RSS
środa, 30 stycznia 2013
Bądź grzeczna!

Mam wrażenie, że już ciągle o tym gadam, że nudzę, że mam to posłannictwo wypisane na czole i ludzie są już nim zmęczeni, ale... może jeszcze troszkę posmęcę. Zwłaszcza, że powinnam pisać zupełnie coś innego w tym czasie...

Jako dziewczynka bardzo często słyszałam od rodziców polecenie "bądź grzeczna!". Jakby się tak bliżej przyjrzeć, to okazuje się, że ta grzeczność miała polegać na byciu cicho i "nie podpadaniu", czyli nie rzucaniu się w oczy, nie zgłaszaniu pretensji, nie skarżeniu się etc. Łapiecie mniej więcej? Nie mam pojęcia, czy dziewczynki nadal wychowuje się w ten sam sposób, natomiast mam poczucie, że w czasie gdy ja dorastałam większość rodziców wokół prezentowało taki właśnie trend. Grzeczne dziecko nie sprawia problemów i nie złości się.

Choć wydaje się to nieprawdopodobne, człowiek jest zdolny do wypracowania sobie wielu mechanizmów obronnych. W tym także do tzw. wypierania niektórych ze swoich uczuć. To, co wyparte przestaje być dostępne dla naszej świadomości. Takiemu wyparciu ulegają najczęściej rzeczy trudne, trudne uczucia. Jak najbardziej do tej kategorii należy też złość. Wypierałam ją latami. La-ta-mi! Nie czułam złości. Ludzie upokarzali mnie, krzywdzili, krzyczeli na mnie, a ja nic. Na pewno nie czułam na nich złości. A kiedy już byłam wyjątkowo blisko jej uświadomienia sobie to działały jeszcze inne mechanizmy. Nieświadomość człowieka jest szczwana. Moja podstępnie posuwała mi mechanizm obwiniania się. Szukałam więc w sobie winy, powodu tego, że ktoś mnie potraktował nie tak jak trzeba. Tak mnie to zajmowało, że znów "nie miałam czasu" odczuwać złości.

Do czasu. Było tak do czasu, kiedy nie spotkała mnie wielka trauma. Ktoś zrobił mi ogromną przykrość i zniszczył mnie. Właściwie od tamtego czasu żyję na nowo, inaczej, trochę lepiej i gorzej zarazem. W traumie, która mnie spotkała czułam bezradność, czułam się skrzywdzona. Znów zaczynałam w sobie szukać winy. Szukałam, szukałam, ale tym razem niesprawiedliwość, która mnie spotkała była tak wielka, że winy w sobie po prostu nie znalazłam. I wtedy poczułam coś dla mnie egzotycznego - złość. Jako bardzo już dorosły człowiek poczułam świadomie złość i to był początek nowego życia. Około tego czasu zdarzało mi się również wizytować onkologa (bardzo nieprzyjemna poczekalnia, bardzo nieprzyjemne oczekiwanie na diagnozę, trochę nieprzyjemne badania, bardzo bardzo agresywni i cwani inni pacjenci w poczekalni) i wówczas powiązałam swoją przypadłość z wieloletnim tłamszeniem w sobie złości. Spadła mi od tego odporność, limfocyty nie zeżarły nieprawidłowej komórki na czas i tak skończyłam u lekarza. Nie, to nie było nic poważnego. Poczułam się po prostu jakby ktoś pogroził mi z góry palcem i był to drugi argument za tym, by od teraz żyć inaczej.

Tak zaczęłam się złościć. Rozpoznawałam w sobie złość, nie musiałam wpadać w dzikie furie, ale po prostu się złościłam. Mówiłam innym, że się złoszczę, czasem nawet krzyczałam na innych. Napinałam się, robiłam awantury. Raz nawet ktoś z tego powodu płakał. Przeze mnie? Dziwne. Przecież na mnie nikt nigdy nie zwraca uwagi. Przecież ja jestem grzeczna i mnie każdy może wejść na głowę. Złoszczenie się w kontrolowany sposób (czyli bez tracenia kontaktu z rzeczywistością i kontroli nad własnym zachowaniem) było jednym z moich większych osiągnięć rozwojowych. Od kiedy to robię także czuję się zdrowsza i byłam przekonana, że zaszła we mnie zmiana na lepsze.

Tymczasem dziś ktoś ważny dla mnie był świadkiem tego, jak się złoszczę. I co? I mnie opierniczył, że się źle zachowuję wobec ludzi (tak jakby ja człowiekiem nie była). A ja teraz siedzę w nocy i to przeżywam zamiast spać :( I jak ma być dobrze, skoro zawsze jest tak źle?

poniedziałek, 28 stycznia 2013
Zmienia się we mnie

... i tytuł poprzedniej notki zdaje się tylko to potwierdzać. Jakoś z mojego wnętrza przyszła potrzeba zmiany czegoś w sobie i to na takim namacalnym poziomie.

Jutro w końcu się zbiorę i odwiedzę krawca, którego sobie upatrzyłam do szycia garnituru na miarę. Nie mam pojęcia, czy pan się wykonania zlecenia dla mnie podejmie, ale garnitur szyty na miarę jest moim marzeniem od lat. Mężczyzn edukuje się, że nic tak nie zwiększa pewności siebie jak garnitur nie-z-sieciówki, a ja mam wrażenie, że w takim będę się czuła lepiej. Ponadto ładni mają łatwiej, to już psychologowie społeczni udowodnili. Chcę być zatem jak najładniejsza w formalnych okolicznościach. Zobaczcie jak daleką drogę przeszłam od rozterek nad tym, czy nikt mnie nie zabije za noszenie krawatu.

Wiele czasu dziś spędziłam na wybieraniu portfela. Stary się zepsuł i chciałam sobie kupić nowy, porządny. Rano przeglądałam oferty w sieci, jakoś nie zebrałam się w sobie by dokonać tego w tygodniu. Ostatecznie wybrałam sobie portfel, prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu będę się mogła nim cieszyć, naprawdę zamierzam się cieszyć:)

Dotychczasowe zmiany imidżu brzmią bardzo męsko. Niesłusznie. Czuję się kobietą i chcę być bardziej kobieca. Po prostu w marynarkach i pod krawatem czuję się elegancka. Nie dałyby mi tego tradycyjnie kobiece falbanki czy kilogramy biżuterii. Czy wspominałam już, że na początku roku kupiłam sobie pierścionek? Zadbałam o to, żeby był dobrze wykonany i noszę go w charakterystyczny sposób. I sam pierścionek charakterystycznym jest. Przecież takiego jak wszyscy bym mieć nie mogła;)

Rozmyślam także nad zakupem perfum, bo dotychczas nie używałam żadnych. Uprzedzam pytania i wyjaśniam, że myłam się jak najbardziej i w dodatku używałam dezodorantu. Po prostu perfum nie dodawałam. Co ze mnie za kobieta bez perfum? Koniecznie powinnam w siebie zainwestować. Życzliwie internautki już wyedukowały mnie co do różnić między perfumami, a wodą perfumowaną czy toaletową. Będę się czuła pewniej w perfumerii;)

Dziś w nocy śnił mi się dziwny sen. Prawie wszystko co mi się śni odbieram jako dziwne, bo w ogóle rzadko mam marzenia senne. Na pewno zaś już rzadko je zapamiętuję. Tym razem w scenerii jak z gdańskiego starego miasta drogę w bramie zastąpił mi wychudły stary kapłan odziany głównie w przepaskę na biodrach. Silny był mimo chudości, próbował mnie zatrzymać, ale wyrwałam mu się. Mimo wyglądu otoczenia miałam poczucie, że znajduję się w Poznaniu i muszę zdążyć na pociąg do Krakowa. Z domu wyszłam odpowiednio wcześniej, ale żaden tramwaj nie nadjeżdżał, ponieważ zdjęto tory, rozkopano torowisko i z powodu remontu nic tą trasą nie jeździło. Postanowiłam więc pobiec na dworzec. Zupełnie nie rozumiem dlaczego droga do niego wiodła przez gdańskie Długie Pobrzeże...

Ponoć sny królewską drogą do nieświadomości...

Tagi: refleksje
01:10, wildfemale
Link Komentarze (3) »
piątek, 25 stycznia 2013
Trochę mi lepiej

...ale przyznaję to z dużą dozą nieśmiałości.

Być może było mi łatwiej sobie radzić, dlatego, że nie przeczytałam jednak jeszcze tej wspominanej niżej książki o zakochiwaniu się. Jeszcze bardziej prawdopodobne jest, że polepszyło mi się, jak sobie pogadałam z życzliwymi osobami na temat mojej samotności.

Okazuje się bowiem, że różne rzeczy sobie odbieram. Niby nie znam się na związkach, ale gdy chodzi o poradzenie w tych sprawach komuś obcemu, to nagle mam wiele koncepcji, hipotez, porad czy trafnych pytań. Czyli jakbym jednak na związkach się znała. Ponadto mam dobre rozeznanie we własnych potrzebach i odczuciach w kontakcie z płcią przeciwną. Swoje relacje buduję po swojemu, może nie wszyscy mnie kochają i pożądają, ale za to niektórzy bardzo wylewnie cieszą się na mój widok.

Love story w moim miejscu pracy trwa i rozwija się obrzydliwie dobrze. Na początku rzygałam tęczą, a teraz jakoś mi to zobojętniało. Po prostu skupię się na szukaniu własnego szczęścia.

Tagi: refleksje
22:47, wildfemale
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 stycznia 2013
Niby jest tak dobrze

...a jednak jest tak źle.

Ostatnie tygodnie wiązały się z nawałem pracy, ale liczę, że za tą pracą pójdzie gratyfikacja finansowa. Zatem ostatecznie powinno mnie to cieszyć. W ogóle jeszcze parę innych rzeczy udało mi się doprowadzić do szczęśliwego zakończenia, zatem tym więcej powinnam mieć powodów do radości. Stawałam przed nowymi wyzwaniami, wybrnęłam z różnych problemów. Praktycznie byłam tak zajęta, że nie miałam czasu się martwić. Może dlatego zmartwienia dopadły mnie z nową mocą? Znikąd wsparcia.

Moja spostrzegawczość także ostatnio nie stępiała. Przykładowo dziś udało mi się spostrzec choinkę wyfruwającą cichutko z 10. piętra bloku. Przyznajcie, że widok to niezwykły. Wczoraj w barze dosiadł się do mnie jakiś arcyciekawy hipster w kapelusiku. Żarł szpinak (wyglądający jak trawa zwymiotowana przez kota - na zdrowie!) i kotlety jajeczne. Pewnie myślał, że jest piękny i zdrowy, a ja myślałam, że jest bucem, który nawet nie zapytał, czy może się przysiąść choć w tym barze wszyscy inni tak robią.

Tymczasem ja czuję się coraz bardziej samotna, a otoczenie jakby coraz trudniej tą moją samotność unosiło. Zaczynam myśleć, że coś ze mną nie tak, a im smutniejsza jestem i im gorzej o sobie myślę, tym trudniej jest mi się starać i zauważać jakiekolwiek pozytywne aspekty własnego położenia. Najwyraźniej jestem nosicielem jakiegoś poważnego defektu. Ostatecznie przychodzi mi do głowy, że wszystko jest bez sensu i że w obecnej sytuacji równie dobrze mogę np. rzucić aktualną pracę, bo skoro jutra nie będzie to po co dziś się starać...

Jednocześnie intuicyjnie czuję, że to co ja mam to nie depresja, że to za mało jak na depresję, że bywają przecież chwile normalności. Trwają dokładnie tak długo, jak długo nie konfrontuję się z tym, że to przecież moje beznadziejne życie i że miłe chwile najwyraźniej zdarzają się tylko po to, by te gorsze po nich bolały bardziej. Poprzedni rok był dla mnie pełen trudnych przeżyć. Trudnych i jednocześnie zmieniających moje nastawienie do wielu spraw. Jakbym dojrzała, zyskała głębię spojrzenia na problemy egzystencjalne tak wielką, że niektórzy przenigdy jej nie osiągną. Dziś walczę z każdym dniem, albo każdego dnia i może..., może to jest dobra taktyka.

Bo może gdyby tak rozpatrywać te dni w dużym pakiecie, to on by mnie wziął i przytłoczył, a tak to mam do wykonania jeden mały kroczek po drugim i wydaje się to bardziej do ogarnięcia. Zdrowym sposobem na poprawienie sobie nastroju jest dla mnie kupowanie sobie książek. Lepsze to niż kupowanie sobie czegoś niezdrowego do żarcia, albo czegoś niepotrzebnego. Zresztą, psychologowie już dawno udowodnili, że smutniejsze osoby chętniej wykonują jakąś aktywność (bo to daje szansę na zmianę sytuacji), a także są sumienniejsze i bardziej czujne (bo niebezpieczeństwo czeka za rogiem). Optymalny poziom obaw i stresu są zatem dla mnie wręcz dobroczynne. Kto jednak zauważy, że martwię się ciut za dużo, skoro jestem taka samotna?

Nie rozumiem dlaczego koleżanki w pracy porównują sposób umalowania paznokci i czemu podniecają się tuszem do rzęs z silniczkiem. Nawiasem mówiąc sama nie zauważyłabym nowych paznokci i nie miałam pojęcia o istnieniu takich tuszy. Widocznym plusem chodzenia do pracy jest dokształcanie się i w takiej materii. Nie mam nic przeciwko poszerzaniu horyzontów.

Tylko czemu ta ostatnio kupiona książka dotyczy zakochiwania się?

niedziela, 06 stycznia 2013
Kiedy byłam mała...

Kiedy byłam mała, miałam różne pomysły na siebie. Całkiem sporo tych pomysłów. Przez bardzo długi czas chciałam być poetką. Swój pierwszy wierszyk napisałam... kiedy jeszcze nie umiałam pisać. To znaczy bardziej podyktowałam go tatusiowi. Przez długi czas był on gdzieś przechowywany. Obecnie gdzieś się zawieruszył. Potem pisałam wiersze, na pewno aż do późnej podstawówki. Nawet kiedyś zajęłam drugie miejsce w jakimś konkursie na wiersz o jesieni. Rymy w nim były niedoskonałe, ale mama była z niego dumna. Pojawił się w tomiku wierszy wydanym sumptem szkolnej biblioteki i... w maminej pracy. Mimo wszystko rodzice z przerażeniem przyjmowali moje deklaracje, że chcę być pisarką. Pewnie obawiali się, że na chleb nie zarobię. I pewnie zresztą bym nie zarobiła. Z czasem w mojej twórczości coraz mniej było rymów, pisałam wiersze białe, aż w końcu przestałam pisać. Z wyjątkiem krótkiego opowiadania, które napisałam na początku szkoły podstawowej, na pewno nie byłabym w stanie napisać nic dłuższego, wymaga to ode mnie zbyt wielkiego skupienia. Napisanie pracy magisterskiej było prawdziwą męką, napisanie pracy zaliczeniowej na koniec studiów podyplomowych wisi nade mną, pisanie artykułów naukowych idzie mi jak po grudzie, choć ciekawości poznawczej i pomysłów na badania mi nie brakuje. Z czasem przeszły mi ambicje na zostanie pisarką czy poetką i chyba dobrze.

W dzieciństwie miałam dużo swobody. Przynajmniej w niektórych sferach. Gdy koleżanki z klasy przychodziły na urodzinki, wręcz zazdrościły, że u mnie jest tak "fajnie". Pozwalano mi rysować po ścianach. Po latach w domu zachowały się na pewnej wysokości "freski" z Cyzem - wymyśloną przeze mnie postacią. Jest to typowy "głowonóg" jak na tego typu rysunki mówią psycholodzy rozwoju. Kiedyś też dostałam zieloną kredkę, która miała być zmywalna ze ściany. W pewnym stopniu była, ale niestety nie był to produkt idealny. Rysunki zachowały się przez tak długi czas nie do końca wiem dlaczego. Rodzice zawsze mieli ambicję przeprowadzić się gdzie indziej, toteż w remonty nie inwestowali. Z perspektywy czasu postrzegam to jako wielki błąd. Do dziś brakuje mi zmysłu artystycznego, nie umiem urządzać przestrzeni, nie mogę się przyzwyczaić do korzystania z szafy. Szkoda, z szafą wszystko wygląda estetyczniej.

W tym idealnym domu jakby nie było dla mnie miejsca. To znaczy był taki jeden pokój, ale pełnił on role graciarni. Stały tam kilogramy parkietowych klepek i dwa komplety mebli. Także sporo części zamiennych do samochodu marki Maluch i akumulator, którego nie wolno mi było dotykać. Samochód ten bardzo lubiłam. Parkiet ostatecznie nigdy nie został zużyty, bo się chyba powypaczał, za to był doskonale palny. Swego czasu próbowałam przerobić inny z pokoi na swój własny. Ustroiłam ściany naklejkami i kalkomaniami niczym w pokojach nastolatków, które widywałam w zagranicznych serialach. Matka to przyuważyła, gdy moje dzieła zajęły całą ścianę i szybko zaczęła niwelować szkody. Ostatecznie wywalczyłam sobie miejsce w zagraconym pokoju kiedy zaczęłam chodzić do szkoły. Uzasadniałam to tym, że przecież gdzieś muszę odrabiać lekcje. Dwa komplety mebli niestety ze mną pozostały. Po wstawieniu łóżka, które sama sobie kupiłam w prostokątnym pokoju pozostawało wąskie przejście. Mogłam się przechadzać w te i wewte niczym na więziennym spacerniaku. Ogromnie nudne. Ale wreszcie miałam jakieś swoje miejsce. To znaczy nie do końca swoje, kiedy odwiedzała nas babcia, zawsze jej się wydawało, że to jej pokój, ale to pewnie dlatego, że trwał u niej proces otępienny.

Kiedy byłam mała wydawało mi się, że tak jeszcze wiele rzeczy przede mną. Zresztą wiele rzeczy zrobiłam, byłam aktywna, w niejednym zespole byłam najmłodsza. Dziś mam poczucie niejednej straconej szansy. A jednocześnie przyszedł już ten moment, gdy to ja mam coś do zaoferowania młodszym od siebie ludziom, mogę służyć im radą, nauczyć ich czegoś, kształtować może jakieś postawy. Dać tyle, ile sami zechcą sobie ode mnie wziąć. Tylko jednocześnie jest we mnie podejrzenie wiele smutku, że to jednak nie jest tak idealnie i w moim życiu jest nie do końca tak, jak chciałabym, żeby było...

środa, 02 stycznia 2013
Notatka do siebie

Zaczął się nowy rok, a dla mnie dziś tak wiele rzeczy się zaczęło. Tak intensywnie dzisiaj żyłam, a jutrzejszy dzień także zapowiada się intensywnie. Nie wiem jak to zniosę, ale doświadczenie pokazuje, że o ile przeżyję, to w takich warunkach uczę się najskuteczniej.

Dostałam właśnie dziś telefon, że już w przyszłym tygodniu jedna życiowa sprawa ma szansę się dla mnie rozwiązać. Niby fajnie, że coraz bliżej rozwiązania, tymczasem ja się zaczęłam denerwować jak głupia. Zwłaszcza kiedy okazało się, że mam zorganizować catering dla Bardzo Ważnych Osób, a ja o takich organizacjach nie mam pojęcia. Tak jakby każda kobieta miała wiedzieć jak to się robi... Wredne stereotypy. W dodatku wyraźnie dano mi do zrozumienia, że mam się dostosować, albo w ryj i nikogo nie obchodzi, że ja w tym czasie miałam być kilkadziesiąt kilometrów dalej, bo tak się zadeklarowałam jakiś rok temu... I teraz szukaj tu kogoś na zastępstwo. Nie ma nikogo, kto kochałby mnie tak bardzo. Ciężko nawet znaleźć kogoś, kto by mnie choćby lubił...

Wymieniłam się dziś numerem telefonu z kobietą, którą podziwiam. Tak bardzo, że nie śmiałam o ten kontakt nigdy prosić. Tymczasem ona do mnie zdziwiona "to ty nie masz mojego numeru?". Może ona też mnie lubi, a może to tylko efekt niedawnego świętowania? Ktoś, kto mnie nie widział cały kwartał szczerze rzucił mi się na szyję w powitaniu. Cudownie:) To takie miłe. Do tego toczyłam jeszcze dziś telefoniczną rozmowę z osobą dla mnie szczególną. Szczególną, bo to głęboki kontakt, który zawiązał się bardzo szybko. Wyjątkowe tempo zacieśniania więzi wynika chyba z podobnych przeżyć i problemów. Dobrze mi z tym.

Pod koniec dnia spotkałam koleżankę ze studiów. Gdyby sama mnie nie zaczepiła nie poznałabym jej. Była z trzyletnim synkiem. Cudze dzieci szybko rosną. Jeszcze przed chwilką przecież woziła go w wózeczku. Pracuje, mały chodzi do przedszkola, wcześniej miał nianię. Robił cudowne wrażenie. I po raz pierwszy w życiu poczułam, że się nie dziwię temu, że ludzie mają dzieci. Że w tej jej opiece nad małym jest dużo czułości i że ta czułość jest fajna. Nawet jakieś dziewczyny w autobusie się zaczęły małym zachwycać:) Czyżbym dojrzewała i okazywało się, że jednak jestem typową kobietą? Od ostatniego dnia roku noszę pierścionek. Owszem, jest to niewygodne i grozi urazem. Dodatkowo źle dobrałam rozmiar i dlatego noszę go nie na tym palcu, na którym planowałam. Jednak w tym samym czasie odkryłam, że biżuteria to jednak jest frajda. Wybrałam sobie pierścień, którzy ma jakąś symbolikę, nie jest miałki i cieszy mnie samo jego posiadanie. Wzrósł mi poziom estrogenu?

Dużo tego wszystkiego jak na jeden dzień i pewnie chaotycznie. Najważniejszy jest dla mnie ostatni akapit. Tylko nie mówcie, że wasze życie tak codziennie wygląda. Mnie by takie tempo zabiło. A teraz przechodzę offline pouczyć się, bo nauki nigdy za wiele.