RSS
czwartek, 27 stycznia 2011
Same trudności

Zdecydowanie zły dzień. Najpierw okazało się, że nie kupię sobie miesięcznego, bo punkt sprzedaży zamknęli kwadrans temu. Potem było tylko gorzej.

Zajrzałam do pobliskiej Biedronki i tam podstępne zwabiła mnie do siebie kasa, do której stała najkrótsza kolejka. I to był błąd. Nigdy nie należy ufać pozorom... Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie tylko ja byłam naiwna, inni także pomyśleli podobnie.

Tymczasem okazało się, że na kasie siedzi chłopiec, który robi to dopiero druga raz w życiu. No ja rozumiem, każdy kiedyś zaczynał i dlatego właśnie z wyrozumiałością odniosłam się do tego, że klience na początku kolejki coś źle skasował, że nie umiał wycofać, że koleżanka z kasy obok wstała i całkiem życzliwie tłumaczyła mu, co zrobił nie tak, a nawet to, że potem wzywał menadżerkę (?) z kluczykiem do anulowania czegoś, co zapisało się w pamięci kasy.

Tylko trochę zirytowałam się, kiedy wspomniana klientka wróciła się i powiedziała, że z otrzymanym przez nią paragonem jest coś nie tak, bo napisano na nim, że kupiła cztery jabłka i banana. Wówczas kasjer wezwał jakąś ważną panią z jeszcze większą ilością kluczyków i przestał kasować w ogóle, ponieważ był zajęty tłumaczeniem. Wówczas klienci się zdenerwowali i polecili mu kasować, co zresztą potulnie wykonał.

Pewnie nawet mimo tego wszystkiego nie napisałabym o nim notki, gdyby nie numer jaki wywinął z następną klientką. Pani zadowolona z tego, że prawidłowo wczytał jej wszystkie kody kreskowe, rozochociła się i zdecydowała, że zakupi jeszcze płyn, który nie mieścił się na hali z resztą produktów i skutkiem tego palety z nim stały już za kasami.

- Ty, a jak ja mam skasować płyn? -krzyknął do koleżanki.

- Po prostu do niego podejdź!

Wówczas nie wytrzymałam i buchnęłam mu śmiechem prosto w twarz.

Niedługo w Biedronce pojawi się tablica "Tych klientów nie obsługujemy.".

Tagi: ludzie
16:37, wildfemale
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 stycznia 2011
Miłość jest ślepa

...i głucha,...i głupia. A na końcu okazuje się, że to w ogólne nie była miłość.

Tym razem nie będzie o mnie a o osobie, której nawet nie znam osobiście. Otóż moja matka ma koleżankę, która posiada prawie 30-letnią córkę.

Ponieważ w tym domu stawia się na takie wartości jak uroda i posiadanie mężczyzny u boku, to i wspomniana znajoma niezmiernie się ucieszyła, że córka (w jej mniemaniu pewnie już stara panna) poznała mężczyznę (w jej mniemaniu kandydata na męża?). I to nie byle jaki, bowiem był to zagranicznik-niejaki Belg zapoznany w Polsce.

Po jakimś czasie Belg został zaproszony do domu zakochanej. Ta zresztą przy okazji zrobiła rodzicom awanturę, że nie chcą go przyjąć do domu, że każą mu spać w hotelu, a przecież ona go tak bardzo kocha (ale słabo zna). W końcu tatuś wyprowadził się na czas wizyty zagranicznego gościa, a Belg zajął jego pokój. Dziewczyna chodziła do pracy-Belg snuł się do popołudnia w dresie po mieszkaniu z nie mówiącą po angielsku matką lub...sam. Ojciec dziewczyny wypytywał Belga o jego rodzinę, rodziców (a nie mówiłam, że wizja zięcia coraz bliżej?)-Belg odpowiadał "nic ci do tego". Matka prosiła Belga o okazanie paszportu-Belg odpowiadał, że nie ma takiego obowiązku. Generalnie pełna idylla i serdeczność.

Gdy Belg siedział cicho, matka zaszła go od tyłu i odkryła, że nie ma on żadnych problemów z posługiwaniem się znajdującym się w domu komputerem i znalezieniem w tymże numerów kont wszystkich członków rodziny. Miara się przebrała, kiedy Belg nie rozumiejący dotąd ni w ząb po polsku, zniecierpliwiony guzdraniem się wybranki w końcu powiedział jej "No Anka, długo jeszcze tak się będziesz guzdrała?!" płynną polszczyną. No samorodny talent, nie? Anka wychodziła w Belgiem na miasto, chadzali do restauracji-płaciła ona.

Zdaje się, że zagraniczny (lepszy!) wybranek miał zupełnie inną wizję pobytu w Polsce. Mianowicie, planował pospać sobie w darmowej miejscówce. Prawdopodobnie liczył również na darmowy seks, którym to wybranka akurat nie była zainteresowana. Skutkiem tego został on wyproszony za drzwi na dwa dni przed planowanym terminem odlotu. Nie przejął się chyba za bardzo, a w każdym razie nie dał tego po sobie poznać. Ponoć ma znajomych w okolicy.

I mimo zakupionego nowego kompletu bielizny, wystrzałowych ciuchów, malowania mieszkania na jego wizytę, a nawet wyposażenia się w nową wazę na zupę, jakoś nic z tego rendez vous nie wyszło. Chyba już więcej nie przyleci, co?

niedziela, 23 stycznia 2011
Underworld Army, Episode 1

Profesor Pain stworzył armię i to nie z terakoty. Trzyma ją z sobie tylko znanych powodów pod własnym domem. Naszym zadaniem jest odnalezienie sekretnej windy i dostanie się nią do pociągu, który zawiezie nas do armii. Żeby nie psuć nikomu zabawy powien tylko, że gra obfituje w zaskakujące zwroty akcji. Zarezerwujcie sobie na nią jakieś dwie godziny dla spokoju ducha. Pomysł bardzo ciekawy i z pewnością będzie cieszył wielbicieli łamigłówek i gatunku point&click. Za największą niedogodność uważam słabą grafikę.

Gra jest przeznaczona raczej dla starszych graczy, choć nie zawiera przemocy. Autorzy zapowiadają kontynuację, co jest dobrą wiadomością.

Zagraj koniecznie już teraz!

Tagi: gra
16:12, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
Ornament Key

Tym razem przedstawiam grę raczej dla młodszych użytkowników. Zadanie polega na układaniu ornamentów egipskich, a potem azteckich, ale same ornamenty są urocze, a i sposób układania zaskakuje. Gra nie zawiera przemocy, ma ładną szatę graficzną i pomysł na nią jest dość ciekawy. Są trzy poziomy trudności, także zarówno najmłodsi (poziom najtrudniejszy) jak i ich rodzice (poziom najłatwiejszy;) ) mogą sobie pograć.

Ornament Key

Tagi: gra
14:38, wildfemale
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 stycznia 2011
Marketing szeptany

Wiecie na czym to polega? Nie? No to poczytajcie.

Niezależnie od tego czy kupujemy długopis kulkowy, żelazko, samochód, czy mieszkanie u dewelopera, często wręcz nabieramy już nawyku by sprawdzać referencje danej firmy/usługodawcy w sieci. Guglamy, odwiedzamy różne portale lub fora tematyczne w poszukiwaniu opinii. I to nie ekspertów, ale szarych, zwykłych użytkowników, którzy to już mieli okazję zapoznać się z interesującym nas produktem. Tutaj właśnie zaczyna się pole do popisu dla marketingu szeptanego. Nic prostszego jak zatrudnić grupę ludzi, a jeszcze lepiej wyspecjalizowaną firmę, które znajdą w internecie grupę docelową (portal tematyczny z poradami, wortal tematyczny, cichutkie forum pasjonatów, wszystkie chwyty dozwolone), którzy zapewnią dobry PR. I tak tajemniczy pan Franek będzie w podobnych słowach zachwalał odkurzacz marki X na czterech portalach, albo swojsko brzmiąca Alicja akurat z naszego miasta będzie polecała wizytę w salonie kosmetycznym w centrum. Nie uwierzylibyście jej?

Bardziej oswojeni z internetem użytkownicy wiedzą doskonale o takich praktykach i chyba coraz rzadziej dowierzają zamieszczonym w sieci informacjom. Jednak nawet jeśli przeczymy takiemu wpływowi, to i tak jakoś na nas działają tego rodzaju informacje. Dodatkowo, pozostają rzesze naiwnych, niedoświadczonych użytkowników, którzy bez problemy łykną ten haczyk, bo przecież swojsko brzmiąca Alicja nie może się mylić.Wolne od marketingu szeptanego nie są również blogi, wielu "blogerów" bowiem pracuje na rzecz konkretnej marki, a co bogatsze marki stać nawet na postawienie własnego serwisu-niby informacyjnego, a jednak służącego autopromocji. Nie nadążamy za tym.

Co celowo pomijam? Ano to, że marketing szeptany może dotyczyć nie tylko sprzętu czy korporacji, ale (o zgrozo!) osób. No nie sprawdzaliście nigdy informacji na temat lekarza, do którego się wybieracie? Nie mówię, że od razu miał to być psychiatra (długa wizyta, osobiste problemy), sprawdza się też ginekologów, laryngologów, no sami rozumiecie-wszystkich.

A teraz ja nawołuję. Nie róbcie tego więcej! Ta informacja może być niewiarygodna. Zdarza się owszem, że doktory same sobie wypisują różne peany pochwalne, ale nawet nie o to mi chodzi. Ileż to taki doktor jest w stanie nastukać po godzinach. Bardziej przerażają mnie firmy, które odpłatnie robią PR. Mało tego, te firmy rozsyłają mailing reklamowy do swojej pieczołowicie przesianej grupy docelowej. Ciekawe skąd biorą adresy mailowe? Od firm farmaceutycznych czy organizatorów konferencji? W końcu zdobycie takich danych, to nie jest prosta sprawa.

Jeden z oburzonych ginekologów zamieścił w sieci list, który znalazł we własnej skrzynce mailowej:

Witam,

Zauważyliśmy, ze nie sa Panstwo obecni w miejscach typu:

"Biała lista" dobry ginekolog

(...)

Jeżeli skorzystają Państwo z naszych usług – nie zostawimy takich pytań bez korzystnych dla Państwa odpowiedzi. Nasza firma zajmuje się profesjonalnym marketingiem szeptanym w sieci – wyszukiwaniem miejsc gdzie mogą trafić Panstwa potencjalni klienci i dbaniem o Panstwa opinie w tych miejscach. Odpowiadamy na tego typu zapytania i kreujemy dyskusje mające na celu reklamę naszych klientów.

W ostatnim czasie coraz wiecej powstaje rozmaitych „Rankingow Lekarzy” którymi pacjenci kieruja się przy wyborze specjalisty, mowimy tu o stronach typu:

(i tu adresat dowiaduje się o szeregu miejsc, których wcześniej na oczy nie widział, za to jego pacjenci być może wręcz przeciwnie)

Jesli zdecyduja się Panstwo na wspolprace z nami zajmiemy się pozytywna opinia we wszystkich tego typu miejscach naraz.
Lącznie działamy na kilkuset forach tematycznych, gdzie cały czas możemy prowadzić marketing szeptany Panstwa firmy i odpowiadać na zapytania o „najlepszego ginekologa”. Robimy to z wyczuciem i troska o dobro przekazu.

(następuje lista for tematycznych, bowiem strony rankingowe lekarzy to nie wszystko, nie myślcie sobie Drodzy Czytelnicy)

Oprócz tego zadbamy o dobry wizerunek w portalach spolecznosciowych, gdzie również prowadzone sa dyskusje na tematy zdrowotne , mówimy tu o:

(oj tak, wszystkie o których kiedykolwiek słyszeliście i parę takich, których nie znacie)

Jak widac działamy kompleksowo i obejmujemy swoja ochrona i uwaga wszelkie miejsca w Internecie gdzie powstaje opinia na Panstwa temat. Zamiast placic wszystkim oddzielnie wystarczy zapłacić nam a wszystkim się zajmiemy.

(I (uwaga! uwaga!) ochroną i w ogóle "wszystkim", ciekawe czy śmieci wynoszą?)

W treści listu zamieszczono również informację o tym, że usługa kosztuje jedyne 300zł miesięcznie. Strach pomyśleć ile trzeba płacić w razie gdy się jednak z ich usług skorzystać nie chce i firma decyduje się przestać pisać o lekarzu dobrze, przestać pisać w ogóle, lub w najgorszym wypadku zacząć pisać źle. W końcu tyle miejsc "chronią" (przed dezinformacją pewnie).

Pomijając fakt, że takie usługi to robienie i specjalistów i ich klientów w balona oraz to, że żaden szanujący się medyk nie powinien odczuwać pokusy skorzystania z takiego serwisu, to jeszcze korzystanie z tychże usług jest... nielegalne.

Za Łukaszem Siudakiem:

Na podstawie art. 56 ustawy z dnia 5 grudnia 1996r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty (Dz.U. z 1997r. nr 28, poz. 152) lekarze prowadzący praktykę indywidualną lub grupową nie mają prawa do prowadzenia działalności reklamowej w zakresie świadczonych usług medycznych.
Do publicznej wiadomości o prowadzonej działalności lekarskiej można przekazywać jedynie informacje spełniające wytyczne uchwały nr 18/98/III Naczelnej Rady Lekarskiej z dnia 25 kwietnia 1998r.

Informacja – bez względu na formę jej przekazywania – powinna zawierać następujące dane:
a)    tytuł zawodowy,
b)    imię i nazwisko,
c)    miejsce, dni i godziny przyjęć.

Ponadto informacja może zawierać dodatkowe elementy, które nie mogą jednak nosić „cech reklamy” [wytłuszczenie własne]. Co oznacza „reklamę” zostało przykładowo wskazane w uchwale NIL.
I tak jest to:
a)    przekazywanie zachęty do korzystania ze świadczeń zdrowotnych,
b)    używanie potocznych określeń, obietnic, informacji o metodach i czasie leczenia,
c)    określanie cen i sposobu płatności,
d)    informowanie o jakości sprzętu medycznego.

W tym miejscu warto pamiętać o podstawowej zasadzie wyrażonej przez uchwałę NIL, iż lekarz prowadzący praktykę może informować o udzielaniu świadczeń zdrowotnych wyłącznie poprzez:
a)    nie więcej niż 2 stałe tablice ogłoszeniowe na zewnątrz budynku + nie więcej niż 2 tablice przy drogach dojazdowych,
b)    ogłoszenia prasowe w rubrykach dotyczących usług lekarskich,
c)    informację w książkach telefonicznych i informatorach o usługach medycznych,
d)    informacje elektronicznej [wytłuszczenie własne] np. internet, telefon, jak również sms, e-mail i inne formy elektronicznego komunikowania się.
Zabronione są zatem wszystkie inne formy informowania o udzielaniu świadczeń zdrowotnych tj. ulotki, bilbordy, reklama w internecie.

A zatem opłacenie usługi polegającej na celowym wprowadzaniu w błąd oraz reklamy typu "Ginekolog X jest świetny, idźcie do niego koniecznie, uleczy wszystko" jest po prostu niezgodne z prawem. Nie jest też zgodne z etyką lekarską, bowiem KEL wyraźnie stanowi w rozdziale IV Art. 63.1 "Lekarz tworzy swoją zawodową opinię jedynie w oparciu o wyniki swojej pracy, dlatego wszelkie reklamowanie się jest zabronione." (informowanie jest dozwolone). Lekarz opłacający takie usługi może zatem być ścigany dyscyplinarnie przez Izby Lekarskie i (o zgrozo!) może na niego np. donieść rzeczona firma, kiedy to lekarz zdecyduje się przerwać wcześniejszą "współpracę". Żyła złota, nie?

Co mają robić doktory, to one już same najlepiej wiedzą. Ale co macie robić Wy?

Z wymienionych wyżej względów omijajcie portale polecające lekarzy o dotyczące ich wątki na forach i portalach społecznościowych jak najszerszym łukiem.

niedziela, 16 stycznia 2011
Relacja na gorąco

Drodzy Państwo, znajduję się właśnie na marmurowym hallu jednej z większych uczelni wyższych i korzystam z dobrodziejstw bezprzewodowego internetu. Dobiegają mnie dźwięki konwersacji młodych naczelnych siedzących nieopodal.

- O Jesssu! To co? Wy się kochacie tylko raz na miesiąc?!

Tematyka norm seksualnych nigdzie Was nie ominie...

Społecznych też nie...

niedziela, 09 stycznia 2011
Tak wiele ci mogę dać

Ofiarować innym możemy naprawdę wiele. Jakoś tak się utarło, że jako pierwsze przychodzą do głowy pieniądze, ale przecież to nie wszystko. Można przekazać także ubrania, a nawet stare sprzęty. Wreszcie, o czym już w ogóle najrzadziej się myśli, można ofiarować swój czas i umiejętności i tutaj pole do popisu ma każdy od stolarza do informatyka. Można się angażować w długoterminowe wolontariaty i krótsze konkretne akcje, zbierać fundusze na jakiś cel, albo opiekować się osobą z autyzmem albo rozmawiać z ludźmi w hospicjum.

Powód dla którego poruszam ten temat właśnie dziś wydaje mi się dość czytelny, ale zamierzam się zająć nie tym, czy warto, ale tym, dlaczego ludzie w ogóle dają coś innym za darmo. Poniżej omawiam różne pobudki, które mogą skłaniać do wolontariatu, nie koniecznie w kolejności określającej ich ważność.

1. religia

Największe religie świata każą się dzielić z tymi, którzy mają mniej, a ubóstwo i okresowe posty urastają do rangi cnoty. Niektórzy ludzie zatem dają z pobudek religijnych i zresztą zaangażowanie w życie własnej wspólnoty religijnej to ułatwia. Można zbierać paczki dla ubogich, rozdawać jedzenie, przyjąć zbłąkanego wędrowca (raczej obecnie niebezpieczne, ale jakże alegoryczne), a wszystko to zgodnie z naukami jakiegoś z wyznań. To musi dawać nieprawdopodobne poczucie przynależności.

2. własne wartości

Niejako przedłużenie poprzedniego punktu, tyle że mające zeświecczony charakter. Miłośnicy zwierząt zbierają karmę dla schroniska lub zbijają paśniki. Wspierający wartości rodzinne oddadzą stary wózek dziecięcy ubogiej rodzinie z naprzeciwka, a ci wspierający tolerancję podejmą dyżury telefoniczne w Lambdzie. Dla każdego coś pięknego. Taki wolontariat ułatwia poznanie ludzi wyznających podobne wartości. Również prędzej, czy później tworzy się z tego społeczność, a w przypadku wyżej wspomnianej Lambdy to nawet związki;) Ludzie będą też pomagali chętniej jeśli wcześniej mieli jakieś dobre doświadczenia z organizacją/ osobą, którą mają wspierać lub sami doznali od niej pomocy. W końcu to najlepszy sposób na przekonanie się, że faktycznie warto.

3. chęć posiadania wpływu na świat

Uratowanie przypadkowego gołębia zmienia nasz dzień, mamy poczucie dokonania czegoś doniosłego. Generalnie nie potrzeba nam wiele, nawet wskazanie drogi człowiekowi, który przyjechał z innego miasta może poprawić humor. Oczywiście pod warunkiem, że sami dobrze tą trasę znamy. Ogłoszenia zawierające prośbę o wsparcie jakiejś organizacji odwołujące się do skuteczności darczyńcy („Za równowartość kubka porannej kawy możesz odmienić los Adasia!”) mają większą skuteczność. Aby mieć wpływ na świat, trzeba też mieć pewność, że nasz dar dotrze do wskazanego w apelu adresata, toteż organizacje transparentne i o długiej tradycji mogą liczyć na większe wsparcie niż osoby prywatne, których nie znamy i nie są dla nas wiarygodne. Nawet przekazanie 1% podatku może się wiązać z poczuciem wpływu, bo przecież to ja decyduję na co pójdzie te paręset groszy.

4. chęć zmiany własnego samopoczucia

O tak, nie zawsze jesteśmy altruistyczni. Czy w ogóle jesteśmy altruistyczni? Ileż to razy wrzuciliśmy coś komuś do garści czy futerału na gitarę tylko by poprawić sobie samopoczucie? Jakoś koresponduje z tym (choć nie jest tożsame) poczucie empatii. „Wyobraź sobie, że jesteś na miejscu bezdomnego pana Adama, pan Adam też do pewnego czasu miał rodzinę i pracował jak Ty...”, jestem pewna, że pan Adam może liczyć na Twoje wsparcie. Na pewno większe niż „Tysiące ludzi zmagających się z bezdomnością...”, którzy pewnie w równym stopniu wymagają pomocy. Także ludzie w obniżonym nastroju chętniej będą się angażowali w pomoc innym. Nieprawdopodobne? Z drugiej strony, któż ma więcej motywacji do zmiany własnego samopoczucia?

5. ewolucja i względy społeczne

Randka z wolontariuszką? O tym mógłby mówić punkt drugi, tym razem jednak sprawa jest bardziej skomplikowana. Okazuje się bowiem, że mężczyźni są bardziej hojni jeśli w pobliżu obserwuje go potencjalna partnerka. Biegasz z puszką po ruchliwym deptaku? Podchodź do par. On będzie się wstydził odmówić ci przy swojej kobiecie. Działa to jednak tylko na mężczyzn, hojność kobiet się nie zmienia w męskim towarzystwie. Pewnie dlatego, że ewolucja nie promowała takich zachowań w żeńskiej części populacji. Mówiłam o ruchliwym miejscu? To także lepiej zmień. Istnieje bowiem ryzyko, że dojdzie do rozproszenia odpowiedzialności i każdy będzie myślał, że „to niech inni pomogą”. Proś o pomoc gdzieś, gdzie ruch jest nieco mniejszy i każdy ma poczucie, że to właśnie na jego barkach spoczywa ratowanie świata.

6. dodatkowe profity

Chodzi nie tylko o odliczenie od podatku. Często wchodzą w grę subtelniejsze sprawy. Zaświadczenie z podziękowaniem, które można powiesić na ścianie lub pokazać pracodawcy, albo pozytywne referencje za wykonane wolontaryjnie tłumaczenie także robią różnicę. Tutaj także organizacje mają przewagę. Zawsze na zaświadczeniu lepiej wygląda pieczęć poważnego związku niż goły podpis pana Kowalskiego choćby ten skądinąd cudownym człowiekiem był. Nie pomijajmy również uczniów, którzy chcą mieć lepsze oceny z zachowania czy rozmaitych programów resocjalizacji, w których zaangażowanie w pomoc innym będzie dobrze świadczyło o wychowanku.

A Wy jakie macie spostrzeżenia?

 

Bibliografia:

Basil, D. Z., Ridgway, N. M., & Basil, M. D. (2008). Guilt and giving: A process model of empathy and efficacy. Psychology & Marketing, 25(1), 1-23. doi:10.1002/mar.20200

Iredale, W., van Vugt, M., & Dunbar, R. (2008). Showing off in humans: Male generosity as a mating signal. Evolutionary Psychology, 6(3), 386-392.

Wiesenthal, D. L., Austrom, D., & Silverman, I. (1983). Diffusion in responsibility in charitable donations. Basic and Applied Social Psychology, Vol 4(1), Mar, 17-27.

Wpis miał się ukazać wcześniej, w każdym razie wcześniej był przygotowany, jednak z powodu zakłócenia połączenia internetowego udało mi się to dopiero teraz.

23:20, wildfemale
Link Komentarze (2) »
Róbcie to jak najczęściej

Ostatnio najczęściej robię to w łóżku. Wiele ludzi robi to w łóżku, choć wydaje się, że prawie każde miejsce jest dobre, można to przecież robić także w wannie, przy kuchennym stole, a przy sprzyjającej aurze również w plenerze. Już nie wspomnę o tym, że dobrze się do tego nadaje własny pokój –można leżeć na dywanie, albo wspierać na biurku. Mowa oczywiście o czytaniu książek. W zasadzie to już przed popełnieniem tego wpisu założyłam, że odwiedzający mojego bloga lubią czytać, bo i moje wpisy często są bogate w treść, więc trzeba biegle władać tą umiejętnością, by się przez nią przedrzeć.

W moim domu książki były obecne zawsze, choć pewnie za tamtych czasów trudno je było kupić. Klasyczne cztery tomy encyklopedii, leksykon roślin leczniczych, który widzę do dziś w każdym domu, trochę książek medycznych, jakieś zeszyty historyczne ze względu na zainteresowania ojca... Po latach okazało się, że gdzieś tam była także głęboko ukryta Wisłocka i przysięgam, że coś Starowicza, choć nigdy potem tego nie mogłam odszukać. Jestem dumna, że rodzice czytali na ten temat.

Rodzice naturalnie dbali o mój rozwój zakupując książeczki z bajkami i wierszykami. Szczególnie pamiętam też dość grubą książeczkę opisującą poszczególne rasy psów, pewnie była dla mnie atrakcyjna ze względu na duże obrazki w czasie, kiedy jeszcze nie potrafiłam czytać. Przypominam sobie też album ze zwierzątkami z zoo Gucwińskich. Mama czytała mi na dobranoc, prosiłam o to. Czasem udawało mi się naciągnąć także ojca. Bardzo chciałam być samodzielna i dorosła, więc później brałam książkę i leżąc na łóżku wpatrywałam się w litery udając, że czytam. Pamiętam nawet jak zastanawiałam się, ile trwa przeczytanie jednej strony, by w odpowiednim czasie przerzucić kartkę. Sama nie wiem jak nauczyłam się w końcu czytać. Pewnie przez osmozę ;)

Od tego czasu pochłaniałam masę rzeczy. Początkowo zupełnie nieselektywnie, moją ambicją było wyczytanie wszystkiego, co znajduje się w domu. No, może poza tymi zeszytami historycznymi, czy encyklopedią. Nigdy nie miałam takiego pomysłu na siebie jak niektóre dzieci, które decydują się nauczyć encyklopedii na pamięć. Z racji niewielkich gabarytów i niskiego położenia trafiły mi raz w ręce „Medaliony” Nałkowskiej. Przeczytałam je przedwcześnie, z pewnym przerażeniem, ale ostatecznie nie uważam by mi zaszkodziły. W późniejszym okresie czytałam rzeczy zgodne z moimi zainteresowaniami, więc na półkach zagościły książki o dinozaurach, a potem jeszcze innej tematyce. Zaczęłam odwiedzać biblioteki, pojawiły się pierwsze przyjaźnie z paniami bibliotekarkami, ale też i zawody związane z tymi relacjami. Nie wszystkie bibliotekarki są fajne.

Do dziś też często czytam przed snem, a w sypialni mam wiele książek. Za moich szkolnych czasów referaty przygotowywało się na podstawie książek, bo mało kto miał internet. Teraz kopiuje się z Wikipedii nie bacząc na wiarygodność. Pewnie dzięki temu do teraz naturalne jest dla mnie powoływanie się na źródła i podawanie bibliografii nawet kiedy o nią nie proszą. Zainteresowania książkami nie zabiły we mnie nawet lata szkolnej edukacji, kiedy to nieodmiennie okazywało się, że źle przeczytałam lekturę, a w omawianiu jej nie chodzi o to, żeby coś z niej wydobyć, ale by udowodnić klasie, że jej nie czytała. Jakieś to paranoiczne wszystko. Obecnie należę do kilku bibliotek, z czego mam jedną najukochańszą, bogato wyposażoną i z katalogiem elektronicznym. Mogę sobie zamawiać pozycje nie wychodząc z domu, a potem podreptać po odbiór u ulubionej pani z biblioteki. Lubię przebywać w bibliotece i czytelni, która idąc z duchem czasu udostępnia mi bezprzewodowy internet, a nawet kilka gniazdek do podłączenia laptopa. Nikt też krzywo nie patrzy, kiedy sięgam po pozycje o seksie, bo ci, którzy mają wiedzieć doskonale wiedzą, że tym się między innymi interesuję.

Ciekawa jestem ile się w kwestii czytelnictwa zmieniło przez ostatnie kilka, kilkanaście lat. Bo zewsząd trąbi się o tym, że młodzież nie chce czytać, że lektur nie zna, że książek się w Polsce nie kupuje, że tylko internet... A z drugiej strony spotykam młodych oczytanych ludzi. Z elitami się zadaję? Nie wiem czy czytanie rozwija wyobraźnię, bo nie wiem jak miałaby się moja wyobraźnia bez niego, ale skłonna jestem wierzyć, że przewracanie papierowych kartek to nie to samo co klikanie ebooka, a literki dziwnym trafem umieją przekazać więcej niż wypasione efekty 3D wielkiego ekranu, wychodzi więc na to, że coś z tą wyobraźnią jest na rzeczy. Dodatkową korzyścią jest możliwość zagadnięcia kogoś i nawiązania dyskusji na temat jakiejś książki i popisania się erudycją. W takich sytuacjach czytelnictwo wciąż jest w modzie. Czytanie umila mi także podróże, nawet te krótkie. Prawie zawsze mam przy sobie coś do czytania. Najprawdopodobniej też dzięki czytaniu dość dobrze orientuję się w interpunkcji i ortografii, choć nigdy nie miałam głowy do regułek. Idea pisma jest fascynująca, to genialna droga uwieczniania wiedzy i przekazywania jej. Teraz jestem na etapie sprawdzania w praktyce tego, co wyczytam w księgach napisanych przez ekspertów.

A co Wy ostatnio przeczytaliście?

wtorek, 04 stycznia 2011
Z przemyśleń młodego filozofa

Dziś rano w autobusie zasłyszałam następującą dyskusję dwóch uczniów liceum, którzy właśnie jechali do szkołoy (z założenia spóźnieni).

- Wiesz, jak tak ostatnio rozmawiałem z kolegami, to wyszło nam, że nie warto iść na studia.

- ?

- No bo wiesz, przecież już po szkole można pójść do pracy. A jak ty pójdziesz na studia, to do tej pracy przyjdziesz po 5 latach. No po co czekać 5 lat?

- Nooo, to zależy o jakiej pracy myślisz. - skomentował filozoficznie jego rozmówca.

- A bo wiesz, ja mam kolegów skinów.

 

;)

niedziela, 02 stycznia 2011
Shift

Nowy rok to czas zmian, na nowy rok proponuję Wam grę... i to jeszcze nie zmiana. Za to moja propozycja jest pełna zmian, o czym świadczy już jej nazwa. Sufit staje się podłogą, czarne białym, a po godzinach frustracji okazuje się, że gra ma także alternatywne zakończenie. Ku mojej uciesze Armor Games wytworzyło jej aż cztery części, a każda następna lepsza od poprzedniej. Jeśli utrzymają ten poziom, to z niecierpliwością oczekuję na kolejne sequele. Zasady poruszania się po planszach są bardzo proste. Na boki kierujemy strzałkami, skaczemy spacją, a planszę "odmieniamy" shiftem. W dalszych częściach gry pojawi się więcej postaci do kontrolowania, ale to pozostawiam Wam do rozwikłania. Nie uprzedzajmy faktów. Kiedy już naprawdę się znudzicie i osiagniecie perfekcje w plądrowaniu sekretnych poziomów ukrytych w grze, pozostanie jeszcze rozwiązywanie plansz przygotowanych przez innych użytkowników, lub tworzenie własnych. Zabawa jest zatem praktycznie nieograniczona, a elastyczność myślenia wykładniczo rośnie.

Koniecznie grajcie w poszczególne części w kolejności ich powstawania, ułatwia to oswojenie się z zasadami gry, a także pozwala śledzić pewną fabułę, ponieważ części nawiązują do siebie.

Naprawdę polecam, bo w przypadku tej propozycji nie sposób się czegokolwiek przyczepić. Mogą się bawić osoby nie znające angielskiego, a nawet mające jedynie czarno-biały monitor;)

Shift 1

Shift 2

Shift 3

Shift 4

Tagi: gra
14:54, wildfemale
Link Dodaj komentarz »