RSS
niedziela, 31 stycznia 2010
Dbanie o siebie

Odnoszę wrażenie, że w naszej kulturze młody wygląd i generalne zadbanie stały się symbolem zdrowia. Nie bardzo mi się to podoba. W takim społeczeństwie niewiele osób bowiem zrozumie np. rolę screeningu, który to polega na tym, że na badania profilaktyczne chodzi się kiedy jest się zdrowym, celem wykrycia choroby we wczesnym stadium rozwoju i zmniejszenia śmiertelności w populacji.

Nawiasem mówiąc nawet nasze państwo nam tego zrozumienia nie ułatwia, bo niedawno żywo dyskutowało się nad tym, że bezpłatna mammografia nie będzie przysługiwała kobietom, które zgłaszają jakieś dolegliwości (w końcu w definicji screeningu leży badanie osób zdrowych). Gdyby rząd nie odstąpił od tego pomysłu nie pozostawałoby nam nic innego jak edukowanie pań, żeby kłamały że nic im nie jest gdy idą na to badanie:/.

Ale dbanie o siebie to nie tylko dbanie o zdrowie. Niedługo walentynki, zaczną się tandetne serduszka i romantyczne kolacje. A skoro kolacje to pewnie w restauracji, a do restauracji trzeba się wystroić. I to też jest dbanie o siebie. Przyznam, że coś jest w tym, że my kobiety stroimy się w okresie randkowym, a potem bezceremonialnie spacerujemy po domu w łatanym szlafroku i papilotach po 20 latach małżeństwa. Choć mentalność kobiet zmienia się dość szybko, to wciąż jeszcze można usłyszeć „nie mam dla kogo o siebie dbać”.

Bo kobieta rozkwita, kiedy istnieje przynajmniej jeden mężczyzna na Ziemi, który wyraża zainteresowanie nią. Nie widzę w tym nic złego, mężczyźni pewnie też nie:) Ale nader szybko to napięcie opada i kiedy kobieta dochodzi do wniosku „on już jest mój” nagle przestaje się starać. Już nie dobiera tak pieczołowicie bielizny, ani sukienek, ani nie przykłada się tak do makijażu. Dlaczego?

Moja hipoteza jest taka, że kobiety wciąż mają wdrukowane, że muszą to wszystko robić dla kogoś. A tymczasem nic prostszego jak robienie tego dla siebie. Wówczas nie trzeba żadnej zewnętrznej motywacji (myślę, że i ewentualny mężczyzna będzie się czuł odciążony), a pozostaje znacznie trwalsza –wewnętrzna. Kobieta jest zawsze zadbana, bo ma poczucie, że jest tego warta, bo chce sama sobie się podobać. Zakłada ładne ubrania, a nie takie na których po prostu plamy nie są za bardzo widoczne. Zakłada ubrania czyste, a nie takie, które jeszcze nie śmierdzą. Wybiera się po ładną bieliznę nie bojąc się krzywych spojrzeń sprzedawczyń. Wie, że ma pełne prawo ją sobie kupić, nawet jeśli nie wygląda jak modelka. A zresztą, czemu miałaby wyglądać jak modelka?

Jak to osiągnąć? Najwłaściwsza wydaje mi się metoda małych kroczków, w której codziennie podkreśla się jakieś swoje dobre strony, drobne sukcesy. To trochę jak w poznawczo –behawioralnej terapii depresji, gdzie zwraca się uwagę na błędne przekonania i zbyt surowe kryteria samooceny. Należy budować system pozytywnych stwierdzeń na własny temat („mogę”, „zasługuję”, „warto spróbować”). Plany powinny być możliwe do realizacji, podzielone na mniejsze etapy, a kryteria oceny niezbyt surowe. I tak, unikając głupkowatego samozadowolenia, hipomaniakalnej wesołości, dochodzimy do stabilnego wizerunku siebie. Zbalansowanego, bo kobieta to nie jest jakaś gorsza wersja mężczyzny. Jest po prostu sobą. Kobieta jest kobietą, ze swoimi zasobami, a mężczyźni mają swoje umiejętności, przewagi, a także swoje problemy. To dwa fascynujące światy, które mogą wzajemnie czerpać z siebie o ile tylko są przekonane, że można, że warto, że zasługują…

sobota, 30 stycznia 2010
Wszystko o Annie

„All about Anna” to duński film z 2005. Nie jestem kinomanką, a tym bardziej wielbicielką niszowego kina skandynawskiego, skąd zatem recenzja tego filmu na blogu?

Negując kulturę obrazu pewnie nie miałabym nawet szansy usłyszeć o filmie, gdybym nie przeczytała dzisiaj „Wysokich Obcasów”, w których znajdował się wywiad Magdaleny Grzebałtowskiej z dr Alicją Długołęcką. Przyznam, że panie postanowiły spędzić wieczór nietypowo, bo oglądając wspólnie... pornografię. A dalej było już tylko ciekawiej, bowiem była to pornografia niszowa –adresowana do kobiet.

O ile rozważania na temat tego, czy miałabym tak ochotę spędzić czas z panią Długołecką odpowiadając na jej podchwytliwe pytania mogą się stać tematem któregoś z kolejnych wpisów, to zmierzam do tego, że właśnie we wzmiankowanym przeze mnie artykule wspomniano o „All about Anna”. Sofcik, dla kobiet... połknęłam haczyk i postanowiłam się dowiedzieć czegoś więcej. Ku mojemu zaskoczeniu nie miałam problemu ze znalezieniem filmu w sieci. Jest on możliwy do obejrzenia online, toteż nawet nie musiałam wychodzić z domu i pielgrzymować po wypożyczalniach (gdzie zapewnie poniosłabym sromotną klęskę tłumacząc o co mi chodzi). Oczywiście obejrzałam, w końcu to tylko półtorej godziny, ale zanim nastąpi wnikliwa analiza i interpretacja zamieszczę kilka informacji o samym filmie.

Jak już wspomniałam jest to produkcja duńska, reżyserowana przez (a jakże!) kobietę –Jessicę Nilsson. W bazie IMDB film wcale nie figuruje jako pornografia, bo też i w najlepszym wypadku można go zaklasyfikować jako pornografię nietypową. Opowiada o kostiumolożce (ma wątek!), która ma ukochanego, potem z przyczyn losowych się z nim rozstaje, przeprowadza się do Paryża, potem wraca do ukochanego. Ach! Zapomniałabym! Przy okazji przeżywa różne przygody seksualne od których nie stroni, jednak potrafi też odmówić, a z osoba, z którymi decyduje się na seks zawsze coś ją łączy. Ładne, prawda?

Zwróćmy uwagę na to, że film ma fabułę. Płaską, bo płaską, ale ma. Główna bohaterka w zasadzie nie jest rozwiązła, a przynajmniej nie bardzo. Zapytacie o sceny erotyczne? No więc ja też się zastanawiałam. To znaczy zastanawiałam się, czy aby oglądam pornografię. Bo przecież i w „zwykłych” filmach są sceny erotyczny. W tym było ich po prostu więcej. Czym się jeszcze różniły? Ano tym, że były bardzo realistyczne. Trudno w nich ujrzeć żeńskie narządy płciowe. Może autorka filmu uznała, że skoro kieruje film do kobiet to te doskonale będą je i tak znały. Za to męskie są pokazane całkiem realistycznie, łącznie z nakładaniem prezerwatywy. Również praktyki seksualne ukazane na filmie nie odbiegają od tego, o czym donoszą raporty seksualności Polaków.

Czy Anna aby nie ma jakiegoś problemu ze sobą? Lubi seks, anorgastyczna też raczej nie jest, więc w tej sferze chyba wszystko w porządku. Ma za to pewnie problem z więziami, bo trudno jej zaufać mężczyźnie, ledwo się z nim wiąże, a już boi się, że go straci, albo nie potrafi się związać, bo tęskni za poprzednim. Neurotyczna osobowość naszych czasów!

Czym Anna różni się od Emmanuelle? Swego czasu obejrzałam cięgiem wszystkie cztery części tego francuskiego dzieła. Też miało fabułę, i nawet jeśli nie uważamy tego za filmowy majstersztyk, to na pewno był to obraz przełomowy. Pamiętam wywiady z Silvią Kristel (Dunką!), w których tłumaczyła, że główna aktorka nie mogła być za ładna. Tamten film też balansował na granicy pornografii, ale ukazał się w „normalnych” kinach. Tylko, że Emmanuelle miała inną mentalność, ona była promiskuitywna i... spełniała oczekiwania mężczyzn. W zasadzie to momentami spełniała także oczekiwania innych kobiet. Oglądając nie mogłam się jednak oprzeć wrażeniu, że jest zawsze w jakiś sposób wykorzystywana. Może dlatego, że reżyserem był mężczyzna?

W filmie o Annie się nie zakochałam, ale zgadzam się z Długołęcką co do tego, że cenne jest iż powstają tego typu filmy adresowane do kobiet i że kobiety mają możliwość zapoznania się z nimi. Jest to jakiś znak czasów i przejaw równouprawnienia w tym względzie.

23:53, wildfemale
Link Komentarze (2) »
piątek, 29 stycznia 2010
Moja biedna stópka

Miał być blog o wpadkach no to będzie :/

Pamiętajcie, że bezpieczeństwa nie można nigdy być w stu procentach pewnym. Nie jesteście bezpieczni nawet w swoim domu. I ja też nie byłam...

Dziś po południu uderzyłam się w stopę. Nie wiem do końca jak to się stało. Przechodziłam z pokoju do pokoju i uderzyłam. Po domu chadzam boso, bo to lubię. Dziś z powodu zimna założyłam nawet skarpetki i przechadzałam się jak zwykle -bez kapci. No i uderzyłam:(

Bolało potwornie, postanowiłam odczekać, usiadłam sobie na krzesełku, ściszyłam radio. Ufff, po sporej chwili fala bólu ustąpiła. Otrzeźwiałam i zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie złamałam. Cóż, złamania palca u stopy się zdarzają, to nie koniec świata, tylko jak ja będę chodzić w zimowych butach z usztywnieniem na palcu? Pogrążyłam się w rozważaniach na ten temat.

Gdy ból zelżał zebrałam się na odwagę i zdjęłam skarpetkę. Nie wspomniałam jeszcze o tym, że uwielbiam swoje stopy, są jedną z moich ukochanych części ciała toteż cios w stopę zabolał mnie po dwakroć. Po zdjęciu skarpetki widok był masakryczny:/ Paznokieć jest luźny, palec krwawi rozkwaszony i robi się siny, bo pod paznokciem właśnie zbiera się krew:/

Przemyłam ranę i nakleiłam plaster. Nie miałam serca samodzielnie zdejmować paznokcia. Oczywiście plaster podstępnie przeciekł, ale mam nadzieję, że dalsze zmiany opatrunku będą przebiegać bez powikłań. Paznokieć pewnie prędzej czy później odpadnie przy tej procedurze.

I żeby tylko teraz ktoś mi autorytatywnie zagwarantował, że paznokieć odrośnie prosto i że rana dobrze się bedzie goić...

21:33, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 stycznia 2010
Czarownica z Portobello

Tytuł tego wpisu nie jest przypadkowy. Rzeczywiście odnoszę się do książki Coelho pod tym samym tytułem. I to do Coelho, którego… nie lubię. Nie przepadam za nim, nie rozumiem fenomenu jego popularności, ani nie poraża mnie głęboko ukryta mądrość jego książek (być może jest zbyt głęboko ukryta).

Co mnie zatem skłoniło by dobrowolnie kupić jego książkę i jeszcze ją duszkiem przeczytać? Ot weszłam do dobrze wyposażonej angielskojęzycznej księgarni i postanowiłam, że z czymś wyjdę. Mało tego, zdecydowałam się na angielskie tłumaczenie książki brazylijskiego autora. Potem było tylko ciekawiej. Zaczęłam od niechcenia czytać, ale że takie rzeczy szybko się czyta, to wchłonęłam około 100 pierwszych stron na próbę. W końcu i tak nie miałam nic innego do roboty, a może nie chciałam? W dodatku zajęcie się czymś przynosiło mi ulgę w bólu głowy, z którym wówczas nie mogłam sobie poradzić.

Dziś skończyłam lekturę, bo… jakoś tak nie wypadało zostawić książki niedoczytanej. A może jednak było w niej coś, co mnie zainteresowało? Nie zamierzam streszczać fabuły, którą zresztą i tak pewnie większość już zna. Wydawca zapowiada, że ta książka zmienia spojrzenie na miłość i poświęcenie. O dziwo nie wspomniał, że może zmieniać też spojrzenie na kobiecość. Ale przecież o kobiecości i tak się tyle teraz mówi.

W kobietach jest siła. A Coelho wykreował postać kobiety niezwykłej, bo czarownicy. Czy uważacie, że czarownica to to samo co wiedźma (czyli ta, która wie)? Jakby tego było mało, chodzi o czarownicę współczesną, której sacrum miesza się z pogańskim profanum. O ile nie czuję się powołana do dyskusji o teologii, to chętnie się odniosę do kobiecości.

Uważam, że mam prawo mówić o kobiecości, ponieważ sama jestem kobietą. Uważam też, że również mężczyźni mają prawo mówić o kobiecości, ponieważ, jak napisał Jung, każdy z nich ma jakąś kobiecą część swojej natury. Wierzę w to, że płeć to także pewien konstrukt poznawczy dyktowany przez kulturę. Ponoć w Japonii mężczyźni chadzają z torebkami, w Polsce byłoby to nie do pomyślenia. Pewnie gdzie indziej nie do pomyślenia jest widok kobiety idącej w spodniach.

Coelho sugeruje, że polowanie na czarownice było przejawem walki z kobiecą siłą. Możliwe, ale i ta koncepcja nie jest dla mnie niczym nowym, sugerował to już Eichelberger (który pewnie przeczytał to jeszcze gdzie indziej). I… w tym coś jest. Nie zamierzam w niniejszym wpisie robić z mężczyzn szowinistycznych świń, bo też i wcale nie czuję, że wszyscy z nich są tacy. Moim zdaniem kobiety mają swoją mądrość i swoje kobiece rozmowy, ale także mężczyźni myślą i czują, tyle że po męsku. Męskie rozmowy stanowią dla mnie nieprzekraczalne tabu, które zamierzam szanować. Każdy mężczyzna ma w sobie jakąś kobiecą część, z którą komunikacja go wzbogaca. Symetryczny proces zachodzi u kobiet. Marzę o czasie, w którym obie płcie (rozumiane tu kulturowo) zaczną szanować siebie i swoje zasoby. Od szacunku tylko krok do wzajemnego czerpania z nich. Niestety, pewnie narażę się wielu pisząc, że obecnie jednak toczy się walka między płciami, którą w dodatku mężczyźni przegrywają. Świat roi się od samowystarczalnych kobiet, które rozwijają się w szalonym tempie, zaś z drugiej strony jest pełen załamanych mężczyzn, którzy zalegają na kanapach, czy zakłócają sobie odbiór rzeczywistości za pomocą substancji psychoaktywnych. Żadne z nich nie wychodzi na tym dobrze. Tylko, że utrzymanie pozycji mężczyzny nie zależy od ograniczania kobiet. Nie będziecie bardziej męscy jeśli będziecie upokarzać swoją partnerkę i nie staniecie się mniej męscy jeśli ona zacznie zarabiać więcej. Nie stracicie jeśli zaczniecie podbudowywać wiarę w jej własne kompetencje, czyli robić coś, czego kobiety bardzo potrzebują bowiem proces ich wychowania przebiega inaczej niż Wasz. Kobieta wcale nie pożąda mężczyzny, który został przez nią wcześniej psychicznie wykastrowany. Pożąda raczej takiego, który ma wewnętrzne przekonanie, że jest męski. Jest męski nawet wtedy gdy przewija swoją córeczkę i kiedy płacze z jakiegoś powodu. Jest męski kiedy wie, że męskość to bardzo szerokie pojęcie nie sprowadzające się do siły fizycznej i sprawności w kalkulowaniu.

Za dużo puent dzisiaj…

środa, 27 stycznia 2010
troskliwa matka

Dzisiejszy wpis to właściwie sequel poprzedniego.

Wild podróżowała i ma dużo nowych obserwacji, to z powodu podróży powstała przerwa we wpisach na tym blogu. Inna sprawa, że najprawdopodobniej nie dorobiłam się jeszcze stałych czytelników, toteż i nie miał kto za mną tęsknić, przynajmniej nie w sieci.

Świeżo wysiadłam z pociągu. Podczas przydługiej podróży przerywanej postojami i przepuszczaniem innych spóźnionych pociągów, które wcześniej poutykały w zaspach, zdarzyło mi się słuchać rozmowy, która toczyła się w moim własnym przedziale. Najprawdopodobniej toczyły ją między sobą dwie nauczycielki nauczania początkowego, które to wracały z jakiegoś kursu. I znów było o rodzicielstwie.

Szczęśliwa posiadaczka dorosłej córki klarowała swej koleżance jak bardzo troszczy się o związek latorośli. Otóż dziewczyna jest na etapie wybierania wspólnego mieszkania ze swoim ukochanym (narzeczonym?). I...ta pani twierdziła, że córka nie jest do końca przekonana do tego co wybrali razem z ukochanym. To znaczy, jemu się podoba, ale to pewnie dlatego, że jest leniwy i nie chce mu się szukać dalej. To znaczy, jej się też właściwie podoba, ale pewnie dlatego, że on ją przekonał (bo jest leniwy). To znaczy, właściwie to przecież ich prywatna sprawa, ale taka inwestycja wiąże się z wzięciem kredytu, a taki kredyt jest na lata. A co będzie jak oni się rozwiodą? To znaczy, oni jeszcze nie mają ślubu...

Nadążacie?

Niech żyją troskliwe mamy!

niedziela, 24 stycznia 2010
wychowała jak umiała

Mam ostatnio (nie)szczęście obserwować tak zwane troskliwe matki jeżdżące w autobusach ze swoimi dziećmi. Są to najczęściej dzieci kilkuletnie i, co nie bez znaczenia, widuję je w sytuacjach przejazdu z jednych zajęć na drugie, pracowicie zaganiane przez mamusię.

Parę tygodni temu zdarzyło mi się spotkać mamusię z córką. Cały autobus usłyszał, że córa uczęszcza do szkoły muzycznej. Mamusia troskliwie też dopytywała, kiedy dziewczynka ma egzamin. ta jej podała datę, a nawet godzinę ("jakoś po jedenastej"). Dziewczynka mówiła pewnie, kilkakrotnie powtarzała tą samą wersję bez zająknięcia. Natomiast matka przekonywała ją, że same egzaminy trwają do jedenastej, więc po jedenastej będzie już po wszystkim. W związku z powyższym uznała, że córkę trzeba będzie zawieźć na dziewiątą. Niejako za karę.

Jak się ma czuć taka dziewczynka w tej sytuacji? Co prawda istnieje szansa, że mogła się pomylić, ale tego rodzaju postępowanie matki utrwala w niej jedynie przekonanie, że przekazywane przez nią informacje są niewiarygodne, że nie warto się starać czegokolwiek zapamiętać i pewnie, że jest za mała, by ją brać poważnie.

Natomiast w tym tygodniu widziałam chłopczyka, którego rano do szkoły eskortowała mama. Chłopiec był mały, miał założony wielki plecak. Albo było mu po prostu za ciężko, albo to mama uznała, że trzeba poluzować ramiączka. W każdym razie kazała mu go ściągnąć i zajęła się majstrowaniem przy zapięciach. Jednocześnie głośno narzekała, że to nie należy do jej obowiązków. Chłopczyka w zasadzie w ogóle nie słyszałam, ale pamiętam, że ona mówiła dużo i głośno, tylko nie wiem czy o nim czy do niego.

Zaczęłam się wtedy zastanawiać, na jakiego mężczyznę wyrośnie dzisiejszy chłopiec. Bierny, nijaki, albo nadmiernie związany z mamusią, albo unikający jej jak ognia i uciekający przed nią w związek. No i jaka będzie jego partnerka? W pierwszej chwili pomyślałam, że nikt nie zechce biernego mężczyzny. Jednak chyba się mylę, zwłaszcza, że takich pewnych i stabilnych to teraz niezmiernie mało chodzi. Więc pewnie trafi na kogoś, kto się jego biernością najpierw dowartościuje, a potem znudzi.

Uprzedzając dociekliwe pytania przyznam, że żadnej z tych matek nie zwróciłam uwagi na to co robią. Pewnie by mnie zresztą nie zrozumiały. Ale zobaczcie proszę jak to opacznie rozumiana miłość potrafi krzywdzić dziecko.

sobota, 23 stycznia 2010
pies pomocnik

Prawie nie oglądam telewizji. Ale tym razem zawiesiłam oko na krótkim reportażu na temat osób posiadających psy pomocników. Rzecz dotyczy osób niepełnosprawnych, które posiadają wyszkolonego psa (materiał był akurat o labradorach) pomagającego w codziennych czynnościach. Pies od szczeniaka jest trenowany przez dwa lata, potem następuje krótki kurs zżywania się człowieka z psem i zostaje on przyznany nowemu opiekunowi.

Te psy zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Po prostu z uśmiechem wykonywały swoje obowiązki. Myślę, że świadczą ogromną pomoc swoim właścicielom ułatwiając im rzeczy, które dla pełnosprawnych sa banalne. Taki pies potrafi przynieść buty, pomóc w ich założeniu, czy podać lekarstwa. Właściciele zabierają także psy na zakupy.

Pies jest chwalony za każde dobrze wykonane polecenie. A pieski mają w sobie dużo pasji i chętnie odczytują życzenia swoich właścicieli. Bardzo się starają.

I wiecie co sobie pomyślałam? Że gdyby każdy z nas w pracy wykonywał swoje obowiązki z równą pasją, równie dobrym przygotowaniem, a także z nagrodzeniem (nie tylko finansowym) za takie wykonanie, to cały świat byłby lepszym miejscem.

Tagi: zwierzaki
21:49, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2010
skąd wziąć pieniądze?

W dobie kryzysu i tuż po świętach, postawione w tytule pytanie dręczy wielu Polaków. Znalazła na to sposób i nadawczyni tego ogłoszenia. Zatrudnilibyście ją?

13:32, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2010
116 123

Od 18 stycznia ruszył nowy, bezpłatny numer telefonu adresowany do osób dorosłych po kryzysach psychicznych. Jego funkcjonowanie nadzoruje Instytut Psychologii Zdrowia PTP.

Funkcjonuje on od poniedziałku do piątku w godzinach 14 –22, ale twórcy chcieliby docelowo świadczyć pomoc całą dobę. Jest to trzeci z puli numerów zaczynających się na 116 (116 000 –telefon w sprawie zaginionych dzieci obsługiwany przez fundację Itaka, 116 111 –telefon zaufania dla dzieci i młodzieży obsługiwany przez Fundację Dzieci Niczyje).

Sama inicjatywa wprowadzania tego rodzaju numerów telefonu stanowi realizację idei proponowanej przez Komisję Europejską. Uważam, że tego rodzaju działania są bardzo cenne. Bowiem kryzys psychiczny to bardzo szerokie pojęcie, a możliwość zadzwonienia pod taki numer daje poczucie kontrolowania i wpływu w jakiejś mierze na własny los. Dodatkowo, jestem zdania, że takie telefony stanowią swego rodzaju prewencję depresji.

Niestety, telefon działa zbyt krótko by były dostępne jakieś informacje na temat jego skuteczności, czy zainteresowania społeczeństwa tym numerem. Podejrzewam, że jest ono ogromne z racji zapotrzebowania i promocji, którą otrzymał numer. Cenne jest także, że przy telefonie dyżurują specjaliści, czyli psychologie i terapeuci, a zatem osoby mające odpowiednie przeszkolenie w świadczeniu pomocy psychologicznej.

Podłoże technologiczne pod funkcjonowanie telefonu zapewniła firma Netia. Niestety, jak przy większości rozsądnych inicjatyw non –profit, nie znalazła się organizacja, która byłaby w stanie zapewnić wsparcie finansowe dla telefonu. Stawia to pod znakiem zapytania trwałość jego działania, a myślę, że szkoda by było zaprzepaścić taką szansę.

Renata Durda z Instytut Psychologii Zdrowia:

"Mogą to być przyczyny związane z sytuacją zewnętrzną - kryzysem ekonomicznym, rynkiem pracy, ale także ze stanem zdrowia, czy sytuacją rodzinną; mówimy o sytuacjach rozwodowych, związanych z opieką nad dziećmi, zdradami małżeńskimi, z przeżywaniem żałoby po śmierci kogoś bliskiego czy związanymi z długotrwałą ciężką chorobą w rodzinie. Linia kierowana jest do tych wszystkich, którzy potrzebują na tą chwile wsparcia psychicznego"

Prof. Jerzy Melibruda z Instytutu Psychologii Zdrowia:

"Znaczna cześć problemów somatycznych związanych z sercem, z żołądkiem, innymi dolegliwościami, jest związana z takimi nieprzezwyciężonymi kryzysami. Wiec kluczową sprawą jest orientacja, jak są dostępne te zasoby - poza rodziną, poza przyjaciółmi. W Polsce pod tym względem jest kiepsko. Są całe obszary Polski, gdzie nie ma wsparcia ani telefonicznego, ani ośrodków wsparcia, więc ludzie muszą radzić sobie sami - albo przy pomocy alkoholu, albo zamykając się w sobie, ale to zazwyczaj ma fatalne skutki"

poniedziałek, 18 stycznia 2010
księżyc w pełni

Interesują Was przygody sympatycznego królika? Mnie zainteresowały i dlatego i Wam polecam. Gra polega na wykoncypowaniu jak króliczek ma się dostać do żołędzi, jabłek i gruszek.

Full Moon

Tagi: gra
21:20, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4