RSS
niedziela, 26 stycznia 2014
Czy gender musi zginąć?

O teorii gender słyszałam już wcześniej, ale specjalnie się w nią nie wgłębiałam. Kojarzyła mi się z feministkami i w zasadzie nie wiadomo z czym. Ostatnio o gender słyszymy wszyscy i, w mojej opinii, dzieje się tak głównie za sprawą kościoła. Inaczej sprawa się ma z samym słowem gender, czyli tak zwaną płcią kulturową. Nigdy z tym terminem nie miałam problemu i znam go od dawna. Rozumiem przez gender zupełnie to samo co WHO, czyli społecznie skonstruowane role, zachowania, zajęcia i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet i mężczyzn. Innymi słowy, każda kultura po swojemu określa co jest męskie, a co kobiece i to jest właśnie ta płeć kulturowa. Nihil novi. Zdziwiła mnie zatem burzliwość dyskusji o gender studies, zwłaszcza kiedy w Wikipedii przeczytałam, że ich początki sięgają lat 70. ubiegłego wieku. Zanim przejdę do szczegółowego omówienia artykułu, który stał się właściwym przyczynkiem do napisania tej notki, nadmienię jeszcze, że sama płeć także nie jedno ma imię, a przynajmniej nie jeden aspekt. Tych aspektów jest dziesięć, od płci genitalnej (sex), którą określamy na podstawie wyglądu zewnętrznych narządów płciowych, poprzez płeć genetyczną (chromosomy), hormonalną, fenotypową etc., aż do płci społecznej czy psychicznej czyli gender właśnie. Podział ten przestaje być jedynie przyczynkiem do dyskusji akademickiej, a staje się podstawą do rozstrzygnięć w sytuacjach, kiedy określenie płci staje się trudne. Przykłady to: interseksualizm, transseksualizm, zespół feminizujących jąder, zespół Mayera-Rokitansky'ego-Küstera itd.

Ze świadomością zależności opisanych w akapicie powyżej żyję już dość długo i wpływ tej wiedzy jest dla mnie samej niezauważalny, a w każdym razie niezauważalny na tyle, by nie wszczynać wokół tego żadnej afery. Z  zainteresowaniem zatem zauważyłam, że dzisiejszy numer "Gościa Niedzielnego" (nr 4 rok XCI) poświęcił gender, a właściwie tematowi kobiecości i męskości całą okładkę (nawiasem mówiąc wyglądającą jak plakat jakiejś natchnionej konferencji studentów psychologii). Na stronie 22 tegoż czasopisma natknęłam się na trzykolumnowy wywiad z panią Agnieszką Waszkiewicz zatytułowany "Gender umrze śmiercią naturalną". Lektura owego wywiadu przeprowadzonego przez Agatę Puścikowską niezmiernie mnie zniesmaczyła. Dlaczego? O tym poniżej.

We wstępie znalazłam informację, że pani Waszkiewicz jest "psychologiem, filozofem i bioetykiem". Zaiste, wzbudziła mój respekt ta mnogość tytułów, spodziewałam się zatem merytorycznych wypowiedzi i z tym większym entuzjazmem przystąpiłam do lektury. Pewne moje podejrzenia budzi fakt, że nie udało mi się wyguglać pani ekspert, ale może niedokładnie szukałam. Interesowało mnie, na jakich uczelniach ta pani zdobyła swoje tytuły i czym się obecnie zajmuje, chciałam postrzegać jej wypowiedzi w szerszym kontekście, bowiem prawie każda jej wypowiedź budziła moją niezgodę.

Na pytanie o genezę płci psychologicznej pani odpowiada:

"Wydaje się, że pojęcie to powstało jako antagonizm do płci biologicznej. Nie jest więc pojęciem naturalnym."

Ten tok myślenia niesie ze sobą pewien posmak filozoficznej dedukcji, ale czy na pewno poprawnej? Po psychologu spodziewałabym się wiedzy o dziesięciu aspektach (rodzajach?) płci, które wymieniłam powyżej. Wiedzę taką przekazuje się studentom psychologii, a także medycyny. "Pojęcie naturalne" to termin psychologiczny, oparty na podobieństwie do "typowych" egzemplarzy (np. wszyscy wiemy, że koty są czworonogami pokrytymi sierścią i umiejącymi miauczeć, wiedzę tę opieramy na doświadczeniu a nie kryteriach koniecznych i wystarczających do bycia kotem. Sfinksy mogą w tym przypadku nie być przykładem kota, tym bardziej nieme i kulawe sfinksy). Zgodnie z tym płeć biologiczna i płeć psychologiczna są pojęciami tak samo naturalnymi. Doskonale wiemy, że każda z tych kategorii ma swoje kulawe sfinksy, czyli nie każdy kto nosi brodę musi mieć penisa i nie każdy prowadzący wózek dziecięcy jest kobietą. Wyjątki te nie utrudniają większości osób intuicyjnego rozumienia kim jest biologiczna kobieta lub jakie zajęcia większość Polaków uznaje za męskie.

W tej samej wypowiedzi Waszkiewicz definiuje płeć biologiczną i przechodzi do stwierdzenia:

"Rodzimy się po prostu albo jako kobieta, albo jako mężczyzna."

Zasadniczo prawda, ale znów nie pozbawiona wyjątków takich jak osoby interseksualne mające niejednoznaczne narządy płciowe czy osoby transseksualne, które czują, że ich płeć jest inna niż wskazywałoby na to ciało, w tym narządy płciowe. Oczywiście, osoby takie najczęściej same określają jaka jest ich płeć w ich odczuciu, jednak: a) definiowanie to zachodzi najczęściej dłuższy czas po urodzeniu, a nie w jego chwili (w akcie urodzenia zapisuje się płeć noworodka), b) różne aspekty płci nie są w tym momencie ze sobą zgodne. Ów binarny podział nie zawsze jest możliwy do dokonania.

Omawiając definicję płci psychologicznej, z której istnieniem Waszkiewicz się nie zgadza, przytacza ona przykład określania płci osoby z zakupami i z dwójką małych dzieci. Mówi ona, że 30 lat temu można by mieć pewność, że osoba ta jest kobietą, natomiast:

"Obecnie, według zwolenników "płci psychologicznej", nie byłoby to takie pewne, bo role społeczne zmieniają się i również mężczyźni robią zakupy i zajmują się domem. (...) Te nowe funkcje nie odbierają mu męskości."

Skoro wszyscy zadowoleni to po co bić pianę? Role społeczne kobiet i mężczyzn zmieniają się nieuchronnie, gender czy nie gender. Nie wierzę ponadto, że jak widzicie faceta z zakupami i dziećmi to od razu doznajecie konfuzji co do jego płci. Zmienia się definicja płci psychologicznej, pewne różnice się zacierają, ale nie stanowi to wielkiego społecznego problemu. Autorka wywodu raczej opisuje proces naturalnie zachodzących zmian, który mógłby się znaleźć w rozmaitych dyskusjach, w różnych kontekstach. Następnie omawia ona jaką rolę w kształtowaniu płci psychologicznej, z której istnieniem się tak bardzo nie zgadza, odgrywa wychowanie:

"W społeczeństwie zachodnim od niemowlęctwa przecież przez kontakt z dzieckiem komunikujemy mu, jakie powinno być. Od dziewczynek wymaga się zwykle, żeby były delikatniejsze, spokojniejsze, bardziej empatyczne. Od chłopców - by byli bardziej przebojowi, nie mazgaili się, byli odważni itd. I moim zdaniem to bardzo dobrze. Dziecku powinniśmy pozwolić na bycie sobą, wspierać jego naturalne cechy."

Czy mnie się tylko wydaje, czy w tej wypowiedzi ambiwalencja aż bije po oczach? Albo mamy określone oczekiwania co do cudzych cech, albo pozwalamy komuś być sobą. Pani jest tak kategoryczna, że mam wrażenie, że przebojowe dziewczynki zrzuciłaby ze skały, a empatycznych chłopców wypędziła do ciemnego lasu. Oczywiście, że owijanie niemowląt różnej płci w różnokolorowe kocyki jest uwarunkowane kulturowo, ale ta wrażliwość/ przebojowość ma też uwarunkowania temperamentalne, czyli w dużej mierze biologiczne. Optymalne byłoby rozeznanie naturalnych cech dziecka i wspieranie ich, niezależnie od tego czy zgodne są ze stereotypem kulturowym. Zwłaszcza, że (patrz wyżej!) stereotypy te są płynne i właśnie ulegają zmianie.

"Gdy po czterech córkach urodził nam się syn, nie mieliśmy w domu nawet połowy samochodzika zabawki. (...) Jeśli konkretna dziewczynka woli chłopięce zabawy, a chłopiec - zamiast grać w piłkę - skacze na skakance, to nie brońmy im tego."

Naturalnie, że nie. Ale dzięki intuicyjnemu rozumieniu czym jest płeć kulturowa dostrzegamy, że to dziecko podejmuje zachowania nietypowe dla jego płci biologicznej. Nie znaczy to jednak, że zmienia ono płeć. Prawdę powiedziawszy bardzo mnie smuci, że te cztery dziewczynki nie miały samochodzika, dziewczynki przecież uwielbiają złożone zabawki. Jako dygresję podam jednak informację, że typowo męskie zabawy statystycznie częściej występują u dziewczynek z wrodzonym przerostem nadnerczy (androgenizujące zaburzenie hormonalne), a pewne "sfeminizowanie", miękkość, szczególna fluencja słowna i wrażliwość na piękno spotykane są u uległych gejów. W pierwszym przypadku na zachowanie wpływ ma zaburzenie hormonalne, w drugim pewnie geny i specyficzna architektonika mózgu. Osoby te nie będą miały problemu z określeniem swojej płci biologicznej, a pewnie także psychologicznej, nie pasują one jednak do stereotypu kulturowego.

Kontynuując temat pani (m.in.) psycholog przytaczaj historię próby traktowania jako dziewczynki kanadyjskiego chłopca, który stracił penisa. Eksperyment ten skończył się tragiczną samobójczą śmiercią pacjenta, który zresztą od początku protestował przeciw wytworzeniu u niego pochwy w miejsce utraconego penisa.

"Natury nie da się oszukać."

mówi ekspert. Istotnie, jest to jednak opowieść argumentująca właśnie to, że mimo zmiany pewnego aspektu płci biologicznej (zmiana wyglądu narządów płciowych), poczucie płci psychologicznej nie zmieniło się. Pojęcia płci biologicznej i psychologicznej są tak samo naturalne i niemożliwe jest zmienienie tego na siłę. Przytaczana historia mówi jedynie o tym, że niemożliwe, a nawet nieetyczne jest zmienianie tej tożsamości płciowej na siłę. Nie jest ona jednak argumentem przemawiającym za tym, że płeć biologiczna i społeczna/ psychologiczna zawsze muszą iść w parze. Przykładem takiego dysonansu jest istnienie transseksualistów, którzy przecież nie mają wątpliwości co do swojej płci biologicznej i tożsamości płciowej mimo że są one ze sobą w sprzeczności. Oba te aspekty płci są u nich tak samo naturalne.

Przeprowadzająca wywiad nie omieszkała także zapytać czemu czasem dorosły człowiek dobrowolnie "zmienia płeć" (cudzysłów oryginalny). Uzyskuje odpowiedź:

"Zastanowiłabym się przede wszystkim, czy taka osoba nie jest zaburzona psychicznie, zbadałabym najpierw jej osobowość. Bo z pewnością fakt, że na przykład dorosły mężczyzna zaczyna nosić sukienki i mówić, że jest kobietą, nie jest zgodny z naturą."

Początek tej wypowiedzi nie wzburzył mnie, jednak już jej końcówka jest oburzająco stygmatyzująca. Oczywiście, nagle pojawiająca się chęć zmiany płci może być oznaką zaburzenia psychicznego i to nie tyle nawet zaburzenia osobowości, co nawet psychozy. Diagnostyka osobowości jest także elementem kwalifikacji transseksualisty do procedury leczenia operacyjnego, ale nie jest to jedyny rodzaj diagnostyki jaką się wówczas przeprowadza. Konsultacja genetyczna czy endokrynologiczna także jest wskazana, nie mówiąc już o np. fizykalnym badaniu ginekologicznym. Mowa o "zgodności z naturą" jest swoistym echem tych "pojęć naturalnych" z początku wywiadu i narzuca mi raczej ideologiczne, a nie naukowe skojarzenia. Na to zgody nie mam. Naturalność to bardzo szerokie pojęcie. Zgodnie z nauką transseksualizm czy transwestytyzm są fenomenami występującymi w naturze, aczkolwiek nie u większości populacji. Dorosły mężczyzna może przywdziać sukienkę bo czuje się kobietą (transseksualizm M/K), albo chce odczuć satysfakcję emocjonalną (transwetytyzm o typie podwójnej roli) lub seksualną (transwestytyzm fetyszystyczny). Dla porządku należy przyznać, że zarówno transseksualizm jak i transwestytyzm figurują w rozdziale dotyczącym zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania ICD-10, ale są tam wszystkie zaburzenia związane z seksualnością człowieka, zaburzenia erekcji także. Nie wynikają one z choroby psychicznej. Poczucie tożsamości płciowej jest najbardziej bazalną warstwą życia erotycznego i nie podlega zmianie w wyniku psychoterapii czy perswazji (vide historia chłopca z amputowanym prąciem). Mało tego, w przypadku transwestytyzmu potrzeba przebrania się w ubrania typowe dla płci przeciwnej występuje okresowo, poza tym mężczyzna taki (transwestytyzm częściej dotyczy mężczyzn) ubiera się po męsku. Transwestytyzm bywa często akceptowany przez partnerki takich mężczyzn i wiele z nich wyraża na niego zgodę co mieści się w takim razie w seksualnej normie partnerskiej i wręcz nie wymaga leczenia. Czy zatem na pewno transseksualizm i transwestytyzm są niezgodne z naturą?

Następnie dalej drążona jest kwestia wychowania.

"Dziecko powinno widzieć poprawne wzorce kulturowe, według których kobieta to po prostu kobieta, a mężczyzna to mężczyzna. (...) Jeśli środowisko lansuje pewne mody, to nie łudźmy się, że nasze dziecko temu się przeciwstawi. Obecnie np. w mediach bardzo często dewiacja jest przedstawiana jako norma."

Najczęściej dziecko takie wzorce po prostu widzi. Typowe będzie zatem, że mały chłopiec sięgnie po dziecięcy wózeczek, bo widział jak tata to robi. Przecież nie będziemy oczekiwać, że sięgnie po karabin, z którym ojca w życiu nie widział, prawda? Ostatnie dwa zdania przytoczonej wypowiedzi są dla mnie zbyt wieloznaczne. Jakie mody? Jakie dewiacje? Dewiacja kojarzy się jednoznacznie pejoratywnie, intuicja podpowiada mi jednak, że moje poglądy na to co jest dewiacją znacznie różnią się od tego, co skłonna jest uważać (lansować?) pani Waszkiewicz. Dziecko natomiast od osiągnięcia pewnego wieku przeciwstawi się, jeśli ktoś będzie je np. ubierał niezgodnie z jego poczuciem płci. Dokładnie jak w historii kanadyjskiego chłopca, który w nosie miał, że wielki seksuolog wmawia mu, że wie lepiej.

Pani redaktor na koniec pyta, czy gender należy się bać. I na to uzyskujemy odpowiedź:

"(...) Mając na uwadze,ze jest to prąd społeczny całkowicie oderwany od natury. I jako taki zaburza psychikę ludzi, na których działa. Moim zdaniem nienaturalna ideologia gender umrze śmiercią naturalną. Jeśli nawet w krajach skandynawskich mimo wieloletniej propagandy nie udało się wmówić kobietom, że powinny być inżynierkami i policjantkami, a mężczyznom - że powinni być pielęgniarzami, o czymś to świadczy. Człowiek ma głęboko wpisane prawo naturalne i ideolodzy tego nie zmienią."

Znów ta natura... Przeraża mnie także ten pogląd o zaburzającym psychikę wpływie informacji o płci społecznej. W ciągu życia spotykamy się z takim nawałem absurdalnych teorii (posłuchajcie polityków!), że dziw iż jeszcze wszyscy nie poszaleliśmy. "Nawet" w krajach skandynawskich "propaganda" się nie powiodła (a nie mają tam więcej zaburzeń psychicznych?), za to w Polsce mimo braku dziesięcioleci wpływu zdaje się ona działać. Kto nigdy nie widział inżynierki, policjantki, a w szczególności pielęgniarza niech pierwszy rzuci kamieniem.