RSS
czwartek, 17 listopada 2016
TEDx Gdynia 2016

Od kilku lat uczestniczę w spotkaniach TEDx w różnych miastach w Polsce, głównie w Warszawie, ale tym razem zawitałam do Gdyni. Po raz pierwszy. Tegoroczna konferencja odbywała się pod hasłem "Inaczej", a wystąpienia prezentowały bardzo zróżnicowany poziom. Zastanawiam się według jakiego klucza organizatorzy dobierali prelegentów, bo w kilku miejscach wydaje się to wybór chybiony. Wydarzenie miało bardzo kameralny charakter, jak twierdzą organizatorzy zaproszenia uzyskało 100 osób. Mnie wydawało się, że na sali widzę ich około dwóch razy więcej. Być może widziałam po prostu team organizatorów czy rodziny prelegentów.

Wydarzenie odbywało się w Pomorskim Parku Naukowo-Technologicznym w budynku, który zawiera coś podobnego do bardzo ograniczonej wersji Centrum Nauki Kopernik. Prelekcje miały miejsce w sali audytoryjnej, dobrze wyposażonej i mogącej zmieścić kilkaset osób. Dlatego też organizatorzy udostępnili do siedzenia tylko pierwsze 8 rzędów resztę odgradzając szarfą. Jest to pomysł co najmniej kontrowersyjny, ale rozumiem że chcieli by na zdjęciach widownia wyglądała na pełną. Nagłośnienie i zaplecze techniczne sali było znakomite, a podczas prelekcji nic nie zawiodło. Brakowało mi jednak przedstawienia i pokazania twarzy wolontariuszy, którzy przygotowywali tę edycję. Należało ich po prostu zaprosić na scenę i oficjalnie podziękować. Była za to nachalna autopromocja tegorocznej prowadzącej, która chyba zachłysnęła się swoją nową rolą. Miałam wrażenie, że zaraz będzie nam wciskać swoje wizytówki, a już na pewno dowiedziałam się wszystkiego o jej kwalifikacjach. Do ilustrowania wystąpień zatrudniono Jadźka Rysuje i... niestety jej tablica stała w takim miejscu, że prace były dla mnie zupełnie niewidoczne, a zapełnione kartki zostały zwinięte i schowane (?!). Mam nadzieję, że organizatorzy zamieszczą po wydarzeniu zdjęcia tych prac w sieci.

Pierwszy panel otworzyła Marta Borkowska-Bierć, która przekonywała, że nie warto ograniczać się do wąskiej specjalizacji. Warto za to próbować nowych rzeczy bez założenia, że od razu musimy stać się ekspertem. Nie była to ani najgorsza, ani najbardziej porywająca prelekcja tego popołudnia, ale przesłanie zacne i warte wdrożenia. Słuchając tego wykładu zastanawiałam się gdzie sama się mieszczę na kontinuum szerokości specjalizacji gdyż z jednej strony wykonuję dość wąsko określoną profesję, zaś z drugiej robię zawodowo całkiem wiele rzeczy pobocznych, które nie są moim głównym źródłem dochodu, ale też to nie dochód mnie w życiu motywuje.

Jako drugi wystąpił Piotr Milewski opowiadający o trudach dojazdów do pracy w Bydgoszczy i projektowaniu gier, ale nie gier komputerowych. Jednym słowem trudno powiedzieć o co panu chodziło, czy narzekał, że ma daleko do roboty, czy że ludzie go nie rozumieją. Jakie ma wykształcenie też się nie dowiedziałam. Lepiej wiem o czym ta prezentacja nie była niż jaka była główna myśl w niej zawarta. Może dlatego, że zasnęłam po dwóch pierwszych minutach tych wypocin, co zapewne zostało uwiecznione na zdjęciach. Zdecydowanie najsłabsze wystąpienie, a nazwisko prelegenta dziwnie pokrywa się z nazwiskiem prowadzącej konferencję.

Po nim mówiła Martyna Regent o wykorzystywaniu nowoczesnych narzędzi do projektowania takiej architektury, którą mieszkańcy polubią i będą chcieli użytkować. Na konferencji wspomniano, że pani Martyna dostała jakąś nagrodę za swoje osiągnięcia, ale za nic się na stronie TEDx Gdynia nie mogę doszukać jaką. A szkoda, prezentacja była dość hermetyczna, nie porywająca mnie jako osoby nie związanej z tą dziedziną nauki i chciałam sprawdzić kto z profesjonalistów tą panią docenił i za co. Była na tej konferencji inna prezentacja dotycząca architektury, która absolutnie mnie porwała, ale o tym za chwilę. Warto jedynie zwrócić uwagę, że zestawianie tak pokrewnych wystąpień o tak zróżnicowany poziomie podczas jednego krótkiego popołudnia wydaje się strategicznym strzałem w kolano dla organizatorów.

Rundę pierwszą wystąpień zamykał Adam Szostek, czyli moim skromnym zdaniem największe odkrycie tej konferencji. Gdy zobaczyłam w temacie wykładu deskorolkę nie byłam zbyt entuzjastycznie nastawiona. Przecież to takie niepoważne. Ten człowiek ujął mnie jednak swoją pasją, a poza tym to, co mówił było po prostu ciekawe. Byłam autentycznie rozbawiona gdy opowiadał jak podczas swoich podróży po świecie z deskorolką uczył lamę z zakonu jazdy na desce. Dowiedziałam się, że jazda na deskorolce została niedawno dyscypliną olimpijską (kiedy taniec na rurze zostanie?) i że to najpopularniejszy sport kobiecy w Afganistanie. Jednym słowem, zabawnie i edukacyjnie w tym samym czasie. To lubię.

Po przerwie, na której Razem przy stole zapewniło bardzo ładnie podany drobny poczęstunek, wystąpiła Zofia Lewandowska przedstawiająca ideę leśnych przedszkoli. Nie mam pojęcia co się dzieje w głowie skandynawistki, która zakłada przedszkole w lesie z salką w stajni współdzielonej z klaczą. Choć nie jest to zabronione, nie wiem również dlaczego kazano mi o tej idei słuchać. Bulwersuje mnie, że zarówno w prezentacji multimedialnej jak i dossier prelegentki podano nazwę prowadzonego przez nią przedszkola. Licencja TEDx zabrania reklamowania własnej firmy, tutaj to założenie zostało złamane.

Kiedy jako następny na scenę wszedł Bartosz Zadurski obawiałam się korpobełkotu i autopromocji. Spotkało mnie miłe zaskoczenie, gdyż prelegentowi bardzo ładnie udało się przebrnąć przez zgrabne opisanie poprzedniej ścieżki kariery, po czym skupił się na zasadności pracy z ciałem. Na dodatek zaproponował kilka ćwiczeń w sposób tak płynny i naturalny, że nie miałam oporów by wstać z krzesła i robić co mi każe. Było to bardzo miłe doświadczenie i chyba się potem dziwacznie uśmiechałam, bo osoba siedząca obok mnie zaczęła mi się jakoś tak baczniej przyglądać...

Kolejna była Ewelina Grądzka, z wykształcenia filozof, prywatnie znajoma pani prowadzącej, a na co dzień popularyzatorka... astronomii. Przykład osoby, która chyba zbyt dosłownie wzięła sobie do serca przesłanie Marty Borkowskiej-Bierć. Przez dobre kilkanaście minut częstowała nas banałami i kazała odkrywać oczywistą prawdę, że z kosmosu nie widać granic między państwami (koncept tak wyświechtany, że nawet Pratchett zdążył obśmiać to odkrycie), że Ziemia to tylko ziarenko we wszechświecie i że przede wszystkim jesteśmy "Ziemianinami" (autentyk! powtórzony ze 20 razy). Bardzo słabo pani Ewelino, gdyby pan Piotr nie przyszedł to byłaby pani najsłabszym ogniwem.

Mocnym kontrapunktem był Jan Sikora. Obawiałam się, że będzie nudny jak mówiąca we wcześniejszym panelu architekt. Jednak nic z tych rzeczy. Ten prelegent w wieku 32 lat zdobył habilitację (chapeau bas!), wykłada na ASP i... sprawił, że żałuję iż tam nie studiuję. Wykładowca pełen energii, poczucia humoru i zdolności. Opowiadał o swoim uczestnictwie w projektowaniu bibliotek na dworcu w Sopocie i Rumii, a są to naprawdę rewolucyjne wnętrza, zorganizowane z rozmachem i zachęcające do przebywania w nich. Stacja Kultura w Rumii zdobyła nagrodę przyznaną przez profesjonalistów. Mistrzowska realizacja dynamicznego wykładu z jasną tezą. Jeśli ten pan robi jakieś wykłady otwarte to chcę na nie przyjeżdżać.

Pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie również wystąpienie Ewy Langer, która opowiadała o swojej rokendrolowej karierze, uprawomocnianiu kobiet w muzyce i obozach na których uczy dziewczynki i dorosłe kobiety gry na gitarze basowej. Sympatyczne wystąpienie energetycznej kobiety, zaś na zakończenie konferencji mieliśmy przyjemność wysłuchać koncertu na perkusję i gitarę basową zeszłorocznych absolwentek jednego z takich szkoleń. Stanowiło to bardzo miły akcent.

Jeśli podobne wydarzenie będzie organizowane w przyszłym roku (podobno ta edycja była już piątą), to zapiszcie mnie na listę chętnych! Nie omieszkam napisać recenzji ;)

niedziela, 06 listopada 2016
Jak czerpać z własnych deficytów?

Pogoda dziś była całkiem ładna, starałam się zrelaksować. Z umiarkowanym efektem. Odebrałam mail, że przyjęto mój abstrakt na konferencję. Może był dobry, a może po prostu brakowało lepszych zgłoszeń. Nigdy się nie dowiem. Czuję się źle mimo to. Nie wystarcza mi to.

Mam dużo do zaoferowania i oferuję. Dostrzegam jednak i swoje deficyty. Robię dużo, doświadczam świata intensywnie bo i kontaktuję się z dużą ilością ludzi czy instytucji. Odpowiada mi taki tryb życia, dostymulowuje mnie. Jednak powstało mi dziś w głowie pytanie, czy takie doświadczenia nie zmieniają trwale? I czy to jest dobra zmiana?

Nie chcę nikogo urazić takim porównaniem, bo zdaję sobie sprawę, że jest ono pewną hiperbolą, ale czasem czuję się jak na ostatniej misji w Afganistanie. Moją misją jest stawianie siebie w sytuacjach (np. paskudny staż czy szkolenie w miejscu dalekim od idealnego), które choć nieprzyjemne to mają prowadzić do czegoś dalej, jakiegoś końca, który wieńczy dzieło. Tyle że ostatnio zmądrzałam i wiem już, że choćbym nie wiem co osiągnęła to nie powinnam się oglądać na to, czy otoczenie w końcu mnie za to pokocha, a raczej siebie zacząć akceptować taką jaką jestem. To prawda, że akceptując siebie robimy więcej, na więcej się odważamy, a nasze życie jest pełniejsze. Z własnych deficytów też da się czerpać.

Wiedząc to wszystko wciąż czasem czuję się jak w namiocie na linii frontu licząc na to, że plandeka zamaskuje mnie przez kolejną noc, odliczając kolejne dni do powrotu do domu i zasypiając przy huku wystrzałów. Z mieszanką smutku i psychopatycznej ulgi patrząc na nieszczęścia współtowarzyszy. Smutku z empatii, ulgi gdyż to nie mnie się przydarzyło. Uniknęłam kolejnej kuli, a nikt nie wie na jak długo. To jak gra hazardowa o bardzo duże stawki i z bardzo dużym ryzykiem przegranej. Przegranej, która zmienia nieodwracalnie. Bo czy po powrocie z tej linii frontu można wrócić normalnym? Przyzwyczaić się do wsiadania do autobusu, a nie transportera opancerzonego. Czy można odnaleźć spokój, na który tak bardzo się czekało? Dziś śnił mi się koszmar, wydawało mi się, że jestem w swojej starej pracy. Dopiero takie sny pokazują mi jak wielkim była ona dla mnie obciążeniem.

Znajdując się w sytuacjach ekstremalnych otorbiamy się, uruchamiamy tryb radzenia sobie przez unikanie. Bo jak się w tej torbieli nie zamkniemy to nie przeżyjemy. Tylko trudno potem w takim kokonie turlać się przez resztę życia. Jest to raczej takie pół-życie. Jeśli jest tak źle, co właściwie stoi na przeszkodzie by zrobić coś nowego, innego? Czy mam coś do stracenia?

Czasem mam ochotę na szczere podzielenie się własnymi doświadczeniami. Nie po to, żeby szukać współczucia, a raczej by coś zaoferować, dać innej osobie, utwierdzić w przekonaniu, że nie jesteś sam i nie tylko ty to przeżywasz. Tak się akurat składa, że łatwiej mi takie rzeczy komunikować w sieci niż w realnym życiu. Nie miałabym jednak nic przeciwko temu, żeby mnie ktoś zaprosił na np. spotkanie z młodzieżą, z którą mogłabym porozmawiać na temat wyborów życiowym i akumulacji mądrości z wiekiem. Wiem, że to jest wymagający odbiorca, ale też odbiorca lgnący do szczerości, a tego mi nie brakuje. Czy to mój kolejny deficyt, z którego warto czerpać? Nigdy nie nauczyłam się dyplomacji.

Są aspekty, które mi bardzo dobrze w życiu wyszły i są takie, które nie wyszły w ogóle. Dziś zobaczyłam w kącie pokoju stertę papierów obrzyganym przez kota. W papierach były materiały do doktoratu, który nigdy nie powstał. Zastanawiam się co mnie powstrzymało przed jego napisaniem w dobie, w której doktoraty zdobywa coraz więcej osób. Czy założyłam, że i tak tego nie napiszę i dlatego materiały wylądowały na podłodze? Czy sama sobie podcięłam skrzydła samospełniającą się przepowiednią? A może zadziałało to, że faktycznie nic by on w moim życiu nie zmieniał poza przyniesieniem satysfakcji? Nie mam doktoratu, nie mam związku i właśnie na tym się skupiam zamiast koncentrować się na tym, ile rzeczy w życiu udało mi się osiągnąć, jak bogate mieć doświadczenia zawodowe i jak dobrą mam pracę. Bo teraz zawodowo może nie jest idealnie, ale jest dobrze i mam 1000% więcej wpływu na to, co się ze mną w niej dzieje niż choćby rok temu. Widoczny postęp dzięki temu, że bardzo precyzyjnie wiedziałam czego chcę. Sęk w tym, że chcę więcej. Stawiam sobie kolejne cele, a za nimi podążają kolejne trudności. Mam problem z odróżnieniem gdzie kończy się realizacja marzeń, a zaczyna kompensacja. Mam coraz mniej otwartości na kompromisy.

Pod koniec dnia mam ochotę wyjechać do innego miasta, albo kraju i tam się realizować. To nie są nierealistyczne marzenia, a raczej przekonanie, że nie pasuję do tych zasad, czy tego co teraz dzieje się w tym kraju. Normalnie stronię od polityki (znowu unikanie!), ale teraz nie jest w stanie tego robić. Jestem po prostu zbyt przerażona wprowadzanymi zmianami. Być może najlepszą metodą na zdobycie zdrowego dystansu byłoby wybranie się na jakiś zagraniczny staż albo choćby wolontaryjna podróż do jakiegoś biednego kraju żeby tam pomagać, a mimochodem zdobywać nową perspektywę. A może po prostu potrzebuję urlopu bo od 1,5 roku nie byłam?