RSS
czwartek, 26 stycznia 2017
Kultura łagodzi obyczaje

Czuję się znacznie lepiej. Rozwiązał się jeden z moich problemów, który trwał od października ubiegłego roku. Kupiłam nową kurtkę o doskonałych parametrach technicznych. Nie była w stanie złamać mojego ducha nawet sprzeczka z bezmyślnym człowiekiem, który chciał mnie do czegoś zmusić i mu się nie udało. Najwyraźniej nie jestem taka głupia za jaką mnie ludzie biorą. Zdecydowałam się przejść pieszo kawałem miasta, żeby obejrzeć pewną ekspozycję czasową w muzeum. I to był bardzo dobry pomysł.

Oglądanie interesującej ekspozycji znakomicie utrudnia siedzenie i gryzienie się jakimiś zmartwieniami. Ponadto, podczas oglądania stałych ekspozycji dotyczących między innymi sztuki sakralnej doznałam czegoś w rodzaju objawienia. Nie jestem osobą religijną, nie chodzę do kościoła, nie modlę się, kilka lat temu na dobre zdjęłam krzyżyk z szyi bo czułam się jak hipokrytka. Co ciekawe, przeżegnuję się mijając kościół czy krzyż i gest ten mnie uspokaja. Oglądając te wszystkie kielich starsze niż ja, ornaty, chusteczki do trzymania pastorału, które już nie pamiętam jak się nazywają, a przede wszystkim realistycznie przedstawione figury Chrystusa z raną wyrytą głęboko w boku i zbryzganego krwią poczułam jakąś przemianę. Tysiące par oczu prześlizgiwały się po tych ołtarzach, tysiące gardeł zanosiły ciche modlitwy o interwencję w sprawach beznadziejnych. Wiele godzin spędził artysta rzeźbiąc czy malując sztukę sakralną niby na chwałę Pana, ale także hubrystycznie, z chęci zaistnienia, pozostawienia czegoś po sobie. Twórca, ci wierni, dawno już nie żyją, a kawały drewna, płaty farby olejnej trafiły za szyby, barierki owiewane sprzętem do nagrzewania, nawilżania. Pomyślałam sobie, że tworzenie takich dzieł ma w istocie wymiar duchowy, medytacyjny. Nie bez powodu egzemplarze te zrobiły na mnie większe wrażenie niż kolekcja ceramiki w pobliskiej sali, choćby nawet ta ceramika trafiła na stoły bogatych mieszczan z samych Chin.

Zatęskniłam za tą duchowością w swoim życiu. Wiem, że nie znajdę jej w kościele, ale w ogóle mało mam czasu dla siebie. Nie z powodu pracy, a raczej obranych strategii. Wolę siedzieć przed komputerem, proponować kolejny wykład, jechać na kolejne szkolenie (bo przecież ludzie mają mnie za głupią). Zupełnie jakbym robiła wszystko żeby nie czuć. Martwię się tym co będzie, albo co powinnam, często codziennie tym samym żeby potem i tak nic w tym kierunku nie zrobić. Ostatnio jest z tym lepiej, wykonałam cięgiem kilka telefonów i napisałam kilka mailli, które wiele wyjaśniły. Bez większych nadziei, ale czekam na wyniki rekrutacji do nowego miejsca pracy. Coś robię, coś zmieniam, ale bez histerycznego pędu że już, że musi, że mnie się należy.

Z wiekiem przychodzi swoista mądrość i cierpliwość, a nawet troszkę asertywności. Może bym uplotła jakąś koronę cierniową w ramach medytacji?

środa, 11 stycznia 2017
Depresja a gotowość na zmianę

Na wstępie nadmienię, że bardzo potrzebuję Waszej rady dotyczącej pewnej istotnej dla mnie kwestii, którą poruszę w ostatnim akapicie. Proszę poświęć kilka minut na przebrnięcie przez ten tekst i napisanie mi w komentarzu, jak byś postąpił na moim miejscu.

Szukałam opisu badań dotyczących modelu depresji i gotowości ludzi do sprzedawania kredek. Przysięgłabym, że według tamtego artykułu w depresji gotowość do zmiany rośnie. Przeczytałam cały internet, ale tego artykułu nie znalazłam. Znalazłam natomiast transteoretyczny model zmiany tria Prochaska, Norcross, DiClemente, które zmianę dzieli na fazę prekontemplacji, kontemplacji, przygotowania, działania, podtrzymywania zmiany i zakończenia zmiany. W Polsce do tego modelu najczęściej odnoszą się terapeuci uzależnień i... coache. Niewiele mi to dało, ale Wy z pewnością zastanawiacie się raczej, co skłoniło mnie do ukierunkowania poszukiwań w taki sposób.

Nie mam depresji, ani nie jestem uzależniona. Jeśli szukacie sensacji, to w tym momencie możecie przestać czytać. Miałam za to obniżony nastrój i rozważałam różne zmiany. Szukałam teorii, która mi pomoże, ukierunkuje moje dalsze myślenie. Byłam smutna, bo ktoś mnie upokorzył. Uwikłałam się w nadmierne rozważania na temat przyczyny tego upokorzenia/ własnej nieszczęśliwości. Według innych badań kobiety mają większą tendencję do uporczywego rozważania na temat przykrości, które je spotkały, ale marne to pocieszenie i wsparcie dla jednostki dotkniętej problemem (moi!), że jest w większości. Pamiętałam za to, że na takie stany najlepsze są aktywności odwracające uwagę i utrudniające martwienie się. Wyobraźcie sobie zatem moje rozczarowanie gdy okazało się, że zginęła łopata do odśnieżania :/

Dlaczego zatem mowa o gotowości na zmianę? Bo w ostatnich dniach miałam ją ogromną. Aż za ogromną. Miałam ochotę zakończyć niektóre relacje, rzucić aktualną pracę i wyjechać, kupić mieszkanie i zamieszkać w nim, wejść w nowy związek, zmienić branżę, być opryskliwą dla bogu ducha winnych ludzi. Tworzyło to konglomerat dość nieciekawy i destrukcyjny, ale gotowość na zmianę miałam zdecydowanie wzmożoną. Pamiętajcie by w depresji nie podejmować pochopnych decyzji. Ja na przykład na fali "doła" kupiłam nową kurtkę. Tylko czy ona mi na pewno nie była potrzebna? Wcześniejsza kurtka miała awarię, a ja chodziłam zziębnięta, smutna i... przekonana o tym, że spotyka mnie zasłużona kara. W dniu kiedy wybrałam się po zakup nowej była taka śnieżyca, że autobusy prawie nie jeździły. Stercząc na przystanku odczułam jak zamarzają mi stopy.Autobus miał jedyne 108 minut opóźnienia. Kiedy przyjechał to się rozkraczył po pół minuty jazdy, kierowca miał zablokowane drzwi i nie mogłam wysiąść by dogonić właśnie nas mijający autobus powrotny do domu jadący nieco inną trasą.

W ramach gotowości do zmiany zamierzam zainwestować w siebie oraz dowiem się gdzie w okolicy działa zakład fryzjerski, w którym można przekazać włosy na peruki. Zaczęłam też monitorować swoją aktywność fizyczną, a moje oczekiwanie co do tego, że jeśli będę ładna to równocześnie i szczęśliwa uległo weryfikacji. Rozwój osobisty tą drogą boli, ale też przynosi efekty. Na fali wzrostu wybrałam się także w końcu to tego sklepu (wcześniej racjonalnie oceniłam pogodę!) i kupiłam sobie najcieplejszą kurtkę jaką tylko mieli. Kiedy tylko zaczynałam wpadać w przykre rozważania ubierałam się w nią i szłam na spacer. Jestem mistrzem w maszerowaniu po śnieżnej brei w dobrym tempie. Po takim spacerku zawsze czułam się lepiej (jeśli nie czułam się lepiej, to znaczy że spacer był za krótki).

Jak wspomniałam wyżej pojawiła się we mnie też gotowość do zmiany własnego stanu psychicznego poprzez świadczenie pomocy innym, toteż ucieszyłam się, kiedy w mojej skrzynce pocztowej znalazłam kartkę z informacją o zbiórce odzieży dla organizacji dobroczynnej. Od wczoraj piorę i prasuję rzeczy, które chciałabym spakować do worka dla innych, zastanawiałam się nawet czy nie oddać poprzedniej kurtki, w której po prostu zepsuł się zamek. Poza tym ubranie jest w świetnym stanie i niejedną zimę jeszcze może przetrzymać. Z racji tego, że zepsuta kurtka ma dużą wartość materialną zaczęłam dociekać co się potem dzieje z oddanymi ubraniami i okazało się, że bezpośrednio do potrzebujących w najlepszym razie trafia niewielka frakcja. Taki sam los dotyczy ubrań wrzucanych do kontenerów.

I teraz mam nowy temat do zamartwiań. Co zrobić ze starą kurtką?

Nie dajcie mi się długo męczyć. Zamieśćcie proszę rady w komentarzach.

Tagi: refleksje
23:27, wildfemale
Link Komentarze (7) »