RSS
środa, 27 lutego 2013
Dziewczyny wojenne

"Nie pozwoliły by wojna zniszczyła ich marzenia." głosi informacja na okładce. A ja orientuję się, że niedostatecznie wiele wiem o II wojnie światowej, by móc należycie podejść do treści książki. Nasuwa mi się skojarzenie ze staruszką, która kilka lat temu zaczepiała mnie w autobusie wyzywają mi od "kawalerów" i chyba zmuszając mnie bym wstała. Czemu miałam nie siedzieć to nie wiem. Ludzie jej wtedy powiedzieli, że gdyby przyszły trudne czasy, to ta młodzież by się na pewno zmobilizowała i zachowała właściwie. I w takich czasach młodości zastała wojna bohaterki książki. Autor włożył sporo energii w przeprowadzenie wywiadów ze starszymi już przecież i schorowanymi bohaterkami książki.

Owszem, biorę pod uwagę, że bohaterskie czyny z biegiem czasu pięknieją, że dochodzi etos historii, że o zmarłych nie mówi się źle. Jednak nawet widziane przez taki pryzmat historie te nadal poruszają, sprawiają, że od treści nie sposób się oderwać. Czytałam to z wypiekami na twarzy, w autentycznym napięciu. Ponieważ nie znam się na historii i chyba już zbyt późno bym te zaległości nadrobiła, zdecydowałam się skupić na tym, na czym się znam, czyli na miłości w tamtych czasach, podejściu do związków, relacji. Recenzja ta będzie w pewien sposób szczególna, być może dla co wrażliwszych kontrowersyjna.

Moją uwagę zwrócił fakt, że panie zakochiwały się wówczas bardzo szybko. Często w dowódcy, często nie miała znaczenia potężna różnica wieku między partnerami. Szybko brały śluby, zachodziły w ciążę, zostawały matkami. Matkami w tamtych czasach! Prawdopodobnie dużą rolę odgrywał deficyt mężczyzn w wojennej pożodze. Być może losy bohaterek to także dowód na rolę fizjologicznego pobudzenia w procesie zakochania. Serce biło szybciej, bo za chwilę mógł się zdarzyć ostrzał, kocioł. Jednak kto mówi, że tego pobudzenia nie można przypisać miłości?

Bohaterki książki pochodziły z różnych domów, różnych środowisk. Kształciły się tajnie podczas wojny, zdawały tajną maturę, do edukacji wracały po wojnie. Studiowały ambitne kierunki, czasem robiły potem karierę naukową. W czasie wojny robiły ciekawe rzeczy. Po wojnie nie koniecznie. To uderzające! Te bohaterki wojenne dorabiały szyciem, sprzątaniem, prowadzeniem gospodarstwa. Po wojnie wszystko trzeba było umieć zrobić samemu i one umiały. Minęły lata zanim doczekały się należytych odznaczeń, uznania zasług, szacunku, pamięci.

Trudne to były czasu, toteż w relacjach nie brakuje wzmianek o strachu, przerażeniu, cierpieniu, wielkich stratach. Co zaskakujące, nie brakuje także humoru, żywego entuzjazmu z jakim podejmowane były ryzykowne zadania. Odnosi się wrażenie, że tylko młody człowiek zdolny jest do działania w dywersji, impulsywnego zapisywania się od oddziału żywych torped. Gdyby wojna zastała je kilka lat później, pewnie by się wahały. Wówczas chciały się na coś przydać, w ekspresowym tempie uczyły się strzelania i medycyny. Dokonywały bohaterskich czynów, a po wojnie pokornie szły szyć, uprawiać pole czy wspierały męża w jego działalności zarobkowej. Bez szemrania przechodziły do klasycznego modelu rodziny. Czyby były zmęczone tą wojną, chciały sobie odrobić spokojne lata spędzane w rodzinnym stadle o których w czasie wojny mogły tylko marzyć?

Coś niesamowitego jest w tych kobietach. Coś, co sprawia, że nie sposób nie przyglądać im się z fascynacją. Dzięki nim Polska odrodziła się po wojnie. Dosłownie, dzięki odchowanemu potomstwu i pośrednio dzięki wsparciu jakie świadczyły swoim mężom. O czym jest ta książka? O wojnie, cierpieniu kobiet w walce - pewnie tak, ale przede wszystkim o potencjale kobiet. W kontekście losów tego pokolenia śmieszne wydają się postulaty feministek czy banalne debaty o tym, czy "fotografka" lub "pilotka" to normalne słowa. Tym paniom te określenia nie były potrzebne, a mężczyznom, którzy ich otaczali pewnie nie przyszłoby do głowy "dyskryminować" koleżanki, która po prostu była dobrym pilotem albo znała się na konstrukcji broni. Okazuje się, że aby cię ludzie szanowali nie wystarczy/ nie trzeba być lekarzem/prawnikiem/inny prestiżowy zawód, tylko trzeba robić coś... pożytecznego z autentycznym zaangażowaniem.

Czy myślicie, że obecnie w razie trudnych czasów obecna młodzież podobnie by się zmobilizowała?

czwartek, 21 lutego 2013
Intymnie...

Namiętność, intymność i zaangażowanie to trzy składniki miłości pełnej według koncepcji Sternberga. Koncepcji w Polsce popularnej, znacznie się do jej rozpowszechnienia przyczynił prof. Wojciszke w swoich książkach. Intymność to taki rodzaj bliskości, w której diada (albo i bardziej skomplikowane konfiguracje, ale to rzadziej w naszej kulturze) wypracowuje sobie różne rzeczy, które są tylko ich, tylko ich dotyczą. Są to kwestie związane z zasadami w związku, z podziałem obowiązków, z ustaleniem czym nie dzielimy się z otoczeniem, jak rozwiązujemy trudne sytuacje. Bardzo ważne sprawy. Do ustalenia zasad w relacji zaczyna dochodzić już od pierwszego spotkania. Pamiętacie, które z was na początku decydowało o tym, gdzie pójdziecie, kto płaci i dlaczego? To już wiecie o czym mówię. A im bardziej zażyła relacja tym oczywiście większa intymność. Temat intymności chodzi za mną od dwóch dni, więc w końcu muszę go poruszyć.

Wczoraj jadąc autobusem miałam nieszczęście przysiąść się do parki siedzącej na tylnych siedzeniach autobusu. Nie spostrzegłam w porę, że dziewczyna ma udo przewieszone przez jego kolano i... jest strasznie pewna siebie, agresywna. Patrzyła spode łba na moją męską kurtkę. Miała tak ciasny światopogląd, że nie mieściło jej się w głowie, że ja sobie tą kurteczkę z radością kupiłam i od dawna taką właśnie chciałam posiadać. Generalnie, rozumiecie, wszystkie wsiadające dziewczyny były głupie, brzydkie i z jakichś powodów bardzo śmieszne. Miałam wrażenie, że młoda zaraz pójdzie w kurs i da im po mordach. Naprawdę nieciekawa scena. Ma jednak rację Bowen, który twierdzi, że ludzie w pary dobierają się pod względem podobieństwa (generalnie podobieństwa bardziej się przyciągają niż różnice) poziomu odseparowania od rodziny pochodzenia. Można być bowiem dorosłym, ale nie mieć własnego zdania, mimo mieszkania osobno, rodzice takiej osoby wciąż decydują o jej życiu. Klasycznym przykładem niskiego poziomu odseparowania jest osoba dorosła, która mieszka z rodzicami i nawet w przypadku posiadania partnera nie wyobraża sobie zakładania z nim wspólnego gospodarstwa. Przecież z mamusią jest wygodniej. Towarzyszący dziewczynie "partner" był jak najbardziej do siebie podobny. Obściskiwał się z nią (ach, jakaż demonstracja!), oblizywał i... klarował jej jakie szczęście ona ma, bo przecież on mógłby mieć każdą (sic!).

Działa widać prawo serii, ponieważ o ile dziś przejazd autobusem miałam wyjątkowo spokojny, to już rozmowy, których dziś byłam mimowolnym świadkiem mocno mnie zażenowały. Bardzo lubię rozmawiać o seksie, mam za sobą szereg warsztatów, które były bezpośrednio skoncentrowane na tematyce seksualności, które wymagały ode mnie pracy na głębokim poziomie i szczerego wypowiadania się. Lubię kontakt seksualny i szczególną bliskość, którą on daje. Jest to dla mnie sfera bardzo intymna i spłycanie jej stanowi istną profanację, z którą trudno jest mi się pogodzić. Bardzo mnie zatem zaskoczyło, gdy inteligentne i na co dzień rzutkie kobiety, które znam ze swojego otoczenia zaczęły o seksie rozmawiać w taki sposób, który mnie zażenował. Tak bardzo, że w tej dyskusji nawet głosu nie zabrałam, bo chyba musiałabym to zrobić dzieląc się refleksją, że są one tak płytkie i infantylne, że chyba potrzebują stu lat psychoterapii, żeby tą swoją seksualność rozwinąć. Między innymi dowiedziałam się, że jedna to o siebie wcale dbać nie musi, bo "on i tak nigdzie nie odejdzie", albo że jakaś tam koleżanka to zawsze wchodzi w taaakie zaburzone związki (w domyśle: moje związki są super i zdrowe, patrzcie i płaczcie). Hitem jednak było to, kiedy jedna z pań powiedziała, że dla swojego męża to ona była pierwszą kobietą, więc on się będzie bał z inną spróbować, bo faceci przecież boją się tego bardziej niż kobiety. Znacie taką teorię? No ja właśnie też nie znałam. Znam za to całą masę historii, w których pan w wieku średnim stwierdza, że innego życia jak w danej relacji (z kobietą, która jakoś się napatoczyła, a potem to było już wygodne przyzwyczajenie) nie zna, a czas ucieka i wchodzi w szereg nowych relacji, które pozwalają mu się sprawdzić jako mężczyzna i pokazują, że przez różne kobiety może on być zupełnie różnie odbierany. Rozmaite jego cechy dla różnych osób okazują się szczególnie ważne, cenione.

Czy to oznacza, że jestem za rozwiązłością? Za kompulsywnym staraniem się o własny wygląd "żeby on tylko nie odszedł"? Nie. W związku trzeba się czuć bezpiecznie. Ale żeby to robić, należy najpierw świetnie poznać siebie i swoje potrzeby, oczekiwania, deficyty. Zdecydowanie odradzam bycie w relacji czy formalizowanie związku, w którym się jest z czystego przyzwyczajenia, czy dlatego, że ktoś był dla nas pierwszy (uff! udało się, nie muszę już więcej tych świństw próbować...). Dojrzałość polega między innymi właśnie na znajomości tych swoich potrzeb i umiejętności ich komunikowania.

Przy takiej dojrzałości właśnie możliwe jest szanowanie czegoś tak ważnego jak intymność.

środa, 20 lutego 2013
Kto nie ma w głowie...

Dziś z pracy wychodziłam w pośpiechu. Jak często po godzinach, więc sprawnie się zwijałam, odkładałam różne ważne rzeczy na miejsce. Potem poszłam do pobliskiej biblioteki, porobiłam sobie zakupy, spotkałam kogoś po drodze. Potem jeszcze zostałam poczęstowana obiadem. A gdy relacjonowałam swój udany dzień uświadomiłam sobie, że... zostawiłam pendrive'a w pracy. Przenosiłam na nim dokument do wydrukowania, byłam taka szczęśliwa, że wydruk się powiódł bez problemu i... pendrive'a nie wyjęłam. Pikanterii sytuacji dodaje fakt, że jutro do pracy wyjątkowo nie idę (konferencja, yay!), a zapamiętane na nim miałam nagie fotki, listę donosów, zdjęcia z dzieciństwa bardzo, bardzo różne rzeczy, z którymi absolutnie nie chcę, żeby się ktoś z mojej pracy zapoznawał...

Zostałam też wsparta przez rodzinę w tej sytuacji. Wsparcie przyjęło formę komunikatu "A czemu ty nie pamiętasz o takich rzeczach???". Bardzo się poczułam wsparta. Tak bardzo, że było mi siebie jeszcze bardziej żal. Wskoczyłam w kurteczkę (mimo, że miałam inne plany, na przykład branie gorącej kąpieli i relaksację), przy okazji zapominając o wzięciu rękawiczek i czapki (co nigdy, przenigdy mi się nie zdarza) i wsiadłam w pierwszy autobus jadący w kierunku mojej pracy. To wszystko nie było takie proste, jechałam i opracowywałam plan kogo tam jeszcze spotkam, jak się będę musiała tłumaczyć. Takie tam ważne rzeczy. Przy tym oczywiście nie zaniedbywałam martwienia się o to, czy pendrive jeszcze jest tam, gdzie go zostawiłam czy nie. Martwiłam się b. sumiennie i wytrwale.

Po dotarciu na miejsce sprzęt bez problemu odzyskałam. Nie nosił on śladów przeglądania jego zawartości, a przynajmniej to ja chcę to tak widzieć. A teraz leżąc i planując sobie resztę wieczoru przypominam sobie zabawną scenę, jaka przydarzyła mi się dziś w sklepie. Poszłam po mieszankę sałat. Rzeczywiście dorwałam ostatnią, w drodze do lodówki ściągnęłam jeszcze z półki puszkę rybek. Początkowo miał być łosoś, ostatecznie zostałam przy tuńczyku. Pobiegłam prędko dalej, zwłaszcza, że przy regale z puszkami stał jakiś pan który do siebie... buczał. Wędruję do kasy, a tam jakaś nowa kasjerka. Widać, że długo nie pracuje w tej branży, bo rozgadana, pełna entuzjazmu, zagaduje do klientów. I do mnie zagadała. Spytała: To będzie sałatka z tuńczykiem? A ja na to: Nie. Z łososiem. Pani zrobiła duże oczy, więc jej pospiesznie wyjaśniłam, że puszkę z łososiem mam w domu ;)

Badum tss!

sobota, 16 lutego 2013
Był na mnie zamach

Ostatnio jestem przemęczona. Planowałam wpis o miłości z okazji Walentynek, ale nie wyrobiłam się. Nie będzie chronologicznie, później opowiem jak spędziłam ten dzień. Dziś bowiem o mało nie przydarzyła mi się tragedia.

Wyszłam po większe zakupy, weekend jest prawie optymalnym czasem do robienia takowych. Byłoby idealnie gdyby nie te kolejki w sklepach. Doprawdy nie wiem co każe ludziom wystawać w kolejkach w Biedronce o 12:00 w południe. Nie mają innych zajęć? W Lidlu jest zawsze dziko, pogoniła mnie dziś sprzedawczyni, bo pilnie musiała układać pomidory. W związku z tym najpierw napastowała mnie słownie, a potem przywaliła mi z łokcia. Pomidorów mimo promocji nie kupiłam. Nie zaopatrujcie się w Lidlu! Zresztą z sałatki nici, bo nie było mieszanki sałat w Netto. Po prostu mają tam taką dobrą chyba.

Wracam jednak do okoliczności związanych z Biedronką, ponieważ po wyjściu z niej o mało nie przydarzyła mi się tragedia. Z pobliskiej Biedronki schodzi się po schodkach na taką część ulicy wyłączoną z ruchu. Nie jest to stricte parking, raczej taka zatoczka, do której na przykład wjeżdżają samochody z dostawą. Wielkiego ruchu tam nie ma. Wychodzę sobie zatem spokojnie. Kątem oka widziałam po lewej jakiś stojący samochód. Nie byłam w stanie stwierdzić czy ktoś jest w środku. Zresztą, po co sprawdzać czy ktoś jest w zaparkowanym samochodzie? Niestety gdy znajdowałam się blisko tyłu auta, to nagle ruszyło z kopyta, po czym ruszało systematycznie mnie goniąc. Musiałam biec, żeby kierowca mnie nie przejechał. Całe życie przesunęło mi się przed oczami. Gdyby mnie potrącił, przewróciłby mnie objuczoną zakupami i najprawdopodobniej miażdżył radośnie dalej. Kierowca pewnie nie używa lusterka wstecznego podczas manewru cofania. Skąd się biorą tacy idioci?! Kto im daje te samochody, prawa jazdy?! Jak to jest, że w Polsce można sobie bezkarnie rozjeżdżać ludzi?

Po co inwestuję w swoją edukację, pracuję, piszę abstrakty po nocy, planuję własną przyszłość, skoro na polskich ulicach jestem wyeksponowana na idiotów, którzy chcą mnie zabić? W przypadku takiego zamachu na ulicy oczywiście nikt nic nie widzi. W Polsce ludzie w ogóle maja selektywną ślepotę, tylko zgubione przez kogoś pieniądze dostrzegają na ulicy sokolim wzrokiem. Nie zareagowałam, jak niby miałam interweniować u kierowcy, który siedzi zamknięty w aucie? Żeby mnie gonił po ulicy? Żeby wysiadł i dał mi w mordę? Gdybym wezwała policję pewnie okazałoby się, że to wszystko była moja wina, a zresztą kierowca i tak już dawno uciekłby z miejsca zdarzenia. Byłam w zbyt wielkim szoku, żeby zapamiętać rejestrację, czy rodzaj auta. Nie znam się zresztą na tych burżujskich markach.

Po prostu boję się teraz wychodzić z domu. Bezpiecznie czułabym się tylko w transporterze opancerzonym.

Tagi: przygoda
14:04, wildfemale
Link Komentarze (4) »
wtorek, 12 lutego 2013
O złości

Nie brakowało mi tematów do pisania. Miałam co prawda swoje gorsze momenty, w których na pisanie nie miałam siły, ale głównie to po prostu nie miałam czasu. Dzisiejszy dzień układał się tak, że siłą rzeczy wiele myślałam o złości. Mam nadzieję, że te rozważania okażą się komuś przydatne.

Najpierw spotkałam człowieka, w którym od złości aż się gotowało. Niestety nie wyrażał jej wprost i przez to męczył się jeszcze bardziej. Stosował różne pośrednie ataki i tylko z tego powodu nie załatwił jakiejś bardzo dla siebie ważnej sprawy.

Następnie zebrałam się w sobie i postanowiłam w końcu zakupić bilety kolejowe. Za jakiś czas na krótko wyjeżdżam w góry. Cieszę się, że się przewietrzę, choć boję się samotnej nocnej podróży pociągiem. Okazało się także, że nie ma mojej ulubionej pani sprzedającej mi bilety. W akcie rozpaczy rozważałam już nawet czy by z tego wyjazdu w ogóle nie rezygnować. Zdecydowałam jednak, że chcę podróżować. Już podejście do kasy było dla mnie trudne, więc byłam dumna, że się udało. Nawet nie czekałam długo na to, by stanąć przed obliczem pani w kasie, która o dziwo była bardzo pomocna i dokładna. Problemy zaczęły się już po tym, kiedy zakupiłam bilet w jedną stronę. To z powrotnym był problem. Okazało się bowiem, że wszystkie miejsca są wykupione i nie mogę nim jechać. Na to przygotowana nie byłam, w Internecie sprawdziłam jedyną słuszną wersję. Dopytywałam zatem panią jakie połączenia dostępne są dzień później i czy są w nich miejsca.

No i to wówczas z dalszej części kolejki usłyszałam złośliwe pytania o to, czy to kasa czy informacja (akurat informacji w ogóle w tym miejscu nie było). W końcu jakaś dziewczyna wyjechała z punktu kas z walizą krzycząc w moim kierunku, że mam sobie Internet kupić. Jak bardzo ograniczonym trzeba być, żeby się tak zachować? Z jej perspektywy miała ona niepodzielną rację, a mnie przeżywała jako osobę niedbałą, która nie umie z sieci skorzystać. Dziwne, bo ja przecież pełna byłam najlepszych chęci, połączenia wcześniej sobie sprawdziłam i byłam nieźle zdenerwowana nową dla mnie sytuacją. Nawet się zdenerwować na nią nie zdążyłam.

Wróciłam do domu i teraz przeżywam. Mam nadzieję, że następnym razem kiedy to ja się na kogoś zdenerwuję będę pamiętała o tym, by zadać sobie pytanie, czy aby nie można na daną sytuację spojrzeć z jeszcze innej perspektywy.