RSS
sobota, 07 lipca 2018
Dlaczego nie należy jeździć na Teneryfę będąc mną

Witaj na moim blogu, pewnie zastanawiasz się dlaczego Tobie i tylko Tobie zdradzę swój sekret. I w dodatku zrobię to zupełnie za darmo. Otóż uważam, że jesteś absolutnie wyjątkowa i ta wiedza po prostu Ci się należy. Dlatego już za chwilę podzielę się z Tobą tą bezcenną wiedzą zupełnie za darmo tak, żebyś mogła z niej czynić użytek na korzyść swoją i tych, z którymi się tym sekretem podzielisz...

 Wybrałam się na wakacje. W zasadzie to siedzę właśnie w pokoju obrzydliwiedrogiego hotelu i piszę do was te słowa. Za oknami palmy, basen, pod ręką 7up on the rocks, zaś w moim mały, czarnym serduszku wkurw. Wkurw ten budował się we mnie od wtorku, musicie zatem przyznać, że doprawdy terapia przynosi rezultaty jako że bez terapii wkurw ten prawdopodobnie nastąpiłby już koło, nie wiem, środy.

Na Teneryfę dotarłam strudzona niemożebnie jako  ten samotny pielgrzym. Tyle że z walizką w dłoni. Biuro podróży zrzuciło mnie na wyspę ciemną nocą, po kilkugodzinnym locie zwiadowczym z trasą sprawdzającą czeskimi liniami lotniczymi, w których to nikt nie mówił po polsku, zaś przestrzeń na jednego pasżera była taka jak na powiedzmy jednego chomika. Doznałam tego niebywałego szczęścia, że trafiło mi się miejsce koło wybitnie grubej damy. Owa rubensowska niewiasta nie mieściła się w fotelu, ale także nie raczyła uiścić opłaty za dwa miejsca. Linie lotnicze wprowadzają dopłaty za nadbagaż, ale nie za to, że pasażer ma lekko ponad 130 kg, gdzie w tym logika? Podczas kilkugodzinnego lotu nie mogłam nawet zasnąć, gdyż locha ta leżała na mnie i drapała mnie szczeciną z ramion. Przeczytałam w swoim czasie kilka podręczników savoir-vivre'u, ale były one dość archaiczne żaden bowiem nie opisywał zasad postępowania w takiej sytuacji. Czy wolno zwrócić damie uwagę, że drapie szczeciną? Czy można to zrobić bezpośrednio, czy też należy raczej wezwać stewardessę i delektować się tym, jak ta tłumaczy te zawiłe kwestie po czesku? Wrodzona kultura osobista nakazuje domniemywać, że opalanie szczeciny zapalniczką nie mieści się w zasadach dobrego wychowania niemniej jednak tyle pytań pozostaje bez odpowiedzi.

Zdrowy Dorosły cierpliwie karmiony w ramach pracy własnej procesu terapeutycznego podpowiada, że przecież sytuacja ta nie będzie trwała wiecznie, że toć to naprawdę chwilowy dyskomfort i że nie warto robić sobie krzywdy denerwowaniem się na zapas. Za jego podszeptem uśmiecham się grzecznie do czeskich stewardes , a już za chwilę odbieram własny bagaż z niekończącej się ruchomej taśmy. Bagaż niezmiernie trudno jest odebrać, gdyż przede mną stoją już 3 rzędy 5-osobowych rodzin, które już bagaże co prawda odebrały, ale jeszcze tak stoją i patrzą na ruchomą taśmę blokując przejście innym. Niewykluczone, że fenomen tego behawioru wyjaśnia fakt, że sił starczyło im tylko na zdjęcie walizek, ale już nie odciągnięcie ich z miejsca odbioru. Wszak rączęta mają umęczone klaskaniem panu pilotowi. W tym czasie mina pana pilota jest zapewne bezcenną i pan pilot niebiosom dziękuje, że obrał tę ścieżkę kariery.

Dochodzi 3:00, a tymczasem locha wyprzedza mnie w wyścigu do stanowiska biura podróży. Nic dziwnego, wyspała się to i jest żwawa. Dzięki temu dowiaduję się, że Wenus z Willendorfu jedzie do innego hotelu i humor mi się delikatnie poprawia. Wsiadam do autokaru, którego kierowca ledwo mówi po angielsku. Uruchamiam mapy google (dzięki Ci Boże za nie!) i okazuje się, że do hotelu długa droga, bo po pierwsze jest tylko jedna autostrada, po drugie są na niej remonty, po trzecie lotnisko było na drugim końcu wyspy. Autokar nie jest całkowicie wypełniony. nie podają nam kolejności wysiadania, więc mija dobre 1,5 godziny jazdy, ale ja nie wiem czy wolno mi się zdrzemnąć. Kolejni turyści wysiadają i po upływie tego czasu, który nad ranem wydaje się wiecznością, orientuję się, że zostałam w autokarze sama. Jest 5:00, znajduję się na obcej wyspie, wiezie mnie obcy koleś, a nikt z bliskich nie wie gdzie jestem. Nałóżcie sobie na ten obraz ścieżkę dźwiękową z filmów Hitchcocka. Nałożyliście? To pomnóżcie swoje odczucia razy 9 - tak właśnie posrana byłam. Po chwili pan kierowca zatrzymuje się na rozdrożu i łamaną angielszczyzną informuje mnie, że to mój przystanek bo dalej autokary nie dojeżdżają.  Widzę prywatne domostwa, suszące się pranie, nabieram silnych podejrzeń, że pan kierowca zaprasza mnie na kolację ze śniadaniem, a jak się będę dobrze  zachowywać, to nawet zwiedzę jego zamrażalnik. Widzę jakieś zbocze i zastanawiam się czy strzał w tył głowy bardzo boli. Jeszcze nie kontaktowałam się z rezydentem, moja ewentualna nieobecność zostanie zauważona za dwa tygodnie, kiedy któraś kochana szefowa odkryje mój brak i absolutną niemożność funkcjonowania beze mnie. Wszystko to przemyka mi przez głowę, kiedy pan kierowca tłumaczy mi, że dalej nie dojedzie, zaś ja mam iść prosto i w prawo aż dojdę do hotelu. Po kilku minutach hałaśliwego marszu faktycznie docieram do hotelu. Zamkniętego! Jest 5:00, porządni ludzie śpią, pan z recepcji śpi. W końcu niechętnie mi otwiera bo mu usmarowałam szybki łapami. Dumny mówi Hiszpan łamaną angielszczyną (kombinacja ze wzrokiem mówiącym "jeśli mnie nie rozumiesz, to to jest twój problem polska franco" jest doprawdy piorunująca). Na koniec niczym wprawny hipnozyter mówi mi "and now you sleep". Nie omieszkałam się dostosować.

Po dwóch godzinach budzi mnie świt. Ze złości wstaję i ruszam na spacer. Z pewnością w te wakację wyrobię swoje dzienne limity aktywności fizycznej z nadwyżką. Po kilku godzinach od mojego SMSa w końcu odpowiada mi rezydentka, która informuje mnie, że jestem jedynym gościem biura, który trafił do tego akurat hotelu i że jeśli naprawdę muszę się z nią spotkać
to ona do mnie przyjedzie. Na przykład na 19:30, a może lepiej na 19:00 bo akurat będzie w pobliżu. W końcu zjawia się o 20:30 i szczebiocze jak bardzo jest tu dla mnie, że 24h/dobę, że zawsze odbiera telefon, że wycieczka na wulkan w niedzielę, że nie wie o której jest mój wylot do Polski ani tym bardziej o której mam czekać na autokar i że mam się zrelaksować. Kątem oka widzę autokary niemieckich turystów podjeżdżające pod hotel i orientuję się, że właśnie ktoś mnie robi w bambuko i zostałam zdana na siebie. Sprawdzam trasę dojścia do najbliższego szpitala, numery taksówek, adresy i godziny otwarcia aptek. Każdy krok stawiam ostrożnie, nawet za głeboko nie zaciągam się powietrzem.

Mija kolejnych kilka dni, z innymi turystami nie nawiązuję kontaktów co mi bardzo odpowiada. Niebo zachmurzone, opalenizny raczej nie przywiozę.  Dużo jem, sadło przywiozę, może niech nie wprowadzają tych opłat dodatkowych dla pasażerów powyżej 130 kg. Dajmy mi szansę poleżenia na kimś w drodze powrotnej. Dni leniwie upływają na obserwacji wulkanu z hotelowych okien, leniwym wylegiwaniu się do późnego ranka i tym podobnych przyjemnościach. To znaczy innym gościom upływają, bo mój pokój jako jeden z nielicznych na żaden wulkan nie wygląda, mieści się za to przy recepcji, więc dokładnie słyszę wszystkie telefony do hotelu. Po trzech dniach rozpoznaję już personel po głosie. Panie sprzątające pokoje nie mówią w żadnym cywilizowanym języku poza hiszpańskim. Są obrażone, że ja nim nie władam, wszystko wiedzą lepiej, nawet jak ułożyć moje papiery na biurku. Sprzątają bardzo rzetelnie. Wczoraj na przykład sprzątnęły moją piżamę. Tak skutecznie, że do dziś jej szukam. Panie zmieniając pościel zwinęły ją do prania razem z moją piżamą. Od wczoraj nie mam w czym spać. O 1:00 rano zgłaszam problem na recepcji. Pan się ze mnie śmieje, to ten sam, który nie mówi po angielsku. Zapisuje sobie "pijama missing" i idzie spać. To mój problem, że nie siedziałam w pokoju i nie pilnowałam. Hotel oferuje selfy na wynajem, gdybym wiedziała, to bym wynajęła i trzymała w nim tę cholerną piżamę. Personel mi nie dowierza, chyba bardziej wiarygodna wydaje im się hipoteza, że tajemniczy fetyszysta włamał się przez balkon i wykradł moje pachnące feromonami gacie. Nikt nie oferuje mi żadnej rekompensaty. Pójdę poprosić o formularz reklamacji. To dosłownie niemożliwe, że nie zginęło nic innego poza moją piżamą.

Wczoraj usiłowałam się skontaktować z rezydentką w sprawie niedzielnej wycieczki fakultatywnej. Rezydentka nie odpowiedziała. Ponawiam pytanie dziś i dostaję odpowiedź po kilku godzinach, że termin zgłaszania się minął wczoraj, że ona mi tłumaczyła, że może być w hotelu za 10 minut, ale że skoro mnie nie ma to ona mnie nie zapisze i na wulkan nie pojadę. Pozostaje mi tylko podziwianie go z okien hotelu. To znaczy jeśli któryś z gości zaprosi mnie do swojego pokoju. Piżamy nadal brak. Może poprosić rezydentkę o pomoc? ;) O tym, że nie pojadę na wulkan dowiaduje się zbyt późno by zorganizować sobie tę wycieczkę we własnym zakresie. bo lokalne biura zamykają w soboty o 13:00. To jest cywilizowany kraj, a nie jakaś Polska, w której takie buraki jak ja pracują nawet w weekendy. Na moją wyraźną prośbę rezydentka podaje termin wyjazdu spod hotelu, to znaczy z rozdroża kilka minut spaceru od hotelu, bo przecież polski autokar tu nie dojeżdża. Jeśli kierowca nie wypatrzy mnie na drodze i nie wrócię to się o tym nie dowiecie, bo nie będe miała internetu.

W międzyczasie była wizyta w fantastycznym zoo, ogrodzie botanicznym i klubie gejowskim, ale tego się z tego wpisu nie dowiecie. Ja patrzę na świat przez specjalne okulary, dlatego nie warto jechać na Teneryfę kiedy jest się mną.

Tagi: przygoda
16:58, wildfemale
Link Komentarze (2) »
niedziela, 24 czerwca 2018
Chipsy lecznicze

Ostatni tydzień miałam okropny, na szczęście nie cały tydzień. Byłam drażliwa ponad miarę, dużo kosztowało mnie powstrzymywanie się od krzyczenia na ludzi, bo stoją za blisko, bo jest gorąco, bo ich dziecko biega koło mnie, bo ich dziecko mnie dotyka, bo inni się do tego dziecka uśmiechają, bo... już sama nie pamiętam. Myślałam, że to jakiś wyjątkowo parszywy przykład PMS-u, ale zawiniło chyba to, że zaczęłam zwracać uwagę na to co jem. Nie twierdzę, że udawało mi się jeść mniej, ale przynajmniej monitorowałam to, co jadłam.

W sobotę się jednak załamałam. W sobotę pracowałam,  mój dzień zaczął się tuż po 4 rano. Miałam prawo być zmęczona. Nie miałam też czasu zaplanować sobie obiadu, więc po tym jak w pociągu za który zapłaciłam majątek odmówiono mi wlania wrzątku do mojego kubka termicznego (jest jakiś przepis tego zakazujący? powinnam w tej sprawie pisać do kolei?) i po całym dniu pracy podjęłam jedyną racjonalną na tamten moment decyzję. Czyli zdecydowałam, że nie jadę nigdzie na obiad, bo na obiad jem... chipsy. Sklep miałam minutę od miejsca noclegu. I jak żarłam (=rodzaj entuzjastycznego jedzenia) te chipsy to ze mnie całe napięcie schodziło. To nie było pocieszanie się jedzeniem, bo kupiłam je raczej z głodu niż z chęci poprawienia sobie nastroju. Wiem jednak, że już w trakcie jedzenia czułam się coraz lepiej psychicznie, a z pewnością już mniej rzeczy mnie irytowało. Ponadto okazało się to efektem trwałym. Utrwaliłam go żelkami.

W niedzielę rano czułam się na tyle dobrze by przed pracą pojechać do outletu. W outlecie jakichś obłędnych ubrań nie kupiłam (dwa kilo skarpet, bo były w naprawdę dobrej cenie), ale za to była tania książka o seksie:) Następnie udałam się do pracy, która szczęśliwie nie bardzo mnie obciążała. Na swojej drodze spotykałam tylko pozytywnie nastawionych ludzi. Między innymi sympatyczną brafitterkę, która sprzedała mi ładny stanik. Nie ukrywam, że od pierwszego wejrzenia nie wyglądałam jej jak dobry klient, bo wolała się interesować inną klientką, która przytargała ze sobą męża żeby jej zapinał staniki i która ostatecznie nic nie kupiła. Ludzie mają doprawdy ciekawe zwyczaje. Brafitterka natomiast jak już zabrała się do roboty, to była bardzo dobra. W dodatku była niziutka, więc idealnie mieściła się w przymierzalni. Nawet się zastanawiałam czy jej nie zabrać do domu, ale jakoś zdołałam się powstrzymać ;)

Na zakończenie dnia zafundowałam sobie największe wyzwanie, bo udałam się do fryzjera. Od kilku lat u fryzjera nie byłam, ale czułam się naprawdę mało kobieco i miałam ochotę na metamorfozę. Zaryzykowałam więc wizytę w sieciówkowym salonie, bo był blisko mojego miejsca pracy. Boję się wizyt u fryzjera, boję się zmian, wszystkiego się boję. A tym razem usiadłam na fotelu i powiedziałam pani, żeby robiła co chce. Natychmiast się porozumiałyśmy i do domu wracałam z fryzurą, która zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Czuję się bardziej kobieco, a bałam się, że nie będę miała gdzie dokonać ewentualnych poprawek. Gdyby nie to, że na fotelu obok siedział chłopiec w trzeciej dekadzie życia, za którego płaciła mamusia, która również nie opuściła salonu ani na chwilę pilnując czy panie fryzjerki ładnie pracują, a na koniec zrobiła chłopczykowi zdjęcie nowej fryzurki to wizyta ta byłaby całkowicie udana :)

Za tydzień wyjeżdżam na urlop. Bardzo się cieszę. Na razie kupiłam krem do opalania. Sądzicie, że potrzebuję czegoś jeszcze? ;)

czwartek, 31 maja 2018
Dbanie o siebie 101

Zgadnijcie co się stało. Znów jestem chora! Zamiast się wściekać postanowiłam zadbać o siebie i nie pójść do pracy. Zresztą podejrzewam, że warunki i stresy pracy w dużej mierze się do mego zachorowania przyczyniły. Elegancko uprzedziłam, że się nie zjawię, poszłam do apteki po naręcza leków. Serio! Zapłaciłam 60 złotych za podstawowe preparaty! W aptece właśnie trwała promocja na jakiś jęczmień w kapsułkach. No nie skusiłam się. Skusiła się za to pani z nadwagą, która stała przede mną i… zachwalała właściwości odchudzające tego świństwa. Bolało mnie gardło, więc nie zabiłam jej ironią.

Zainwestowałam w najbardziej miękkie chusteczki do nosa. Nawet się elegancko umówiłam do lekarza rodzinnego na ten sam dzień i w miłej atmosferze otrzymałam zwolnienie. Skutkiem tego dziś już prawie nie gorączkuję i nawet odważyłam się wyjść na krótki spacer. Upały mi nie służą, a o tej porze na zewnątrz jest chłodniej niż w pomieszczeniach.

Leżąc w łóżku czytałam komiksy (nie ważcie się mnie zawstydzać!) i powstrzymałam się przed pracą na komputerze.  Nie dałam się sprowokować komuś, kto się nade mną znęcał i mimo choroby usiłował ode mnie wyłudzić pieniądze. Żałuję jedynie, że choroba uniemożliwiła mi spotkanie towarzyskie, które zaplanowałam wcześniej. Nie jest to jednak rzecz, której nie da się nadrobić, przełożyć.

Jem zdrowe rzeczy. Kupiłam sobie sok z prawdziwych owoców i jogurty, które lubię, a na których wcześniej oszczędzałam. Dziś z przyjemnością zrobiłam sobie przepyszną sałatkę. Wygrałam bilet do kina w radiowym konkursie. Pograłam w przyjemne gry. Zastanawiam się, czy nie wrócić do kolorowanki dla dorosłych, szczególnie póki trwa naturalne światło. Wygląda na to, że dzień dziecka dla mnie zaczął się wcześniej:)

PS. W ramach dbania o siebie planuję zakup mieszkania. Już urządzonego, nie w stanie surowym. Kompletnie jednak nie potrafię się poruszać po rynku nieruchomości oraz nie orientuję się co do tego, jakie formalności należy w takich kwestiach załatwić. Będę niezmiernie wdzięczna za wszelkie życzliwie rady w tym zakresie.



Tagi: refleksje
17:56, wildfemale
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
Flow niejedno ma imię, czyli dlaczego nie zrobiłam doktoratu

Ponieważ temat ten co jakiś czas przewija się w moim życiu i jeden z takich czasów nastąpił właśnie teraz, postanowiłam napisać o tym więcej. Co jakiś czas bowiem stykam się z sugestiami, że powinnam zrobić doktorat, względnie zdziwieniem, że takowego nie posiadam, a w jednym przypadku nawet z propozycją pisania doktoratu u kogoś. Tymczasem ja od ogromnych aspiracji w tym zakresie i kompleksu, że doktoratu nie posiadam, że nikt nie chce zostać promotorem, że skoro nie mam doktoratu to jestem gorszym człowiekiem… przeszłam płynnie do totalnego braku krępacji, że nie jestem doktorem.

Niektórzy sądzą, że robienie doktoratu to (prawie?) zawsze nadmierna kompensacja własnych deficytów, ale ja się z tym nie zgadzam. Jak każde uproszczenie czy stereotyp jest ono zwyczajnie szkodliwe, różne są bowiem motywacje do pisania doktoratów. Tak jak i różne są doktoraty, naprawdę innowacyjne, samodzielnie napisane, z polotem, oraz wtórne, płaskie, miałkie, wzorowane na tysiącach innych tak, że nic ich nie różni od plagiatu. Każdy ma taki doktorat na jaki sobie zasłużył. Osobiście nie uważam, że posiadanie doktoratu jest symptomem hiperkompensacji, czyli nadmiernej, histerycznej próby zatuszowania własnych (czasem wyimaginowanych) deficytów.

Co ciekawsze, w ramach własnych aspiracji udało mi się skończyć całe studia doktoranckie z różnymi nagrodami, realnymi osiągnięciami, otworzyć przewód doktorski, wypracować dorobek, przeprowadzić badania i zebrać wyniki i… nie napisać ani słowa. Realnie ani słowa. Nie powstał ani jeden dokument tekstowy na ten temat zawierający choćby jeden znak. Przez ten czas, a jakże, realizowałam różne cele oraz zajmowałam się zarabianiem tak, by być w stanie za to przeżyć, kupowaniem papieru toaletowego, nauką obsługi pralki, no długo by wymieniać. W toku tych różnych starań okazało się, że doktorat wcale nie jest mi potrzebny. Nie tylko przestałam być zazdrosna, że inni go posiadają, ale także prowadząc psychoterapię stałam się „matką chrzestną” kilku prac magisterskich i doktoratu. Z przyjemnością też pomogę w takiej roli w habilitacji, mimo że takiego doświadczenia jeszcze nie mam.

Następnie bardzo szybko okazało się, że nie potrzebuję doktoratu do tych rzeczy, do których myślałam że będę go potrzebowała. I choć nie wykluczam robienia doktoratu w przyszłości, to z pewnością nie mam wśród celów życiowych zostania profesorem. W zasadzie w ogóle nie zamierzam robić kariery akademickiej. Jestem za to zainteresowana czynnym udziałem w konferencjach, prowadzeniem szkoleń i dzieleniem się wiedzą praktyczną, okazjonalnym recenzowaniem, tłumaczeniami naukowymi i bardzo rzadko osobistym napisaniem jakiegoś artykułu w recenzowanym czasopiśmie. Okazuje się, że to wszystko jest możliwe bez doktoratu i jak najbardziej się w moim życiu zdarza. Zaś w czasie wolnym od tych wyjątkowych wydarzeń mogę się zająć zarabianiem godnie i rozwijaniem własnych doświadczeń praktycznych.

Robiąc to wszystko jestem szczęśliwa. Potrafię o tym opowiadać z taką pasją, że wiadomo, że jest to prawdą. Aktywności te służą temu, co Maslow umieścił na szczycie piramidy potrzeb, czyli samorealizacji. Według innej teorii Csikszentmichalyi nazywa takie doświadczenie stanem flow, czyli przepływu. Człowiek jest wówczas „tu i teraz” (nawiasem mówiąc bardzo to koresponduje z nurtem mindfulness Kabat-Zinna, ale nie mnóżmy terminów, udawajcie że tego nawiasu tu nie ma). W stanie flow dochodzi do synchronizacji fal mózgowych i ogólnego błogostanu. Jednak teorią, czy nawet spójnym paradygmatem, który fascynuje mnie najbardziej, a również opisuje ten stan jest terapia schematów.

Terapia schematów jest teorią bardzo obszerną, o której napisano niejeden opasły podręcznik, toteż nie przedstawię nawet jej podstaw w tak zdawkowym wpisie. Owe schematy oznaczają  w uproszczeniu zestawy przekonań na temat siebie, świata i innych ludzi. Terapia schematów posługuje się również terminologią trybów, które mogą niektórych czytelnikom kojarzyć się z analizą transakcyjną, odnajdujemy tu bowiem tryby dziecięce, rodzicielskie i zdrowego dorosłego. W całej tej czeredzie tylko dwa z nich są adaptacyjne: Zdrowy Dorosły i Szczęśliwe Dziecko. Pewnie dlatego, że są tak cholernie adaptacyjne, a cała terapia skupia się na dezadaptacyjnych, jest bardzo trudno odnaleźć ich definicję w podręcznikach. Moja definicja jest taka, że Zdrowy Dorosły jest wyważony, odpowiedzialny, świadomy że my ale i inni są OK, podejmuje dobre decyzje. Szczęśliwe Dziecko odpowiada za kontakt z emocjami, doświadczanie radości, świadomość źródeł różnych stanów emocjonalnych oraz poczucia, że są one uprawomocnione. Pamiętajcie, że to tylko moje definicje, a nie oficjalne! Ważne jest, że w zdrowej osobowości spotykają się i Zdrowy Dorosły (o czym pamiętamy zawsze) i Szczęśliwe Dziecko (o czym pamiętamy rzadziej).  I te właśnie dwa tryby spotykają się we mnie kiedy doświadczam (dokonuję?) samorealizacji, mam moje osobiste flow. Generalnie jest to bardzo przyjemne doświadczenie.

Zaskakująca jest konwergencja różnych teorii, autorstwa różnych ludzi, które powstały w nieco innym czasie lub kontekście. Za pomocą różnego języka opisują dokładnie ten sam fenomen. I, nawiązując do terapii schematów, choć napisanie doktoratu uniemożliwił mi schemat Niepełnowartościowość/ Wstyd, to wpis ten postanowiłam poświęcić dobrym rzeczom, które z tego nie-napisania wynikły. O hiperkompensacji napiszę innym razem.



sobota, 31 marca 2018
Tata mi zmarł

Długo zbierałam się do napisania tego wpisu. Tydzień temu pochowałam ojca. Chorował, leżał w szpitalu. Poszedł na planowy zabieg, a potem już nigdy nie wyszedł. Ze względu na skomplikowaną relację, którą mieliśmy, sytuacja ta konfrontuje mnie z różnymi emocjami. Także w trakcie choroby ojca ścierały się we mnie różne tendencje, ale zasadniczo pogarszanie się jego stanu zdrowia znosiłam źle. Podobnie źle zniosłam uroczystości pogrzebowe i źle znoszę załatwianie formalności, które jeszcze zostały do załatwienia po pogrzebie. W zasadzie to nie radzę sobie z nimi.

Śmierć ojca zbiegła się w czasie z utraceniem przeze mnie głównego miejsca pracy. W dodatku było to miejsce, z którego byłam bardzo zadowolona i zwolnienia się nie spodziewałam. Duża korporacja zaplanowała sobie, że da mi podwyżkę. Ponieważ podwyżki uważałam za nieetyczne bo wiązałyby się również ze zmianą cennika, dość radykalnie wyraziłam swój sprzeciw. Wówczas korporacja bez wcześniejszej dyskusji zwolniła mnie. W pewien ładny niedzielny poranek niespodziewanie otrzymałam wypowiedzenie. Nigdy nie dowiem się co się tam tak naprawdę stało. Jako jednego z lepszych specjalistów w mojej branży nikt mnie nigdy nie zwolnił. Wręcz przeciwnie, jak się wkrótce okazało, potencjalni pracodawcy biją się o mnie. Wydarzenie to relacjonuję z pewnej perspektywy czasu i nie ukrywam, że wyrzucenie mnie w tak trudnym momencie życiowym, kiedy mój ojciec jest chory, a ja planuję przeprowadzkę co wiąże się z kosztami uważałam nie tylko za nieludzkie, ale i za katastrofalne. Uderzyło to znacznie w moją samoocenę.

Obecnie jestem już po negocjacjach i w zasadzie pewna jestem, że zatrudnią mnie gdzie indziej. Za dużo wyższą stawkę. Trzymajmy kciuki, żeby mi się tam spodobało. Tydzień przed wyrzuceniem mnie z pracy sama złożyłam wypowiedzenie w innej firmie. Rychło okazało się, że firma choć wypowiedzenie przyjęła, to jednak nie chce mi wypłacić wynagrodzenia. Było to miejsce, w którym szefowa, którą z pewnych względów musiałam powiadomić o złym stanie zdrowia ojca, deklarowała wszelką pomoc i wsparcie. Nie minęły dwa tygodnie, a ta sama szefowa bezwzględnie proponowała mi, abym weszła z nimi na drogę sądową, a rozmowy telefoniczne nagrywała gromadząc dowody dla sądu. Urocze, prawda?

Skutkiem wszystkich tych przebojów zostałam bez pieniędzy w miesiącu, w którym potrzebowałam pieniędzy na pogrzeb.

Byłam też na tyle nieudolna, że zniechęciłam do siebie najbliższa koleżankę. W zasadzie to eufemizmem jest nazywanie tego zniechęceniem. Ja wręcz wprost zakończyłam z nią kontakt po jednej z kolejnych kłótni. Było to kilka dni przed śmiercią ojca. Wskutek swojego nietrafionego wyboru, na ten najcięższy okres zostałam zupełnie bez wsparcia społecznego.

Jestem zmęczona, dużo śpię, mniej pracuję, bo nie mam pracy. Kompulsywnie chodzę na rozmowy kwalifikacyjne. Kupuję czarne rzeczy w tanich sklepach. Na szczęście czarny wyszczupla. W mijającym miesiącu byłam na siłowni dokładnie raz. Szczerze powiedziawszy zupełnie nie mam nadziei na to, że stanę kiedyś na nogi. A jak wasze radosne święta?

środa, 28 lutego 2018
U mnie po staremu, czyli sporo nowości

Jak zwykle dużo się u mnie dzieje, dużo nowych doświadczeń. Na początku roku mój ojciec się poważnie rozchorował. Niestety nadal przebywa w szpitalu. Konfrontowałam się ze śmiertelnością własnego rodzica, bo miał stan zagrożenia życia. Moje relacje z ojcem dalekie były dotychczas od optymalnych, toteż było dla mnie sporym zaskoczeniem, że aż tak bardzo przeżywam perspektywę jego odejścia. Myślałam, że emocjonalny dystans który zbudowałam będzie mnie skutecznie chronił przed odczuwaniem cierpienia. O ja naiwna! Nie mogłam znieść patrzenia na to, jak ojciec się męczy. Przeżyłam fazę zazdrości o to, że pacjent z łóżka obok czuje się lepiej i ustawia całą swoją rodzinę, fazę złości na lekarzy, że ojcu nie pomogli, oraz fazę targowania się i poczucia winy, że gdybym tylko zrobiła w życiu lepiej absolutnie wszystko, to ojciec czułby się lepiej.

Tempo mojego życia przyspieszyło i poza chorobą ojca przeżywałam i przeżywam także inne rzeczy. Między innymi własną chorobę. Ze stresu tak spadła mi odporność, że rozwinęłam infekcję. Starym zwyczajem starałam się tę infekcję ignorować, jak wiele trudnych rzeczy w życiu (tak długo, jak długo da się nie patrzyć w tym kierunku), ale naprawdę kiepsko się pracuje mając 38 stopni temperatury. Dość powiedzieć, że jak dotarłam do własnego lekarza, to byłam już pogodzona z faktem, że otrzymam zwolnienie. A dla osoby na własnej działalności zwolnienie lekarskie jest sprawą wybitnie niekorzystną finansową. Rozpoznano u mnie zapalenie płuc, a wydawało mi się, że jest to wyłącznie przypadłość osób starszych. Żarłam antybiotyk i przeklinałam swój los mając wszystkie możliwe powikłania antybiotykoterapii. Probiotyki moim najlepszym przyjacielem.

Wysoko gorączkując podjęłam ostateczną decyzję o rozstaniu się z jednym z miejsc pracy. Nie wiem czy to była dobra decyzja, ale sądzę że raczej tak. Nie była to decyzja podjęta impulsywnie, rozważałam to około 1,5 miesiąca. To miejsce pracy stało się raczej kulą u nogi niż miejscem rozwoju, a takie mam teraz oczekiwanie wobec pracodawcy. W dodatku w najbliższym czasie czeka mnie więcej wydatków, więc zaczęło mi zależeć na zarabianiu więcej, a nie tyle ile dotychczas. Wcześniej pieniądze nie miały dla mnie takiego znaczenia, ale planuję kupić mieszkanie, a najlepiej dwa i fundusze będą mi potrzebne. Moje wypowiedzenie przyjęto natychmiast i bez zbędnych komentarzy. Skłamałabym gdybym powiedziała, że nie liczyłam na jakieś miłe słowo na odchodne. Oczekiwanie to jednak świadczy wyłącznie o mojej naiwności, gdyż nigdy wcześniej nie miałam takiego doświadczenia, a zazwyczaj na odchodne słyszałam wręcz coś złego od dotychczasowego szefa, który był wściekły, że go opuszczam. Nikt nigdy w życiu jeszcze mnie nie zwolnił. Zawsze odchodziłam sama. No dobra, niektórzy współpracownicy żałują, że odeszłam.

W moim życiu uczuciowym także duże zmiany. Rozwijam się, dojrzewam. Między innymi poszłam na pierwszą w życiu randkę. Jako osoba nieudolna społecznie nigdy w życiu na żadnej nie byłam, ale wreszcie się na to odważyłam. Jak się jest starym tak jak ja to takie decyzje podejmuje się trudniej. Doświadczenie to potraktowałam jako ekspozycję na bodziec, którego się obawiam i do tej pory unikałam. Stwierdzam, że jako ekspozycja doświadczenie to udało mi się wybitnie, a nawet i restrukturyzacja poznawcza, której po nim dokonałam także jest wielce udana. Randka sama w sobie zweryfikowała mi, że z tym facetem na pewno nie chcę się widywać dalej, no ale przecież właśnie temu między innymi służą randki. Na pewno łatwiej mi będzie w przyszłości się z kimś spotykać i zamierzam to robić. Trudno mi także określić czego się wcześniej bałam. Chyba po prostu nieznanego. Jakbyście mieli jakieś lęki to donoszę, że nic się złego na randkach nie dzieje i zachęcam do udawania się na nie jak najczęściej.



wtorek, 23 stycznia 2018
Pierwsze razy

Jak już zazwyczaj z zamiarem poczynienia odpowiedniego wpisu noszę się długo, toteż i kształt i zakres wpisu zmienia się w mojej głowie dynamicznie. W najśmielszych fantazjach bym jednak nie przypuszczała, że przyjdzie mi tu napisać, to czym dziś skonkluduję.

Jak zawsze moja głowa pełna jest nowych pomysłów, a życie nowych wrażeń. Wróciłam świeżo ze szkolenia, na którym świetnie funkcjonowałam społecznie, a wręcz zostałam gwiazdą relacji społecznych. Jest to o tyle niesamowite, że zazwyczaj nie jestem lubiana w ogóle, a już na pewno nie najbardziej. A tymczasem organizowałam grupie popołudniami życie towarzyskie, nikt nie chciał się ze mną kłócić, nawymieniałam się kontaktów na potęgę, a na zakończenie ktoś mi nawet zaproponował robienie u siebie doktoratu. I to uwierzcie mi, że nie byle kto:) Rozważę, rozważę.

Poznałam też faceta, który się mnie nie boi i być może coś z tego będzie. Oboje jesteśmy już mocno dorośli, doświadczeni, mówimy bez ogródek o swoich planach wobec siebie. To dobrze rokuje.

Jestem w konflikcie z szefową. Umówiłam się z nią na rozmowę, rzetelnie się do tej rozmowy przygotowałam, zasięgałam porad różnych osób. Rozmowę przeprowadziłam na najwyższym poziomie profesjonalizmu, a wczoraj otrzymałam od niej kolejne obraźliwe maile. Baba mnie opluwa, a ja się uśmiecham i mówię, że to tylko deszcz pada. Czy ja upadłam na głowę? Maile od szefostwa nie są niestety jedyną trudną korespondencją, z którą przyszło mi się wczoraj mierzyć, co tylko nadaje sprawie z (jeszcze) szefową nowego wymiaru. Więcej szczegółów niżej.

Rok 2018 zaczął mi się wyjątkowo nieszczęśliwie. Pewnego ranka tuż przed planowanym wyjazdem wstałam z łóżka i doznałam masywnego krwotoku, który nie ustawał. Okazało się, że nie jestem wieczna ani wszechmogąca. Widziałam jak ucieka ze mnie życie i bałam się, że umrę w najbardziej kretyńskich okolicznościach, jakie tylko można sobie wyobrazić. Nie mogłam zatamować krwawienia mimo najwytrwalszych starań. Miałam też trudność żeby wezwać karetkę. W końcu udało się ją wezwać i jestem bardzo wdzięczna ratownikom za fachową pomoc. W szpitalu nie miałam już tyle szczęścia, gdyż konsultujący mnie specjalista robił ze mnie kretynkę. Właściwej pomocy udzielił mi dopiero młody entuzjastyczny stażysta. Zamiast pracować odwiedzałam kolejnych specjalistów. Z otrzymanym zwolnieniem lekarskim nawet nie wiedziałam co zrobić i przez to prawdopodobnie straciłam prawo do zasiłku, bo nie wiedziałam, że coś takiego mi w ogóle przysługuje. Wiem, że jestem lamus i na pewno wszyscy byście sobie z tym lepiej poradzili, ale ja po prostu nigdy nie chorowałam. Nie wiedziałam, że prowadząc własną działalność o zasiłek muszę specjalnie poprosić. Sądziłam, że dzieje się to automatycznie. Jestem pierdołą. Na moją prośbę w końcu skauteryzowano mi nieszczelne naczynia. Nawet mnie nie bolało, chociaż ponoć powinno. Było mi wszystko jedno, w głowie roiły się najokropniejsze scenariusze. Nadal jestem w trakcie diagnostyki, a krwotoki na szczęście wystąpiły jedynie kilka razy. Obecnie ustały, a ja nawet odważyłam się poćwiczyć. O zwolnienie lekarskie specjalnie poprosiłam do dnia, na który byłam umówiona z szefową. Na rozmowę wciąż udałam się poplamiając, ale tej psychopatki to raczej nie wzruszyło. Najwyraźniej jestem jakimś gorszym rodzajem człowieka. Jest rasa panów i jest poddanych.

I na zakończenie prawdziwa wisienka. Czytacie mnie jeszcze? Wczoraj dostałam mailowo informację od ojca, że czeka go poważna operacja i że ma diagnozę nowotworu. Źle rokującego nowotworu. Ponieważ moje relacje z ojcem były przez ostatnie lata bardzo trudne, stąd pewnie forma komunikacji między nami, to jest mi w tej sytuacji jeszcze trudniej. Nie czuję się oczywiście winna tego, że ona ma nowotwór, bo tego przewidzieć nie mogliśmy, ale jego rozpaczliwe maile (czuje się chory i samotny) przemieszały mi się w skrzynce z durnymi i bezczelnymi od szefostwa i tym bardziej mnie to wszystko rozjuszyło. Jutro muszę wykroić przerwę w bezsensownej pracy, w której mam siedzieć od rana do wieczora żeby odwiedzić własnego ojca w szpitalu. Ojca, który czuje się samotny i boi się o swoje życie. W dodatku boi się słusznie. A ja nic w tej kwestii nie mogę zrobić. Siedzę, płaczę i też się czuję potwornie samotna i bezsilna w tej sytuacji.

Dbajcie o siebie, nie pracujcie ponad siły, unikajcie głupich ludzi, wykonujcie badania profilaktyczne i mówcie "kocham" wszystkim osobom, które na to zasługują.

Tagi: refleksje
23:34, wildfemale
Link Komentarze (4) »
sobota, 30 grudnia 2017
Co mi się udało w 2017

No wciąż zostało kilkadziesiąt godzin, więc może to jeszcze nie koniec sukcesów. Najwyżej dopiszę suplement ;)

Mam subiektywne poczucie, że udało mi się w tym roku dużo. Przede wszystkim mam na myśli to, jak udało mi się poradzić z niesprawiedliwym i okrutnym wydarzeniem traumatycznym, które mnie w tym roku spotkało. Zdecydowanie udało mi się nie rozwinąć zespołu stresu pourazowego a nawet rozwinąć się po tym doświadczeniu. Mam więcej empatii i cierpliwości, jestem bardziej wyrozumiałam i cierpliwsza dla siebie i innych. Nie wykonałam tej wewnętrznej pracy samodzielnie, a stało się to przy pomocy najcudowniejszej terapeutki, którą mogłam sobie wymarzyć. Uwierzcie, że nie było mi łatwo poprosić o pomoc, a z racji tego, że nie jestem łatwą osobą, nie było też łatwo znaleźć kogoś, kto podjąłby się pracy ze mną. Jestem bardzo wdzięczna, a podjęcie takich kroków na rzecz poprawy swojego dobrostanu uważam za sukces sam w sobie.

W tym roku udało mi się także rozpocząć kolejne szkolenie w wymarzonej dziedzinie. Nie było to łatwe, trudności ciągnęły się miesiącami, ale nie ustawałam w wysiłkach i przy pomocy innych udało mi się doprowadzić sprawę do końca. Dzięki temu częściowo wyprowadziłam się z domu i podjęłam pracę w bardzo atrakcyjnej firmie. Kultura pracy w tej korporacji bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. I choć nie ma miejsc idealnych, to jestem szczerze zadowolona z pracy w tamtym miejscu. Jedyną wadą jest fakt, że pozostałe miejsca pracy bardzo mnie teraz frustrują;) Idąc po linii skojarzeń zawodowych, z jednym z miejsc pracy się w tym roku rozstała, co także niespodziewanie okazało się sukcesem. Byłam z tą firmą bardzo związana i miałam do niej sentyment. Podczas rozstania okazało się, że niestety sentyment ten nie był odwzajemniony, a w zasadzie to wręcz dowiedziałam się, że robiono mi przysługę zatrudniając mnie tam. Ze złośliwą satysfakcją stwierdzam, że moje stanowisko od kilku miesięcy pozostaje nieobsadzone. Dwójka z moich aktualnych pracodawców realnie we mnie regularnie inwestuje. Moje oczekiwania rosną, kiedy będę się gdzieś zatrudniać w przyszłości, również będę takich inwestycji oczekiwać.

Udało mi się także realnie podwyższyć własne kompetencje przystępując do egzaminu, którego wcześniej przez pół roku unikałam, bo miałam focha. Zupełnie niepotrzebnie miałam tego focha, a sprawę trzeba było załatwić od razu. Bardzo się cieszę, że w końcu przystąpiłam i że egzamin zdałam. Mam to z głowy.

Od kilku miesięcy dbam także regularnie o formę. Prawie co noc się wysypiam. Kilka razy w tygodniu jestem na siłowni. Świetnie sobie radzę z dźwiganiem sztang, w czym dorównuję niektórym mężczyznom. Niedawno zaczęłam trenować boks. Uczciwość nakazuje przyznać, że radzę sobie z nim fatalnie, gdyż nie jest to rodzaj aktywności, do której byłabym przyzwyczajona, jestem za sztywna, zbyt mało zwinna, a przede wszystkim o jakieś 10 lat starsza od najstarszego członka grupy, w której ćwiczę. Niemniej jednak pochwała należy mi się za sięganie po własne marzenia. Kilka lat temu pewnie wstydziłabym się nawet zmierzyć rękawice bokserskie w sklepie. Dziś posiadam własne i nie obchodzi mnie czy inni to akceptują.

Rzecz jasna nie wszystko mi się w tym roku udawało, ale przecież ten wpis miał być o sukcesach.

17:14, wildfemale
Link Komentarze (2) »
niedziela, 26 listopada 2017
Miało być o czym innym

Miałam ambitne plany napisania czegoś bardzo merytorycznego, ale się one nie ziściły. Jak zawsze miałam wiele na głowie, ale może warto mimo wszystko dać znak życia. Może komuś z Was na tym zależy?

U mnie generalnie dobrze, na pewno zdrowiej. W prawie każdym sensie. Dziś spędziłam na siłowni dwie godziny, łapię coraz lepszy kontakt z własnym ciałem, dźwigam coraz cięższe ciężary, mam coraz silniejsze mięśnie brzucha, kupiłam sobie kolejną parę rękawic (bo takich to jeszcze nie miałam;) i wpadłam na to, że warto także chodzić na zajęcia z rozciągania. Czuję się lepiej, wyglądam lepiej choć moja masa ciała nie uległa zmianie i na pewno mam wiele niedoskonałości. Doszłam do punktu, w którym się z tych niedoskonałości nawet cieszę, bo mam nad czym pracować i sporo efektów do osiągnięcia przede mną. Chciałam sobie zjeść coś zdrowego i jednocześnie spróbować czegoś nowego, więc nabyłam chleb marchewkowy. Jakież było moje zdziwienie gdy po otwarciu chleba okazał się on tak masakrycznie spleśniały, że jeść się tego nie da. Wstydźcie się sprzedawcy!

Rozwijam się także psychicznie. Uporałam się z kryzysem, nauczyłam się nowego sposobu patrzenia na problemy własne i innych, bo poznałam terapię schematu. To właśnie na ten temat muszę kiedyś napisać obszerniej i merytorycznie. Generalnie założenia tej nowoczesnej metody bazują na schematach poznawczych, które kształtują się u nas w dzieciństwie i stanowią naszą wiedzę na temat siebie, świata i innych ludzi. Wszyscy mamy jakieś schematy poznawcze, problematyczne stają się te, które twórcy tej metody nazywają nieadaptacyjnymi (np. Jestem beznadziejny, Zasługuję na karę, Inni wiedzą lepiej). Jak się człowiek nauczy myślenia w tych kategoriach, to schematy widzimy u naszych znajomych, u serialowych postaci i w każdym tekście kultury.

Dotarło do mnie, że to jest przecież kolejne narzędzie, jeszcze jeden sposób patrzenia na mechanizmy, które są tak stare jak ludzkość, tylko ubrany w nowoczesne słownictwo. Niemniej jednak ja lubię, kiedy świat jest zrozumiały, a ta koncepcja mi to poczucie daje. Terapia schematów mówi o trybie Zdrowego Dorosłego, czyli takim, w którym rozpoznajemy własnej potrzeby, dajemy sobie prawo do ich zaspokajania, nie jesteśmy zbyt zależni czy surowi dla siebie lub innych. Pełne ciepło i łagodność.

Tak się akurat stało, że od samego czytania, a może też z powodu niedawnego kryzysu mam więcej tej łagodności w sobie. Ćwiczę z łagodnością i miłością dla siebie, innych traktuję życzliwiej, mam większe poczucie sensu własnej egzystencji. Polecam każdemu taki stan. Okoliczności życiowe także sprzyjają satysfakcji z własnego życia. W zeszłym tygodniu prowadziłam szkolenie, które cieszyło się bardzo dużą popularnością. Grupę trudno było rozkręcić, ale jak już się do mnie przekonali, to nawet na koniec bili mi brawo. Pewnie szczerze, miłe to było.

Kiedy jestem mniej krytyczna i więcej wychodzę z domu, lepiej mi się także układają relacje z innymi. Łatwiej mi z kimś nawiązać rozmowę, pełną piersią śmieję się z dowcipów, nie wstydzę się podejść do rozmawiającej ze sobą grupy osób, które znały się wcześniej. Nie boję się także próbować nowych rzeczy, bo wiem, że mam prawo poprosić o pomoc i że samo spróbowanie jest ważniejsze niż bicie jakichś rekordów. Przez ostatni tydzień przydarzyło mi się wiele miłych rzeczy i chyba jest ich jakoś więcej niż wcześniej bywało. Nabrałam nadziei na to, że pewne rzeczy są dla mnie osiągalne i za to czuję wdzięczność choć trudno sprecyzować do czego lub kogo.

W rozmowach nie czekam na to, kiedy wreszcie będzie moja kolej, tylko słucham i mam z tego przyjemność. Różne rzeczy tak słuchając odkrywam i tylko czasem przeglądam się w oczach innych osób. Zazwyczaj nie jest to zagrażające doświadczenie. Okazuje się, że wyjście poza strefę własnego komfortu nie zawsze jest takie przykre, trzeba tylko do niego osiągnąć moment właściwej gotowości.

wtorek, 03 października 2017
Mój proces zmiany

Minął wrzesień, a ja nic do Was nie napisałam. Wstyd mi, myślałam, że mniej czasu upłynęło. Byłam zajęta, dużo przegapiam. Na przykład przegapiłam przedłużenie prenumeraty czasopisma, bo mi się wydawało, że mam wrześniowy, a nie sierpniowy numer. Jakież było moje zdziwienie gdy go w końcu otworzyłam, a tam "przypomnienie" o tym, że mam przedłużyć prenumeratę. Kupiłam nowy komputer, bo poprzedni wyzionął ducha. Do nowego nie mogę się przyzwyczaić, a system operacyjny mnie bezczelnie śledzi i manipuluje mną. Czuję coraz mniej sprawstwa.

Wróciłam do oglądania występów impro. Na scenie tej w moim regionie wiele się dzieje, panie improwizatorki powracały z urlopów macierzyńskich i wyglądają piękniej niż przedtem. Zazdroszczę i podziwiam. Polotu im też nie ubyło.

Ja tymczasem nie mam dzieci, nie mam związku. Jak się domyślacie, przez Tindera nikogo nie poznałam, a może jedynie przeczytałam nieco mniej książek, bo zamiast czytać, przesuwałam kciukiem w prawo. Bardzo szkodliwy ten Tinder jest;) Mam w życiu prawie wszystko... Prawie robi różnicę.

Rozwijam się zawodowo, ale mam poczucie, że za wolno, że brakuje mi wyzwań. Żeby się dalej kształcić przestawiłam swoje życie do góry nogami, a i tak mi mało. Może wyjazd zagraniczny załatwiłby sprawę?

Zajmowałam się także we wrześniu czymś wyjątkowo przykrym. Chwilowo się posypałam, wiedziałam że odpowiedzialne będzie poszukanie pomocy i zrobiłam to. Tysiąc razy się zastanawiałam, czy doświadczenia te w ogóle opisywać na blogu, ale zdecydowałam, że tak. Teraz już nie jestem w kryzysie, radzę sobie, wzrastam, toteż mój wpis nie jest motywowany dystresem czy rozpaczą. Co mnie motywuje? Chęć edukacji, nauczenia kogoś na moich błędach, ale też i czysto ludzka chęć podzielenia się własnym wzrostem. Jest nawet taki termin jak "wzrost potraumatyczny".

Otóż, kilka tygodni temu ktoś mnie nadużył, czyli potraktował mnie tak, jak kobiet (ani też mężczyzn) nigdy traktować nie należy. Jeśli ktoś kiedyś stworzył jakiś uniwersalny model tego, jak czuje się osoba tak nadużyta, to przeszłam wszystkie jego fazy. Przejścia te uruchomiły bardzo ciekawy proces, którego z zaskoczeniem doświadczam, a dzięki któremu wiem, że i inne osoby w mojej sytuacji mają podobne objawy, przeżycia.

Zacznijmy od definicji, bo sposobów wykorzystania jest wiele. Początkowo zupełnie nie wiedziałam co się stało, ani nawet czy w ogóle mam prawo czuć się wykorzystana. Usłyszałam nieodpowiednie uwagi pod swoim adresem. Nikt mnie palcem nie dotknął, ale czułam że moje granice zostały przekroczone. Klasyczne gombrowiczowskie zgwałcenie przez uszy. Teraz już wiem, że ofiary bardzo często tak się czują niezależnie od tego, co się konkretnie wydarzyło. "Bo się nie broniłam", "bo inne mają gorzej", "bo to ze mną widać coś nie tak było", "bo on tylko mówił, ale nie nie dotykał", "bo jestem już duża i powinnam była umieć się obronić", to są takie klasyki gatunku. Prawdopodobnie mechanizm ten służy temu, byśmy nie czuły się ofiarami i podtrzymuje iluzję posiadania wpływu na sytuację. Tymczasem istnieją na świecie pewne zasady i nikt nie ma prawa nas tak traktować, czyli tych zasad łamać. Kropka.

Po wtóre, tak się oczywiście zdarzyło, że kiedy we mnie toczył się ten proces psychologicznego cierpienia, na swojej drodze zaczęłam spotykać liczne ofiary wykorzystania. Tabuny ofiar. Nie wiadomo w jakim mechanizmie się to dzieje, czy zmienia się fizjonomia, czy raczej anatomia mózgu, że zaczynają się w niej mieścić takie konstrukty poznawcze jak wykorzystanie, a skoro już się mieszczą, to są i prawidłowo identyfikowane. A może te tabuny po prostu wyczuwają empatię?

Po trzecie, początkowo nie miałam wątpliwości co do tego, że spotkało mnie coś złego, czułam złość na sprawcę. Nie mogłam spać, miałam gorszy apetyt. Choć zupełnie nie jest to dla mnie typowe, o zdarzeniu opowiedziałam koleżance. To znaczy, nietypowe jest zarówno to że opowiadam o własnych trudnościach jak i to, że mam koleżankę. Co jeszcze mniej typowe, o zdarzeniu opowiedziałam także zupełnie przypadkowej osobie. Ot tak, bo miałam kryzys i mi się ulało. Macie rację, to nie jest normalne, ale ja nie działałam wówczas normalnie. Co gorsza z upływem czasu zaczęłam nabierać wątpliwości co do tego, czy w ogóle jestem ofiarą, czy mi się nie wydawało, czy warto to drążyć.

Po czwarte, zrobiłam wszystko żeby ze sprawcą już się nie kontaktować, co w moim przypadku ani nie było łatwe, ani do końca możliwe. Cała procedura trwała kilka tygodni, ale wiem, że teraz nigdy nie znajdziemy się sami w jednym pomieszczeniu. Daje mi to jakiś komfort. Podczas tych tygodni wielokrotnie zastanawiałam się czy dobrze robię i rozważałam czy tego wszystkiego nie cofnąć. I tutaj daję w miarę uniwersalną radę: Nie, nie należy tego cofać. Jeśli miałyście motywację tydzień temu, żeby odejść, rozstać się, unikać, to przez tydzień nic się przecież obiektywnie w sytuacji nie zmienia. Działają tylko wasze emocje, bo przecież każdy wolałby myśleć, że nic się przecież wielkiego nie stało i że jakoś to przetrzyma, bo przecież jest zaradny. Nie warto sobie tego udowadniać w ten sposób. Egzekwujcie raz obrany plan do końca.

Po piąte, motywów wykorzystania może być wiele. Nie zawsze są one seksualne. A już na pewno nie zawsze mają one coś wspólnego z atrakcyjnością fizyczną. Ja na przykład zupełnie nie jestem atrakcyjna. Zawsze myślałam, że dzięki temu nic takiego mnie nie spotka. Okazuje się to wierutną bzdurą. Mój sprawca był psychopatą, co w tym kontekście znaczy mniej więcej tyle, że chciał mnie po prostu upokorzyć dla satysfakcji własnej i płaszczyzna seksualna była tylko środkiem do tego celu.

Po szóste i ostatnie, szukanie pomocy w tej sytuacji było dla mnie prawdziwą lekcją pokory. Sama dla siebie jestem najcenniejszą rzeczą, naprawdę wartą wszelkich inwestycji. Możecie mnie zrzucić nagą, bez bagażu, bez konta w banku w środek wielkomiejskiej (lub rozumianej dosłownie) dżungli, a dam sobie radę o ile tylko będę w dobrej formie psychicznej. A po tym wydarzeniu nie byłam. Bardzo trudno było mi komuś o tym opowiedzieć i przyglądać się sobie po tym, co mnie spotkało. Było to dla mnie upokarzające doświadczenie odzierające z codziennej fasady zaradności i decyzyjności. Stałam się zatem naga, bez bagażu za to z balastem, a stan mojego konta nie miał żadnego znaczenia. Okazało się, że nie jestem ani niezniszczalna, ani odporna na tragedie tego świata. Teraz mam poczucie, że sobie z tym poradziłam i że z doświadczenia tego będę czerpać jeszcze długo. Trudno to nawet ubrać w słowa.

Jeśli dobrnęliście do końca, możecie się zastanawiać po co właściwie opublikowałam ten tekst. Stworzenie tego wpisu było absolutnie przemyślaną decyzją i ma wymiar katarktyczny. Nie szukam sensacji, ani współczucia. Jestem na tyle poczytna, że z pewnością zajrzy tu choć kilka osób, które miały podobne doświadczenia czy rozterki i znajdzie tutaj wsparcie. Materia ta jest bardzo delikatna, toteż proszę o szczególną rozwagę w jej komentowaniu. Na przykład, obecnie sama bardzo żałuję każdego nieprzemyślanego żartu dotyczącego seksualności, który kiedykolwiek przeciwko komukolwiek skierowałam. Ot wzrost potraumatyczny :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 69