RSS
niedziela, 24 listopada 2013
 Internet jako miejsce ucieczki

Właśnie powracam z wyjazdu na zagraniczną konferencję. Poznałam świat obcych dla mnie ulic, które okazały się nie bardziej obce niż ulice polskiego miasta, w którym bym wcześniej nie była. Poznałam też autobusy wyposażone w komfortowe hotele, a nawet ekran dla pasażera i darmowe słuchawki na życzenie. W żadnych innych okolicznościach nie przypomniałabym sobie „Robin Hooda”. Standardowe wyposażenie takich wozów w WiFi dawało mi szczególny komfort psychiczny, o czym nieco dalej.

Tak odległy wyjazd wzbudzał moje najszczersze przerażenie. Przejścia tego procesu nie ułatwiały mi także najbliższe osoby dzieląc się swobodnie swoimi lękami zamiast mnie wspierać. Mamo, wiem, że tego nie czytasz, ale gdybyś czytała to wiedz, że bardzo, ale to bardzo się gniewam. Nawiasem mówiąc z telefonów od matki wywnioskowałam, że grzebała sobie swobodnie w moich rzeczach. Nie mam pojęcia czego szukała. Biorąc pod uwagę moje seksuologiczne zainteresowania mogę się jedynie domyślać;) Mam za to poważne wątpliwości co do tego, czy aby tak powinno się wyrażać tęsknotę. Jednak umęczona mam świadomość, ze za jakiś czas będę w domu. Najbliższy tydzień zapowiada się iście imponująco, bowiem codziennie będę pracować do 20-stej. Jeśli zatem nie uda mi się powrócić na czas, to będę miała mieszane uczucia.

Moje umiejętności społeczne wiele pozostawiają do życzenia. Nie inaczej było na konferencji, za późno wpadłam na pomysł, by powtarzać sobie, że tutaj to już na pewno nikt mnie nie zna i mogę sobie eksperymentować do woli z autoprezentacją. (Nie)stety, gdyby inni nie wychodzili z inicjatywą prawdopodobnie nie zamieniłabym z nikim ani słowa. Z zaskoczeniem odkryłam, że raczej się izolowałam i szukałam ucieczki w znajomych rozrywkach. Przełączenie się na język angielski nie sprawiło mi problemów. Śmieszyło mnie jedynie, gdy niektórzy w sklepach opierniczali mnie za to, że mogłabym nie mówić po angielsku, a po ichniemu. Nie wiedziałam, że tacy ludzie jeszcze istnieją.

Autochtoni, jak pewnie wszędzie, byli różni. Niektórzy nieżyczliwi, jak pani w hotelu, która na mnie krzyczała nie wiadomo za co (a może czegoś jednak nie zrozumiałam?), zaś inni bardzo pomocni, jak chłopak, którzy pożyczył mi drobną sumę na bilet do domu. Bez jego pomocy nie dałabym sobie rady. Jak zwykle jednak zawaliłam sprawę i nie zagadałam dalej. Szkoda, może byłaby z tego interesująca historia miłosna? Przez moją ospałość nigdy się tego nie dowiemy.

Miejscem ucieczki stał się dla mnie znajomy Internet. Na szczęście przez większość czasu byłam w zasięgu WiFi. Było mi w ten sposób łatwiej przetrwać w otoczeniu ludzi, którzy mówią w nieznanym mi języku, który równie dobrze mógłby być dla mnie chińskim. Uciekałam w świat znajomych witryn i konta pocztowego, które udowadniało mi, że w Polsce wciąż są ludzie, którzy mnie potrzebują, albo przynajmniej mają ochotę na kontakt. Miły był także kontakt ze smartfonem z polskim interfejsem. W międzynarodowym konferencyjnym towarzystwie dopiero zauważyłam jak bardzo różnią się wyglądy ekranów osób, które siedzą ze mną na sali. Z powodu różnic w alfabetach, różnych krojów czcionek, większość z tego co widziałam było dla mnie nieczytelne. Tęsknota wskutek krótkiego rozstania z krajem była tak wielka, że z przyjemnością patrzyłam na każde polskie słowo, choć zazwyczaj bynajmniej nie budzą one we mnie takiego rozrzewnienia.

Kiedy widok za oknem zmieniał się, kiedy mierzyłam się z koniecznością odnajdywania drogi w nowym miejscu, duże pocieszenie niosło mi odwiedzane znajomych witryn, które pozostawały bezpiecznie niezmienne jak góry. Jest to porównanie o tyle paradoksalne, że o ile informacja zamieszczona w Internecie rzeczywiście zostaje tam wiecznie, o tyle wygląd poszczególnych stron czy sama ich egzystencja jest bardzo ulotna. Serwery padają, rządy potrafią odciąć od Internetu, a zawieszony czy rozładowany smartfon nadaje się co najwyżej do wbijania gwoździ.

Nieocenioną pomoc przyniósł mi także właśnie rzeczony smartfon, który umożliwił mi bieżące korzystanie z map Google. Oficjalnie dziękuję im za obfotografowanie tej okolicy i umożliwienie mi sprawdzenia połączeń tramwajowych z dworca. Bez Was nie dałabym sobie rady. Doświadczenie takiego postępu techniki było dla mnie uderzające. Szkoda tylko, że GPS z jakichś względów nie działał i przez to jednak raz zmyliłam drogę idąc pieszo. Musiałam na zewnątrz prezentować jakąś pewność, której brakowało mi w środku, bowiem już w pierwszych minutach po wyjściu z autobusu jakiś kierowca zapytał mnie o drogę. Podobna sytuacja miała miejsce w sklepie, gdzie jakaś pani pytała mnie o… coś, prawdopodobnie gdzie znaleźć jakiś produkt, którego na oczy nie widziałam.

Wyjazd ten wiele mnie nauczył przede wszystkim o sobie samej. Mianowicie, powinnam takie eskapady powtarzać częściej by nie siedzieć na miejscu uwiązana własnymi lękami podsycanymi przez bliskich. Pierwsze wyjazdy powinny być krótkie, dłuższej rozłąki bym nie przetrzymała. I tak już wydawało mi się, że rozwinę zaburzenia adaptacyjne jeśli nie powrócę. To prawda co mądre książki piszą o lęku i jego nieuchronnej habituacji. Jadąc w jedną stronę byłam bardzo nieśmiała, wracając już pewniej się poruszałam zarówno po dworcu jak i w pojeździe. Mniej się także stresowałam wszystkimi potencjalnymi rzeczami, które mogą pójść nie tak. Podobnie było z odnajdywaniem drogi w obcym mieście. W kolejnym dniu czułam się już jakbym tą drogę przebywała codziennie, co zresztą ma pewnie swoje uzasadnienie, ile bowiem zajmuje nauczenie się prostej trasy? Bałam się tylko, że wyda się, że kompletnie nie rozumiem napisów, nie rozróżniam monet i tak dalej. Na przyszłość powinnam sobie przed wyjazdem obejrzeć zdjęcia całej waluty.

Reasumując, najadłam się strachu, ale chyba warto było. Przekraczanie własnych barier okazało się dla mnie rozwojowe i może to przede wszystkim mają na myśli ci, którzy mówią, że podróże kształcą.

niedziela, 03 listopada 2013
Życie Adeli: rozdziały 1 i 2 – recenzja

"Życie Adeli" to tegoroczny film francuskiego reżysera Abdellatifa Kechiche, który zdobył Złotą Palmę w Cannes. Po jego premierze w Polsce rozgorzało w Internecie. Stanowi portret intymny tytułowej Adeli i zapis emocjonalnych aspektów odkrywania przez nią własnej nieheteroseksualnej tożsamości. Film nakręcono na podstawie komiksu homoseksualnej francuskiej autorki Julie Maroh „Blue is the warmest color” („Niebieski jest najcieplejszym z kolorów”).  Aktualnie film można obejrzeć w wybranych kinach studyjnych. Jakież było moje zaskoczenie, gdy w dniu wczorajszym przychodząc na ostatnią chwilę z trudem znalazłam miejsce w sali kinowej. Skonfrontowałam się przy okazji także z własnymi stereotypami. Oczekiwałam bowiem hordy lesbijek, a tymczasem na sali znalazłam młode ciekawskie heteryczki, ludzi starszych, których obecność w takim miejscu po prostu mnie zaskoczyła (a niesłusznie!), a także grupę rozentuzjazmowanych młodzieńców, którzy zapewne dowiedzieli się o długich scenach seksu zawartych filmie. Wszyscy przyszliśmy się ukulturalniać na trzygodzinnym seansie.

Krążą plotki o tym, jakoby Kechiche na planie był bezkompromisowy, a praca z nim trudna dla aktorek. Możliwe. Reżyser bowiem zaserwował nam specyficzny obraz zawierający co najmniej kilka ryzykownych zabiegów. Ma się wrażenie, że na planie w ogóle nie zatrudniano charakteryzatora, co ma swoje dobre i złe strony. W pewnym sensie przydaje to autentyczności obrazowi. Z drugiej jednak strony, widzimy wycinek kilku lat z życia głównych bohaterek, ale w każdym kadrze wyglądają tak samo, nie starzeją się. Ujęcia są bardzo naturalistyczne, obserwujemy kąciki ust brudne od spaghetti i gile w nosie, które pojawiają się przy płaczu. Podobną konwencję zastosowano przy filmowaniu seksu. Długie ujęcia, spory naturalizm, niekończące się uniesienia miłosne wręcz męczące widza. Serwowane mi soft-porno w niczym nie przypomina „związku dwóch sióstr”, o którym dawno temu pisał w rozdziale o homoseksualizmie Bilikiewicz senior. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej dochodzę do wniosku, że gdyby to ode mnie zależało, to wycięłabym te sceny, a zamiast tego sfilmowałabym sugestywne łóżko i zmierzwioną pościel zalaną ciepłym światłem.

Ukazana w filmie piętnastoletnia Adele już wie co chce robić w życiu, ale jeszcze nie ma jasności co do tych kwestii, które są związane z zakochiwaniem się. A przecież mowa o miłości jest wszędzie, w lekturach szkolnych i na szkolnych przerwach. Koleżanki Adele nie stronią też od obcesowych rozmów o seksie czy eksperymentów seksualnych. Strasznie trudno jest oddzielić własne odczucia od tego, co robią „wszyscy” inni, albo od tego co „powinno się” robić. Adele jest w takiej fazie rozwojowej, w której tożsamość grupowa jest bardzo ważna, ale też i seks jest taką sferą życia, że trudno tu o uniwersalne normy. Jest on kwestią intymną i wysoce indywidualną. Toteż Adele szuka, próbuje seksu z chłopakiem, ale okazuje się, że w tej relacji oszukiwała samą siebie. Następnie w towarzystwie przyjaciela bohaterka odwiedza kluby gejowskie, gdzie dostaje infantylną wskazówkę „miłość nie ma płci” rodem z supersekretnego pamiętniczka dla nastolatek. Właśnie w klubie poznaje Emmę – starszą od niej apodyktyczną studentkę ASP, która ma niebieskie włosy i tą samą dziewczynę od dwóch lat. Emma jest także doskonale znana w lesbijskim klubie. Mam wrażenie, że doskonale rozpoznaje ona brak zdecydowania i znajomości własnych potrzeb u napotkanej uczennicy i wręcz to wykorzystuje. Kończy się namiętnym, męczącym seksem i nawiązaniem przez kobiety związku. A może właśnie kolejność była odwrotna.

Lesbijki narzekają na to, że film przedstawia stereotypy na ich temat. Do tego zarzutu trudno mi się odnieść, ponieważ zbyt słabo znam to środowisko. Wiem natomiast, że wiele stereotypów dotyczących osób homoseksualnych obraca się wokół (braku) wierności w ich związkach. Otóż dziewczęta są sobie wierne, zaczynają prowadzić wspólne gospodarstwo domowe. W ich pożycie z czasem wkrada się rutyna i sposób rozwiązywania tego problemu okazał się dla mnie najbardziej emocjonującym i odkrywczym elementem fabuły filmu. Podział ról między partnerkami staję się dość stereotypowy. Adele pracuje w przedszkolu i prowadzi dom, Emma realizuje się na płaszczyźnie artystycznej inspirowana swoją muzą. Jej akty przypominają pożycie seksualne obu kobiet, są dosłowne, bez niuansów i organiczne. Związek pań kojarzy mi się z opisaną przez Avery relacją Tamary Łempickiej i Rafaeli. Również zapoznając się z tamtym tekstem kultury miałam wrażenie, że jedna z partnerek wykorzystuje i manipuluje drugą. Adele zamienia się w gospodynię domową, co w końcu dla jej partnerki staje się zbyt mdłe. Obie tęsknią za innymi relacjami, coraz mniej je łączy. W chwili burzliwego rozstania czuje się rozpacz Adele, ale i ulgę Emmy, która chyba nie wiedziała jak z twarzą zakończyć tą relację, więc kończy ją w złości. Kompletnie nie mogę zrozumieć dlaczego Adele nie poszła dalej i po latach wciąż nie mogła sobie ułożyć życia po rozstaniu. Film pozostawił mnie wręcz z wątpliwościami, czy Adele w ogóle dojrzała i poprawnie określiła swoją seksualność. Może czysta homoseksualność kobiet to także stereotyp? Nie znam natomiast stereotypów dotyczących tego, co dzieje się w klubach „branżowych”, wiem jednak, że osoba trafiająca tam po raz pierwszy jest podatna na wykorzystanie. W końcu jest to świeże mięso na rynku matrymonialnym, w którym każdy był już z każdym.

Film serdecznie polecam, bo jest on w stanie głęboko widza poruszyć i skłonić do refleksji. Jest to idealny materiał dla dyskusyjnego klubu filmowego. Jedyną jego wadą w tym kontekście jest długość, bowiem dyskutowanie bezpośrednio po trzygodzinnym siedzeniu w fotelach może być dla odbiorców wyczerpujące. W moim odbiorze był to film po prostu o miłości i o tym, jak trudne jest utrzymanie trwałego związku. I są to trudności o jednakowym ciężarze gatunkowym bez względu na to, czy mamy do czynienia ze związkiem homo- czy heteroseksualnym. Przyznaje także, że życzyłabym sobie aby biseksualizm także pojawił się w kulturze masowej i za kilka lat spodziewam się podobnego filmu traktującego o osobach tej orientacji. Dobre wrażenie zrobiła na mnie publiczność kinowa, która z nielicznymi (ale na szczęście ograniczającymi się do wymieniania uwag nerwowym szeptem)wyjątkami umiała się zachować z godnością, bez niezdrowej ciekawości, a nawet zareagować szczerym śmiechem na niektóre kwestie padające z ekranu. W wyjściach kulturalnych najbardziej cenię sobie możliwość patrzenia w tym samym kierunku i dzielenia emocji większej całości jaką jest publiczność.

Obejrzenie filmu pozostawiło mnie z mało odkrywczą konkluzją, że może i seks jest prosty, ale za to miłość bardzo trudna.