RSS
niedziela, 20 maja 2012
"Seks. Portrety namiętności." - recenzja

Książka ta została wydana cztery lata temu i trafiła na promocję w księgarni, którą akurat odwiedziłam. Atrakcyjna forma graficzna i wydanie na kredowym papierze skłoniły mnie do zakupu. Liczyłam na chwile rozrywki, estetycznych uniesień i szansę na rozwój własnej wyobraźni erotycznej i w zasadzie się nie zawiodłam.

Autor John Williams, pisarz i fotografik, dokonał wybory różnych dzieł (przeważnie malarskich, ale zdarzają się i rzeźby, miedzioryty a nawet komiksy) przedstawiających kolejne etapy gry miłosnej od zalotnego spojrzenia, po czułe chwile następujące po wyczerpującym seksie. Każde zdjęcie opatrzone jest podpisem, obrazy są okraszone cytatami, a wszystko to zamyka się w estetycznej formie.

Nie jestem przyzwyczajona do przeglądania albumów. Nie jestem też humanistką. Zostałam wytrenowana do przegryzania się przez podręczniki przepełnione twardymi danymi od pierwszej do ostatniej strony. Gdyby nie interesująca mnie tematyka, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę. Cieszę się jednak, że do tego doszło.

Z racji swojego braku doświadczenia nie wiedziałam, że malarstwo można analizować w ten sposób. Ba! Nie wiedziałam nawet, że jest tak wiele seksu w malarstwie. Analiza i interpretacja różnych tekstów kultury, w tym obrazów, kojarzy mi się z lekcjami języka polskiego w szkole, a tych nie wspominam dobrze. Tym razem z ochotą podążałam za spojrzeniami przedstawionych postaci, większego problemu nie sprawiało mi także odczytywanie symboliki. Prawdopodobnie niebagatelne znaczenie miało tez to, że tematyka wybitnie mi odpowiadała. Nie z każdą interpretacją się zgadzałam, ale doceniam erudycję autora. Treść książki zainspirowała mnie. Być może na łamach tego bloga powinnam co jakiś czas dokonywać podobnych analiz?

W moim przypadku zapoznanie się z takim albumem jest wydarzeniem zmieniającym coś w życiu. Być może pokazało mi to, że jednak posiadam wrażliwość na pewne treści, a erotyki jest w sztuce bardzo wiele, tylko właśnie na tych koszmarnych lekcjach języka polskiego nikt nam na to nie zwraca uwagi. Nie jest także wykluczone, że do pewnych rzeczy po prostu dojrzałam i inaczej patrzę nie tylko na poezję, sztukę wizualną, ale i sam seks.

Mimo pewnych niedociągnięć w składaniu tekstu książkę tą mogę polecić wszystkim dorosłym, bez względu na wiek. Do lektury szczególnie jednak zachęcam panie, bo treści w książce są subtelne, a nie wulgarne, a z takim przekazem dotyczącym seksu wciąż jeszcze rzadko się spotykamy. Nie jest tajemnicą, że atrakcyjniejszy jest często przekaz aluzyjny, a nie epatujący nagością i przechodzący do sedna nie dając nam przyjemności odkrywania ukrytych znaczeń i snucia własnych domysłów. Bez wątpienia też takie treści, choćby pośrednio, przyczyniają się do podnoszenia kultury seksualnej.

Ja zrobiłam sobie taki prezent sama. Wy możecie go zrobić osobie, którą kochacie. Wspólna lektura to także coś, czego nam często brakuje.

Tagi: książki
04:42, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 maja 2012
Porządek dziobania

Poszłam do Łazienek karmić ptaszki bułką. Właściwie to dwiema bułkami, które miałam zachachmęcone z poprzednich dni. Kaczory biły się między sobą, przyplątały się gołębie, które inteligentnie szurały mi między stopami w poszukiwaniu okruchów. Nawet jakiś szpaczek się przyplątał i tak udawał, że go nie ma, ale jednak żarł. Całe towarzystwo bało się jakiegoś gawrona (?), widać w ptasim świecie rozmiar ma znaczenie (nie ma to jak błyskotliwy dowcip blogerki, prawda? ;)). Przyszła jakaś śliczna kaczka, której nazwy nie znam. Nawet paw obejrzał mnie z bliska, ale chleba nie chciał. Ba! Nawet jakaś zakochana para robiła sobie ze mną zdjęcie. to znaczy z ptaszkami. Wizyta w parku, wdychanie zapachu wilgotnej ściółki, dyszenie podczas drogi pod górkę - wszystko to dało mi dużo radości. A karmienie ptaszków pokazało mi, że w świecie zwierząt, jak w świecie ludzi, jest pewna hierarchia - porządek dziobania. Tylko czemu ja zawsze czuję się na końcu tego łańcuszka?

Skoro dziś czuję się tak beznadziejnie, to marne są szanse na to, że kiedykolwiek się to zmieni. Przebywam poza domem, odpoczywam od pracy, ale... świat jest mały. Dziś na ulicy zahaczyła mnie młoda dziewczyna. Oczywiście z twarzy podobna do nikogo. Zaczyna mi trajlować, że kojarzy mnie z mojego miasta, interesuje się gdzie pracuję. Ja delikatnie pytam czy i skąd powinnam ją kojarzyć (doprawdy wirtuozeria inteligencji społecznej!), a ona mi: "Niee, raczej mnie pani znikąd nie kojarzy." (szlag! szlag!). Potem pyta po co przyjechałam, jak się mają moje sprawy zawodowe. A ja jej... posłusznie odpowiadam, coraz bardziej wściekła na siebie. Prawdopodobnie nikt mnie jeszcze nie nauczył tego, że mogę odmówić odpowiedzi jeśli z jakimś pytaniem czuję się niekomfortowo lub że mogę po prostu poinformować wprost, że takie odpytywanie mi nie odpowiada. Ale ja się tego widać jeszcze nie nauczyłam i dlatego teraz pewna panna maszeruje Warszawą bardzo pewna siebie, a ja się kiszę we własnej złości na siebie...

Myślicie, że następnym razem będę mądrzejsza?

środa, 16 maja 2012
Nie ma mnie w pracy

Istnieje przekonanie, że kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, przynoszą pracę do domu. Robią to w takim sensie, że nawet już po wyjściu z pracy wciąż potrafią się zastanawiać, czy aby zrobiły wszystko jak należy, odpowiedziały komuś jak należy, czy aby Jolka nie gniewa się, czy skoro szef źle spojrzał to coś znaczy etc. Nie wiem czy różnice te są tak ściśle sprzężone z płcią jak się to powszechnie uważa, ale mnie takie przeżywanie dotyczy.

Inwestuję w siebie, szkolę się, podjęłam kolejne studia podyplomowe. Lubię to, zawsze lubiłam się uczyć. Jednak niedawno zauważyłam, że moje wyjazdy dają mi coś jeszcze poza wiedzą merytoryczną. Dostrzegłam, że cieszę się również dlatego, że w ich czasie nie przebywam w pracy. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubię swoją pracę, ale oczywiście nie jest ona idealna. Być może nadmiernie się wikłam w relacje w pracy? Może widzę więcej niż inni, albo wręcz przeciwnie – za mało?

Serdecznie wkurza mnie to, że w mojej pracy jest jakaś moda na licytowanie się komu bardziej podoba się jakaś trudna sytuacja. U mnie w pracy, przynajmniej na deklaratywnym poziomie, nie zdarza się by coś kogoś zdenerwowało. To znaczy mnie denerwuje i wówczas mówię o tym wprost, ale ludzie na mnie dziwnie patrzą. Naturalnie zdarza się czasem również, że i mnie coś cieszy. Od tego wszystkiego sobie teraz odpoczywam, co też mnie oczywiście cieszy.

Najwyraźniej wciąż brakuje mi inteligencji społecznej, skoro nie rozumiem co ugryzło koleżankę, która raptem odnosi się do mnie opryskliwie, a jednocześnie słodzi koledze, co do którego zarzekała się, że w życiu z nim nic wspólnie nie będzie robiła (już wtedy jej nie wierzyłam). Choć obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować (jeśli coś się dzieje, to niech powie wprost), to najwyraźniej jakoś to we mnie pracuje skoro tu o tym wspominam.

Zastanawiałam się, dlaczego nie cieszy mnie widok ludzi z pracy spotykanych w kontekście pozapracowym, ale chyba znalazłam odpowiedź. Po prostu przypominają mi o pracy. I teraz zastanawiam się, czy to ja mam jakąś szczególną właściwość dostrzegania rzeczy, które nikogo innego nie obchodzą, czy może wszyscy wokół są szczęśliwi, a ja ma zbyt wysokie oczekiwania.

Póki co cieszę się chwilami niebycia w pracy i pocieszam przeglądaniem nowego albumu o seksie;)

18:26, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 maja 2012
Świadomość własnego ciała

Podejrzewam, że każdy z nas ma jakieś marzenia z dzieciństwa, które nie zostały spełnione. Nie jest to mój pogląd potwierdzony jakimiś badaniami, ale wyrażam takie podejrzenie. Ja w każdym razie mam takie marzenia. Jakiś czas temu pisałam tutaj o tym, że zawsze chciałam zjeść watę cukrową i w końcu to zrobiłam. Marzenia takie, w moim odczuciu, rzadko kiedy wynikają ze zwyczajnego „chcę i już”. Podejrzewam, że gdyby tak było, to nie nieślibyśmy ich w dorosłość i nie przechowywali tak pieczołowicie w pamięci. Mało ważne marzenia prawdopodobnie rozbijają się w pył i z biegiem lat dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę to wcale nie są naszymi marzeniami, zaś te naprawdę ważne powracają uporczywie i domagają się realizacji. Początkowo szepczą, a potem krzyczą „wybierz mnie”, „musisz mnie spełnić, bo…”. No właśnie, bo co?

Takie marzenia wydają się symbolizować coś więcej. Zjedzenie waty cukrowej nie miało przecież na celu zwyczajnego podwyższenia sobie glikemii. Zapewniam, że bez większego zastanowienia jestem w stanie wymienić co najmniej kilkanaście przyjemniejszych sposobów na dokonanie tego. Wata cukrowa symbolizowała raczej, to co w dzieciństwie było zakazane, niezdrowe, złe choćby wszystkie inne dzieci się tym zajadały (lub tylko tak mi się wydawało). Po jednej próbie ochota mi przeszła, a marzenie wreszcie doczekało się zaspokojenia, realizacji. W końcu udowodniłam sobie, że mogę nie słuchać zakazów narzuconych mi przez kogoś, a stanowić własne normy.

Podobnym marzeniem było przejechanie się na mechanicznym byku, jakie spotyka się w miasteczkach westernowych. Należy usiąść na plastikowej atrapie, a po jej włączeniu jak najdłużej utrzymać się na grzbiecie. Marzenie to, choć dziecięce w naturze, musiało się u mnie pojawić znacznie później. Nie przypominam sobie takich byków ze swoich szczenięcych lat. Wydaje mi się, że po raz pierwszy zobaczyłam takie ustrojstwo w telewizji. Nie ulegało jednak wątpliwości, że taki byk to coś zakazanego. Mamusia w życiu by się nie zgodziła, żebym wsiadła na coś tak niebezpiecznego (może tandetny? może będzie awaria? może coś innego?), niepraktycznego (po co ci to? co z tego wynika? rozsądny człowiek by na to nie wsiadł) i ogólnie wstydliwego (a tam, będziesz się głupotami zajmować). Ja wiem, że strasznie komplikuję, wiem, że większości z Was w życiu by taki tok myślenia do głowy nie przyszedł, że kiedy to czytacie to jedna połowa już zdążyła opuścić moją stronę, a druga właśnie siedzi na grzbiecie takiego byka i cieszy tym… Zdaję sobie z tego sprawę, ale chcę byście doświadczyli jak bardzo ja potrafiłam się zadręczać, utrudniać sobie życie i jak bardzo jestem uwikłana w rodzicielskie zakazy.

Dwa dni temu przydarzyła mi się rzecz niesamowita. Za oknami miejsca, w którym nocowałam pojawił się… taki byk. Z okazji juwenaliów studenci zorganizowali koncert oraz rywalizację międzyakademikową. Oprócz budek z piwem wyrósł też byk. Uznałam to za znak, ale nie znaczy to, że wyzbyłam się wątpliwości. Urządzenie obeszłam trzy razy, przyjrzałam się zabezpieczeniu, rozejrzałam czy obok nie stoi karetka (stała – uff!), zlustrowałam pana obsługującego sprzęt. Jak na złość wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie. Jak na złość nie było nawet tłoku czy kolejki. Jak na złość nie wymagano opłaty. Nie mogłam znaleźć żadnego usprawiedliwienia.

Zdjęłam buty i zdecydowałam się na byku usiąść. Wcześniej już obmyśliłam jak będę się trzymać. Nie spodziewałam się tylko, że byk będzie taki szeroki. Przypomniało mi się, że w starożytnym Egipcie nagie kobiety ujeżdżały byka by zwalczyć problemy z zajściem w ciążę. Skojarzyłam sobie, że byk to taki silny męski symbol. Na grzbiecie wytrzymałam 25 sekund. Byk szarpał i wierzgał, a każda sekunda rozciągała się w nieskończoność, miałam zatem całkiem sporo czasu na cieszenie się wolnością, wyzwoleniem spod kolejnych zakazów i nabywaniem własnej siły. W końcu stało się przewidywalne i spadłam na ziemię.

Wszystkim tym, którzy jeszcze tego nie robili, muszę wyjaśnić, że po zejściu człowiek czuje się bardzo dziwnie. Prawdę powiedziawszy to szłam na miękkich nogach i bardzo szybko pomyślałam sobie, że będę miała zakwasy (mam, w przywodzicielach, bo to one głównie pracowały). Po powrocie do domu zlałam sobie uda i kolana lodowatym prysznicem. Nie miałam lodu, a podejrzewałam, że za chwilę pojawią się siniaki, w miejscach, w których najbardziej uderzyłam się w plastik. Nie wiem czy mam małą krzepliwość, czy po prostu za mało zahartowaną skórę.

To, co ukazało się moim oczom po godzinie sprawiło, że prawie zemdlałam. W okolicy prawego kolana mam ogromny krwiak. Musiało się tam wylać sporo krwi, czekam tylko na zmianę kolorów. Fagocyty pewnie się podławiły resztkami martwych krwinek. Zamieniam teraz tylko zimne okłady na altacetowe. Sytuację pogarsza fakt, że jestem poza domem i nie czuję się bezpiecznie w razie trwałej kontuzji. Można by powiedzieć, że płacę zdrowiem za własną głupotę, ale z jakichś niejasnych względów i tak jestem szczęśliwa, że zmierzyłam się z tą bestią, czyli zakazami we własnej głowie.

25 sekund przejażdżki uświadomiło mi także, jak słabą świadomość własnego ciała mam. Nie wiedziałam, że jestem tak krucha. Myślałam, że przetrzymam. Nie przyszło mi do głowy, że mogę się tak posiniaczyć. Teraz wiem o sobie więcej, a za naukę zawsze się płaci. Nie czuję potrzeby powtarzania tego doświadczenia, ale cieszę się, że się na to zdecydowałam.

niedziela, 06 maja 2012
Stronniczy przegląd gier

Przerzuciłam się na Androida 2.3.5. Przynajmniej na chwilę. Dlatego dzisiejsze gry są dostępne tylko na Androida. Zatem gratka dla posiadaczy smartfonów z tym oprogramowaniem. Pokusiłam się o zrecenzowanie kilku gier, z którymi ostatnio spędzam najwięcej czasu.

Samurai vs Zombies Defense

Tytuł gry mówi wszystko. Koncepcja jest oklepana, ale wciąż skuteczna. Naszym zadaniem jest wybić wszystkie zombie, które wychodzą z naelektryzowanej dziury i ciągną jak dzikie do świętej bramy. Po co i dlaczego tego autorzy nie wyjaśniają, ale i tak zabawy przy tym jest co nie miara.

Po uruchomieniu wita nas powyższy ekran tytułowy i jeśli jeszcze z same nazwy gry tego nie wywnioskowaliśmy, to już na tym etapie zyskujemy pewność, że przypadnie nam w udziale wcielanie się w rolę samuraja. A podczas gry trup ściele się gęsto. Warto zbierać z pola walki monety, za które można ulepszyć swoją broń i parametry wzywanych na pole walki pomocników.

Gra liczy 50 poziomów. Posiadam ją od kilku tygodni i w tym czasie zaszło wiele zmian. Wadą gry było to, że niespodziewanie wieszała się. Mnie zdarzyło się coś takiego po dojściu do ostatniego poziomu i musiałam ją instalować jeszcze raz. Oczywiście wszystkie postępy straciłam, co było dużym minusem. Wadą, której do tej pory nie skorygowano jest też to, że w grze nie można wyłączyć dźwięku. Jest on bardzo dopracowany, podobnie jak grafika, jednak niektóre okoliczności wymagają możliwości wyłączenia dźwięku w grze. Na przykład nie pogracie sobie jednocześnie słuchając muzyki. Po ekranie poruszamy się dotykając jego prawej lub lewej krawędzi. Samuraj atakuje automatycznie dobywając katany lub strzelając z łuku. Po zabiciu ostatniego bossa zostajemy nagrodzeni:

Niestety, wbrew temu co piszą internauci, po przejściu całej gry nie będzie możliwości grania w wybrane poziomy. Gra raczej zacznie się od samego początku i tym razem po jej przejściu nie dostaniemy już takich sutych nagród. A szkoda.

Grę bardzo polecam, bo jest dopracowana wizualnie i spójna stylistycznie. Jest to propozycja raczej dla cierpliwych graczy. Dostępna jest za darmo w Sklepie Play (dawniej Android Market).

Blood and Glory

Ta gra występuje w dwóch wersjach. Jej tytuł z oznaczeniem (NR) jest wersją z hektolitrami krwi, ale i tak możemy je wyłączyć w menu. Gra jest bardzo, bardzo atrakcyjna dla oka i ma ciekawe intro. Po jej uruchomieniu naszym oczom ukazuje się mało atrakcyjny skrin z kolejnymi turniejami, które należy przejść.

Jest ich całkiem sporo, tylko ekran trzeba przewinąć do dołu. Nie jest to intuicyjne i minęło troszkę czasu zanim na to wpadłam. Dzięki wygranym w turniejach zdobywamy pieniądze, które można przeznaczy na nową broń, tarczę i zbroję i... wygrywać kolejne turnieje.

Każdy z przeciwników jest opisany i przed starciem buńczucznie się prezentuje wygłaszając łacińską sentencję. Niestety, zdania te nie mają wiele sensu. Głośność dźwięku można oczywiście regulować. Warto się także nauczyć sekwencji ruchów, które zapewniają specjalnie, silniejsze, uderzenia stanowiące pewną drogę do zwycięstwa. Wszystko opisane jest w menu, a przed przystąpieniem do gry trzeba przejść tutorial. Gra naprawdę wiele uczy o fechtunku.

Możemy stosować uniki, zasłaniać się tarczą, a nawet wypijać magiczne napoje przywracające siłę. Gra co jakiś czas oferuje promocje lub darmowe podarunki dla graczy, o czym będziemy informowani podczas połączenia z siecią. Wadę stanowi tylko fakt, że wskutek częstych aktualizacji niejednokrotnie nie jest możliwe granie offline, ponieważ gra przed rozpoczęciem żąda połączenia z siecią i ściągnięcia załącznika o masie 1,5 MB. Polecam wszystkim entuzjastom starć na arenie. Niech tłumy wiwatują.

Farm Invasion

Gra ta jest już dostępna od dłuższego czasu, ale dopiero dziś pokusiłam się, by ją wypróbować. Wydaje się ona być przeznaczona raczej dla młodszych graczy. Może tez drażnić to, że jest na wskroś amerykańska. Poruszamy się kombajnem, zbieramy nim kolby kukurydzy i płoszymy ufoludki, które akurat gustują w popcornie. Nie zapomnijcie wyposażyć swojego pojazdu w amerykańską chorągiewkę. Taki atrybut również pomaga w walce. Przynajmniej tak uznali twórcy gry.

Jak widać wyżej gra jest przyjemna graficznie i łatwa w sterowaniu. Jednym kciukiem zmieniamy pasy, a drugim strzelamy lub wywołujemy przyspieszenie. Straszy jednak szpetny pasek reklam u góry i dla mnie jest to znaczny minus. Gra wciąga, czekają na nas kolejne wyzwania oraz różne rodzaje broni, które można upgrade'ować za pieniądze ze zbiorów.

Gra jest po angielsku, ale zrozumiała jest intuicyjnie. Polecam Waszym dzieciom.

Tagi: gra
22:07, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
O mnie intymnie

Zabawa ta chyba już przetoczyła się przez blogowe środowisko. Pewnie zresztą nie jestem jakoś szczególnie lubiana, czy ciekawa bo nikt mnie do niej właściwie nie zapraszał. To teraz_asia opisała u siebie tą grę i miłosiernie nie wyznaczyła nikogo dalej. Choć lektura tamtego wpisu była dla mnie bardzo ciekawa, to już samą akcję postawiłam... olać. Dlaczego mi się to nie udało? Bo temat nie dawał mi spokoju. Skończyło się przygotowywaniem karteczek z notatkami mającymi służyć rzetelnemu przygotowaniu wpisu. Niestety fakty były często za bardzo osobiste, albo znów zbyt nudne i banalne. Przechodziłam ze skrajności w skrajność, ale sam temat krążył w moich myślach. Poniżej zamieszczam finalne efekty moich zmagań.

1. Regularnie oglądam serial 90210. Właściwie to nie tylko regularnie, ale i oczekuję kolejnych odcinków z niecierpliwością. Byłam wychowywana w przekonaniu, że komiksów nie wypada czytać, w Bravo są same głupoty, a seriale to strata czasu. Dziś moja matka śledzi kilka seriali, a ja oglądam serial o grupie zamożnych ludzi w Ameryce i mam dziwne poczucie, że ich problemy przystają do moich. Co prawda nigdy nie gustowałam w urządzaniu imprez, ale porusza mnie żałoba Ivy, miłosne rozterki Silver czy niedawne moralne dylematy Annie. Z jakichś przyczyn zachwyca mnie rozwój osobowości Naomi Clark, której z początku nie dawałam żadnych szans ani nie darzyłam cieniem sympatii. Najwyraźniej serial ten zaspokaja jakieś moje dawno nie ugaszone pragnienia i skryte potrzeby. Teraz możecie zacząć się śmiać.

2. Znam alfabet Braille'a. To znaczy pewnie już sporo zapomniałam, ale pewnego razu w dzieciństwie znalazłam u babci grubą (wypukła czcionka rozpycha kartki) książkę, która potem okazała się podręcznikiem dla osób niewidomych. Natychmiast poczułam palącą potrzebę, by się tego wszystkiego nauczyć na pamięć. Miałam sporo zapału, nauczyłam się wówczas pisać i czytać. Choć nie używam teraz tej wiedzy i dlatego pewnie sporo zapomniałam, to wciąż jeszcze jestem w stanie rozszyfrować napisy na pudełkach leków, czy na przyciskach w środkach komunikacji miejskiej.

3. Nie rozpoznaję twarzy. Czyli mam prozopagnozję jak teraz_asia. Zupełnie poważnie podejrzewam siebie o jakiś defekt neurologiczny, który za to odpowiada. Niedawno spotkałam swojego dawnego wykładowcę, z którym miałam jakieś 30 godzin zajęć i zupełnie nie potrafiłam sobie przypomnieć skąd też tego gościa kojarzę. W tym przypadku pamiętałam twarz, ale nie wiedziałam skąd. Inna sprawa, że to bardzo nudne zajęcia były. Cztery dni temu spotkałam mężczyznę, który wydawał mi się znajomy. Prawdopodobnie chodziliśmy razem do liceum, ale on też nie jest pewny. Twarze kobiet pamiętam równie beznadziejnie, tylko akurat ostatnio nie miałam żadnej takiej sytuacji z panią.

4. Lubię czytać książki o seksie. Nie jakieś tam pornograficzne albumy, ale poważne podręczniki. Od kilku lat takowe kolekcjonuję i staram się systematycznie czytać tak zgromadzoną biblioteczkę. Prawdopodobnie na książkę o takiej tematyce byłabym w stanie wydać pieniądze przeznaczone na jedzenie czy inne bardziej przyziemne potrzeby. Ze swoja pasją się nie kryję, toteż ulubiona pani z biblioteki wcale się już nie dziwi mojemu doborowi lektur, a czasem nawet sama coś zasugeruje:) Zdarzało mi się być mało krytyczną i czytać takie książki w autobusie/tramwaju. Naiwnie sądziłam, że jeśli nie afiszuję się okładką, to ludzie nie będą mi czytali przez ramię (obrazków nie było). Bzdura! Mężczyźni traktowali takie moje postępowanie jako wstęp do flirtu. Od niedawna przekształciłam swój telefon w czytnik i zaryzykowałam czytanie angielskojęzycznego podręcznika na czterocalowym ekranie. Do tej pory nikt mnie nie zaczepiał, a moja wiedza z tego zakresu powiększa się wykładniczo. Dobrze mi z tym, choć zainteresowanie seksuologią na pewno wypacza moje normy, dlatego dopuszczam możliwość czytania o seksie z czytnika w miejscu publicznym, albo dość otwarte rozmawianie na ten temat w gronie znajomych.

5. Oglądałam porno. Pozostaję w tematach seksuologicznych. Wiem, że teraz modne jest, by kobiety lubowały się w porno. Najprawdopodobniej tak bardzo chcą dorównać mężczyznom i w tej sferze, że wręcz chwalą się oglądaniem filmów dla dorosłych. Ja oglądałam nie dlatego że lubię (serio nie lubię - takie kobiety jak ja też istnieją), ale dlatego że czułam się zobowiązana pewne kanony w tej dziedzinie poznać. Dlatego też w którejś wolnej chwili (przerwa świąteczna?) obejrzałam chyba ze cztery filmy z serii "Emmanuelle" wraz z materiałami dodatkowymi mówiącymi o tle historycznym i wywiadem z Sylvią Kristel, która tłumaczyła (usprawiedliwiała się?), że główna postać nie mogła być zbyt urodziwa. Po obejrzeniu doszłam do wniosku, że większego gniota w życiu nie widziałam. Pożytek miałam z tego taki, że wreszcie się dowiedziałam o czym to starsze pokolenia tak szeptały. Dowiedziałam się też co mnie nie kręci, co również stanowi cenne doświadczenie. I, tak, wiem, że współczesne porno wygląda teraz zupełnie inaczej.

6. Jestem znacznie atrakcyjniejsza w Internecie niż w realnym życiu. Nie wiem, czy tak samo uważają osoby, z którymi się stykam w takich okolicznościach, ale zdecydowanie swobodniej czuję się w sieci niż podczas realnych rozmów. Prawdopodobnie dlatego, że tutaj mam większe poczucie kontroli nad sytuacją. Zanim coś napiszę mam więcej czasu na zastanowienie niż przed wypowiedzeniem czegoś na głos. W gruncie rzeczy potrzebuję jednak i cenię realne, stabilne relacje. Może właśnie dlatego, że takie trudniej jest zbudować? Za każdym razem szczerze zaskakuje mnie, kiedy ludzie mają ochotę na spotkanie ze mną lub rozpoznają mnie i są zainteresowani tym, co się teraz dzieje w moim życiu. Obecnie pracuję nad swoimi realnymi relacjami i daje mi to sporo satysfakcji, ale i wymaga świadomego wysiłku.

7. Bałam się wystąpień publicznych. Tak bardzo, że wyobrażałam sobie, że w sytuacji takiej ekspozycji społecznej musi się stać coś strasznego, że zemdleję, albo zrobię coś głupiego. W szkole miałam też problemy, by zgłosić się do odpowiedzi czy brać udział w dyskusji, ponieważ wtedy miałam świadomość, że wszystkie oczy są skupione właśnie na mnie. A tak naprawdę to obawiałam się jakiejś gafy. Pomogło mi doświadczenie, że gafy i tak się zdarzają (nieważne jak bardzo by się ich unikało), a występowanie publicznie może się wiązać z przyjemnymi nagrodami, jak nagroda na konferencji lub zainteresowanie słuchaczy i inspirujące dyskusje w kuluarach. Obecnie jakoś się nie rwę do takich wystąpień, ale też się ich nie boję. A nawet jak się boję, to ludzie mówią, że tego nie widać :)

Najgorszych rzeczy i tak o sobie tutaj nie napisałam, ale na pewno sobie pomyślałam i to też było dla mnie cenne doświadczenie. Tylko prawda może nas wyzwolić.

00:46, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 kwietnia 2012
"Fletcher Moon - prywatny detektyw" - recenzja książki

Jakiś czas temu przeczytałam angielskojęzyczne wydanie "Half Moon Investigations". Zachęcił mnie do tego fakt, że książka była dostępna w wersji na czytnik oraz to, że autora darzę dużą sympatią. Eoin Colfer jest Irlandczykiem, który stworzył cykl powieści dla młodzieży o Artemisie Fowlu, który miałam przyjemność przeczytać wcześniej. Sam Colfer był niegdyś nauczycielem (niektóre źródła podają, że dla trudnej młodzieży), a potem z dobrym skutkiem przerzucił się na pisanie dla młodego czytelnika.

Autor ma upodobanie do pisania o nastoletnich geniuszach. Artemis ma bodaj 12 lat kiedy go poznajemy i już prowadzi interesy z wróżkami, a Fletcher w tym wieku ukończył internetowy kurs kończący się otrzymaniem licencji detektywa. Wykorzystał do tego dokumenty swojego ojca, dowiadujemy się, że zajęło mu to dwa lata (Zaczął jak miał 10?! To nie za wcześnie dla dziecka na korzystanie z Internetu?), ale to jeszcze nie jest tak absurdalne. Wyobrażacie sobie przygotowanie do takiego zawodu jak detektyw opierające się na kursie online? Ja nie bardzo.

Fletcher jest też nad wiek dojrzały i nie lubiany przez rówieśników. Schemat tak powtarzalny, że aż boli, ale może mieć swój urok. Sęk w tym, że i ja nie lubię Fletchera. Ma jakieś takie refleksje starca zamkniętego w ciele dziecka. Zrzędzi, czepia się, jest uszczypliwy. Za grosz nie ma w sobie uroku osobistego ten dzieciak. Zraża do siebie zanim jeszcze zachwycimy się jego bogatym słownictwem, czy umiejętnością wnioskowania analitycznego. Otoczenie chłopca też jest dziwne. Postać dyrektor szkoły, która koduje zachowania uczniów w systemie obrazkowym, sama przyznaje, że czasem karze ich zanim coś zbroją, a po szkole przechadza się z dwoma dobermanami przypomina raczej niezrównoważonego dozorcę zakładu karnego niż osobę kierującą placówką oświatową. Takie zgrzyty sprawiają, że historia dochodzenia przedstawiona w książce wydaje się nieprawdopodobna.

Również sam autor nie wykazał się innowacyjnością w zakresie swojej twórczości. Za każdym razem spotykamy u niego małego uzdolnionego chłopca, który kocha swoich rodziców nie do końca świadomych jego potencjału. W tych książkach nie brakuje także czarnych charakterów, które okazują się mieć białą duszę (tutaj w tej roli Red, którego prawdziwego imienia nikt nie pamięta) i tak naprawdę to tymi czarnymi owcami zostali przez ostracyzm społeczny.

Wygląda to na jeszcze jedną książkę dla dzieci z pozytywnym morałem, ja jednak wolę „Lotnika” („Airman”) czy serię o Artemisie Fowlu.

Tagi: książki
18:03, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2012
Szoł musi trwać

Przed chwilą przebywając poza domem postanowiłam włączyć stojący w pokoju telewizor. Skoro i tak stał, to czemu by nie zrobić z niego użytku? Sama telewizji nie oglądam, ale podczas niedawnego pobytu w Warszawie miałam okazję obserwować liczne bilbordy promujące nowe ramówki. Nie zdziwiłam się zatem specjalnie, że każda stacja ma ochotę w jakiś sposób promować nowe gwiazdy tańca lub śpiewu.

Niemniej jednak po włączeniu telewizora przeżyłam nie lada szok, gdy z ekranu wylała się na mnie, niczym dawno nie opróżniane szambo, cała masa talentów. W większości mający po dwadzieścia parę lat lub mniej i będący z zawodu nikim (tak, większość już pracowała), w mojej ocenie byli mniej lub bardziej uzdolnieni, ale co ja tak wiem w porównaniu z Bohosiewicz (kto to w ogóle jest?!), Zamachowskim, Mozilem czy dyżurnym jurorem kraju czyli Wojewódzkim. Uzdolniona wokalnie młodzież może potem ćwiczyć z innym amatorem, który wypłynął w podobnym programie i liczyć na to, że podobnie wypłynie. Nie mówię, 22-latek śpiewający basem zrobił na mnie wrażenie, ale już trzydziestoparoletni facet o oryginalnym wyglądzie skamlający o to by przejść dalej, ponieważ przed innymi zostało więcej życia niż przed nim (to ci statystyk, co?) mnie zniesmaczył.

Poszłam dziś do parku, który chciałam odwiedzić od dłuższego czasu, ale zmierzch zawsze zapadał zbyt szybko. Tym razem z przyjemnością podziwiałam mostki, oczka wodne, zadbane alejki i ptaki, których nazw gatunków nie znałam (muszę w końcu przeczytać ten atlas ptaków, który kupiłam!). Obserwowałam jak jeden ptaszek bronił swojego terytorium przed przedstawicielem tego samego gatunku. Puszył się, unosił ogon, przypuszczał bezpośrednie ataki z takim zapałem, jakby od tego miało zależeć jego życie, a ja stałam na ścieżce i zastanawiałam się po co to wszystko, skoro wokół wystawione są karmniki pełne okruchów. O ile nie znam się na ptaszkach i może mimo obfitości okruchów to właśnie od wielkości terytorium rzeczonego ptaszka zależy jego sukces reprodukcyjny (czyli gra warta świeczki!), to już puszenie się śpiewających, tańczących i przebierających się młodych uczestników z pewnością dla mnie sensu nie ma. Jeśli nie przejdą dalej, to co najmniej będzie im szkoda, ale w większości przypadków będzie to równoznaczne z końcem świata. Farbowane łby, asymetryczne fryzury, kolczyki w twarzy i połyskujące obcisłe ubrania (stroszenie piórek!) są chyba w ich oczach jedyną przepustką do świata szołbiznesu, który, jak wiemy, niesie samo dobro i postęp. Tacy młodzi, a już wiedzą jak się szczerzyć do kamery. Młodzi, ale w większości przekonani o własnej wartości i umiejący to gorzej lub lepiej sprzedać kamerze. Fantazjuję o tym, że jeśli trzeba będzie to i prześpią się z reżyserem i sprzedadzą ciemne sekrety swojego dzieciństwa w zamian za wzmiankę w kolorowym piśmie. Jeśli w programie im się nie powiedzie, to będą musieli wrócić za lady sklepów czy na studia, które średnio ich angażują.

Czyżby w Polsce nastała taka bieda, że trzeba z siebie robić małpę na ekranie i przesyłać komunikat „kupcie mnie” żeby związać koniec z końcem?

Tagi: ludzie muzyka
23:16, wildfemale
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 kwietnia 2012
ClickPLAY Rainbow 2

Pojawił się sequel dobrze nam znanej gry polegającej na znalezieniu przycisku play na kolejnych planszach. Należy to uczynić klikając myszką na różne elementy kolejnych plansz. Oszczędnie jednak z klikaniem, ponieważ to od jego ilości będzie zależało nasze miejsce w rankingu. Jest ono oznaczane kolorami tęczy. Po pierwszym zagraniu okazałam się... fioletowa, ale już za drugim podejściem byłam żółta. Jest na sali ktoś czerwony? ;)

Choć formuła jest podobna i generalnie przeze mnie lubiana, to chyba się starzeję, bo nie wszystkie plansze mi się podobały. Część z nich była zrobiona bez polotu, a część po prostu obrzydliwa co uważam za duży minus gry. Choć menu jest po angielsku, to zasady są tak jasne, a obsługa intuicyjna, że z grą powinno sobie poradzić nawet dziecko. I być może dziecko będzie takimi planszami zachwycone.

Dla sfrustrowanych twórcy gry przewidzieli bardzo estetyczne i przejrzyste podpowiedzi. Do każdego z poziomów osobno tak, żebyśmy przypadkiem czegoś nie podejrzeli i nie zepsuli sobie zabawy. Ja obyłam się bez podpowiedzi, ale głównie dlatego, że gdy grałam po raz pierwszy, to miałam przerwy w sygnale internetu i byłam zdana własny intelekt. Jak się przekonałam - da się to przejść.

ClickPLAY!

Tagi: gra
03:27, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012
Psychoterapia podczas jazdy taksówką

Przedsiębiorczość rodaków nie zna granic. W Krakowie właśnie odbyły się szkolenia uprawniające taksówkarzy do... prowadzenia psychoterapii. Skąd taki pomysł i czy w Polsce taksówkarz naprawdę ma prawo prowadzić terapię? Postaram się Wam na te pytania odpowiedzieć.

Od 6 kwietnia wchodzi w życie ustawa o transporcie drogowym głosząca, że prawo do wykonywania przewozów po mieście będą mieli tylko taksówkarze, czyli osoby z licencją na wykonywanie tego zawodu. Sprytni kierowcy, którzy takich licencji nie posiadają postanowili przepis obejść i dokonać swoistego przebranżowienia. Doniesienia prasowe głoszą, że ta sama firma próbowała zaistnieć już wcześniej jako ochroniarze przewożący po mieście ludzi, którzy nie czują się bezpiecznie. Żadne taksówki, a mobilni ochroniarze!

Tym razem panowie taksówkarze wykazali się znacznie większą wszechstronnością. Założono Europejskie Towarzystwo Psychoterapeutyczne i około 50 osób przeszło szkolenie uzyskując certyfikat „psychoterapeuty holistycznego pierwszego stopnia”. Metoda przez nich stosowana to lokoterapia, choć źródłosłów tego terminu pozostaje dla mnie okryty mgłą tajemnicy. ETP mimo szumnej nazwy nie ma swojej strony internetowej, choć odgraża się, że taka powstanie. Ma za to profil na Fejsbuku, z którego wynika, że istnieją od 17 marca 2012 i mają ładne logo nawiązujące do litery psi będącej symbolem psychologii. ETP ma także grono 10 wielbicieli, czyli tyle co mój blog, i ambicje szkolenia „zastępów psychoterapeutów krakowskich”. Osoby choć trochę znające się na rzeczy wiedzą, że w Krakowie akurat psychoterapeutów nie brakuje, mieści się tam bowiem wielka szkoła z tradycjami, która od lat szkoli w nurcie psychodynamicznym i ściągają tam ludzie z całej Polski. Na farsę zakrawa, że właśnie w Krakowie mają działać psychoterapeutyczne taksówki.

Pospieszny kurs był prowadzony przez dwie osoby. Prowadzący bardzo unikają wszelkich skojarzeń z taksówkami. Od teraz to jest psychoterapia o poważnej nazwie i z zasadami. Wiceprezes firmy szkoleniowej mówi o mobilnym gabinecie: „Klient może w nim porozmawiać z holistycznym psychoterapeutą, pomilczeć lub skorzystać z innych narzędzi: aromaterapii, terapii przez drganie czy przeciążenie oraz wielu współczesnych metod stosowanych w psychoterapii. Terapia może być indywidualna lub grupowa. Jedynym ograniczeniem jest liczba miejsc (...)”. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości co do kwalifikacji panów taksówkarzy, to spiesznie dodaje on, że posiedli oni umiejętność posługiwania się takimi technikami jak „aktywne słuchanie, okazywanie akceptacji dla klienta takiego, jaki jest, a także dowiedzieli się, jakie działania są etyczne, a jakie nie. Poznali też zagadnienia prawne i przebyli szkolenie bhp.” Jeszcze nie jesteście przekonani? „Mają oni duże predyspozycje do wykonywania nowego zawodu. Są bardziej stabilni psychicznie niż przeciętny człowiek, nie są skażeni potrzebą manipulowania innymi, żyją w prosty sposób, więc potrafią reagować na problemy, które trzeba rozwiązać. Znają też topografię miasta, więc mogą dużo szybciej dotrzeć do klienta.” – to kolejny cytat szkoleniowca. Po co być skażonym wiedzą psychologiczną, medyczną, a przede wszystkim psychoterapeutyczną? Przecież to wszystko manipulacje wredne są. O ileż lepiej skorzystać z aromaterapii, czy jazdy po kocich łbach. O cenniku usług informacji nie znalazłam, a szkoda wielka. Wydaje mi się bowiem, że tak wyrafinowane oddziaływania pewnie słono kosztują.

Czy wyżej wymienione stowarzyszenie w ogóle miało prawo prowadzić takie szkolenia i rozdawać certyfikaty? Otóż takie działania zgodne są z Polskim prawem. O ile wozić taksówką bez licencji już niedługo nie będzie można, to już prowadzić psychoterapię bez certyfikatu, czy nawet szkolenia w tym kierunku można było od zawsze. Wyjaśnijmy sobie zatem podstawową terminologię i realia dotyczące psychoterapii w Polsce. Psychoterapia jest metodą leczenia. Polega na tym, że w gabinecie, z pewną regularnością, spotykają się profesjonalista i jego pacjent. Psychoterapia ma swoje ramy czasowe, cel i stosowane są w niej określone metody pracy zgodne z nurtem teoretycznym, w jakim wykształcił się psychoterapeuta. Choć funkcjonują w środowiskach profesjonalistów takie terminy jak podejście eklektyczne czy psychoterapia integratywna, które łączą w sobie podejścia czerpiące z różnych nurtów i cechują się elastycznym podejściem do pacjenta, to „psychoterapia holistyczna” może oznaczać wszystko. We mnie budzi skojarzenia z medycyna alternatywną (holistyczną), która stoi w opozycji do medycyny akademickiej. Nie ma także w piśmiennictwie fachowym czegoś takiego jak „lokoterapia”. Jest za to logoterapia wypracowana przez egzystencjalistycznego Frankla, ale to zupełnie inna kwestia. Psychoterapeuta to osoba, która ukończyła szkolenie podyplomowe z zakresu psychoterapii. Trwa ono kilka lat, wiele godzin, obejmuje również podjęcie psychoterapii własnej. Trud taki podejmują najczęściej psycholodzy i lekarze. Jeśli szkolenie jest prowadzone pod auspicjami jakiegoś towarzystwa, na przykład Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, często proponuje ono swoim członkom wszczęcie procedury certyfikacyjnej w zamian za to zamieszczając na swojej stronie listę psychoterapeutów certyfikowanych i obiecując pieczę nad ich praktyką tak, żeby pacjent czuł się bezpiecznie. Towarzystwo ma prawo kontrolować pracę osób, które do niego należą i wyciągać wobec nich konsekwencje, na przykład je wykluczyć, ale w stosunku do osób, które członkami nie są nie ma żadnych praw. Każdy może sobie założyć działalność gospodarczą i świadczyć usługi psychoterapeutyczne. Tak długo jak płaci podatki jest to legalne. Powstała kilka lat temu ustawa o zawodzie psychologa postulująca powstanie izb zrzeszających obowiązkowo wszystkich psychologów na wzór współcześnie istniejących izb lekarskich, które również kontrolują swoich członków. Jednak po dziś dzień ustawa ta jest martwym przepisem i nie pozostaje nic innego jak edukowanie społeczeństwa odnośnie tego, jak wybrać wiarygodnego psychoterapeutę.

Jednokrotna przejażdżka może co najwyżej służyć nawiązaniu dobrego kontaktu, ale trudno sobie wyobrazić by mogła ona pełnić funkcje diagnostyczne czy terapeutyczne. Trudno tutaj bowiem mówić o nawiązaniu się sojuszu terapeutycznego, czy rozpoczęciu procesu terapeutycznego. W toku psychoterapii dochodzi także do wspólnego ustalenia celu terapii. Jeśli jest ona prowadzona grupowo, to powinien być jakiś czynnik łączący grupę (więzy rodzinne, wspólna diagnoza itp.). Psychoterapia ma również jakieś ramy czasowe, a trudno mi sobie wyobrazić, by lokoterapeuta krążył po Plantach tylko by dobić do pełnych 50 minut sesji. Aktywne słuchanie i akceptacja pacjenta to co najwyżej niespecyficzne czynniki w psychoterapii, a nie wyrafinowane techniki psychoterapeutyczne. Uczy się ich na studiach na kierunkach, których absolwenci będą potem mieli kontakt z ludźmi.

Bardzo przykry jest dla mnie fakt, że ktoś w ogóle wpadł na pomysł, by nazywać aktywne słuchanie w taksówce psychoterapią. Podejrzewam, że nikt nie próbowałby w ten sposób świadczyć pomocy medycznej, czy udzielać porad prawniczych. Z jakichś względów w odniesieniu do psychoterapii takie przedsięwzięcia wydają się ludziom uprawnione. Smutne, że prawa do wykonywania zawodu taksówkarza są w Polsce pilniej strzeżone niż te do wykonywania pracy psychoterapeuty.

Żródła:

1. Zamiast przewozu osób - przejażdżka z psychoterapeutą (uzyskane 03.04.2012)

2. Zamiast przewozu osób - przejażdżka z psychoterapeutą (uzyskane 03.04.2012)

3. profil ETP na Fejsbuku (uzyskane 03.04.2012)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 49