RSS
środa, 30 listopada 2011
Wróciłam z podróży

Tymczasowo dołożono mi w pracy nowe obowiązki. Co prawda tylko na kilka dni, ale była to propozycja nie do odrzucenia;) Byłam skwaszona, odebrałam jako afront to, że to właśnie mnie powierza się dodatkowe obowiązki, które w dodatku nijak nie przystają do moich kwalifikacji. Ale pan kazał - sługa musi.

Okazało się jednak, że pełnienie dodatkowych zadań jest wielkim odkryciem. Pozwoliło mi się to przekonać o wysokich kwalifikacjach innych pracowników mojego miejsca pracy, których do tej pory nawet nie miałam szansy spotkać. Poznałam kogoś bardzo sympatycznego, z kim chcę nadal utrzymywać kontakt. Okazało się także, że nie taki diabeł straszny jak go malują, bo uporałam się całkiem sprawnie z postawionym przede mną zadaniem, choć spodziewałam się nie wiadomo jakich problemów.

No i tym sposobem wróciłam z podróży wgłąb siebie. Miałam bowiem okazję zrewidować parę poglądów, zaznać nowych doświadczeń, były też warunki do przemyśleń na istotne dla mnie tematy. Miło mi wrócić do Was w takiej wzbogaconej formie.

Nawet to, że przegapiłam termin zgłoszeń na konferencję o cały miesiąc (pomylił mi się październik z listopadem) mi teraz nie przeszkadza. Normalnie macie do czynienia z nową wild! ;)

sobota, 26 listopada 2011
"Koniec epoki kredy" - recenzja książki

Kilka miesięcy temu na rynek nakładem wydawnictwa Agora wyszła książka Aleksandry Pezdy pod znamiennym tytułem "Koniec epoki kredy". Sympatyczna okładka może sugerować szkolne konotacje i rzeczywiście będzie to zgodne z zamysłem autorki - dziennikarki "Gazety Wyborczej". Z założenia książka jest pisana dla nauczycieli i ma ich oswajać z internetem i zakresem jego zastosowań w edukacji szkolnej. Stąd w książce tak wiele przykładów nauczycieli, którzy już to wdrożyli na własnym podwórku.

W praktyce książka jest napisana tak przejrzyście i na tyle uniwersalne, że można ją polecić wszystkim osobom, które o internecie wiedzą niewiele i chcą to zmienić lub tym, którzy właśnie przygotowują jakieś zajęcia z tego zakresu i szukają inspiracji. Pozycja ta została podzielona na analogiczne w swej budowie rozdziały poświęcone kolejno: Wikipedii, blogom, Youtube'owi, Facebookowi i stronom typu Wiki, a także dwa krótsze działy dotyczące bezpieczeństwa w sieci i lekcjom przyszłości (czyli z użyciem laptopów i internetu).

Każdy z rozdziałów opisuje pokrótce medium, któremu jest poświęcony oraz jest okraszony wdrażanymi już w Polsce przykładami jego praktycznych zastosowań. Za szczególnie sympatyczne i przydatne uważam rozdziały o Wikipedii i blogach. Być może dlatego, że sama jestem zaangażowana w ich tworzenie. Możemy się dowiedzieć o tym, jak zacząć swoją przygodę z edytowaniem haseł w internetowej encyklopedii oraz jakie są tam kategorie użytkowników. Autorka pominęła fenomen społeczny jakim jest Wikipedia (może szkoda?), za to przytacza legendarny trolling o Henryku Batucie oraz informacje o polskich historycznych wikipedystach. Na koniec dostarcza praktyczny ilustrowany przewodnik jak założyć sobie tam konto i samemu wejść w szeregi wikipedystów. Podobny przewodnik znajdziemy i dla przyszłych blogerów. Oczywiście zupełnie przypadkowo dotyczy on platformy Bloxa ;) W książce znajdujemy przykłady zastosowania blogów w szkole, co wydawało mi się rewolucyjnym pomysłem, ale być może skutecznym. Nauczyciele, nie tylko przedmiotów humanistycznych, chwalą się, że blog może się dla nich stać archiwum materiałów dydaktycznych. Niewątpliwie, jednak autorka z premedytacją zapomina o tym, co stanie się jeśli zabraknie prądu, serwer siądzie, a w klasie nie będzie ani komputera, ani tym bardziej rzutnika by jakiś wyjątkowo dydaktyczny filmik pokazać.

Nieco bardziej kontrowersyjny był dla mnie pomysł angażowania uczniów do kręcenia filmików dydaktycznych, oceniania tego i jeszcze umożliwiania poprawy oceny na tej podstawie. Kółko zainteresowań dla młodych reżyserów bym poparła, jednak całoroczne windowanie ocen z fizyki w górę tylko dlatego, że ktoś ma dobry program do montażu i umie go używać uważam za znaczną przesadę. Facebook też został moim skromnym zdaniem znacznie zgloryfikowany. Autorka nie za bardzo drąży kwestie bezpieczeństwa użytkowników tego portalu (kończąc na omówieniu ustawień bezpieczeństwa), być może dlatego, że są one dość enigmatycznie ujmowane przez samych twórców portalu i ciężko było do nich dotrzeć? Ciekawym wyborem jest decydowanie się na rozdział o stronach typu Wiki, ponieważ nie są one zbyt popularne w Polsce, a w dodatku często z powodzeniem mogą je zastąpić fora internetowe (łatwiejsza edycja i kontrola administratora) czy nawet komunikatory.

Autorka bez wątpienia włożyła spory wysiłek w przygotowanie książki. Odszukała specjalistów, zadbała o przeprowadzenie wywiadów z prawdziwymi nauczycielami, którzy zawarli w rozmowie swoje cenne doświadczenia. To dobry ruch, bo niesie nadzieję na to, że te osoby, przedstawione z imienia i nazwiska oraz z fotografią, staną się modelem dla nauczycieli w innych regionach Polski. Może faktycznie uczniowie mają wszędzie dostęp do Wikipedii i nie rozumieją potrzeby przepisywania słów z tablicy? Może nie poprowadziłabym lekcji korzystając z mikrobloga, a starałabym się ośmielać dzieci w inny sposób, ale już spotykanie się polonistki z uczniami na blogu po godzinach uważam za dobry pomysł i doceniam nauczyciela, który podejmuje takie wyzwanie, poświęca temu czas i jest w stanie nie stracić szacunku uczniów w środowisku, w którym to oni się lepiej poruszają. Pezda na potrzeby książki uczy się także zakładać stronę typu Wiki, której pewnie nigdy do niczego nie użyje i manipuluje ustawieniami prywatności na Facebooku pracowicie tłumacząc ich niuanse. Czytelnikowi robi się przyjemnie, że ktoś się o niego zatroszczył.

Książkę śmiało polecić można nie tylko nauczycielom, ale i rodzicom (Internet to nie samo zło!) czy osobom, które stawiają w nim pierwsze kroki lecz ich wiedza ogranicza się do umiejętności obsługiwania maila. Internet może, w określonych warunkach, sprzyjać nawiązywaniu dobrych relacji i wymianie myśli. Ta książka uczy, jak dać mu na to szansę.

sobota, 19 listopada 2011
Czy asertywność zawsze popłaca?

Asertywność jest umiejętnością nabytą. Oznacza taką zdolność komunikowania się i egzekwowania różnych rzeczy, która nie powoduje w nich oporu i nikogo nie obraża. Taki efekt osiąga się wychodząc z założenia, że jesteśmy tak samo ważni jak i nasz rozmówca, ale jednocześnie nie chcemy łatwo ulegać cudzym manipulacjom, czy naciskom. Jest to termin, który od wielu lat robi ogromną karierę. Prawdopodobnie jest to jeden z ważniejszych terminów psychologicznych, jakie zeszły pod strzechy wraz ze zmianą ustroju i nastaniem kapitalizmu.

Tym razem wpis, choć na osobiście dla mnie istotny temat, nie jest inspirowany moimi własnymi doświadczeniami, a raczej krótką sytuacją, której byłam dziś świadkiem. Siedziałam na przystanku autobusowym, podczas kiedy siedząca obok pani (1 pani=3/4 zajętej ławeczki) zadecydowała, że wykona sobie telefon. Wyciągnęła komórkę, połączyła się i usłyszałam dość donośny dialog.

- Chciałabym przysłać kolejną klientkę. Tak, ze szpitala. - pani na lekarza nie wyglądała, ale takie starała się zbudować wrażenie. Za chwilę usłyszałam jej odpowiedź na to, co zabrzmiało w słuchawce.

- Ale co ona się ma podobać?! Ona ma płacić i wychodzić. A w ogóle to jest moja znajoma! Ja sobie nie życzę słuchać takich rzeczy o moich znajomych. To jest bardzo porządna dziewczyna. - jednak to nie powstrzymało dywagacji w słuchawce. Podziwiałam już rozmówczynię (?), bo pani wypowiadała się dość agresywnie.

- Jak to nie zapłaciła?! W ogóle nie zapłaciła? To chodzi o tą, która chciała zwolnienie sądowe? - coraz więcej dowiadywałam się o pani i jej tajemniczych klientach. Kim ona w końcu jest, lekarzem, prawnikiem czy kuratorem społecznym? - Jak to nieważne?! Wcale nie nieważne! Proszę już dokończyć, bo inaczej w ogóle nie będziemy rozmawiać! Jak pani coś zaczyna, to trzeba dokończyć. - pani kierowała do swojej rozmówczyni wiele komunikatów w krótkiej jednostce czasowej. Było asertywnie, czy już agresywnie?

Niestety, dalszej części nie posłuchałam, bo nadjechał mój autobus. Dalszy ciąg nie interesował mnie to aż tak bardzo, by marznąć dla niego na dworze. Jednak ta pani stawiała sprawy jasno, na pewno kontrolowała przebieg rozmowy, ale czy wynikało z tego coś dobrego. Nie wiem jakie relacje miała ze swoją rozmówczynią, ale ja bym się czuła w takiej sytuacji zdominowana i raczej nie wypowiadałabym się rozsądnie. Jedną taką rozmowę na jakiś czas sobie wyobrażam, ale przewlekłego kontaktu już nie. Na dłuższą metę czułabym się sfrustrowana brakiem płaszczyzny na dyskusję. Trudno jest się na kogoś poskarżyć, trudno nawiązać autentyczny kontakt, trudno odmówić.

W związku z powyższym powstaje w mojej głowie pytanie. Czy nie lepiej byłoby w codziennej komunikacji wykazywać się cierpliwością i większą dozą empatii? Jeśli w odpowiedzi na czyjś komunikat (nawet nie kierowany bezpośrednio do mnie) czuję się źle, to czy to wystarczy do stwierdzenia, że nie był on przykładem asertywności? Jaka jest naprawdę ta definicja asertywności?

piątek, 18 listopada 2011
Blueprint 3D

Tym razem proponuję grę, która pewnie bardziej spodoba się czytelnikom z męskimi mózgami, ponieważ wymaga bardzo dobrej wyobraźni przestrzennej. Grę obsługujemy myszką rotując projekty rozmaitych urządzeń. Niby proste, ale jednocześnie edukacyjne. W dodatku okazuje się, że nie zawsze jest to tak proste zadanie jak by się wydawało.

Przed nami 65 projektów, na dwóch poziomach trudności. Drugiego z nich nie przeszłam, ale możecie być lepsi niż ja. Plansze wyglądają jak ta poniżej, a przy grze towarzysza nam całkiem miłe dla ucha efekty dźwiękowe.

Na zakończenie mogę się pochwalić wynikiem, który uzyskałam. Bądźcie lepsi ode mnie!

Zagraj!

Tagi: gra
22:51, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 listopada 2011
Blosics 3

To już trzecia część gier, w których naszym zadaniem jest przewracanie klocków. Utrzymana w konwencji poprzednich części daje rozkosz tym, którzy lubią sobie postrzelać do kolorowych kosteczek. Strzelamy myszką z zaznaczonego obszaru, a w tym czasie kostki gadają, droczą się z nami lub absorbują swoją fizjologią. Ten ostatni aspekt dobitnie wskazuje na to, że twórcy adresowali swój produkt raczej do młodszego odbiorcy.

W miarę grania przybywa nam nowych rodzajów kul do wykorzystania, co znacznie może się przełożyć na uzyskany wynik. Ci z nas, którzy mają konto na Mochigames mogą ponadto przesłać im swój wynik. Ja nie spoczęłam póki nie odkryłam ostatniego rodzaju kuli oraz nie zdobyłam złotego medalu. Trzeba w końcu mieć w życiu jakieś cele ;)

Zagrajcie!

PS Dla niecierpliwych istnieje walkthrough, które pozwoli Wam uzyskać po trzy gwiazdki na wszystkich poziomach.

Tagi: gra
22:29, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
Pursuit of Hat

Przedstawiam grę logiczną, w której naszym celem jest dotarcie do kapelusza. Postać, którą się poruszamy za pomocą strzałek, ma jednak dziwną hierarchię wartości. Jest gotowa oderwać (spacją) własne kończyny jeśli jest to poświęcenie wymagane do zdobycia kapelusza. Nie martwcie się, krew nie leje się gęsto, a kończynę można przyczepić strzałką w dół. Gorzej jeśli rączka spadnie poza planszę. Zaznaczę, że możliwe jest także oderwanie tułowia od główki, zanim na to wpadłam, straciłam wiele minut na jednym z poziomów, którego bez takiej strategii nie da się przejść.

Nie ma tu limitu czasu, w tle leci dość atraumatyczna aczkolwiek monotonna muzyczka i możemy się swobodnie zmagać z łamigłówkami logicznymi. Najlepiej zarezerwować sobie na to kilka dni. Dla niecierpliwych zamieszczono na YT przejścia autorstwa klasyka tego gatunku. Przyznaję, że przy 20-stym poziomie sfrustrowałam się i korzystałam z podpowiedzi.

Znajomość języka obcego nie jest wymagana, choć menu gry jest po angielsku. Jeśli nie odstrasza Was perspektywa odrywania nóżek, to możecie nawet polecić tą grę własnym dzieciom.

Powodzenia!

Tagi: gra
00:18, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2011
"Niebezpieczna metoda" - recenzja filmu

"Niebezpieczna metoda" ("A dangerous method") to film reklamowany jako biograficzny, dramat, thriller... Sporo jest tych klas i wydaje się, że do żadnej z nich nie pasuje w całości. W filmie występują postaci historyczne i to o niebanalnym znaczeniu dla każdego, kto interesuje się psychologią. Prawdę powiedziawszy psychoanaliza przesiąkła także do kultury popularnej, także nie trzeba być ekspertem by znać nazwisko Freuda czy jego metodę swobodnych skojarzeń. Na ekranie zobaczymy także Junga, Bleulera, a nawet Sabinę Spielrein, o której akurat słyszy się niewiele, leczy była to postać autentyczna, z dużym wkładem w rozwój psychoanalizy.

Film zbiera raczej niepochlebne recenzje. Nawet promujący go plakat wyróżnia się wśród krzykliwych i kolorowych zapowiedzi polskich filmów tryskających rodzimym humorem i mówiących o różnicach damsko-męskich czy imprezach. Wydaje mi się jednak, że na taki film nie chodzą tłumy, a wybiera się go, by coś w sali kinowej przeżyć. Zajmę się więc rozstrzygnięciem, czy w tym przypadku udało się twórcom filmu skłonić mnie do jakichś przemyśleń.

Do zalet filmu można zaliczyć to, że wierność historyczna została zachowana. W Burghölzli naprawdę pracował w owym czasie Jung i naprawdę miał on pacjentkę o takich personaliach. Prawdą jest oczywiście również to, że w owym czasie Freud pracował nad swoją metodą, a na początku swojej kariery Jung fascynował się Freudem i z pewnością był on dla niego ważną postacią. Nic w tym dziwnego. Zapewne zarówna Jung jak i panna Spielrein byli ambitnymi ludźmi, którzy poddali się duchowi czasu i całym sercem zaangażowali się w rozwój metody, która niosła w sobie wielki potencjał. Wyobrażam sobie nadzieje wielu klinicystów, którzy pozbawieni w owych czasach możliwości stosowania farmakoterapii, postrzegali w terapii słowem wielkie szanse na zrewolucjonizowanie lecznictwa psychiatrycznego.

Nie znam historii na tyle, by wypowiedzieć się, czy Jung faktycznie miał romans z własną pacjentką. Jeśli tak było, dopuścił się złamania podstawowej zasady kontaktu terapeutycznego. Psychoterapeutom, psychologom ani lekarzom nie wolno nawiązywać kontaktów seksualnych z pacjentami. Taki czyn nie ma usprawiedliwienia. Tłumaczenia o chęci dowartościowania w ten sposób pacjentki nader często są racjonalizacjami mającymi chronić ego dowartościowującego się terapeuty. Ostre sceny współżycia z panną Spielrein raziły mnie i były moim zdaniem niepotrzebne. Niewiele wnoszą one w samą fabułę filmu, a niektórych z widzów mogą szokować. Być może jestem staroświecka, ale byłam zaskoczona, że film można oglądać już od wieku lat 15.

Zatem Bleuler interesuje się psychozami, Freud rozwija psychoanalizę, Jung psychologię analityczną (choć wzorował się na Freudzie, to potem odszedł od ślepego wyznawstwa jego idei i dodał własne, silnie zakorzenione w mitologii, przekazach kulturowych, zbiorowej nieświadomości, w fabule filmu widać tego ślady, łącznie z wypunktowaniem, że w każdym mężczyźnie jest pierwiastek kobiecy i vice versa - czy faktycznie mogła to spostrzeżenie wywołać kochanka Junga?). Gdzieś w tym wszystkim jest panna Spielrein - pacjentka, a potem uczennica. Czy nie wiemy o niej tak wiele jak o pozostałych dlatego, że była kobietą? Czy może dlatego, że była pacjentką?

Gdy lepiej się wgryźć w dane o pannie Spielrein, okazuje się, że terapię u niej przeszedł sam Piaget. Była bardzo zdolna, sumienna, chyba faktycznie miała dar do tego paradygmatu, być może naprawdę zainspirowała Freuda do włączenia popędu thanatos (oprócz libidinalnego eros, o którym pamiętamy znacznie częściej) do jego koncepcji. Nigdy nie dowiemy się tego naprawdę, bo mądrzy piszą, że najsławniejszego psychoanalityka natchnęły okoliczności historyczne co również wydaje się prawdopodobne. Czyżby znów wpływ ducha czasu?

Źródłem największych przemyśleń dla mnie nie były jednak psychoanalityczne dywagacje. Tym bardziej, że ten paradygmat nie jest mi szczególnie bliski, a metoda swobodnych skojarzeń budzi we mnie sporą rezerwę. Najdłużej w pamięci pozostał mi sposób traktowania pacjenta, a raczej tej jednej pacjentki, której poświęcono wiele uwagi. W filmie wątek relacji Junga ze Spielrein wyłania się na pierwszy plan. Przemiany historyczne, teoretyczne dysputy, spór z niegdysiejszym mistrzem wszystkie schodzą na dalszy plan w obliczu portretu tej relacji.

Nie jest to pacjentka typowa. Jest zamożna, wykształcona, ma zatem zasoby, by skorzystać w toku psychoterapii i by dobrze funkcjonować po jej zakończeniu. Zadziwia mnie jak komuś mogło pomóc siedzenie w jednym pomieszczeniu z rozmówcą, na którego nawet nie wolno spojrzeć, choć wie się, że siedzi on tuż za plecami. Myślę, że sama nie zniosłabym takiej sytuacji. Czy Spielrein miała w sobie tak wiele zasobów psychologicznych, że zdołała się w istocie wyleczyć sama, wspierana spacerami z terapeutą (Cóż za humanizm! Czy nie stanowi on wykroczenia przeciw poglądowi, że analityk powinien być białą kartką, która pozostaje neutralna, a nawet nie powinna być widziana?) i podmiotowym traktowaniem? Skłonna jestem raczej wierzyć, że pomogło jej zaangażowanie w projekt, który był dla niej ważny oraz możliwość realizacji własnych aspiracji. Znów, nie jest to sytuacja typowa, ponieważ niezależnie od jej schorzenia, dysponowała ona możliwościami intelektualnymi i osobowościowymi by takie cele realizować.

Po wtóre, zaskakuje, że pacjentka była angażowana w kontakty z innymi pacjentami. Czyż wszyscy nie powinni mieć równego statusu? Czy takie postępowanie nie rozwija nadmiernie narcyzmu takiej osoby? Skąd wiemy, że analiza dobiegła końca? Spielrein deklaruje, że czuje się wyleczona i tak zdaje się twierdzić również jej terapeuta, ale skąd to wiedzą? Pozytywnie zaskakuje mnie bardzo poważne traktowanie byłej pacjentki. Spielrein naprawdę umożliwiono pracę naukową i poważnie traktowano jej publikacje. Gościła na salonach i dyskutowała z wielkimi bez żadnych barier z którejkolwiek ze stron. Stoi to w jawnej sprzeczności ze współczesnym tworzeniem się hermetycznych klik, które zamykają się w gronie wzajemnej adoracji broniąc się przed potencjalną demaskacją, że nie są dość wielcy, ale i odbierając sobie szanse na twórcze dysputy i starcia sprzecznych poglądów, z których właśnie rodzi się postęp. Może tej otwartości należy analitykom zazdrościć? Co jest o tyle paradoksalne, że zasłynęli oni jako środowisko dość dogmatyczne.

Wracając do wątku filmu, muszę przyznać, że niepochlebne recenzje filmu publikowane przez użytkowników co ambitniejszych portali filmowych zawierają co najmniej ziarno prawdy. Film nie porywa i adresowany jest raczej do koneserów. Niemniej jednak, jeśli nie oczekujecie łatwej rozrywki, a chcecie coś przeżyć, poznać nowy punkt widzenia, być może nawet dać się delikatnie zszokować, to polecam obejrzenie tego filmu. Zadanie zdecydowanie nieobowiązkowe, ale może kogoś zaciekawi.

niedziela, 06 listopada 2011
Niezawodny sposób na podryw

Jestem singlem już od dłuższego czasu. Skonfrontowałam się z tym bardziej dzisiaj, bo ktoś poprosił mnie o wypełnienie kwestionariuszy do swojego badania, które dotyczyło osób samotnych (co prawda autorka przedstawiała mi, że singli, ale większość pytań dotyczyła boleśnie samotności i osoba badana nie czuła się już tak komfortowo). Wszystko tego dnia miało być preludium do obserwacji, którą poczyniłam nieco później.

Późnym popołudniem robiłam zakupy w niezwykle zatłoczonym, żółtym sklepie dla plebsu. Czas postoju w dwa razy okręconej kolejce postanowiłam spożytkować na obserwacje socjologiczne. Po pierwsze z przykrością stwierdziłam, że prawie każdy kupował alkoholu. W krótkim czasie przez taśmę do kasy przewinęło się morze piwa, ładnych kilka butelek taniego wina oraz kilka małpek wódki w towarzystwie kartonów soku.

W kolejce do kasy stało przede mną dwóch śniadych jegomości, którzy robili zakupy na weekend (piwo) oraz resztę tygodnia (rozczulające mnie wielkie opakowanie płatków kukurydzianych). Byli młodzi, w sklepie robili wiele szumu. Porozumiewali się między sobą w nieznanym mi języku. Złotówki umieli ledwo odliczyć, nie mówili ani w ząb po polsku, a i z angielskim nie radzili sobie rewelacyjnie. Nie byli sami - ich kolega już wcześniej dokonał zakupu i stał ze swoimi zakupami za kasami.

Jednocześnie, tuż przed nimi stały w kolejce do kasy trzy dziewczyny - Polki. Najwyższa kupiła czipsy i orzeszki, pozostałe również najwyraźniej zamierzały się raczyć orzeszkami i ciastkami. Dziewczętom się nie spieszyło, rozglądały się dookoła. Czyżby brakowało im planów na wieczór. Dziewczyny były trzy, śniadych było trzech... Akcja zaczynała się powoli rozwijać.

Śniadzi szturchali się, hałaśliwie komunikowali się z tym, który już zakupy zrobił. Przy kasach zaczęli się wahać, pokazywać sobie prezerwatywy, wkładać je go koszyka, wyjmować... Ostatecznie zdecydowali się na zakup. Niestety nie dojrzałam, czy zdecydowali się na smakowe, czy może jednak karbowane. W międzyczasie dziewczęta już dokonały zakupu, chwyciły nabyty asortyment w dłonie (dosłownie, niosły to luzem, więc rączki miały zajęte) i... wpadły w sidła kolegi rozstawionego na czatach za kasą.

Młody człowiek nie znał barier językowych i nie miał trudności z nawiązaniem kontaktu. Zagadał łamaną angielszczyzną, pożartował. Dziewczęta spojrzały po sobie (o ile wśród śniadych liderem był ten, kto najszybciej zrobi zakupy, o tyle wśród dziewcząt pozycja w grupie zależała od wzrostu), zachichotały, poczekały i opuściły lokal w towarzystwie trzech egzotycznych kolegów. Lider natychmiast oddelegował kolegów do niesienia zakupów i wyrwał do przodu by poszczebiotać z dziewczętami (które wciąż niosły swoje zakupy same, w końcu to nie tak intymny etap znajomości, by powierzać swoje sprawunki komuś obcemu). Tragarze potulnie szli z tyłu, najwyraźniej niewzruszeni swoim losem. Może kolega naprawdę miał gadane.

Wyglądało na to, że dziewczęta właśnie się zgodziły na pójście do lokum nieznanych im trzech mężczyzn. Czym ci mężczyźni im zaimponowali? Co zaproponowali? Przestronne jacuzzi? Wspólne oglądanie filmu? Atrakcyjny zestaw kina domowego? Łącze internetowe dużej przepustowości? Bo ja wiem co jeszcze może teraz zaimponować młodej kobiecie?

A może ja się mylę i nie chodziło zupełnie o zasoby czy imponowanie. Te miałyby znaczenie przy rozważaniu wejścia w trwały związek. Są jednak ludzie, którzy wcale trwałości nie szukają. W takim scenariuszu zakup prezerwatyw (czyli planowanie seksu) nie jest niecnymi męskimi zakusami na niewinne dziewczęta, a raczej preludium do flirtu i pokazaniem, że obie strony dokładnie wiedzą po co się spotykają i świadomie decydują się na taką formę (czy jedno opakowanie prezerwatyw wystarczy?). W tym drugim scenariuszu wzajemne imponowanie rzeczywiście nie wydaje się tak istotne.

Ponieważ obserwowane przeze mnie osoby były dorosłe i nie wydawały się niczym odurzone (no chyba, że feromonami), nie widziałam żadnej potrzeby ani podstaw podejmowania interwencji. Po zaobserwowanej scence pozostałam jednak z pytaniem, na które z własnej inicjatywy będzie się starała znaleźć odpowiedź. Mianowicie, czy to czasy tak się teraz pozmieniały, że podczas robienia zakupów już zaczynamy myśleć o niezobowiązującym spotkanku na seks (coś jak realizowanie listy zakupów, zaraz po wybraniu maślanki z półki przechodzimy do następnej pozycji)? Czy jednak ludzie różnią się celami życiowymi i w opisywanej scence trafił swój na swego?

Czy definicja bycia singlem/ osobą samotną tak bardzo się zmieniła od czasu, kiedy ja wchodziłam w ten stan, czy po prostu ja dojrzałam?

piątek, 04 listopada 2011
Monkey go happy marathon

Myślę, że seria gier Monkey go happy doczekała się już swoich wiernych fanów. Dla porządku dodam, że jest to gra typu point& click. Absolutnie nie angażuje żadnych zdolności językowych. Gra jest przeznaczona dla dzieci, ale ma jakiś niesamowity urok przemawiający także do innych dorosłych. W tym do mnie:)

Nasze zadanie polega na pomaganiu małej małpce w wykonywaniu kolejnych zadań. Pieczemy tosty, łapiemy chomiki, rysujemy banany na tablicy... Ot takie codzienne małpie figle. Twórcy się postarali, gra jest utrzymana w konwencji poprzednich 4 części, a tym razem możemy sobie wybrać bohatera. Prawdopodobnie autorzy nie mieli już więcej pomysłów na rozszerzanie drużyny, a chcieli jeszcze urozmaicić grę.

Kolejna część dźwiękami i szatą graficzną wpasowuje się w konwencję poprzednich części. Poziom trudności zagadek również jest podobny. Gra nie zawiera agresji, toteż można nad nią swobodnie spędzać czas z dziećmi.

Zagraj!

Tagi: gra
23:12, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 listopada 2011
Załatwianie

Wszystkim z nas zdarzało się coś załatwiać. Być może załatwianie zaczyna się już wcześniej, ale najbardziej kojarzy mi się ono z mistycznymi historiami o nieżyczliwych paniach w dziekanacie. takich archetypicznych pań spotykamy jeszcze potem wiele i z czasem wszyscy wyrabiamy sobie jakieś sposoby radzenia z takimi osobami (unikanie/ bezpośrednia konfrontacja/ przewartościowanie poznawcze...).

Dzisiaj miałam porównanie sposobów załatwiania różnych rzeczy, bo sama musiałam ostatecznie coś załatwić, a jednocześnie w ciągu dzisiejszego dnia znajoma załatwiała zupełnie inną, ale równie dla niej ważną, sprawę w innym miejscu. Informowała mnie na bieżąco.

Ja napisałam rano SMSa, bo wstydziłam się zadzwonić. No tak mam, miałam fantazje, że rozmówczyni będzie zła. Ona się tak łatwo denerwuje. Napisanie SMSa nie było trudne, gorzej z przyjęciem odpowiedzi, bo ta brzmiała "Nie rozumiem". I ja również nie rozumiałam - szczególnie tego, czy to niezrozumienie jest podszyte złością, złośliwością czy może nie ma podtekstów. W związku z tym zawalczyłam z fobią i jednak zadzwoniłam. Okazało się, że osoba, na której odpowiedź czekam nigdy nie dostała moich maili, bo nie korzysta z tego konta, a ponadto jest wielce zdziwiona, że skierowano mnie do niej. Jednakowoż, po wyjaśnieniu sobie, że nie mam złych zamiarów i że nie zamierzam nikogo gniewać, pani nawet poczuła w sobie chęć pomocy mi i udzieliła mi jej w zakresie wystarczającym do załatwienia sprawy (przynajmniej tymczasowo).

Natomiast moja znajoma załatwiała w tym samym czasie nieco inne sprawy w innym, znanym mi, przybytku. Znam ludzi, z którymi miała styczność, a ponadto była tam osobiście (ja załatwiałam sporą część spraw przez telefon), więc teoretycznie powinna mieć przewagę. Zatem znajoma zjawiła się w sekretariacie, ale stamtąd przekierowano ją do zupełnie innego skrzydła. Ten sekretariat rzekomo się czymśtam nie zajmował, choć osobiście doskonale wiem, że może się zajmować o ile się to wcześniej z jego zwierzchnikami ustali. O ile oczywiście ma się dobry kontakt z tymi zwierzchnikami, o ile człowiek ich wcześniej nieprzyjemnie nie napadł jak moja koleżanka... W przeciwnym razie trzeba wędrować do innego skrzydła, gdzie mieści się podobny sekretariat, w którym dziwią się, że człowiek w ogóle przyszedł z taką sprawą. Po godzinie tłumaczenia, że tam nam tak kazali, sekretariat numer dwa w końcu przyjmuje kierowane pismo i... każe czekać na odpowiedź tak gdzieś do nadejścia zimy a i to pod warunkiem, że dobrze pójdzie.

Jak mi to koleżanka zrelacjonowała, to doszłam do wniosku, że jej ktoś ludzi popodmieniał.

 
1 , 2