RSS
sobota, 24 listopada 2012
Seks dla opornych - recenzja

Jest cała seria podręczników "dla opornych". Zaczęło się chyba od informatyki, a na psychologii i seksie skończyło. Małżeństwo z 27-letnim stażem kupuje sobie taką właśnie książkę o seksie i wyrusza do drogiego hotelu szukać namiętności. To znaczy właściwie to żona kupuje książkę i rezerwuje hotel, ale mąż się na takie spędzanie weekendu zgadza. Wokół tych wydarzeń kręci się fabuła sztuki Michele Riml "Seks dla opornych". W Polsce sztukę reżyserowała Janda. Stopnia jej ingerencji nie znam, ale aktorzy cenili sobie współpracę z nią i taka informacja mi wystarczy.

Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem i celem samoaktualizacji wybrałam się do teatru. Nadmieniam, że sztuka jest komedią, ale dla mnie był to dramat. Dwójka bohaterów w średnim wieku miota się po przestronnym pokoju hotelowym, spaceruje po uroczo miękkim dywanie. Kiedy ona jest wściekła, a wmawia mu, że jednak smutna publiczność ryczy ze śmiechu, a ja widzę koluzję małżeńską i problemy w komunikacji. Gdy dyskutują na temat wspólnego spędzania wolnego czasu, on się upiera żeby jej udowodnić, że pewnie bardzo jej zależy na tym, by nie oglądał wieczornych wiadomości. Ludzie pokładają się ze śmiechu, bo przecież "to takie życiowe", a ja zastanawiam się, czy już nigdy nie będę w stanie postrzegać pewnych rzeczy jak większość. Kiedy ona opowiada swoją fantazję erotyczną (bo tak radzili w poradniku!), to on się zapiera nogami i zaczyna okazywać swoje obrzydzenie. Ona z kolei nie jest w stanie spokojnie wysłuchać jego fantazji z powodu zazdrości, choć jeszcze przed chwilą prawie go zmuszała do jej opowiedzenia. Nic dziwnego, że celem rozładowania napięcia rozmowa schodzi na zbyt cienkie hotelowe ręczniki.

Tymczasem ja zaczynam się zastanawiać, czy takie poradniki w ogóle mają sens, a jeśli tak to na jakim etapie związku (kryzysu?) powinno się po nie sięgać. Moim zdaniem dla tej pary jest już za późno. Przynajmniej za późno na czytanie książkowego poradnika,bo może o poradę małżeńską do gabinetu mogliby się zwrócić. Ona szuka winy w nim, a ponieważ mówi więcej i bardzo ekspresyjnie, to prawie jej się udaje nas przekonać. Dopiero gdy on wybucha, dzieli się swoimi bolączkami, z trudem ale szczerze mówi jej co mu się w niej podoba orientujemy się, że pomiędzy tym dwojgiem wciąż jeszcze jest bardzo silna relacja. Nie koniecznie bardzo dobra, ale bardzo silna. Spędzają wspólnie weekend żeby uprawiać seks, czyli robić coś czego od bardzo, bardzo dawna nie robili. Ale ten seks to tylko wierzchołek góry lodowej. Ich podstawowym problemem nie są dysfunkcje seksualne, oni mają problem z więzią, z tym jaki podział ról wytworzył się w ich związku. I kiedy reszta publiczności tarza się ze śmiechu po pierwszej przerwie, ja zaczynam opracowywać plan interwencji terapeutycznej i coraz bardziej się duszę na zaciemnionej sali.

Okazuje się, że nie jest i nie będzie mi tak łatwo chodzić do teatru jak myślałam. Nawet komedia z seksem w tytule (czego mogłabym chcieć więcej?!) niesie za sobą ryzyko. Nie zszokowała mnie Kolak w lateksowym wdzianku, choć niektórych pewnie tak. Raczej mnie zasmuciła - pani w średnim wieku, w kostiumie zupełnie nie z jej bajki starająca się wpasować w konwencję, której w gruncie rzeczy się brzydzi. Kojarzy mi się to z Anne ze "Sponsoringu", która próbuje mężowi zafundować pierwsze fellatio po tym jak porozmawiała z nastoletnimi prostytutkami godzącymi się w łóżku na wszystko. Nawiasem mówiąc i jej mąż ją odrzucił, prawdopodobnie czując jakiś fałsz w zachowaniu.

Ponieważ uparłam się, że to będzie recenzja, a nie luźne refleksje po sztuce, czuję się zobowiązana do udzielenia jakichś rekomendacji. W gruncie rzeczy zatem sztukę polecam. Na szczęście nie wszyscy aż tak głęboko drążą temat więzi.

niedziela, 18 listopada 2012
Nauczyciele

Każdy Polak zna się na szkolnictwie, bo przecież szkołę kończył. Zdaje się, że polscy nauczyciele doczekali się statusu urzędnika, ale rodacy nie darzą ich raczej szacunkiem. Skończyły się czasy, w których uczniowie z niecierpliwością oczekiwali na rodzica powracającego z wywiadówki, bo nie wiadomo co tam wszechwiedzący wychowawca nagadał. Mogą się raczej spodziewać nowinek o tym, jaki lapsus popełnił, względnie jak się zbłaźnili rodzice innych uczniów.

Tak mi się zdarzyło, że niedawno podróżowałam pociągiem i te kilka godzin w każdą stronę spędziłam w przedziale właśnie z nauczycielami. Ot koincydencja! Albo byli to szczególni nauczyciele (tacy mobilni, rzutcy), albo wizja szkoły się bardzo zmieniła od tak zwanych moich czasów. Najpierw zdarzyło mi się jechać z dwiema paniami, które wybrały się prowadzić coś w rodzaju warsztatów antydyskryminacyjnych. Cenię otwartość, różne wartości, ale trudno mi sobie wyobrazić, że takie warsztaty są rzeczą najbardziej potrzebną dzieciom. Panie z pewnością uważały inaczej. Zwłaszcza, że jechały dzięki funduszom "z projektu". Zapamiętajcie to słowo, odniosłam bowiem wrażenie, że projekty to teraz najważniejsza rzecz dla nauczyciela. W pewnym sensie cieszę się, że nie mam dzieci, bo nie byłabym raczej wystraszona, że mają kontakt z takimi paniami "z projektu". Czterdziestolatka klarowała, że w jakimś innym projekcie ją wyrzucono i że była to jawna dyskryminacja - mimo misji organizacji, z którą współpracowała. Nie omieszkała się pochwalić, że pochodzi z domu inteligenckiego, ojciec był naukowcem, że religia to "opium dla mas". No tyle w temacie tolerancji. Za to druga była bardzo dobrze obeznana z GMO i dlaczego ono takie złe i tym, dlaczego nie mówią o tym prawdy w mediach i takie tam... Niech każdy robi to, w co wierzy, ale mnie zaskoczyło to ich kurczowe trzymanie się jakichś feministycznych, wyzwolonych wartości z totalnym przekonaniem, że tylko one głoszą prawdę absolutną i że mają nie wiadomo jaką misję. Uderzyło mnie, że trawią na to czas i energię tak bardzo przeżywając zwyczajne w gruncie rzeczy sprawy. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie wyglądam podobnie dla kogoś, kto na mnie patrzy z boku. Czterdziestolatka przejęta opowiadała jak to oglądała wraz z bratankiem (własnych dzieci nie miała, pewnie dlatego, że to by wymagało rozłożenia ud przed mężczyzną w akcie poddania czy innej uległości przed męską hegemonią) film o chłopcu wychowywanym metodą Montessori. Nie mam pojęcia kto to ta Montessori, ale z pewnością najnowszy krzyk mody w wychowywaniu dzieci. Cała rodzina się wokół tego zaangażowała, bo hodowali go na jakiegoś ambasadora czy ministra, którzy będzie myślał o interesach własnego ludu. Wozili go po różnych wykładach odczytach. Sami najprawdopodobniej nie mieli czasu pracować, a już na pewno nie mieli czasu go zapytać o to, czego on sam chce. Wyobrażam sobie zresztą, że w takiej sytuacji bardzo trudno jest chcieć czegoś swojego, skoro rodzina tak bardzo się poświęca i ma w głowie jakiś ustalony plan. Chłopak mówił, że zabawa czy dziewczyny go nie interesują, szkoda na to czasu, skoro lud jego cierpi uciśnienie. Pobieżny wniosek jaki wyciągnęłam był taki, że ta metoda wyłącza też libido, co mnie tym bardziej przeraziło. Pani oczywiście była filmem zachwycona. Ja raczej przerażona, że chłopak po latach obudzi się orientując się, że nie żył własnym życiem i będzie musiał swoją tożsamość budować od nowa. Każdy z nas ma subiektywne perspektywy. Jak tak sobie czule myślę o tym libido, to jednak mi go żal, wszak libido nie musi rozpraszać, muza może inspirować, dawać wsparcie i napędzać do działania. Ludzka seksualność, nie koniecznie ograniczona do aktywności seksualnej, jest czymś, co warto zauważać, co stanowi zasób.

W drugą stronę jechałam z prawdziwym szkolnym supermanem, choć uczył tylko w jakiejś powiatowej szkole. Nic to, skoro znał kuratora, bywał zagranicą i uczestniczył w... Tak! Zgadliście! W projektach! No więc i tym razem wracał z jakiegoś szkolenia z młodszą koleżanką, która absolutnie spijała słowa z jego ust. Nikt tak dobrze nie był w Portugalii jak on. Ja już rzygałam tymi jego autoprezentacyjnymi rewelacjami, ale w końcu sama nigdy w Portugalii nie byłam, więc co ja tam wiem. Ach! Gość pracował też krótko w wydawnictwie, ale dyrektor był prymitywem, więc się zwolnił. Mówił ciekawe rzeczy o rankingach liceów, że liczą się w nich tylko finaliści olimpiad i dlatego to nie jest dobry wyznacznik. I jeszcze o tym, że jest jakaś bardzo rygorystyczna szkoła męska, po której wszyscy się dostają na studia tam, gdzie chcieli, ale niewielu z tych absolwentów utrzymuje się potem na studiach. Zupełnie jakby głupieli od tej wolności, albo orientowali się, że nie tego w życiu chcieli. Może w tym całym rygorze nie mieli czasu się zastanowić na tym, co i dlaczego chcą dalej w życiu robić? Skojarzyło mi się to z geniuszem hodowanym Montessori, któremu wyłączyli libido. Nie mam pojęcia co się dzieje z libido w męskim liceum, ale podejrzewam, że idzie w kierunku homoseksualizmu zastępczego, albo cichego wymykania się na randki. Może ci, którzy się nie wymykali z męskiej bursy potem głupieją na studiach? Cokolwiek by się tam nie działo w ich głowach, pokazuje to, że sztuczne sterowanie naturalnymi etapami rozwoju dobrze się skończyć nie może.

Pan mówił także o tym, że Murzyni nie są w stanie wziąć się do pracy. To znaczy, jak się posprowadzali do Finlandii, to nie podejmują zatrudnienia, bo twierdzą, że im zimno. Jak zjadą do Portugalii z Angoli, to twierdzą, że są w raju, a w raju przecież się nie pracuje. tłumaczył, że nie wolno wysyłać żywności do Afryki, bo "się Murzynek nie weźmie do roboty" i że taka pomoc zabijała całe wioski. To znaczy, ich mieszkańcy miesiącami nie pracowali czekając na darmową pomoc, a gdy ta nie docierała w końcu umierali z głodu (możliwe to?!). Wypowiedź kończyła optymistyczna konkluzja, że Polak to przynajmniej komuś to jedzenie ukradnie.

To by było na tyle w temacie antydyskryminacji w szkołach.

wtorek, 13 listopada 2012
Dereizm

Ja to mam ciekawe życie, a na pewno miałam ciekawy dzień. Na przykład dzięki temu, że czytałam ciekawe książki. To, że w związku z czytaniem tychże książek zdarza mi się przejechać swój, a nawet kilka obcych (co się będę ograniczać!) przystanków tramwajowych jest moją całkowitą normą. Nawet mnie nie przestało niepokoić.

Dziś jednak wywinęłam sobie znacznie ciekawszy numer czytelniczy. Mianowicie poluję na książkę z cyberpsychologii, którą przypadkiem zobaczyłam w jednej z księgarni. Nie kupiłam wtedy bo były za długie kolejki do kasy, a potem przyszło mi do głowy, że mogę sprawdzić dostępność w bibliotece. Okazało się, że książka faktycznie jest. Ucieszona wpisałam sobie adres w jakdojade. Docieram wieczorem do biblioteki, zagaduję miłego pana, pytam o książkę, ten sprawdza w katalogu i mówi "to źle pani trafiła, my tej książki nie mamy". Okazało się, że wpisałam "Biblioteka Publiczna 2" zamiast "Biblioteka Publiczna 29". Różnica kilkudziesięciu minut drogi ;) Fajnie mam, nie?

Ale to jeszcze nie koniec zakręcenia. Kupiłam sobie powiększony zestaw w McD żeby dostać butlę coli. No specjalnie i z tego powodu. Ale pani mi tej butli nie dała. Przekonana jestem, że nie złośliwie, a z roztargnienia. Ja musiałam być podobnie roztargniona, bo o niedopatrzeniu zorientowałam się prawie dwie godziny później. Co zrobiłam? Poszłam do innej filii McD, ustawiłam się w kolejce do wyglądającej na najbardziej zmęczoną kasjerki i pokazałam jej paragon za zestaw kupiony gdzie indziej mówiąc, że naprawdę nie dostałam tej coli. Dała mi bez słowa i nawet przeprosiła. Mili ludzie, nie? :)

Dziś w telewizji (tej, której na codzień nie oglądam) zobaczyłam fragment wiadomości, w którym pokazano 19-latka, który sam się do tej telewizji zgłosił przez Fejzbuka. Chłopak nie ma kończyn, co chwilę wymaga oklepywania z powodu duszności, ale chce zostać programistą, więc podjął naukę na prywatnej uczelni w Warszawie dokąd przeprowadzili się dla niego rodzice. O ile człowiek ten programistą faktycznie może zostać, to nie bardzo wiem czy aby normalne jest to, że jego decyzja zmienia życie całej rodziny. Mam poważne problemy z przekonaniem siebie, że on powinien studiować, przynajmniej w takich okolicznościach. Wydaje mi się, że mam prawo do takiego zdania i że jest ono przejawem mojego otwartego myślenia o osobach niepełnosprawnych. Równe traktowanie polega także na dostrzeganiu ograniczeń. Niedawno słyszałam o chłopaku studiującym psychologię (!), który nie może pisać, więc na zajęcia przychodzi z mamusią, która robi mu notatki. Jak bardzo patologiczny system rodzinny trzeba mieć, by matka uważała za naturalne ingerowanie na uczelni swojego dorosłego syna? Czyją ambicją jest to jego kończenie studiów? Nabieram silnego podejrzenia, że jego matki, która tak bardzo pilnuje żeby on na tych zajęciach był, że aż go przyprowadza. Jak on potem będzie pracował? Jak dydaktycy radzą sobie z obostrzeniem dotyczących tajemnicy obejmującej narzędzia diagnostyczne przeznaczone tylko dla psychologów? Ciężki orzech do zgryzienia ma uczelnia, na którą taki delikwent kandyduje. Jak go nie przyjmą, to przecież będzie larum i prasa molestująca złych psychologów. Generalnie mam ciężką rozkminę w takich przypadkach i zastanawiam się jak sobie radzą lekarze, którzy przed złożeniem papierów na studia muszą wystawić zaświadczenie o stanie zdrowia kandydata posiadając informacje o tym, na jaki kierunek składa on papiery...

Zaniosłam książki do punktu ksero. Wszystkie były o seksie. Młody człowiek w punkcie ksero dziwnie na mnie spojrzał, a ja się do niego ładnie uśmiechnęłam i wyszłam.

Nie liżcie bananowych ślimaków, bo znieczulają język.

niedziela, 11 listopada 2012
Jak nauczyć fizyki swojego psa - recenzja

Niestety tytuł wpisu zaczerpnęłam z recenzowanej książki, ale bardzo zazdroszczę, że to nie ja go wymyśliłam. Przecież tak bardzo przykuwa uwagę. I o czym taka książka może być? O weterynarii? O fizyce? pewnej sugestii dostarcza informacja o autorze, którzy jest profesorem na Wydziale Fizyki i Astronomii w Union College w Schenectady (NY). Lubię myśleć, że do napisania takiej książki zainspirowały go rozmowy ze studentami, którym trudno było pojąć fizyczne zawiłości przedstawione w klasycznych podręcznikach.

Choć w książce jest wiele naukowych faktów, to są one możliwie lekko (ale merytorycznie!) podane, naturalnie wplecione w rozmowę z... psem autora. Pomysł dziwny i kontrowersyjny, ale w przypadku tej książki się sprawdza. Obecność bardzo dociekliwego psa skłania autora do tłumaczenia fizyki kwantowej w możliwie przystępnej formie, odwołując się do faktów znanych z codziennego życia. Przeciętnemu śmiertelnikowi tak trudno jest zrozumieć te zagadnienia, bo właśnie w swej codziennej egzystencji się z nimi nie styka, a przynajmniej ich nie obserwuje. Tymczasem Orzel ma je permanentnie zaktualizowane poznawczo i jest gotów tłumaczyć w sposób ludzki i czytelny. Tak, jak tłumaczą tylko ludzie bardzo dobrze znający dane zagadnienie.

Choć z fizyką profesjonalnie nie mam wiele wspólnego, to cieszę się, że w Polsce wydano w tym roku taką książkę. Ciekawa jestem jak takie dzieła postrzegają sami fizycy. Dla mnie to było cenne poszerzenie horyzontów myślowych. Nawet jeśli nie wszystko zrozumiałam (nie jestem w końcu tak mądra jak suczka autora!), to podczas lektury pojawiły się we mnie refleksje własne, co zawsze jest cennym procesem. Medycyna istnieje od starożytności jeśli nie od czasów wcześniejszych, psychiatria formalnie istnieje od pierwszej połowy XIX wieku, psychologia od drugiej, obie te dziedziny znajdują się w okresie naukowym (w przeciwieństwie do przednaukowego) swoich dociekań, chcą się stosować do podejścia opartego na faktach, publikowane teorie i rekomendowane zasady leczenia przechodzą przez procedury badawcze zanim zyskają miano oficjalnych. Medycyna doczekała się własnej metodologii (double-blind RCT najwyższym standardem), psychologia wciąż jeszcze niektórym musi udowadniać, że jest nauką, a swoje standardy naukowe wzoruje właśnie na... fizyce (eksperymenty!). Autor w ostatnim rozdziale udowadnia jak bardzo szerokie są jego horyzonty myślowe, ponieważ zahacza w nim o medycynę i psychologię właśnie. Pokazał jak sprytnie współcześni szarlatani próbują za pomocą stanów splątania wyjaśnić rzekomą skuteczność homeopatii, czy uzdrawianie na odległość argumentując, że skoro wszystko jest powiązane ze wszystkim, to możliwe jest i odległe oddziaływanie jednego człowieka na drugiego. Podobnie jak tłumaczy, że niemożliwe jest zbudowanie perpetuum mobile wykorzystującego energię zerową układów kwantowych. Ciekawe, prawda?

A książkę serdecznie polecam, nawet gdyby miała się okazać mimo wszystko trudna do zrozumienia.

20:30, wildfemale
Link Komentarze (2) »
sobota, 10 listopada 2012
Złe złego początki

Ja wiedziałam, że nie powinnam była dziś wychodzić z domu. No ale co tu zrobić, jeśli jutro zrobili święto i dziś koniecznie musiałam sobie zrobić zakupy? A już rano czekało na mnie bardzo wyraźne ostrzeżenie:

No dobra, z tą wyraźnością przesadziłam. Internauci pytali mnie czy to lekarz pisał ;) Już po przeczytaniu ostrzeżenia przed hakerami powinnam była zostać w domu i pilnować komputera. Ale nie! Ja miałam potrzebę wyjścia, zwłaszcza że dostałam powiadomienie o tym, że dawno zamówiona książka oczekuje na mnie w bibliotece. No i zamierzałam sobie kupić "Chuć". Same dobre rzeczy, nie?

Byłam uparta i poszłam pobiegać..., tylko po to, żeby 5 metrów za progiem dokumentnie obszczekał mnie pies. Zresztą prowadzony przez sąsiada. Zresztą sąsiad nie umiał nad nim zapanować. Zresztą z wrażenia "zapomniałam" powiedzieć dzień dobry. Prawdę powiedziawszy i tak pewnie nie był to najgorzej wychowany pies jakiego ostatnio spotkałam. Kilka dni temu w warszawskim (nadmieniam, bo tam wszystko bezczelniejsze) tramwaju kundel ugryzł mi... plecak. Bydlakowi pewnie pozwalają na coś takiego w domu, to i na mnie sobie poćwiczył. W Warszawie nie znają kagańców, ani słowa "przepraszam". Może dlatego to miasto tak dobrze się rozwija?

Wykąpałam się po biegu, ubrałam odświętnie, w końcu wychodziłam do przybytku kulturalnego typu biblioteka i wyruszyłam w trasę. Nie uszłam jednak daleko bez nieprzyjemności. Po ścieżce osiedlowej (tak, osiedlowej!) gonił mnie samochodem jakiś furiat trąbiąc na mnie ponieważ szłam środkiem. Przepraszam bardzo, ale nie spodziewałam się, że będą mnie chciały tam wymijać samochody, zwłaszcza, że tuż przed tym odcinkiem stoi zakaz wjazdu. Leżę i zastanawiam się jak to się stało, że nie pokazałam temu pacanowi gestu odstraszającego wszystkie trolle.

Zakupy w Empiku nie przebiegły pomyślnie. Przede wszystkim dlatego, że w tej sieci już zaczęło się boże narodzenie i ludzie zgodnie z tym ustawiają się w kilkumetrowe kolejki. Co kupują i dlaczego akurat dzisiaj? Tego już nie potrafię Wam wyjaśnić. Kupiłam sobie planowaną książkę, jednak przy kasie okazało się, że cena 39,99 obowiązuje tylko, gdybym książkę zamawiała przez internet. Biorąc ją z półki mam im zapłacić 5 złotych więcej. "Bo sklep internetowy ma swoje promocje proszę pani". Gdybym chciała kupić książkę przez internet, to dawno bym to zrobiła na portalu aukcyjnym, gdzie książka jest z dostawą tańsza o kilkanaście złotych. Niestety, to sobie sprawdziłam dopiero po powrocie do domu. Dałam zarobić pazernym pijawom. Znów moja strata. Założę się, że inni nie dają się tak wykorzystywać. W ogóle dochodzę do wniosku, że nie warto rzucać się na nowości. Potem na te (dobre!) pozycje trafiam w promocyjnych wyprzedażach za dosłownie kilka złotych i najwyżej 25% ceny pierwotnej.

Zakupy w ogóle są trudne. Polska jest w samym centrum kryzysu ekonomicznego, dług krajowy na jednego mieszkańca rośnie wykładniczo (aż wyświetlacz przy warszawskim Novotelu nie nadążą), a w marketach tłumy. Czuję się wydy..., wystrychnięta na dudka. Tylko ja uczciwie pracuję, inni swoją kasę muszą zdobywać jakimiś wałkami. Jak inaczej wytłumaczyć te wypchane kosze i zakupy po kilkaset złotych? Już czuję jak myślicie, że przesadzam, że jestem uprzedzona, że chrzanię od rzeczy... Tak? No to posłuchajcie. Stałam w Biedronce do kasy i kątem oka widzę, jak młodzieniec za mną sięga po gumę do żucia, które się zresztą w takim miejscu tradycyjnie znajdują. I tak ją bierze w rączki, i tak ją sobie wciska w rękaw. Jak gdyby nigdy nic. Gorączkowo zastanawiałam się, co w takiej sytuacji powinnam zrobić i... nie zrobiłam nic. Po co? Jak mnie ktoś bił na ulicy, to nikt mi nie udzielił pomocy. Co zrobi pierdołowata kasjerka, kiedy jej powiem, że gość ma gumę w rękawie? Co jemu zrobi ospała ochrona wobec niskiej wartości ukradzionego przedmiotu? Co mnie zrobi wyższy o głowę szczaw, kiedy wyjdę z tego sklepu? Zlustrowałam go, zwłaszcza, że dobrze wiedział co widziałam. Nawet mu powieka nie drgnęła. Dobrze zbudowany. Na głowie słuchawki Beats by dr Dre, które nie słyną z taniości. Teraz już wiem czemu ceny rosną. A właśnie po to, żebym mogła z własnej kieszeni dorzucić się na wszystkie ukradzione gumy. No i oczywiście po to, żeby gnojek mógł sobie "zaoszczędzić" na wypasione słuchawki. Sprawiedliwość musi być! A ja zawsze byłam taka dumna, że nawet jak byłam głodna to nie kradłam...

Freudowski czekał w swoim gabinecie na wildfemale jak co tydzień. Czekał jednak z nadzieją,... że wild tym razem nie przyjdzie. Rozważał, że przecież mogłaby nie dojechać, że mógłby ją na ulicy rozszarpać pies sąsiada, albo rozjechać auto, którego kierowca nie bardzo się przejmował znakami. Albo chociaż jakiś sopel z dachu mógłby spaść. Cokolwiek. Gdyby wild przybyła, czekałoby go kolejne 50 minut wysłuchiwania narzekania na to, jacy to ludzie złośliwi i nieuczciwi. Podczas tych ciężkich, śmierdzących, lepkich i ciągnących się jak smoła minut Freudowski ustalał swoją listę zakupów, planował jaką gumę on mógłby zwinąć przy kasie i jakie słuchawki kupić synowi na urodziny. Kiedy wreszcie wildfemale zrozumie swoją głupotę i dostosuje się do społeczeństwa? Kolejne tygodnie z wild coraz bardziej frustrowały Freudowskiego i dlatego przed tą konkretną sesją podjął pewne kroki by pomóc swojemu szczęściu (zupełnie jak z tą gumą, która sama wpadła mu w ręce!). Przeszedł się zatem ulicą prowadzącą wzdłuż jego gabinetu i pousuwał wielkim hakiem pokrywy zasłaniające ujścia ścieków.

- Może cholera, zatopiona w myślach nad złym światem, nie zauważy i wpadnie jak aktor w zapadnię podczas kiepskiego przedstawienia? - fantazjował Freudowski. Uśmiechał się przy tym pod nosem ze swojego dowcipu. Zdawało się także, że jego intryga okazała się niezwykle skuteczna, ponieważ wild, jak nigdy, spóźniała się już dobre 10 minut. Poprzednio cholera przyłaziła zawsze wcześniej. Jakby z premedytacją.

*Puk. Puk.*

Freudowski wyraźnie niechętnie podszedł do drzwi by je otworzyć.

- Dzień dobry. Przepraszam za spóźnienie. - W drzwiach stała spocona i zarumieniona wildfemale. Cholera jednak przylazła, a Freudowski przybrał profesjonalny uśmiech #4, ale w jego oczach bynajmniej nie było widać iskierek radości.

- Cóż Panią zatrzymało? - zapytał od niechcenia w duchu żałując, że nie zatrzymało na stałe.

- Och! Przepraszam najmocniej, ale jakiś psychopata poodkrywał wszystkie pobliskie studzienki ściekowe. Wystraszyłam się, że Pana czarna Alfa Romeo mogłaby w którejś utkwić kołem, więc spóźniłam się próbując umieścić pokrywy na właściwym miejscu. - Freudowski nieomal się nie przewrócił. - A tak przy okazji, ostatnio dużo czytam o seksie i mam bujne sny erotyczne, czy moglibyśmy o tym dziś porozmawiać?

Freudowski przystąpił do sesji z nieznanym sobie wcześniej entuzjazmem...

czwartek, 08 listopada 2012
Mam nowe postanowienie

Rok powoli się kończy, pamiętam, że robiłam tutaj wpis o postanowieniach noworocznych w na 2012 r. Cóż, ich lista spisana na papierze z pewnością jest gdzieś w mojej sypialni, ale intuicyjnie wiem, że nie wszystkie z nich udało mi się zrealizować. Pewnie nawet nie większość z nich, choć niektórych trzymałam się mocno. Dziś jednak chcę lansować skądinąd dobrze znaną tezę, że postanowienia warto robić niezależnie od pory roku. A już na pewno warto robić w życiu rzeczy nowe, bo to zawsze inspiruje. Przyznaję, że obecnie miałabym ochotę ruszyć w roczną podróż po świecie (nie koniecznie dookoła, nie koniecznie z zahaczaniem o Indie czy inne mistyczne miejsca), ale czuję się uwiązana obowiązkami i ścieżką rozwoju kariery, którą ze zmiennym szczęściem realizuję tu i teraz. Oby tylko to uwiązanie nie obróciła się przeciwko mnie. W takiej podróży pracowałabym na bieżąco na swoje potrzeby, może nawet fizycznie, może w zamian za jedzenie i nocleg ale nigdy robiąc coś, co mi nie odpowiada. Odpada zatem kelnerowanie i praca za barem, w którym pali się papierosy. Z pewnością wróciłabym nie tylko bogatsza w fascynujące doświadczenia, ale i po prostu inna, dojrzalsza, może wreszcie całkowicie i w zdrowy sposób odseparowana od rodziców?

Warto marzyć. Tymczasem nigdzie nie wyjeżdżam, ale wciąż pamiętam by wystawiać się na nowe doświadczenia. Z pozytywnymi skutkami:) Dwa dni temu wybrałam się bowiem do teatru. Nie jest to dla mnie coś niezwykłego. Wychowałam się w rodzinie, w której chodziło się do teatru, nawet do opery, a przyjemność czerpana przeze mnie z czytania książek, z pewnością została mi zaszczepiona przez rodziców (BTW, czy wiedzieliście, że Pratchett napisał nową książkę? Właśnie czytam „Dodgera”.). W takiej sytuacji chodzenie do teatru nie powinno być dla mnie żadną nowością, ale jednak było.

Decyzję o zakupie biletu podjęłam spontanicznie, i to była pierwsza innowacja. Zresztą całkiem przyjemna. Okazało się, że w tym akurat dniu bilety są o połowę tańsze, że teatr znajduje się niedaleko, że mogę sobie przejechać tamtędy nową trasą, co zawsze choć trochę otwiera umysł (serio, spróbujcie!). Potem uświadomiłam sobie, że choć uważam siebie za osobę wykształconą i kulturalną, to w teatrze nie byłam dobrych parę lat, że tak naprawdę to najczęściej chadzałam do kina, ale i to sporadycznie.

A przedwczoraj znalazłam się na widowni Teatru Komedia wśród innych ludzi, którzy przyszli oglądać „Nikt nie jest doskonały”. Przeważnie ludzie w moim wieku albo starsi. Słyszałam wokół siebie rozmowy o tym, kto już tam na czym był. I wtedy powolutku zaczęłam sobie uświadamiać, że nie bywając w teatrze coś tracę, tracę czas. Sztuka bardzo mi się podobała, taka komedia, lecz z morałem. Oczywiście weszłam do teatru ze swoimi zboczeniami zawodowymi, między lekturą książki o perwersjach i w trakcie (dosłownie!) lektury baśni erotycznych (recenzja wkrótce!), nic zatem dziwnego, że dla mnie to było o kobiecości i męskości. Idźcie sami, jestem przekonana, że dla Was to może być zupełnie inna sztuka. Nie zamierzam przekształcać tego wpisu w recenzję, ale nie mogę się powstrzymać przez ogłoszeniem, że Olszówka świetną aktorką jest – dojrzałą i uzdolnioną. I tyle na temat walorów artystycznych sztuki.

Tym, co mnie tak naprawdę zachęciło do częstszego bywania w teatrze (nawet jeśli sztuka będzie zła) był szczególny sposób bycia z innymi ludźmi jaki zapewnia uczestniczenie w tym samym wydarzeniu kulturalnym. Nagle zrozumiałam dlaczego ludzie chodzą na nudne mecze czy zbyt głośne koncerty. Chodzi o bycie razem i doświadczanie tego samego. Choć każdy może mieć inną interpretację (zależną choćby od tego co właśnie czyta;)), to wszyscy patrzą w tą samą stronę, a w przypadku komedii nawet śmieją się w tych samych momentach, co również jest miłe. Żadne wyjście do kina nie zapewnia tych samych doznań, nawet jeśli sala jest wypełniona po brzegi. Duży ekran nas przytłacza, każdy widz odbiera film indywidualnie lub też skupia się na tym, z kim przyszedł, a film mają głęboko w nosie;) Podczas siedzenia kilka lub kilkanaście metrów od sceny podobna ignorancja jest niemożliwa. Widzimy mimikę twarzy aktorów, szczegóły ich ruchów, które dzieją się tu i teraz, bez możliwości powtarzania scen. Trudno jest mi to naukowo wyjaśnić, ale w ten sposób tworzy się wyjątkowa energia między aktorami, a widownią. Jestem jakoś dziwnie przekonana, że obsada dobrze czuje kiedy ich występ się podobał, a kiedy nie. Na pewno jest to cecha dobrej obsady, bo takie wyczucie jest niezbędne do tego, by zagrać dobrze. Pozytywny odbiór publiczności nakręca aktorów, a zadowoleni aktorzy tym więcej dają z siebie. Prawdziwe perpetuum mobile. Któż by pomyślał, że zostało ono schowane w teatrze!

Nie dziwię się, że w starożytnej Grecji chodzenie do teatru było wiązane z przeżyciem katarktycznym. Myślę, że sztuka może być efektywnym i poruszającym środkiem wyrazu, który w jakiś mniej lub bardziej magiczny sposób jest także w stanie wpływać na dalsze życie i stosunki społeczne widzów. Mnie wyjście do teatru otworzyło poprzez intensywne doświadczenie emocjonalne odbywające się w kontekście relacyjnym. Dodatkowo, gdybym chciała nawiązać inteligentną konwersację i wejść w jakąś relację diadyczną to mam już temat otwierający;) Same plusy z jednego małego wyjścia z domu.

Postanowiłam sobie zatem, że będę wychodzić do teatru częściej, co najmniej dwa razy w miesiącu. Tylko po to by mieć szansę na powtórzenie tego doświadczenia emocjonalnego. W moim przypadku to ma szansę zadziałać, a Wy? Może Wy to już wszystko wiecie ;)…

wtorek, 06 listopada 2012
Jak i kogo leczy psychoterapia?

Wczoraj toczyłam bardzo długą i płodną dyskusję na temat psychoterapii. Bardzo miałam ochotę przystąpić do pisania tuż po zakończeniu tej rozmowy, kiedy emocje były jeszcze świeże, ale jakaś złośliwa, oszczędna menda zakręciła ogrzewanie w miejscu, w którym nocuję. Skutkiem tego zapadłam w hibernację, a na pewno już nie byłam w stanie stukać zziębniętymi paluszkami w klawisze. Ergo, przez oszczędność jednej mendy oferuję Wam teraz wpis gorszej jakości. Mam nadzieję, że w tym przypadku gorsza nie oznacza, że w ogóle zła.

Przypominam sobie, że napisałam w życiu co najmniej kilka tekstów o psychoterapii. Zawierały wiele faktów, nawet jeśli nie koniecznie były pisane pod rygorem obowiązkowego dostarczania bibliografii. Łączyło je to, że z założenia miały one mieć jakiś wymiar edukacyjny, oswajający i z tej potrzeby nie koniecznie wdawałam się wówczas we własne refleksje, które choć skłaniają do myślenia, mogłyby wystraszyć lub zmylić osoby nie obeznane z tematem i nastawione lękowo. Swoboda tego, co zamieszczam na blogu pozwala mi na nieco bardziej twórcze podejście i skupienie się na własnych refleksjach, nawet jeśli nie są one do końca zgodne z tym, co się powszechnie pisze.

Są różne nurty psychoterapii i nie stawiałam sobie tutaj za cel ich szczegółowego omawiania. Powstały publikacje mówiące o ich podobnej skuteczności* i jeszcze inne o niespecyficznych czynnikach leczących w psychoterapii. Skłania to niektórych do konkluzji, że „tak naprawdę to leczy kontakt terapeutyczny”. Nawet jeśli to zbytnie uogólnienie, to rodzi się pytanie jak taki (dobry!) kontakt zbudować i czy jest do tego potrzebne specjalne szkolenie podyplomowe z zakresu psychoterapii? Czy powinni mieć do niego dostęp tylko lekarze i psychologowie? Czy osoba bez predyspozycji (czym one są?) powinna być dopuszczana do takiego szkolenia i czy jest w stanie z niego skorzystać? W tej materii istnieją dwa skrajne stanowiska. Z jednej strony stoją przedsiębiorczy absolwenci studiów psychologicznych, którzy zakładają, że przecież i tak nikt się nie dowie, że nie mają oni wykształcenia jako psychoterapeuci i otwierają prywatne gabinety. Na marginesie, z prawnego punktu widzenia takie podejście jest całkowicie legalne, a na kierunku psychologia nader rzadko jest taki przedmiot jak etyka zawodu psychologa. Może taki psycholog ma rację? Może ma predyspozycje i kontakt z nim będzie leczył? Co się jednak stanie jeśli w takiej relacji coś się jednak zepsuje i paraterapeuta nie będzie miał zaplecza w postaci superwizji czy grupy Balinta, które mogłyby mu pomóc się z takimi problemami uporać? Druga skrajność to lansowane przez samych terapeutów założenie, że tylko odpowiednie szkolenie, a potem najlepiej uzyskanie certyfikatu terapeuty umożliwiają wykonywanie tego zawodu. Jest to także pogląd prezentowany przez NFZ, który refunduje psychoterapię prowadzoną w Poradniach Zdrowia Psychicznego. Ale takie szkolenia są drogie, a pewnie nie wszystkie są prowadzone rzetelnie. W dodatku, mam silne przekonanie, a nawet takie obserwacje, że kończą je osoby, które nie koniecznie powinny były się na nich utrzymać (same prezentują np. cechy zaburzenia osobowości i mają problemy w relacjach). Jak to się zatem stało, że profesjonaliści sprawujący nad grupą pieczę w trakcie jej kształcenia tych nieprawidłowości nie wyłapują i nie udzielają odpowiedniej informacji zwrotnej? Mam nadzieję, że nie chodzi tylko o regularne wpływy finansowe z konta takiego kursanta. Każda relacja jest szczególna, dostęp do niej mają tylko dwie osoby, po czym zatem wnosić, czy rozpoczęty proces terapeutyczny w istocie szkodzi czy pomaga? Choć nie wątpię w skuteczność psychoterapii w ogóle, to już nie do końca mam opracowany algorytm wyboru czy weryfikacji zapewniające związanie się z kompetentnym terapeutą. Trafione wydaje mi się na pewno pytanie terapeuty o to, jakie szkolenie (czy w ogóle?) ma za sobą**; gdzie uczestniczy w superwizji, czyli takich konsultacjach z innych specjalistą, które skupiają się na analizie tego, co dzieje się w relacji terapeutycznej raczej niż plotkowaniu o konkretnym pacjencie;); czy prowadzi dokumentację dotyczącą spotkań itp. Osoba wyznająca zasady etyki zawodowej (jakiekolwiek!) nie ma problemu z odpowiedzią na takie pytania, ma ją gotową, a zainteresowanie pacjenta tymi kwestiami jej nie zaskakuje.

Skoro leczyć ma głównie kontakt z drugim człowiekiem, to warto się przyjrzeć temu, co dzieje się w relacji terapeutycznej. Nikt nie neguje, że szczera rozmowa z przyjacielem przynosi komfort psychiczny i dobrze na nas działa. Czy zatem terapia to taka przyjaźń/ spowiedź za pieniądze? Są istotne różnice między terapią, a przyjaźnią, terapia ma w swa definicję wpisane pomaganie, uzyskiwanie przez pacjenta wsparcia. Nie ma tutaj wymienności ról, zawsze jest tak, że to terapeuta pomaga, a pacjent zwraca się z jakimś problemem. Zasadniczo terapeuta nie zwierza się ze swojego prywatnego życia, choć od tej reguły bywają odstępstwa, czynią je na przykład terapeucie egzystencjalni (vide Yalom). Moją uwagę przykuło to, że tak naprawdę, mimo postępującego wzajemnego oswojenia ze sobą i regularności spotkań, zarówno terapeuta jak i pacjent nie wiedzą co na danej sesji terapeutycznej zajdzie. Wydaje mi się to wielką trudnością, ale i urokiem relacji terapeutycznej. Prawdopodobnie postrzeganie tej cechy zależy od tego, czy mamy większą potrzebę sprawowania kontroli nad otoczeniem, czy też raczej mamy dużą otwartość na nowe doświadczenia i nie żywimy lęku przed nimi. Nigdy zatem nie wiadomo co na danej sesji się zadzieje emocjonalnie, czy podjęte przez terapeutę interwencje będą postrzegane jako skuteczne, czy w ogóle podejmie on jakieś interwencje, czy będzie w stanie zrozumieć to, co mówi pacjent, czy w ogóle będzie między nimi zgodność poglądów na temat tego, co właśnie zaszło i jak to postrzegają. Są to ogromnie ciekawe zagadnienia, a trudno mi sobie wyobrazić, by jakiekolwiek szkolenie było w stanie na nie przygotować. Czyżby zatem znów wszystko leżało w predyspozycjach? W takim razie kto miałby te naturalne uzdolnienia oceniać? Od którego momentu mówienie komuś o swoich problemach staje się psychoterapią? Czy jeśli mówimy w zaufaniu o swoich trudnościach osobie, która nie ma szyldu psychoterapeuty na drzwiach także może mieć wymiar terapeutyczny? A co jeśli do trudności przyznajemy się przed szkolonym terapeutą-przyjacielem rodziny na gwarnym przyjęciu? Przecież on umie aktywnie słuchać, współczuć i jest wyczulony na pewne zagadnienia niezależnie od tego, czy akurat znajduje się w swoim gabinecie. Czy jeśli powstrzyma się od podejmowania interwencji to tym samym zapobiegnie zainicjowaniu relacji terapeutycznej? A co jeśli jego rozmówca i tak poczuje się lepiej (efekt catharsis), a na dodatek poczuje się związany z rozmówcą poprzez sam fakt powierzenia mu czegoś osobistego? Czy w takim przypadku terapeuta ponosi odpowiedzialność za przygodnego „pacjenta”?

Omówiłam już wątpliwości związane z samą terapią i cechami terapeuty, dla równowagi należy także dotknąć cech trzeciego elementu tego równania, czyli pacjenta. W literaturze powszechnie występuje pogląd, że najwięcej na terapii jest w stanie skorzystać młody i wykształcony człowiek. Doprowadziło to do swoistego nihilizmu terapeutycznego i przekonania o nieskuteczności psychoterapii u osób starszych. Przynajmniej kazuistyka zdaje się zadawać kłam takiemu twierdzeniu. Zawsze rozumiałam uwagę o wykształceniu w roli czynnika rokowniczo pozytywnego jako synonim wysokiej inteligencji***. Na pierwszy rzut oka zależność większy potencjał intelektualny-większa możliwość zrozumienia wydawała mi się logiczna, toteż większość życia przeszłam w przekonaniu, że procent korzyści z terapii jest wprost proporcjonalny do ilorazu inteligencji. Niedawno zmieniłam pogląd. Wygląda na to, ze zależność ta wręcz nie może być prostoliniowa. To znaczy, do pewnego momentu intelekt pomaga, ale po przekroczeniu pewnego punktu przegięcia następuje inwestowanie zasobów intelektualnych w mechanizmy obronne, a nie uzyskiwanie wglądu w toku terapii. Zatem, co na pierwszy rzut oka zaskakujące, nadmiar inteligencji w terapii szkodzi, bo sprzyja tworzeniu coraz to wymyślniejszych obron. Doprawdy, trzeba być bardzo inteligentnym terapeutą by móc sobie z tym poradzić. Co nasuwa kolejny wymóg dla terapeuty – wybitną inteligencję. A co z geniuszami? Czyżby oni w ogóle nie byli w stanie skorzystać z terapii?

Nieswojo Wam po tym, co przeczytaliście?

 

*Dla porządku warto dodać, że skuteczność różnych nurtów może się różnić w zależności od zaburzenia. Np. w zaburzeniach potraumatycznych skuteczniejsze jest podejście poznawczo-behawioralne niż psychodynamiczne, ale oba one są skuteczniejsze niż placebo.

**Niedawno kolega pokazał mi stronę internetową założoną przez młodą psycholog, która świeżo otworzyła gabinet. Pani wylistowała wszystkie ukończone szkolenia, ale żadne z nich nie dotyczyło psychoterapii. W opisie metod swojej pracy wymieniła jedynie jakie podejście jest jej bliskie (szybkie szukanie rozwiązań problemu), ale nie konkretną szkołę terapeutyczną. Na pewnym szkoleniu zdarzyło mi się z kolei usłyszeć od uczestniczki, że pracuje „eklektycznie” – nie miała żadnego formalnego szkolenia w psychoterapii.

***Wiem, można polemizować, ale nie róbmy tego dzisiaj.



poniedziałek, 05 listopada 2012
Porady seksualne dr Tatiany – recenzja

Książka ta została wydana w Polsce w 2004 roku, ale ja przypomniałam sobie o niej dopiero niedawno. Szczęśliwie okazało się, że pozycja ta spoczywa spokojnie w jednej z pobliskich bibliotek i mogę ją zabrać w podróż. Twórczość Olivii Judson czyta się jednym tchem. Według informacji na okładce książki, autorka doktoryzowała się w Oksfordzie, pracuje naukowo i publikowała na łamach „Science” i „Nature”. Zrobiło to na mnie wrażenie. Dobre wrażenie ugruntowała także solidna bibliografia skrupulatnie przypisana do każdego z rozdziałów. Autorce nie można odmówić prawdziwej pasji. Na łamach książki odpowiada na wyimaginowane listy różnych stworzeń (od prokariontów do ssaków) dotyczące seksu, seksualności, rozmnażania i zachowań seksualnych. Przyznaję, że pomysł na książkę jest oryginalny, ale podany z polotem i humorem. Zresztą autorka jest wszechstronnie uzdolniona i na tyle kreatywna, że w książce znajdziemy nawet jej, całkiem niezłe, wiersze w liczbie dwóch. Dzięki indeksowi łatwo potem w książce odnaleźć potrzebne informacje, a może ona być cennym źródłem merytorycznej wiedzy, bowiem Judson w odpowiedzi na pytanie przedstawiciela jednego gatunku często podaje powiązane informacje dotyczące także innych, w tym ludzi.

Książka stanowi kopalnię ciekawostek, którymi można brylować na luźniejszych spotkaniach. Murowany sposób na skupienie na sobie uwagi wszystkich biesiadników. No bo czy wiedzieliście, że podobne do ślimaków obojnacze aplyzje kopulują grupowo, śluzowce mają przeszło 500 rodzajów płci, delfinom zdarza się kopulować z... węgorzami (a pewnemu gatunkowi nawet z innym delfinem poprzez włożenie mu członka w nozdrza)? A wszystko to podane w strawnej formie nie przekraczającej dobrego smaku. Jeśli jeszcze Was nie przekonałam, że to lektura obowiązkowa, to nie wiem czy cokolwiek jest w stanie to zrobić.

Z kolei autorce udało się mnie przekonać, że nie chodzi tylko o brylowanie wiedzą czy „sprzedawanie” ciekawostek. Podobnie jak w pomocy człowiekowi nie przedstawia się przypadku żeby inni „obejrzeli sobie pacjenta”, tak i Judson chce przez przypowiastki o zwierzętach przekazać więcej i, przynajmniej w moim przypadku, jej się to udaje. Książka wzbudziła we mnie głębokie refleksje na temat seksu i rozmnażania płciowego, a także orientacji seksualnej i podział na płcie. Zrobiła to dla mnie zdecydowanie skuteczniej niż wszystkie fanatyczki gender studies razem wzięte. Przy okazji tej recenzji mam przemożną ochotę podzielić się tym, co mi zostało lub zrodziło się w głowie. Seks nie jest jednoznaczny z rozmnażaniem. Gatunek to grupa osobników podobnych do siebie na tyle, że są w stanie się rozmnażać i mieć płodne potomstwo – to definicja podawana przez autorkę i przypominająca mi to, czego uczyłam się jeszcze w szkole. Wówczas kojarzyłam to sobie ze ssakami i rozmnażaniem płciowym, toteż doszło u mnie do skrócenia toku myślenia i utożsamiałam seks z rozmnażaniem. Ceną jaką zapłaciliśmy za rozmnażanie płciowe jest utrata życia wiecznego. Przecież dzielenie poprzeczne to nic innego jak wytworzenie dwóch (troszkę mniejszych) klonów, które mają identyczny garnitur genetyczny jak organizm pierwotny. W takim przypadku jedynym źródłem zmienności w tym zakresie są mutacje genetyczne. Niektóre z nich są niezauważalne, inne korzystne, a jeszcze inne letalne. Klucz do przetrwania gatunku leży jednak w tej różnorodności. Myślałam, że u podstaw podziału na dwie płcie leżą różnice w gametach – jednej większej i nieruchliwej, a drugiej małej i posiadającej zdolność do aktywnego ruchu. Okazuje się jednak, że u podstaw narodzin dwu płci u eukariontów leży asymilacja organelli komórkowych. Już rozwijam myśl, chodzi o to, że poza jądrem komórkowym, DNA znajduje się także w mitochondriach (czy chloroplastach u roślin). Prawdopodobnie te struktury to pozostałość zagnieżdżonych w komórce miliony/ miliardy lat temu bakterii. Aby organella te nie zachowywały się egoistycznie i nie wchodziły ze sobą w konflikty w obrębie jednej komórki (obniżając tym samym drastycznie produkcję energii, utrudniając działanie enzymów w odpowiedniej dla nich temperaturze, prowadząc do dysregulacji i zgonu) system dziedziczenia u ludzi dba o to by były one przekazywane tylko przez jednego rodzica. Wszystkie mitochondria, które posiadamy mamy od matki. Znajdowały się one tylko w komórce jajowej. Plemnik posiada mitochondria we wstawce, dzięki temu ma energię do poruszania witką, jednak do jaja przebija się tylko główka. Lata temu czytałam hipotezy o przekazywaniu ok. 1% mitochondrialnego DNA przez ojca, ale nie wiem jakie były dalsze losy tych spekulacji. Choć niektóre gatunki całkowicie pozbyły się samców (jak pewna grupa wrotków), inne traktują je dość instrumentalnie (vide trutnie), to inne tych samców bardzo potrzebują, głównie ze względu na pomoc przy wychowaniu młodych co zapewnia sukces reprodukcyjny, jak w przypadku konika morskiego, który nosi zapłodnione jaja w specjalnej torbie. Człowiek również zalicza się do tej grupy, która raczej potrzebuje mężczyzn. Dzieje się tak ze względu na długi czas dojrzewania potomstwa i jego stosunkowo niewielką ilość w jednym miocie. Jednak całe te rozważania o rozmnażaniu płciowym pokazują, że bez płci żeńskiej gatunek praktycznie nie przetrwa. Samce bywają haploidalne (mają tylko jeden zestaw genów), ale bez nich gatunek przetrwa. Diploidalna samica zapewni różnorodność genetyczną. Zdolność wydawania na świat potomstwa jest  pewną szczególna właściwością, prawdziwym misterium. Jako kobieta czuję się tym wyraźnie dowartościowana.

Współpasażerowie czytali „Nędzników”, „Przeminęło z wiatrem” (tom 2), jakiś psychologiczny poradnik dla biznesmenów i „Charaktery”. Myślicie, że wprawiło ich to w równie płodne (sic!) rozważania?

sobota, 03 listopada 2012
Dokumentowanie, utrwalanie

"Skąd ludzie wiedzą co się zdarzyło, skoro nie nagrywają?" pytał Japończyk ze słuchowiska radiowego, które słyszałam bardzo dawno temu. I ja bawię się w utrwalanie, tyle że nie tak kompulsywne. Skanuję ważne pisma, robię zdjęcia, sporządzam notatki. Tylko nie nagrywam, bo sama ścieżka dźwiękowa niewiele by mi przypomniała. Jakiś czas temu dokumentowałam co jem. Ułatwiła mi to aplikacja na komórkę licząca kalorie. Zarzuciłam to, prawdopodobnie postrzegając jako zbytnią inwigilację. Robiłam też fotografie samodzielnie przyrządzonych sałatek i to było znacznie sympatyczniejsze zajęcie.

Trzymam także aparat w gotowości na wypadek gdyby napatoczył się jakiś absurd, albo coś śmiesznego, albo wreszcie sympatycznego. Niedawno też sfotografowałam jakiegoś MIG-a czy innego Horneta, który przelatywał nade mną budząc uczucie grozy.

Boków przy tym nie będziecie zrywać, ale udało mi się udokumentować jak to złośliwy chochlik pozamieniał dekielki na troskliwie ustawionych kubłach do segregacji surowców. Pomyłka utrzymywała się co najmniej kilka dni. Stojąc w (pokaźnej, bo organizacja pracy w tym konkretnym sklepie jest tragiczna) kolejce do kasy zastanawiałam się, co się stanie jeśli ludzie będą wrzucać rzeczy zgodnie z tym, co czytają u góry. Albo co gorsza, co będzie jeśli część z nich będzie się sugerować napisem na dole, a druga część tym co na pokrywie. Przypomina mi to sytuację sprzed lat, kiedy chodząc na pocztę celem zakupu znaczka (zawsze ktoś mi się wpychał w kolejkę do kasy mimo systemu automatycznie nadawanych numerków) i wysłania listu zawsze nadziewałam się na tą samą niewłaściwą skrzynkę pocztową. Stała najbliżej i łudząco zachęcała do skorzystania z niej, a w ostatniej chwili zauważałam napis, że tam wrzuca się tylko listy do księży-misjonarzy. Potem ktoś umieścił duże, czytelne ostrzeżenie, ale zanim się to stało, zawsze wycofywałam się już w momencie włożenia połowy listu w zapraszającą szczelinę. Moja korespondencja docierała do celu. Ciekawe jak będzie z tymi żarówkami i bateriami?

Sytuacja ekonomiczna w Polsce jest złą i większość z nas konfrontuje się z tym na codzień. Nie zdziwiło mnie zatem specjalnie, że kobieta posiadająca salon fryzjerski sąsiaduje z fryzjerem... dla psów. Ciekawe czy wzajemnie się inspirują lub pożyczają sobie narzędzia. A może pani idzie w jedne drzwi i przegląda czasopisma w trakcie robienia trwałej, a w tym samym czasie Pimpuś wchodzi w inne i tam w ruch idą psie utensylia. Tylko czy pieski lubią strzyżenie? Nie denerwują się? W każdym razie zestawienie szyldów pokrewnych branż wygląda pociesznie. Ciekawe kto ma większy utarg...

A co do poniższej ilustracji naprawdę nie mam pojęcia co autor miał na myśli. Czy zachęca do spożywania wina, czy może do jęczenia? Przychodzi mi na myśl co najmniej kilkadziesiąt sposobów, na które można by było skuteczniej zachęcić turystę, tymczasem ta konstrukcja wygląda jak tworzona ze słownikiem lub kiepskim translatorem w ręku.

Swoją drogą, nie wiecie do czego zachęcają takie stojące w ruchliwym miejscu wydekoltowane i wyobcasowane panie, które zaczepiają tylko panów? Podejrzewam, że chodzi o wstęp do jakiegoś bardzo wyprofilowanego lokalu, ale z racji gender bias u tych pań nie jestem w stanie tego zweryfikować. Dodatkowo, nie mam akurat odpowiedniego zdjęcia, ale gdy tydzień temu byłam w kinie (nieomal) padłam ofiarą obrzydliwej dyskryminacji. Mianowicie, teraz w kinie przy zakupie biletu dają masę różnych gratisów, zupełnie jakby nam dziękowali, że w ogóle bilet kupiliśmy. Dzięki temu, że przede mną stała w kolejce grupa studentów (przyszli z gitarą, gitara zachowywała się godnie i podczas całego seansu pozostała w futerale, wpuszczono ją zdaje się bez biletu) zauważyłam, że "a dla panów jeszcze golarki". A skąd założenie, że ja też takich jednorazówek nie używam?! Pan w kasie się stropił, ale szybko odzyskał równowagę i mnie także golarkę wydał. Bez mrugnięcia okiem. Gorzej z pannami, które stały w kolejce za mną - te to miały dziwne miny. Trudno, najwyraźniej się nie golą...

A na zakończenie zdjęcie najświeższe w kolekcji. Inspirowane twórczością Verne, ale ja jestem zboczona i skojarzyło mi się to z tentacle porn. Najwyraźniej mojej pornograficznej wyobraźni niewiele trzeba. Ośmiornica jak żywa, nie dziwię się, że ogrodzona, bo inaczej tłumy by ją obmacywały i ujeżdżały.

Jak się Wam podoba taka bestia?

czwartek, 01 listopada 2012
Wielka pustka

Wielka pustka zagościła na łamach bloga, a momentami w czasie tego milczenia miałam także wrażenie, że gości ona w moim życiu. I to była ta gorsza opcja. Czy tak właśnie wygląda depresja?

Dziś jest szczególny, świąteczny dzień, ale ja go jakoś szczególnie nie celebrowałam. Korzystając z dnia wolnego wybrałam się na bieganie póki było jeszcze jasno. Dobry wybór. Ucieszyło mnie doświadczenie, że mam na coś w ogóle energię. Jednocześnie skonfrontowało mnie to z tym, że od kilkunastu dni nie biegałam i odbiło się to na mojej kondycji.

Miałam tu dziś ochotę napisać różne rzeczy. Wahałam się pomiędzy nawiązaniem do umierania i pożegnań, aż po szczere rozliczenie z moim życiem, które z dzisiejszym świętem, przynajmniej pozornie, nie ma nic wspólnego. Im więcej daję, tym więcej otrzymuję, zatem gdybym się tutaj otworzyła bardziej niż zazwyczaj, podejrzewam, że także otrzymałabym znacznie więcej niż mogę sobie wyobrazić. Tylko czy ja muszę się tak otwierać? Wydaje mi się, że znalazłam sobie już wystarczające pole do pracy nad sobą. Mało tego, mam takie doświadczenie, że czasem sama sobie zbyt wysoko stawiam poprzeczkę i za bardzo siebie cisnę w samorozwoju. Dojrzałam do decyzji, że najbliższy rok spędzę sama ze sobą, po prostu doświadczając życia i szukając inspiracji. To odważna decyzja, ale jestem z nią głęboko pogodzona.

Nie latałam dziś ze zniczami nie z powodu jakiegoś ideowego buntu, a raczej dlatego, że nie miałam takiej potrzeby. Świecę znicze kiedy mam na to ochotę i ma to miejsce do kilku razy w roku. O dziwo nikomu bliskiemu. Rodzice jeszcze żyją i przynajmniej teoretycznie są mi bliscy. Z pewnością są najlepsi jacy tylko mogli być, nawet jeśli absurdalnie czy szkodliwie to okazywali. Pod poprzednim wpisem ktoś pyta mnie o potrzebę separacji. Jakoś utkwiło mi to w pamięci. Mówiąc o separacji ostatnio myślę o niej w kontekście separowania się od rodziny. Wytaczania swojej własnej drogi w życiu.

Separowanie wiąże się także z wchodzeniem w związki, a ten temat jest dla mnie ostatnio wiodącym podczas snucia grubych rozkmin. Właśnie zdobyłam książkę o koluzjach Williego, a są szanse na to, że jego kolejną książkę wydaną w tym roku w Polsce zdejmą wkrótce z wystawy w zaprzyjaźnionej bibliotece. Nie jestem wielką fanką psychoanalizy, ale w koluzje wierzę. To znaczy w to, że jeśli ludzie zostali w swojej rodzinie pochodzenia ukształtowani w jakiś specyficzny sposób, z deficytami, z tym, że przez to w życiu sztywno ustawiają się wciąż w tej samej roli, to w rezultacie szukają sobie komplementarnej pary. Te pary również posiadającej deficyty i nie potrafią funkcjonować inaczej jak w dopełnieniu do kogoś równie poranionego. Na początku każdej relacji dochodzi do mniej lub bardziej świadomego badania granic, ustalania kto co robi, kto ustępuje, kto decyduje, kto ma prawo do czego. To naturalne. Po tym pary poznają, czy ktoś je w ten patologiczny sposób dopełnia czy nie. Jeśli nie - rezygnują i szukają dalej. Jeśli tak, to przez lata potrafią być szczęśliwi, aż po latach dojdą do wniosku, że jedno drugie perfidnie wykorzystywało, a tak w ogóle to mają tego wszystkiego dosyć. Dość smutny koniec, który jest do przewidzenia przez profesjonalistę, ale nie osoby, które siedzą w samym środku wypełnionego szczęściem bąbla.

Czytanie książek o związkach jest niczym bez zdobywania doświadczenia. By mieć doświadczenie, należy mieć w sobie na nie otwartość. Nie budować wokół siebie muru. Ostatnimi czasy rozważam, czy mając deficyty jesteśmy w stanie w ogóle się od nich uwolnić. Czy inni zawsze będą w nas coś "podejrzanego" dostrzegać i skazywać tym samym na wieczne wykorzystanie? Chciałabym być optymistycznie nastawiona. Co jest tym łatwiejsze, że coraz bardziej dociera do mnie, że życie jest w gruncie rzeczy sprawiedliwe. To znaczy, możemy oczekiwać dokładnie tak wiele od innych, jak wiele sami jesteśmy w stanie zaoferować. Jeśli oczekuję cierpliwości i troskliwości, to najpierw sama muszę się nauczyć je dawać. I tak dalej... Ten temat wraca w moich rozważaniach ze szczególną regularnością. Szczególnie od czasu kiedy sobie uświadomiłam, że oczekuję znacznie, znacznie więcej niż w ogóle chcę zaoferować. Było to tak silne emocjonalnie przeżycie, że skłoniło mnie do ewolucji, rozwoju. Im więcej rzeczy próbuję, tym więcej nowych doświadczeń zdobywam. Samo w sobie mnie to wzbogaca, ale ponadto mam dzięki temu coraz mniej obaw. Coraz mniej jest rzeczy tajemniczych i za trudnych, a coraz więcej takich do ogarnięcia i nie wzbudzających lęku. Eksperci na polach, na których nie znam się tak dobrze tracą nimb tajemniczości i nieomylności, a stają się na powrót ludźmi. Z korzyścią dla obu stron:) Łatwiej jest do nich podejść, nawiązać kontakt i wzbogacić się wzajemnie.

Uważam, że powiedzenie o tym, że kiedy jesteśmy gotowi do nauki, zjawia się nauczyciel jest wyświechtane. Jednak w mojej obecnej sytuacji znajduję do niego jakieś odniesienie. Kilka dni temu wybrałam się do biblioteki po książkę o fizyce kwantowej. Poszłam do nowej dla mnie filii, bibliotekarka była flegmatyczką... Z nudów zaczęłam przeglądać pozostałe półki i z zaskoczeniem znalazłam w zapyziałej bibliotece książkę Yaloma - amerykańskiego psychoterapeuty egzystencjalnego o żydowskich korzeniach. Yalom napisał ileś książek dla profesjonalistów i jeszcze więcej specyficznej beletrystyki "dla zwykłych ludzi", ale z głębszym dnem. Kilka z nich czytałam, ale "Mamy i sensu życia" nie znałam. Przez to, że miałam więcej czasu postanowiłam zdjąć książkę z półki i ją także wypożyczyć. Część rozdziałów była dla mnie po prostu dziwaczna i trudna do strawienia. Nie przepadam za psychoanalityczną retoryką. Jednak rozdział rozpoczynający książkę był dla mnie wstrząsający. Znany profesor, autorytet, autor książek, prelekcji... rozlicza się ze swoją przeszłością, ze swoją rodziną. Pisze o tym wiedząc przecież, że książkę mogą przeczytać jego krewni, studenci, czytelnicy na całym świecie który dostaną w ręce przetłumaczoną książkę. I taki człowiek przyznaje się, że jego matka nie dawała mu akceptacji, że dręczy go w koszmarach, że sama nie była wykształcona, ale była tak silną osobowością, że trzęsła całym domem, że pomagając przez lata innym tak naprawdę nie uporał się z własną historią rodzinna nawet po śmierci matki. Wstrząsnęła mną ta publiczna spowiedź. Yalom nie musi być moim mentorem by wywrzeć na mnie wrażenie. Z jednej strony trudno uniknąć porównywania się i złudnego pocieszania, że "ja przecież nie przeszłam aż takiej traumy", z drugiej przychodzą do głowy pomysły na poukładanie swojego życia tak, żeby było szczęśliwe, bo wszyscy mamy swoje szkielety w szafie.

Czy inni ludzie kiedykolwiek zastanawiają się nad takimi rzeczami?