RSS
niedziela, 22 listopada 2015
Każdego dnia robię coś inaczej niż zwykle

Obierałam dziś owoc granatu. Owoc, który dość długo przeleżał na kuchennym stole, bo nie miałam czasu się do niego dobrać. Dziś ten czas znalazłam i okazało się, że wcale mi go ta czynność nie pochłania tak wiele jak przewidywałam. Przyglądałam się jak natura/ sam pan Bóg chytrze upakowali te nasiona. Jak owoc rozwijał się, komórki się dzieliły, a nasionka wraz z miąższem wędrowały pewnie z jakimś chytrze umieszczonym czynnikiem wzrostu żeby się rozmieścić tak, jak je znalazłam. Fantastyczna sprawa, muszę częściej robić sobie takie ćwiczenia mindfulness.

To był dla mnie taki wyjątkowy weekend bez szkoły, pracy czy wyjazdu konferencyjnego. To znaczy, wczoraj byłam na szkoleniu podczas którego uwodziliśmy się wzajemnie z prowadzącym. Było to nietypowe dla mojego życia, ale miłe interludium w tym zabieganym życiu. Ach tak, tematyka szkolenia oczywiście nie porywała, inaczej skupiłabym się na merytoryce. Na szczęście okazało się także, że fakt iż spóźniłam się ponieważ tylko w sobotę miałam czas odebrać przesyłkę z poczty nie był zbyt wielkim problemem. Potem zaplanowałam wizytę na siłowni.

Z powodu wiecznego pośpiechu często jestem niewyspana, gubię różne rzeczy. Okazało się, że trzy dni wcześniej zostawiłam na tej siłowni pulsometr wart sporą (dla mnie) sumę. Jakimś cudem okazało się, że nikt go nie ukradł, więc nie posiadałam się ze szczęścia jak go odnalazłam. To doprawdy coś nowego, że moje rzeczy nie giną bezpowrotnie i że jest jeszcze ktoś uczciwy na świecie. Już zdążyłam przejrzeć w sieci oferty sprzedaży takiego sprzętu i nie uśmiechał mi się przymusowy wydatek spowodowany własnym niedbalstwem. Tego samego dnia kiedy posiałam pulsometr, poszłam też do kina tylko po to by zasnąć na "Spectre", które zresztą skądinąd bardzo mi się podobało, bo było napakowane akcją od pierwszych (do ostatnich pewnie?) minut.

Dziś zaś przejechałam około 40 km rowerem, przebiegłam dalszych około 6 km, pomachałam kettlebellem, a nawet zaliczyłam saunę. Wczoraj na tej samej saunie podrywał mnie jakiś śniady holenderski mechanik. Nawet się go nie wystraszyłam - pewnie z niewyspania. To męskie zainteresowanie jest dla mnie czymś całkowicie nowym, podobnie fakt, że całkiem mi w tych sytuacjach komfortowo i jestem pogodzona z własną kobiecością. Po dzisiejszych ćwiczeniach pomaszerowałam do opery by obejrzeć pierwszy spektakl od jakiegoś czasu, który naprawdę spełnił moje oczekiwania. Ostatnio trafiałam na same szmiry.

Zrelaksowana usiadłam na sakwie w optymistycznym kolorze by napisać tą notkę. Na własne (nie?)szczęście zajrzałam jeszcze na FB, a tak w podpowiedziach w panelu bocznym znalazlam jakiś profil sympatyków LGBT. Okazuje się, że spotykają się w mojej okolicy. W przypływie entuzjazmu do fundowania sobie nowych doświadczeń miałam nawet ochotę pójść na takie spotkanie, ale obawiam się, że kobiety zaraz oczekiwałyby że się z nimi umówię, albo ktoś każe mi się dzielić własną biografią seksualną. Czy to prawda czy stereotypy? Macie jakieś doświadczenia z sympatykami tych środowisk?

Z szukaniem pracy idzie mi chyba całkiem dobrze skoro zaczynam się martwić jak ja te wszystkie nowe prace ogarnę ;) Tymczasem przebieram się, pakuję na jutro i nastawiam budzik. W przyszłym tygodniu mam jakieś 82 godziny do przepracowania ;)

20:41, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 listopada 2015
Szukanie pracy to też praca

Przez ostatnie tygodnie mniej lub bardziej intensywnie szukam pracy. Zmieniłam nieco strategię w stosunku do tego, jak postępowałam szukając jej kilka lat temu. Złożyło się na to kilka przyczyn, przede wszystkim jednak pewnie przemawia za tym intensywne inwestowanie we własną edukację, czym podparte jest moje aktualne przekonanie, że teraz mam do zaoferowania więcej, więc i należy mi się wyższe wynagrodzenie.

Aplikowałam zatem do samych prestiżowych miejsc z dogodną dla mnie lokalizacją skutkiem czego wysłałam jedynie kilka CV. Prawdopodobnie wszystkie dotarły do adresatów. Co do jednego nie mam pewności, a szkoda, bo na tamtym miejscu zależało mi najbardziej. Niestety, nie dostałam żadnego potwierdzenia doręczenia wiadomości. Do szukania w prestiżowych miejscach skłonił mnie kolega po fachu, który mimo znacznie gorszych kwalifikacji miał szerokie plecy, które go wspierały na ścieżce kariery. Zgodnie z wyobrażeniami osoby, która rzeczonego kolegi w życiu na oczy nie widziała, powinien on teraz wyglądać trochę jak Quasimodo, bo oprócz nieproporcjonalnie szerokich pleców jest to także osobnik o zbyt długim języku. Dzięki tej anomalii anatomicznej był on uprzejmy wypaplać mi także ile w tamtych miejscach zarabia. Jestem absolutnie przekonana, że nie wolno mu tego było zrobić, ale zrobił i dzięki temu ja wiedziałam czego się spodziewać/ jakie mieć oczekiwania.

Efekty eksperymentu behawioralnego pod roboczym tytułem "poszukiwanie pracy" przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Początkowe założenia typu: "zrobię to najlepiej jak potrafię", "rozłożę sobie to zadanie na etapy", "napiszę jak najbardziej atrakcyjne i przejrzyste CV" itp. okazały się niewystarczające. To znaczy, okazało się, że po tych kilku CV zaproszono mnie na trzy rozmowy kwalifikacyjne. Trzecia dopiero przede mną. Na pierwszej przyszła szefowa nie spodobała mi się ani trochę, bo zupełnie nie przygotowała się do rozmowy. Na drugiej, umówionej dziś całkiem spontanicznie, przyszły szef zaraził mnie swoją entuzjastyczną wizją zakładanej właśnie firmy, ale okazało się z kolei, że moja wiedza na temat prawa pracy czy różnych wymogów, które ja muszę spełniać jest niewystarczająca. Szukam teraz rozpaczliwie taniego prawnika, który udzieli mi niezbędnych informacji. W razie czego mam też potrzebę porozmawiania z drugim prawnikiem (tak dla pewności) i księgową (cudzą, bo mojej nie ufam:/).

Czuję się doceniona z powodu stosunkowej obfitości rozmówi kwalifikacyjnych, na które jestem zapraszana. Na każdej z tych rozmów czegoś się uczę. O postępowaniu w takich sytuacjach, o tym co mnie samej odpowiada u pracodawcy, o tym jak inni piszą CV, które lekkomyślnie pozostało na stole po poprzedniej kandydatce... Nauczyłam się między innymi, że warto przyjść nieco wcześniej, obejrzeć to miejsce pracy, zapoznać się z jego atmosferą. Dałam sobie prawo także na to, by coś mi się zwyczajnie nie podobało. Zaimponowało mi także, że przyszli pracodawcy starali się przedstawić własny zakład pracy w jak najlepszym świetle. Zupełnie jakby im zależało (?!) żeby mnie pozyskać. Jedyne czego się jeszcze nie nauczyłam to negocjacja stawek jakie ktoś chce mi zapłacić i ci pracodawcy jakoś tak dziwnie na mnie patrzą. Nie wiem o co im chodzi. Tak bardzo lubią targowanie się? Czy nie mogliby po prostu zaproponować mi największej sumy jaką są w stanie na mnie wydać i przestać mnie obrażać tymi targami? Na razie jeszcze nie usłyszałam od nikogo, że jestem zbyt tania, ale myślę, że do tego droga niedaleka. Muszę poćwiczyć przed lustrem minę jaką powinnam zrobić gdy mi to powiedzą.

Na razie mogę poinformować, że w pełni zgadzam się ze stwierdzeniem, że samo poszukiwanie pracy to także praca. A że jestem tak zapobiegliwa, że szukam nowej zanim zrezygnuję z aktualnej, to swoistym paradoksem jest, że z potencjalnym pracodawcą muszę co najmniej kilkakrotnie negocjować termin rozmowy kwalifikacyjnej zanim ona się w ogóle odbędzie. Nie mam pojęcia, czy powinnam się cieszyć swoistym sukcesem na rynku pracy, czy może zaczekać z fetowaniem do czasu aż rzeczywiście podpiszę jakąś umowę.

Życzcie mi szczęścia i mądrych wyborów.