniedziałek, 25 lipca 2016
Jak zawsze pod górkę

Wierzę w zniekształcenia poznawcze, uznaję ich istnienie i ich działanie. Wiem, że wśród nich występują selektywne abstrahowanie i nadmierne uogólnianie, ale na Boga niee, to niemożliwe by mnie one w tej chwili dotyczyły. Nie! Ja naprawdę przyciągam pioruny. Gdybym to wiedziała, to nie wyszłabym z domu. Co niebezpieczne, ja się boję iść jutro do pracy. Ja się boję ludzi. Ba! Ja uważam, że w Polsce zostali sami degeneraci, którzy utrudniają życie wszystkiemu i wszystkim wokół. Ja nie wiem co mam robić i gdybym nie wiedziała, że to co mnie dziś spotkało na pewno nie nosi znamion traumy to ubiegałabym się o rentę z tytułu PTSD. Naprawdę!

Shitstorm zaczął się zupełnie niewinnie. Mianowicie od tego jak w autobusie zaatakował mnie staruszek. Celowo potrącił mnie, bo miałam na plecach plecak. Nieważne, że była niedziela, środek dnia, poza nami w autobusie z 5 osób. Nie, ja miałam plecak i on to zauważył. I mnie zaatakował fizycznie. Co to jest za pierniczony kraj, w którym staruszkowie mnie napadają w biały dzień?! Gdzie ja żyję?! W którym miejscu piramidy troficznej ja się znajduję, że wszyscy mnie napadają i są agresywni?! I pytanie podstawowe, kogo ja mam napadać żeby się wyżyć i uniknąć dostania po ryju?

Wróciłam do domu, zrelaksowałam się i udałam się po fakturę. Nie pytajcie dlaczego muszę jeździć po fakturę w niedzielę i dlaczego nie dostałam jej w piątek w momencie zakupu. Po prostu obsługiwanie komputera jest dla sprzedawcy zbyt trudne, więc po fakturę trzeba przyjechać osobno. No logiczne przecież, przecież po co klient ma być zadowolony i tak sobie dostać fakturę od ręki? No po co? Przecież o ileż przyjemniej będzie napędzać krajową gospodarkę i kazać temu klientowi płacić za bilet w niedzielę. Niech kierowcy autobusów też sobie coś zarobią.

No i skoro przy biletach jesteśmy to zbliżam się do absolutnego gwoździa programu. Spotkała mnie dziś kontrola biletów, okazałam bilet. Mam miesięczny ważny od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. I nagle, akurat dziś, okazało się, że tenże bilet jest nieważny. A przynajmniej nie w weekendy. I pana kontrolera nie obchodziło nic a nic, że mój rachunek oraz oficjalny mail  sekretariatu sprzedawcy biletów mówi co innego. Pan kontroler nie tylko nie dał się przekonać tymi argumentami, ale jeszcze odebrał mi kartę miejską, a potem dowód osobisty i zmusił do przejechania przystanku, na którym chciałam wysiąść. On mnie praktycznie przewiózł na koniec trasy, daleko za przystanek końcowy, gdzie pod nadzorem ślepego i głuchego kierowcy autobusu chciał mnie najprawdopodobniej wykorzystać. Jak tylko pasażerowie wysiedli, powiedział mi, że na druk wezwania nie muszę czekać, że mi go pocztą prześlą. Nie chciał mi tego druku wydać. Nie mogłam tez opuścić autobusu, bo okazało się, że drzwi są zablokowane. Oczywiście o poznaniu nazwiska kontrolera czy obejrzeniu jego identyfikatora mogę sobie zapomnieć.

I powiedzcie mi, dobrzy ludzie, co ja mam zrobić w tak koszmarnej sytuacji? Jutro mam jechać do pracy, autobusem, a ja się do tego cholerstwa wsiąść boję. Jutro mam się stawić w pracy, a nie muszę wam mówić, że reklamacje składa się dokładnie w godzinach mojej pracy, osobiście (wyłącznie!) i nie można tego zrobić na piśmie. Już widzę jak mi się chce iść do ludzi, którzy mnie zamykają w autobusach. Jaką mam gwarancję, że wyjdę z tej siedziby? Wydaje się, że najlepszym pomysłem będzie chodzenie pieszo, albo... nie wychodzenie z domu w ogóle, bo każdy przejazd kosztuje mnie 200 złotych nie licząc tego, co wydałam na bilet.

00:05, wildfemale
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 lipca 2016
Co jest nie tak z farmaceutami?

Historia oparta na faktach autentycznych z życia autorki.

Wchodzę zakrwawiona do apteki, czekam grzecznie w kolejce, ludzie patrzą na mnie z obrzydzeniem. Nie wiem czy dlatego, że generalnie wyglądam niesympatycznie, czy ze względu na plamy krwi na ubraniu. Przychodzi moja kolej.

- Dzień dobry, czy można u pani kupić: bandaż, gaziki, plaster, Rivanol w roztworze?

- Tak. - i pani nie czyni żadnego ruchu.

- Czy, yy, mogę je nabyć? Zapłacić kartą. - powoli tracę pewność siebie.

- Jaki bandaż? Jaki gazik? Jaki plaster? Jaka pojemność butelki Rivanolu?- okazuje się, że powinnam była podać szerokość bandaża,wymiar gazików, fakt że chodzi o plaster z opatrunkiem.

- 10 cm elastyczny, 5x5 cm, plaster z opatrunkiem do cięcia. - Przy pojemności Rivanolu wymiękłam.

Pani podała mi wszystko, zapłaciłam, ale ponieważ zapakowanie kilku rzeczy do plecaka tak żeby go sobie nie zakrwawić zajmuje troszkę czasy, zanim odeszłam od okienka zdążył do niego podejść jakiś taki mało rozgarnięty,a wyraźnie skrępowany jegomość. Usłyszałam jak mówi:

- Poproszę coś na, yyy, rozluźnienie.

- Alax?

Po sekundzie pan wyszedł wyraźnie usatysfakcjonowany, a ja... zapomniałam kupić wodę utlenioną.

Co jest z nimi nie tak?! Tylko Alax umieją sprzedawać? Tak bez podania pojemności i szerokości opakowania?! Nie Mydocalm? Nie Xanax na rozluźnienie?! Skąd wiedziały?!

Update 18.07.2016:

Dziś odwiedziłam tę samą aptekę. Mam po drodze. Tym razem się przygotowałam z rodzajów, cen i zawartości IU heparyny w maściach heparynowych (tak, mam potężnego krwiaka). Nie było pytania, na którym można by mnie było zagiąć. Podeszłam, poprosiłam o maść konkretnej nazwy, pani... mi ją po prostu podała nie pytając o wagę opakowania!

Dziwny jest ten świat ;)

18:45, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016
O psychoterapii za pomocą hulajnogi

Od jakiegoś czasu zbieram się zamiarem podzielenia się ile dobrego zrobiło dla mnie jeżdżenie na hulajnodze. Dokładniej ujmując były też gorsze chwile jak kłótnia z właścicielem roweru w autobusie czy doznana ostatnio kontuzja, ale całe doświadczenie mimo wszystko oceniam raczej na plus i zachęcam do niestandardowych metod terapii własnej.

Już sam zakup tego środka lokomocji okazał się w moim przypadku dużym wyzwaniem. Chodziło o konieczność konfrontacji z obawami, które od dzieciństwa wpajali mi rodzice. W domu, w którym się wychowałam rodzice zniechęcali do aktywności fizycznej, straszyli lekcjami WF-u i karali za kontuzje odniesione na podwórku. Nic zatem dziwnego, że nie posiadam nawet roweru, a po wielu latach wciąż miałam lęk przed wybraniem się do sklepu i choćby wypróbowaniem hulajnogi. Wobec powyższego jej zakup był aktem heroizmu. Nie dziwi zatem, że jestem prawdopodobnie jedyną osobą dorosłą, która w Polsce jeździ hulajnogą nosząc na głowie kask.

A skoro o jeżdżeniu mowa, tu także było kilka wyzwań. Nigdy nie przemieszczałam się po mieście w ten sposób, więc miałam wiele barier mentalnych do pokonania. Do dziś boję się pasażerów w autobusach, kierowców, złośliwych kanarów w środkach komunikacji publicznej, którzy chcą biletu właśnie na zakręcie, kiedy jedną ręką trzymam się, a drugą swój pojazd. Ponadto śmiertelnie boję się rowerzystów na ścieżkach, bo ci nie koniecznie powinni być przekonani do tego, że mogę jechać tym samym pasmem co oni. Do tego zdarzyła mi się jednokrotnie scysja z posiadaczem roweru w autobusie, który był tak wnerwiony, że istnieję iż usiłował mnie rozjechać rowerem. Cóż tu mówić, hulajnoga jest kilkukilogramowym kawałem żelastwa, które świetnie przydaje się w samoobronie. Mam nadzieję, że pan zapamięta jak się ma do mnie zwracać na wypadek kolejnego spotkania.

Wbrew temu co napisałam powyżej, przeważają doświadczenia pozytywne. Sam ruch na świeżym powietrzu sprawia mi przyjemność i poprawia nastrój. Angażowanie podczas jazdy specyficznych partii mięśni stanowi interesujące uzupełnienie treningu. Dodatkowo, często hulajnogą jest zdecydowanie szybciej niż komunikacją publiczną. Ponadto, zdecydowana większość osób reaguje pozytywnie na mój widok. Z sympatią wytykają mnie palcami, albo podchodzą i pytają o hulajnogę. Szczególnie starsze panie :)

Zdarzyło mi się także przybywać na hulajnodze na ważne spotkania, szkolenia i jedną konferencję. Zazwyczaj wyłącznie ułatwiało mi to nawiązywanie kontaktów. Wszyscy chcieli obejrzeć czym przyjechałam, część nawet przejechać się. Cieszę się, że mogłam dać nieco dziecięcej radości dorosłym ludziom.

Podsumowując, z przekonaniem mogę stwierdzić że dzięki temu, że się przełamałam i zaczęłam jeździć na hulajnodze wiele rzeczy w moim życiu zmieniło się na lepsze. Nabrałam więcej dystansu do siebie i mniej się boję wyglądać głupio. Nabrałam pewności siebie i nie boję się obronić przed agresją innych. Wzrosło moje poczucie kompetencji co do znajdowania tras, nie gubienia się w mieście, radzenia sobie na drodze. Mam pewnie nieco lepszą kondycję, bo więcej się ruszam. Oglądam podczas przejazdów ładne widoki, których być może inaczej bym nie dostrzegła albo nie dotarłabym do nich. Podejrzewam, że dzięki temu iż autentycznie działałam (a potem było to podparte prawidłowo wykonaną pracą poznawczą), przyniosło to szybsze efekty niż tradycyjne omawianie problemów w teorii.

Jeśli zatem zastanawiasz się nad wprowadzeniem jakiejś zmiany w swoim życiu, po prostu zadaj sobie pytanie skąd się biorą Twoje opory. Jeśli to przemawiają duchy znad kołyski, warto dać im wycisk i podjąć niezależną dorosłą decyzję. Świat wokół nie ma wyjścia, będzie się musiał dostosować.

10:58, wildfemale
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 czerwca 2016
LGB Zdrowie psychiczne i seksualne - recenzja

Jest to nowość napisana przez polskich autorów, która ukazała się nakładem wydawnictwa PZWL. Zanim trafi do wszystkich dobrze zaopatrzonych księgarni, chciałabym się podzielić własną recenzją. Na początku nadmienię, że ze względu na deficyty na polskim rynku wydawniczym, a priori z entuzjazmem witam każdą rodzimą książkę o takiej tematyce. I mimo szlachetnego zamysłu autorów, po lekturze czuję się nieco oszukana. Książka została starannie wydana, ale jej objętość sztucznie rozdęto. Wśród redaktorów naukowych widnienie nazwisko Zbigniewa Lwa-Starowicza, który potem pojawia się jako ostatni ze współautorów tylko jednego z rozdziałów. Prawdopodobnie uwzględnienie pana profesora było zabiegiem mającym zapewnić przychylność wydawcy. Istnieje spora szansa, że w przeciwnym wypadku książka zostałaby raczej uczelnianym skryptem, a nie pozycją dostępną na rynku ogólnym. Dziwi mnie także dobór autorów, najbardziej tych z afiliacjami takimi jak Wałbrzyska Wyższa Szkoła Zarządzania i Przedsiębiorczości (sic!). Zaiste, zapewne jest to tak wielkie zagłębie polskiej wiedzy seksuologicznej, że osoby z tego przybytku są autorami aż 4 z 10 rozdziałów książki. Dodam, że nigdy ich na żadnej konferencji seksuologicznej nie widziałam. Mimo wszystko, dobór tematyki poszczególnych rozdziałów uważam za interesujący i postępowy.

Jedynie rozdział pierwszy jest dość ogólny. Mimo że zajmuje prawie 1/5 książki, nie ma w nim żadnego bezpośredniego odniesienia do osób LGB, a Deklarację Praw Seksualnych przytoczono w obu wersjach choć są one bliźniaczo podobne. Jedyne uzasadnienie dla takiego zabiegu jakie znajduję to fakt, że wersja z 2014 roku (nowsza) nie została (jeszcze?) przyjęta przez WHO. Cały zaś rozdział rozpoczynający książkę jest nudny i składa się z nic nie wnoszących wyliczanek definicji zdrowia, zaburzenia czy norm seksuologicznych, które i tak można odnaleźć w innych publikacjach.

Niejako kontrapunktem jest rozdział następny, w którym dr Maria Pawłowska w sposób zaskakująco błyskotliwy omawia koncepcję orientacji seksualnej podając przy tym wiele faktów. Co należy docenić, autorka postawiła raczej na udzielanie konkretnych odpowiedzi zamiast stawiania nowych pytań i pozostawiania czytelnika z mętlikiem w głowie co nader często dzieje się w tekstach traktujących o tej tematyce. Bardzo się cieszę, że nie natrafiłam tutaj na wykręt w postaci wprowadzania terminu "queer" czy opis skomplikowanych przypadków.

Rozdział kolejny dotyczy historii dyskryminacji osób nieheteroseksualnych. Wbrew temu co sugeruje tytuł, osoby biseksualne zostały potraktowane marginalnie. Bibliografia do rozdziału oraz przytaczane w tekście nazwiska zawierają liczne literówki i niekonsekwencje. Duży minus dla redakcji naukowej, ups!, pan Tritt jest redaktorem naukowym. Następnie znajdziemy całkiem poprawne przedstawienie współchorobowości i modelu stresu mniejszościowej w tekście G. Iniewicza, który tą tematyką zajmuje się od lat.

Rozdział piąty jest jednym z tych, na które bardziej czekałam, gdyż mówi o psychoterapii osób LGB. Kończy się on wyróżnionymi graficznie polskimi rekomendacjami dla terapeutów. Podczas lektury tekstu Bojarskiej spodziewałam się przede wszystkim porad praktycznych dotyczących typowych problemów wnoszonych na  psychoterapii przez osoby LGB. By dobrnąć do tej marginalnie potraktowanej części musiałam się przedrzeć przez całe strony cytatów, głównie z osób przepraszających za to, że promowały tzw. terapię reparatywną. Lektura ciekawa, ale objętość cytatów można było ograniczyć bez szkody dla dzieła. Zupełnie już jednak nie rozumiem obszernego cytowania w tekście rekomendacji dla terapeutów skoro za kilka stron pojawią się one w całości. Znów czuję się jakby sugerowano mi, że jestem zacofana. Zamiast dać mi instrumentarium do pracy z problemami klinicznymi, poucza się mnie, że nie powinnam dążyć do zmiany orientacji seksualnej u pacjenta. Dodatkowo, z niezrozumiałych względów w tym rozdziale bibliografii wyjątkowo nie zaczęto od nowej strony jak to się działo w każdym innym przypadku.

Za bardzo potrzebne uważam ujęcie w książce tematyki samobójstw. Jednak wbrew temu co sugeruje tytuł i śródtytuły rozdziału 6 nie znajdziemy tu danych na temat samobójstw konkretnie osób LGB. Być może po prostu nie ma takich danych z obszaru Polski. Przytoczony krajowe dane dotyczące samobójstw w trzech odrębnych tabelach, tymczasem dane te można było zebrać w jednej, przyjaźniejszej dla czytelnika. Niedostatecznie dobrze wyjaśniono także, dlaczego to w tym rozdziale pojawiają się uzależnienia. Miłym zaskoczeniem dla mnie było ujęcie w książce tematyki osób starszych LGB. Mówiący o tym rozdział 7 warto polecić jako bibliografię osobom piszącym publikacje na temat starości i starzenia się.

Rozdział o zdrowiu seksualnym osób LGB jest czytelny, przekrojowy. Zawiera mało konkretnych infromacji, ale też jest niedostatek tej części populacji. W rozdziale 9 nie-lekarze piszą o kontaktach osób LGB z lekarzami. Tekst trąci patosem. Autorzy wmawiają, że lekarze są w społeczeństwie szanowani, nie odnoszą się do edukacji na uczelniach medycznych w zakresie zagadnień dotyczących osób nieheteroseksualnych. Tabelę rozciągniętą na strony 261 i 262 niewygodnie się czyta.

Gdyby nie liczne cytaty z osób biorących w Polsce udział w badaniu na ten temat uznałabym, że ostatnio rozdział dotyczący dyskryminacji ze strony personelu medycznego jest stronniczy. Temat jest bardzo ciekawy, plusem jest że istnieją rodzime dane. Chętnie zobaczyłabym ich porównanie z trendami światowymi, zwłaszcza, że autorzy wspominają o organizacjach zajmujących się tymi zagadnieniami i aktywnie działającymi w UK i USA. Drażni, że autorzy wspominają o prawach pacjenta w kontekście dyskryminacji i ich łamania, a nie wspominają o tajemnicy zawodowej, która determinuje część zachowań personelu i która również jest prawem pacjenta.

Reasumując, decyzję o zakupie tej książki pozostawiam Wam. Jeśli ktoś bardzo chce zgłębiać temat polecam raczej publikacje zagraniczne lub polskie "Wprowadzenie do psychologii LGB".

środa, 01 czerwca 2016
O północy ktoś odwiedził mnie w sypialni, czyli zwierzęce historie

Miał być wpis o tym jak świętuję dzień dziecka, przepraszam, będzie o czym innym. Tuż przed północą odwiedził mnie niezwykły gość. Wczoraj z wielkim wysiłkiem sprzątałam sypialnię, wynosiłam meble, prałam dywany, odkurzałam, zmywałam podłogę, wyrzuciłam dwie pełne torby makulatury. Trwało to kilka godzin, ale efektom przyglądałam się z satysfakcją. To prawdopodobnie świeżo wysprzątana sypialnia go przyciągnęła.

Późnym popołudniem wróciłam styrana po pracy w kopalni. Zamiast iść na występy improwizatorów, odwołałam rezerwację i po prostu poszłam spać. W odstawkę poszło pisanie recenzji, pakowanie się na jutro do pracy czy inne ambitne rzeczy. Obudziłam się przed północą i chciałam skończyć czytanie świetnej książki, niestety coś mi przeszkodziło. Nagle usłyszałam nad sobą walenie w lampę i ściany. Początkowo myślałam, że sprawcą jest duża ćma. Okazało się, że to... nietoperz. Pan nietoperz pokrążył po pomieszczeniu (głównie w lewą stronę, ale nie wiem czy to ma jakieś znaczenie) po czym przysiadł na poduszce (!), a w końcu dał się wyprosić przez otwarte na oścież okno. Wleciał przez uchylone, ale naprawdę nie wiem jak i po co tego dokonał. Może to nie był nietoperz a wyspecjalizowany dron dokumentujący stopień wysprzątania czy ilość mężczyzn znajdujących się w mojej sypialni?

Przyzwyczaiłam się już do jeży, które ćwiczą ze mną fitness na świeżym powietrzu, ale przyznam, że nietoperz był pewną innowacją. Dementuję jakoby kolega nietoperz usiłował wkręcić mi się we włosy. Najwyżej kręcił się w kółko po sypialni. Ta przygoda skłoniła mnie do zapoznania się z wytycznymi dotyczącymi tych ssaków. Pamiętajcie zatem, że nietoperze są w wykazie gatunków objętych ścisłą ochroną, a nawet ochroną czynną. Na liście gatunków znajduje się zaraz po waleniach. Na wszelki wypadek starałam się nie walić nietoperza, a nawet gotowa jestem przysiąc, że w tym pomieszczeniu przez najbliższy czas nie będzie żadnego walenia, nawet jeśli nietoperze nie będą obecne. Bez względu na wiek nietoperza. Wątpliwości wnikliwego czytelnika budzić może fakt, że nietoperz został przeze mnie sfilmowany. Nie było to jednak działanie w żaden sposób nastawione na nękanie, czy stresowanie zwierzęcia. Nietoperz nie był też przeze mnie dotykany, ani w żaden inny sposób molestowany. Po prostu poczekałam aż wyleci przez otwarte okno. Niestety, nietoperz nigdy mnie nie poinformował czego chce, a może po prostu nie usłyszałam.

Żeby się nietoperz nie zestresował oczywiście usunęłam także kota. I właśnie w sprawie kota mam kolejne pytanie. Kompletnie nie wiem o co chodzi. Sprzątanie sypialni było głównie spowodowane tym, że kot zrobił sobie w niej miejsce do wymiotowania. Normalnie jestem leniwa, ale nie chciałam, żeby to pomieszczenie wyglądało jak nora uczestników programu Warsaw Shore. Co jakiś czas kot wymiotuje na podłogę. Robi to tylko w tym pomieszczeniu i tylko na jakąś rzecz, która się na podłodze znajduje. Jeśli rzecz jest bardzo przepocona (np. skarpetki, plecak po treningu), wydaje się że stanowi to tym silniejszy bodziec. Nigdy nie widziałam ani nie słyszałam jak kot wymiotuje. Wymiociny są zawsze koloru żółtawego i nie zawierają żadnej treści. Jeśli pomieszczenie jest konsekwentnie zamykane, kot nie wymiotuje nigdzie indziej. Nie rozumiem takiego zachowania zwierzęcia. Być może to skrzywienie, ale podejrzewam, że zachowanie to nie ma podłoża somatycznego, ale może się mylę. Nie jestem właścicielem zwierzęcia, ale też nigdy nie zrobiłam mu krzywdy. Kot jest mną zainteresowany, czasem zaczepia, kokietuje. Zwierzę, podobnie jak jego rodzeństwo mieszkające obecnie w innych domach, nie pozwala się dotykać. Na co dzień nie jest agresywny, nie niszczy w sposób poważny żadnych sprzętów w domu. Nie jest wypuszczany na dwór, jest kastratem.

Będę autentycznie wdzięczna za wszelką merytoryczną pomoc w rozwiązaniu zagadki kocich wymiocin.

01:32, wildfemale
Link Komentarze (2) »
środa, 18 maja 2016
"Slow sex" H. Rydlewska i M. Niedźwiedzka - recenzja

Nieznane mi wcześniej sex coach i dziennikarka napisały wspólnie książkę. Pozycję tę zakupiłam z ciekawości i ze względu na interesującą mnie tematykę, ale przyznaję, że czekała ona prawie dwa miesiące zanim się z nią zapoznałam. Zupełnie niesłusznie. Już w pierwszych słowach z przyjemnością nadmieniam, że jest to dzieło zasługujące na polecenie. Okazuje się także, że na świecie napisano kilka pozycji pod tym samym tytułem, temat więc zyskuje na popularności aż tak bardzo, że doczekaliśmy się rodzimej produkcji.

Ładnie wydana książka podzielona jest na pięć rozdziałów dotyczących kolejno: czasu, ciała, świadomości, uważności i rytuałów. Po każdym z rozdziałów następuje część zatytułowana "Spotkanie" zawierająca propozycje ćwiczeń do wykonania samodzielnie lub w parze. Doceniam zabieg polegający na usunięciu numeracji stron z tych części, jest on spójny z filozofią "slow" przekazywaną w całej książce. I choć podejrzewam, że niewielu czytelników rzetelnie przebrnie przez wszystkie ćwiczenia, to wywiad z panią Niedźwiedzką czyta się dobrze, a proponowanych przez nią rad nie powstydziłby się szkolony w Polsce seksuolog.

Niedźwiedzka w swych zaleceniach jest dość eklektyczna, ale całość przekazu jest spójna. Jest to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy swą seksualność chcą celebrować, a nie tylko używać, czy też reanimować coś, co dawno już umarło. W zasadzie moje najpoważniejsze zarzuty mogą dotyczyć aspektów ściśle medycznych poruszanych w książce. Między innymi, nie rozumiem dlaczego zamiast "krocze" pani z żelazną konsekwencją mówi "perineum", co jest terminem łacińskim, zupełnie nieznanym dla przeciętnego człowieka. Brzmiało to dla mnie jak peryhelium;) Czy to efekt kształcenia za granicą, czy próba bycia bardziej naukowym niż naukowcy? Interesujące były dla mnie uwagi o masażu prostaty nie tylko jako technice seksualnej ale i zabiegu medycznym. Książka zainspirowała mnie do prześledzenia kilku dyskusji w internecie na ten temat i okazuje się, że jest to dla mężczyzn temat bardzo nośny. Nie zdawałam sobie z tego sprawy i jestem bardzo wdzięczna za poszerzenie mojej wiedzy.

Autorki w lekki sposób łączą informacje czy techniki wywodzące się z różnych paradygmatów, kultur, okresów historycznych. Nie jest to zadanie łatwe, rodzi ryzyko, że czytelnik będzie wyczuwał fałsz, lub że bez spójnej konceptualizacji problemu podejście eklektyczne nie okaże się skuteczne. W tym przypadku autorki szczęśliwie przedryfowały między tymi mieliznami i w efekcie mamy dla każdego coś odpowiedniego. Szczególnie przypadły mi do gustu wszelkie informacje o tym w jaki sposób przekonania wpływają na jakość seksu i jak ich zmodyfikowanie tę jakość diametralnie poprawia. Są to interwencje poznawcze, które będą jasne dla większości osób z naszego kręgu kulturowego, a ich skuteczność jest dobrze sprawdzona. Ładnym zabiegiem poznawczym na czytelnikach było nazwanie masturbacji "samomiłością". O ileż to przyjemniejsze i mniej lękorodne niż samogwałt! Na polskim rynku wydawniczym na próżno szukać książki, która podnosiłaby bezpośrednio temat terapii poznawczej zaburzeń seksualnych. Wobec takiej pustki, z czystym sumieniem mogę polecić tę książkę również psychoterapeutom pracującym w nurcie poznawczo-behawioralnym.

Jeśli ci terapeuci poszli o krok dalej i interesują się mindfulness, czyli trzecią falą terapii poznawczo-behawioralnej, a po ludzku po prostu uważnością na tu i teraz, to będą tym bardziej zachwyceni. Tym zagadnieniom poświęcono bowiem cały rozdział i opisano różne ćwiczenia uważności, często znane a tutaj zaadaptowane na potrzeby tematyki książki. Mnie osobiście najtrudniej było przebrnąć przez fragmenty o jodze, tantrze, Kundalini etc. choć były one uwspółcześnione. Niewątpliwie to właśnie one przemówią do części czytelników, którzy nie koniecznie chcą wszystko przeintelektualizowywać. Zbyt niepewnie czuję się w tematyce czakr by komuś polecać takie interwencje, z pewnością też nie każdy będzie chciał poświęcić 5 godzin na jeden rytuał z partnerem, ale to jeszcze nie znaczy, że nie warto.

Wszystkie te zalety sprawiły, że doświadczyłam życzliwości autorek i szybko wciągnęłam się w lekturę. Podczas czytania (w różnych miejscach publicznych niestety - jestem dziwna?) na mojej twarzy często gościł tajemniczy uśmiech. Niejeden współpasażer zaciekawił się co czytam. Przyszło mi także do głowy, że rozwój seksualny to bardzo optymistyczne zagadnienie, ponieważ świadomość naszej seksualności kształtuje się od dzieciństwa do późnej dorosłości, co oznacza że może się stawać nieustannie lepsza, bez ograniczeń czasowych. Odnośnie adresatów książki, z czystym sumieniem mogę ją polecić nie tylko kobietom (tradycyjnym odbiorczyniom takich lektur), ale i mężczyznom. I to nie koniecznie tym, którzy chcą się nauczyć nowej zaskakującej sztuczki do zastosowania w sypialni, ale też tym, którzy chcą wiedzieć konkretnie co i jak robić by mieć bardziej udany seks. Książka zawiera konkretne zalecenia, techniki, ćwiczenia.

Pamiętajcie tylko, że nic bez pracy własnej.

sobota, 30 kwietnia 2016
"Ginekolodzy" J. Thorwald - recenzja

Gdybym przeczytała tę książkę troszkę wcześniej lub troszkę później, prawdopodobnie zwróciłabym uwagę na zupełnie różne rzeczy, być może poczuła też inne emocje. Gdybym przeczytała ją w innym czasie, można by się spodziewać, że napisałabym zupełnie inną recenzję. Jednak równie możliwe jest to, że samą lekturą byłabym równie zachwycona. W dobie różnych oddolnych (hue, hue!) inicjatyw typu DziewuchyDziewuchom (bo przecież nie kobiety, czy dziewczęta), które zbijają kapitał polityczny na ustawie antyaborcyjnej i debat politycznych wokół tego zagadnienia, które... również zbijają kapitał polityczny, wydana została w Polsce książka o rozwoju ginekologii. Okazuje się, że dziedzina ta, w tym także kontrolowanie płodności, nigdy nie była wolna od nacisków politycznych czy religijnych. Lepiej polski wydawca autora "Męskiej plagi" wstrzelić się nie mógł.

Na kartach książki Thorwalda ożywają Pean, Hegar czy Wertheim, których do dziś kojarzymy z nazwami narzędzi chirurgicznych czy eponimicznymi nazwami dojść operacyjnych. Prowadzona wartkim stylem emocjonująca podróż z pionierami ginekologii i położnictwa zaczyna się w czasach kompletnej nieznajomości zasad antyseptyki braku anestezjologii. Politowanie budzą niewiedza (naiwność?) ówczesnych lekarzy, odsetek zgonów, nierzetelnie prowadzone statystyki. Nie miałam także pojęcia, że dawniej ginekolog badań kobiety w ubraniu, nie widząc sromu, nie śmiejąc wyobrazić sobie użycia wziernika, po ćwiczeniach palpacji na wydrążonym ziemniaku. Przestaje mnie dziwić duża ilość nerwic płciowych, które z zapałem leczył Freud u pacjentek wychowanych w epoce wiktoriańskiej. Pochodzący z bieżącego roku (jeszcze oficjalnie nie publikowany) raport seksualności Polaków Lew-Starowicza donosi, że kobiety zdradzają równie często jak mężczyźni i przestały być tak pruderyjne jak dotychczas. Jeszcze kilkaset lat temu ich świętym obowiązkiem było rodzenie dzieci, najlepiej w jak największej ilości. Wskutek nieznajomości własnej fizjologii, a także obawy lekarzy przed poznawaniem kobiecej anatomii, porody te często się przedłużały, a ucisk na nerwy obwodowe miednicy mniejszej nierzadko kończył się nietrzymaniem moczu i stolca. Po lekturze tej książki nikt nie powinien już nigdy nazwać kobiet słabą płcią. Pierwsze przetoki pochwowo-odbytnicze operowano bez znieczulenia, a pacjentki i tak całowały doktora po rękach. Pierwsze rozdziały to tylko preludium do późniejszych dyskusji na temat kontroli urodzin, wiedzy na temat cyklu miesiączkowego czy wreszcie debat dotyczących znieczulenia do porodu czy nacinania krocza, które zresztą toczą się do dziś i nie dziwi mnie wcale niepokój rodzących dotyczący tych kwestii.

Wróćmy jednak do tej wdzięczności i prestiżu. Bowiem mimo prymitywnych warunków zabiegów i niewyrafinowanych narzędzi, hubrystyczna motywacja by zaistnień, zyskać sławę i wpływy okazała się wśród lekarzy ponadczasowa. Zapłakać można nad losem tych, którzy nie mieli lub tracili wpływy choć ich koncepcje były słuszne. Równie żenujące są triumfy lekarzy, którzy swoje pacjentki traktowali przedmiotowo i więcej czasu spędzali na uprawianiu polityki niż w szpitalu. Te prawidłowości niestety istnieją w medycynie do dziś. Świetne koncepcje dopiero po latach okazują się słuszne czy możliwe do wykorzystania. Świat musi dorosnąć do geniuszy, których wydał.

Książka Thorwalda jest w sposób jawny antyklerykalna. Znajdujemy w niej dosadnymi słowami wyrażoną krytykę postawy Kościoła wobec antykoncepcji, rodzicielstwa i seksualności człowieka w ogóle. W tym momencie żałuje, ze autor niestety już nie żyje, a zatem nigdy nie napisze podobnego dzieła na temat rozwoju seksuologii. Chętnie bym się z takim tekstem zapoznała. Tymczasem na kartach recenzowanej pozycji czytelnik może prześledzić losy dzielnego Alecka Bourne'a, który dokonał aborcji na 14-letniej ofierze gwałtu mimo że było to nielegalne, a ponadto nikt samej ofierze nie udzielił wsparcia psychicznego. Zrobił to w akcie miłosierdzia, a potem sam doprowadził do procesu przeciw sobie nie mając pewności czy nie zapadnie wyrok go skazujący. Niewiele dziedzin medycyny może się pochwalić podobnie emocjonującymi zwrotami akcji w swojej historii.

Jako kobieta bardzo się cieszę, że taka książka została w Polsce wydana i że miałam okazję się z nią zapoznać. Powinny ją przeczytać nie tylko kobiety, ale wszyscy inteligentni ludzie niezależnie od swoich poglądów na poszczególne ustawy.

Bardzo polecam!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67