RSS
czwartek, 26 stycznia 2012
Q compressing the heart

To dość dziwaczna nazwa, ale za tym ciągiem słów kryje się całkiem sympatyczna gra. Poruszamy się czarnym stworkiem, któremu jakaś paskuda niespodziewanie wyrwała serce i teraz biedak pałęta się po mrocznych światach żeby je odzyskać. Niektóre sceny są dość niesmaczne, dlatego nie polecam Waszym dzieciom wymieniania się oczkiem z innym bohaterem (który wcześniej pomógł Wam wleźć na łódkę). Choć dzieci pewnie by się cieszyły.

Działamy klikając myszką na różne elementy na ekranie. W jednym przypadku poruszamy się strzałkami, ale moim zdaniem jest to niepotrzebne urozmaicenie. Gra może budzić pewien niepokój przez to, że ścieżka dźwiękowa jest zbyt monotonna, a poruszanie się po grach często mocno nieintuicyjne. Wielokrotnie nie wiedziałam czego się właściwie ode mnie oczekuje i do czego miałam dążyć. To zabiera sporo radości.

Myślę jednak, że warto spróbować. Zwłaszcza, że ostatnio brakuje ciekawych konceptów w grach flashowych, a ta może stanowić interesujące urozmaicenie.

Zagraj!

Tagi: gra
20:34, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 stycznia 2012
Egocentryzm i szczerość

Te dwa tematy zaprzątają mnie od jakiegoś czasu. Być może natchnęła mnie do tego niedawna podróż pociągiem, którą odbywałam w zatłoczonym przedziale z dwójką prawników. Okazali się oni bardzo nieprzyjemnym towarzystwem. Co prawda czas spędzali głównie w przejściu blokując przepływ ludzi i powietrza, ale to było jeszcze do zniesienia. Popisali się dopiero rycząc na jadącego z nami studenta, że „dygać ma” z tą torbą, bo ludzie chodzą. Inna sprawa, że wcześniej zablokowali mu wszystkie możliwe miejsca, w których mógł tą torbę umieścić, a kiedy usiłował się dowiedzieć czyje to bagaże, to powiedzieli mu, że to już jego problem by się tego dowiadywać. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że z ich perspektywy wszystko, co dzieje się w całym pociągu, to tylko tło dla ich konwersacji. Przechodzący ludzie są tylko tłem dla miejsca, w którym stoją i tak dalej. Niesamowite! Ja bym się obawiała, że mogę komuś przeszkadzać i pewnie nie mogłabym się skupić na wątku rozmowy. Ale to może dlatego, że jestem kobietą i byłam jakoś inaczej wychowywana?

Okazuje się, że i kobiety mają swoje przywary w tym zakresie. Wczoraj kupowałam sobie kisiel w markecie. Za mną stała pani, która bezceremonialnie władowała na taśmę swoje zakupy przed moimi. Czy to jakaś nowa moda, czy tylko ja wyglądam na taką pierdołę, która to będzie znosić? Czy ludzie naprawdę myślą, że jak coś bardzo szybko wyłożą to zostaną szybciej skasowani, czy że ta taśma pojedzie szybciej, czy jak? Nie pojmę tego. W każdym razie pani była dość niezadowolona, kiedy ja jednak zdecydowałam się wyłożyć również swoje zakupy. W dodatku problemem okazało się to, że w ogóle przed nią stoję, bowiem pani cały czas deptała mi po butach. No dobra, może niezdarna była. Ale dlaczego wydawała przy tym odgłosy niezadowolenia? Spojrzałam kto to i zamiast starszej pani w berecie ujrzałam niczego sobie kobietę w średnim wieku, która wyglądała na nauczycielkę.

Takie wydarzenia sprawiają, że zaczynam się zastanawiać czy to dobrze, czy źle być egocentrycznym. Mnie uczono, że należy się liczyć z innymi i tak się jakoś w moim życiu układa, że nawet trudno by mi było się z nimi nie liczyć. Jest to jakoś immanentnie wpisane w moje życie. Tymczasem być może egocentryczny prawnik jest przez to skuteczniejszy w swojej pracy. Już nie mówiąc o cichej satysfakcji jaką może czerpać z dręczenia przypadkowego studenta. A może oni mieli to tak wpisane w naturę, że nawet nie chcieli dręczyć a wyszło samo z siebie? I po drugie, czy w takich sytuacjach reagować, czy może lepiej dać sobie spokój żeby zapobiec dalszej eskalacji? Nie ma chyba uniwersalnego przepisu. Czy domniemana nauczycielka ma tak zawsze czy po prostu miała nieciekawy dzień w pracy i odreagowuje jak umie?

Niejako w kontraście do tych epizodów coraz bardziej przekonuję się w swoim życiu, że szczerość popłaca i że bardzo przyjemnie jest być szczerym. Adresowanie różnych kwestii wprost, nie unikanie trudnych wątków, toczenie różnych trudnych rozmów bez przekładania ich na później na dłuższą metę popłaca, choć początkowo nie wydaje się szczególną przyjemnością. Nie oszukując nie trzeba potem pamiętać swoich kłamstw. Sama przyjemność :) Dobry kontakt ze sobą, konfrontowanie się z własnymi niedociągnięciami i wgląd w to, że pewne rzeczy robi się tylko dlatego, że coś się we własnej głowie poprzestawiało, czyli wynika z własnej psychopatologii, również na dłuższą metę popłacają. Bo jeśli wiem, że na pewne rzeczy jestem szczególnie wrażliwa (a każdy ma takie rzeczy!), to być może następnym razem się powstrzymam, będę w stanie rozmówcy wyjaśnić o co mi chodzi, albo zapobiegnę sytuacji, w której ktoś może mi nadepnąć na odcisk. Same dobre rzeczy.

Choć ten rok nie zaczął się dobrze, a potem było tylko gorzej (nawet w spokojnym dotychczas Internecie toczy się SOPA-war), to cieszę się, że chociaż czasem nawiedzają mnie przyjemne refleksje. A jak u Was z tym egocentryzmem i szczerością wobec siebie i innych?

czwartek, 05 stycznia 2012
Wielu rzeczy mi brakuje

Istnieje koncepcja głosząca, że przymus robienia zakupów wynika z pustki wewnętrznej. I choć idea, że setna para butów jest w stanie zaspokoić jakąś wewnętrzną tęsknotę brzmi abstrakcyjnie, to jednak nie mam problemu z intuicyjnym zrozumieniem, że w takich założeniach czai się jakaś logika. Z pewnością logiczne jest już to, że osoby w obniżonym nastroju są skłonne wiele zrobić, by zmienić swoją sytuację. Z tego powodu chętniej podejmują ryzyko, chętniej w laboratorium psychologa podejmują się sprzedaży otrzymanych przed chwilą zasobów. Wszystko to, aby poczuć się lepiej.

Zewsząd zapowiadany jest kryzys. Z każdej strony słyszę, że rok 2012 będzie okropny i trzeba będzie zaciskać pasa, rynek pracy się skurczy, a rząd dowali nam podatkami. Już nam dowala aferą z NFZ-em co bardzo, bardzo mnie boli, ale czuję się wobec tego faktu bezradna.

Rok dopiero się zaczął, a we mnie coraz więcej jest tej bezradności i coraz mniej nadziei na lepsze. A szkoda, zdawało mi się, że już wychodzę na prostą. Jak to łatwo się pomylić! W zeszłym roku nie złamało mnie nawet to, że nie byłam w stanie kupić sobie butów zimowych, bo w cenie do 200 zł nie byłam w stanie dostać niczego dobrej jakości. Nie zszokował mnie też fakt, że potrzebuję spodni, a nie nadarza się akurat żadna promocja za 50zł jak drzewiej i za towar, który nawet do końca nie spełnia moich oczekiwań żąda się ode mnie 200 zł.

Na trzy dni przed nowym rokiem zostałam napadnięta na ulicy. Nie wiem o co chodziło napastnikowi, ale właśnie odchodziłam od bankomatu, a on się wyrwał z kolejki do pobliskiego lombardu, mogę zatem oczekiwać, że po świętach bieda bolała go jak nigdy dotąd, do tego nerwy miał napięte i akurat mu się nawinęłam. Był ze cztery razy większy ode mnie, kilkadziesiąt osób widziało całe zajście, ale nikt nie udzielił mi pomocy. Dziwię się, ja kiedy choćby słyszę jakiś rumor to biegnę się zainteresować o co chodzi. Myślałam, że wszyscy ludzie tak mają. Znów się pomyliłam.

Najprawdopodobniej jak ci ludzie z depresją badani przez psychologów, bardzo chciałam zrobić jakieś nowe otwarcie i do końca liczyłam na to, że będzie jednak lepiej a nie gorzej. Pewnie dlatego poddałam się dyktowanemu z góry konsumpcjonizmowi i ubzdurałam sobie, że bardzo potrzeba mi konsoli z Kinectem. Kontekst był też niezmiernie ciekawy, bo oprócz tego, że chciałam sobie sprawić ciekawą zabawkę, to jeszcze pomyślałam, że sobie przy tym poćwiczę i zadziała to co najmniej jak zamiast wizyty na siłowni.

Po świętach udałam się do sklepu z elektroniką gotowa tam zostawić niecałe 2 tysiące złotych, jednak konsol nie było. Dobra, poczekam. Zapowiedziano mi, że po nowym roku będą. Jednak po nowym roku okazało się, że tych konsol w ogóle nie ma i to nie tylko w danym sklepie. Jak to dobrze, że nie zostawiłam żadnej zaliczki! A byłam gotowa ją wciskać w łapki cwanego sprzedawcy (naprawdę cwaniaczek!). Nie ma konsol, w porządku, ja to przeżyję. Może to znak? Boli mnie tylko to, że wbrew zapowiedziom, ze sklepu nawet nie zadzwonili mnie poinformować, że towaru nie ściągnęli (co z tego, że jest w filii w innym mieście?). Całe zajście tylko mi uświadomiło, że tego sprzętu jednak nie potrzebuję, bo wewnątrz nadal jestem tak samo smutna jak i byłam i ciekawe czy w takim stanie psychicznym miałabym w ogóle siły lub ochotę by go rozpakować już nie mówiąc o docenieniu.

Nie wiem jak wy, ale ja czuję się coraz bardziej zagrożona i coraz bardziej bezradna ponieważ choćbym nie wiem jak się starała to już nie daję rady. Nie jestem w stanie zarobić tyle, żeby być w stanie raz na miesiąc pojechać na szkolenie i jeszcze żeby mi na jedzenie do końca tegoż miesiąca starczyło. Nie jestem w stanie spełniać różnych wymogów polskiego rządu, który obywatela coraz bardziej ogranicza, coraz więcej wymaga, ale nigdy się nie przyzna, że nie jest w stanie o tego obywatela zadbać. Jest mi także jakoś źle z ludźmi, bo przecież ci ludzie mi nie pomogli, kiedy na ulicy wymagałam pomocy. Nie ogarniam powoli tego bałaganu.

A jaki był wasz początek roku?

23:16, wildfemale
Link Komentarze (4) »
niedziela, 01 stycznia 2012
William and Sly 2

Witajcie w nowym roku!

William przyjaźni się z liskiem. William mieszka w lesie. Will podpadł gnomom i dlatego te porwały jego notatki. W tej grze wcielamy się w liska, którego zadaniem jest zebranie wszystkich 25 fragmentów, przedzieranie się przez jaskinie, odwiedzanie świątyń, ale przede wszystkim wcinanie grzybów, które lisek bardzo sobie upodobał.

Tutaj nie trzeba nikogo zabijać. Wystarczy beztrosko sobie skakać. Czasem lisek wysadzi jakiś głaz i to by było na tyle agresji w grze. Warto także napierać na ściany, ponieważ czasem gnomy rzucają na nie słaby czar polegający na tym, że jaskinia udaje zwartą ścianę. W takich jaskiniach nader często rosną grzyby lub kryją się kluczyki do skrzynek. Znajomość języka angielskiego jest wymagana, ponieważ czasem lis odwiedza jaskinie i dostaje tam enigmatycznie brzmiące instrukcje. Bez znajomości angielskiego nie będziecie w stanie ich zrealizować.

Bardzo mocnymi stronami gry są jej grafika (śliczna!) oraz przyjemny podkład dźwiękowy. Czułam się jak w prawdziwym lesie. Gra jest totalnie wyprana z agresji, a pomysł poszukiwania podartych notatek po lesie jakoś do mnie przemówił. Lisek jest przesympatyczny i dlatego pozwoliłam sobie przejść grę aż dwa razy. Trzeba przyznać, że jest ona bardzo czasochłonna i wymaga kilku posiedzeń.

Jesteśmy wyposażeni w mapę planszy, którą zawsze sobie można otworzyć poprzez naciśnięcie spacji. Bardzo pożyteczna rzecz. Na szczęście twórca gry przewidział także możliwość jej save'owania. Dzieje się to automatycznie podczas każdego otwarcia mapy. Nie wstydźcie się zatem z niej korzystać. Pod odkryciu ich przez nas, na mapie automatycznie zaznaczane są także wielkie głazy, nie otwarte kuferki, kamienie do teleportacji (kiedy już zdobędziemy tą umiejętność) oraz słupy ahimni. Szkoda, że nie zaznaczono na niej także nie zebranych przez nas kluczy czy bomb, bowiem nie zawsze można do nich sięgnąć od samego początku gry, a pojawiają się one w polu widzenia.

Poprzednia część gry była również atrakcyjna graficznie jak na ówczesne możliwości. Jednak obecne wydanie jest chyba najatrakcyjniejszym wizualnie wydawnictwem tego typu w roku 2011. Wasze dzieci to pokochają. Kto by nie chciał być pracowitym, sytym liskiem?

William and Sly 2

Tagi: gra
00:51, wildfemale
Link Dodaj komentarz »