RSS
środa, 29 grudnia 2010
Tekst roku 2010

Informacje zwrotne są tym, co lubię. Tymczasem nadaża się po temu dobra okazja. Zbliża się koniec roku -czas podsumowań. Także mój blog funkcjonuje już w sieci nieco ponad rok i zdążył zebrać ze dwie stałe czytelniczki z czego jestem dumna.

W związku z powyżej wymienionymi okolicznościami, postanowiłam w ramach podsumowań poprosić Was o typowanie tekstów, które się Wam tutaj najbardziej spodobały. Krótkie uzasadnienie będzie mile widziane, ale nie jest konieczne. Anonimowi czytelnicy czytają u mnie najchętniej "Wszystko o Annie" i "Hoshi Sagę 4", ciekawa jestem czy podobne preferencje będą miały osoby, które zechcą się wypowiedzieć w komentarzach. Możecie tam także zamieszczać swoje ewentualne sugestie, lub prośby o poruszenie konkretnej tematyki.

Pozdrawiam i liczę na ożywioną dyskusję obfitującą w konstruktywne informacje zwrotne.

19:55, wildfemale
Link Komentarze (13) »
wtorek, 28 grudnia 2010
Plotki, plotki

Spotkałam dzisiaj wielu nieznanych mi ludzi, po prostu załatwiałam formalności w nowym miejscu pracy. Przy okazji zetknęłam się z osobami, które już tam pracują, ale które nie widziały mnie wcześniej na oczy (i vice versa). Ze względu na pokrewieństwo wykształcenia i dość podobny zakres doświadczeń bardzo szybko wywiązała się rozmowa. Niemniej jednak były to dla mnie obce indywidua. Aż wtem jedna z niewiast zdecydowała, że się pochwali jak bardzo jest zorientowana w branży.

- A wiecie, że pani X miała wylew! No tuż przed świętami!

- Jak to?! To ile ona miała lat?! - zareagowała inna.

- No nie więcej jak 50, ale dużo paliła. Pewnie teraz leży sparaliżowana w szpitalu, ale pewnie mąż o nią dba. Ona miała bardzo kochającego męża. I tyle pracuje: w miejscu A, B C i D, no i jeszcze tyle książek czyta. - trajlowała najlepiej poinformowana.

- Niemożliwe, a ona mi odpisała na życzenia w tym roku. SMSa jej wysłałam. - nie dawała za wygraną tamta.

- No może pojedna się z córką. Ona miała 22-letnią córkę, z którą była w konflikcie. I ona jeszcze habilitację miała robić. - motyw autoprezentacji był coraz wyraźniejszy.

- I jeszcze syna miała. Takiego małego.

- No nie, on gdzieś z 17 lat ma.

Znam panią X od 4 lat. Wiedziałam o niej tylko, że dużo pali, ma córkę, męża i sporo pracuje. Dodatkowo, nigdy się z panią X specjalnie nie lubiłyśmy. I teraz czuję się nieswojo, bo oto zapewne całkowicie wbrew, a na pewno bez wiedzy pani X zyskałam wgląd w jej sytuację rodzinną, zawodową, zdrowotną, a nawet w konflikt z córką, który pewnie nie jest powodem do dumy dla kobiety mającej tak wiele sukcesów na tak licznych płaszczyznach.

Nigdy dobrze nie poznałam pani X, ale teraz naprawdę serdecznie i szczerze jej współczuję.

Topsy turvy

Jak sama nazwa wskazuje, ta gra polega na poruszaniu się ludzikiem w świecie z niezwykłą grawitacją -plansza obraca się nieustannie wskutek czego to, co przed chwilą było podłogą łacno może się stać sufitem. Poruszać się można w lewo, w prawo, oraz podskakiwać, dźwignie przekłada się spacją. Zatem możliwości ruchu są dość ograniczone, ale gra i tak mnie wciągnęła. Poziomy bonusowe są moim zdaniem nieco trudniejsze od 25 poziomów podstawowych. Mam nadzieję, że miło Wam będzie pokombinować.

Nie żałuj sobie, zagraj!

Tagi: gra
19:27, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Rodzinna idylla

Wild przygotowała sobie stanowisko pracy. Od rana coś załatwiała, wykonywała telefony, odbierała telefony adresowane do innych. Właśnie zdecydowała, że dobrze by było włączyć komputer i wykonać listę zadań, którą sobie zawczasu sporządziła. Ponieważ strona A5 drobnym druczkiem i jeszcze ze złowieszczym "verte" na dole nie wyglądała zachęcająco, wild postanowiła uprzyjemnić sobie czas poświątecznymi orzeszkami w pikantnych skorupkach. Cudem ostało się jeszcze jedno opakowanie. Mało tego, wild zadecydowała, że jest to zdecydowanie czas na zmiany i postanowiła nie żreć i jak zwykle z torebki, ale zamiast tego nasypać sobie ich do miseczki w sposób cywilizowany. Potem postawiła miseczkę w zasięgu ręki.

Dziś wildfemale nadzywczaj dobrze szło od samego rana. Zaczęło się od wynegocjowania sobie uczestnictwa w pewnej konferencji po promocyjnej cenie, która była o 150zł niższa od tej, którą pierwotnie proponowano. Wild przypomniała sobie zatem jeszcze, że przyda jej się też leksykon z wydawnictwa, w którym prenumeruje jedno czasopismo. I tak wild, w idyllicznym nastroju, chwyciła słuchawkę telefonu i zaczęła wybierać numer do wydawnictwa. Uzyskała połączenie, a wtem z jej ust wydarło się przeciągłe:

- Nieeeeee!

Okazało się, że w tym samym czasie w jej pokoju zmaterializował się kot w stanie czystym, który to w tym pomieszczeniu prawie nigdy nie przebywa i zaczął donośnie... chrupać. Okazało się, że przyciągnęła go miseczka orzeszków. Kto by pomyślał, że kocisko będzie gustować w czymś tak pikantnym i twardym! A może zadziałał urok kradzionego?

Wild czym prędzej się rozłączyła, wyrzuciła oblizane orzechy i odbyła rozmowę wychowawczą z kotem. Potem jak gdyby nigdy nic zadzwoniła do wydawnictwa i zamówiła to, czego potrzebowała. Pani z wydawnictwa jak gdyby nigdy nic pożyczyła jej szczęśliwego nowego roku udając, że wcale nie ma wild za wariatkę. Miło ze strony ten pani.

A teraz siedzę przed komputerem i zamiast robić to, co zamierzałam piszę tą notkę. Resztki orzechów leżą wsypane do miseczki, którą umieściłam w miejscu trudno dostępnym dla kota, ale niestety także dla mnie. Natomiast kot zmaterializował się u mnie ponownie, próbował już wleźć na komputer, ułożył się na centralnym miejscu i śledzi miodowymi oczami każdy mój ruch ręki do ust. Droga Redakcjo, czy powinnam mieć poczucie winy?

sobota, 25 grudnia 2010
"Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia..."

* i wciąż to lubić"

Tak właśnie brzmi tytuł świeżo wydanej w Polsce książki Dagmar O'Connor. I mimo pretensjonalnego tytułu zaskakująco dobrze się to czyta. To jest właśnie ta książka o seksie, która występowała w moim poprzednim wpisie.

Przyznaję jednak, że wizja długoterminowej i stałej relacji intymnej jest dla mnie atrakcyjna. I pewnie nie tylko dla mnie, więc wróżę książce dużą popularność. O'Connor przedstawia kolejne pary, które przez lata zjawiały się u niej w gabinecie seksuologicznym. Przy okazji referowania ich problemów prezentuje kolejne zagadnienia teoretyczne. Nie stroni od przykładów zaleceń, które dawała w konkretnych przypadkach, odpiera zarzuty, cierpliwie wyjaśnia... Nie trzeba się z nią zgadzać, że seks oralny jest dobry, ale nie sposób jej odmówić rzeczowości argumentacji.

Autorka czerpie z teorii wypracowanej przez Mastersa i Johnson. I choć wielu współczesnych badaczy zarzuca tej parze błędy, zbytnie uproszczenia, niereprezentatywny dobór próby..., to nie sposób im odmówić pionierstwa w dziedzinie badań z zakresu seksuologii. Warto także w tym miejscu nadmienić, że książka ta po raz pierwszy została wydana w 1985 roku, czyli tuż po przetoczeniu się rewolucji seksualnej i ustaleniu się mocnej pozycji duetu M&J na scenie seksuologicznej. Można zatem powiedzieć, że O'Connor uczyła się od najlepszych. Ponadto, przeterminowani czy nie, Masters i Johnson wypracowali całkiem rozsądny trening koncentracji na doznaniach, który chyba nie stracił na aktualności, a to na niego w dużej mierze powołuje się autorka. W Polsce seksuologia tkwi w powijakach, a wielu tutejszych wielkich uczyło się od Kratochvila, który również propagował metody treningowe. Myślę więc, że jak na nasze realia, to ta pozycja wydawnicza wciąż pozostaje na czasie.

Uderza, że w obliczu otwartości seksualnej i epatowaniu seksem na każdym kroku, oraz wprowadzenia na rynek cudownej niebieskiej pigułki ludzie wciąż mają problemy z seksem. Tymczasem okazuje się, że paradoksalnie tych problemów jest obecnie więcej, albo przynajmniej więcej się o nich mówi. To samo podnosi autorka książki. Słusznie zauważa ona, że pojawienie się farmakoterapii nie rozwiązuje wszystkich trudności, a wręcz obnaża te o podłożu psychogennym. Epatowanie seksu sprawia, że łatwiej jest na niego zobojętnieć, tak jak zapewnienie dostępności seksu przez wejście w związek małżeński (a zatem przypieczętowanie wyłączności partnera) czasem sprawia, że namiętność zanika.

Autorka słusznie obserwuje, że przez cały dzień uczymy się tłumić swoją seksualność (bo obyczaje, mobbing, zajmowana pozycja zawodowa...), a wieczorem jesteśmy zbyt zmęczeni na seks w domowym zaciszu, nie potrafimy "przejść w tryb" namiętności, albo mechanicznie się rozbieramy zapominając jaka przyjemność tkwi w powolnych pieszczotach siebie i partnera oraz stopniowym zmierzaniu do celu. W dobie powszechnej dostępności do seks-szopów, prostytutek, sponsoringu i magazynów erotycznych, O'Connor staje się piewczynią monogamicznych związków i otwarcie twierdzi, że tylko w takiej relacji jest możliwy pełny rozwój seksualny. Nie sposób jej odmówić racji, zwłaszcza, że umiejętnie udowadnia ona, że planowanie zdrady zajmuje tyle samo czasu co planowanie seksu z małżonkiem. Pokazuje, że proste zabiegi, jak zmiana swojego zadaniowego nastawienia do seksu, otwartość na nieskomplikowane eksperymenty, zmiana myślenia, czy zachowania w łóżku oraz przede wszystkim danie sobie więcej luzu i otwarta rozmowa na temat swoich odczuć/oczekiwań/ problemów/ wyobrażeń dotyczących tej sfery z partnerem potrafią zdziałać cuda.

Jednym słowem, polecam tą lekturę zarówno specjalistom jak i tym, dla których seks jest zwyczajnie ważny. I to zarówno tym, którzy z jakichś względów czują, że coś przegapili i chcą ten seks poprawić, jak i tym, którzy po prostu stale się dokształcają w tej materii.

piątek, 24 grudnia 2010
Regrowth

Dziś czeka przed Wami zadanie niebanalne, a mianowicie zbawienie świata. Wiem, wiem, oklepane, to samo robicie każdego dnia, ale tym razem będzie inaczej. Założę się, że nigdy nie robiliście tego za pomocą... nasion. Otóż to, w tym świecie jesteście nasionkopodobnym tworem, który podróżuje przez ciekawą krainę z plecaczkiem pełnym ziemi. W krainie rozmieszczone są kupki żyznej gleby, w których można sadzić kolejno zdobywane nasiona.

Dostępne aktualne nasiona widoczne są w panelu na dole. Na poniższym screenie widać jak spotkanie z wiewiórką uzdrowiło usychające drzewo.

W tym świecie rosną nie tylko drzewa i kwiatki, ale także grzyby.

Żaba właśnie podarowała nasionko lilii wodnej. Dzięki takim liliom główny bohater może przepłynąć na drugi brzeg nie nasiąkając. Nie tylko nasionka i wiewiórki ratują świat.

Istnieją także rośliny produkujące... koła zębate. Dowód na załączonym obrazku.

Kolejne ciekawe zastosowanie tej samej rośliny. Zaś z innej kupki wyrasta już odmienny rodzaj kwiatka. Równie pożyteczny, tylko trzeba wiedzieć co i gdzie posadzić.

Każde nasionko musi także czasem dokonać wyborów moralnych. Od nich zależy procent zagłady świata (na zakończenie system szacuje taki odsetek, a potem można spróbować jeszcze raz).

Do zalet gry należy ciekawy koncept oraz fakt, że mogą w nią grać osoby zupełnie nie znające angielskiego. Konieczne jest natomiast włączenie dźwięku, czyli ewentualne granie w pracy odpada. Gra nadaje się raczej dla starszych dzieci, których rozwój poznawczy pozwala na ogarniania związków przyczynowo-skutkowych i logicznych między działaniami i zadaniami stawianymi przed głównym bohaterem.

Zagraj w Regrowth!

Tagi: gra
21:33, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010
Prezenty świąteczne

Ponieważ, jak już zwierzyłam się teraz-asi w komentarzach, nie byłam dostatecznie przewidująca i zakupione na święta przepyszne orzeszki i oranżada w okazyjnej cenie stały się przedświąteczne zamiast świateczne*. Zmusiło mnie to do wylezienia z domu w celu uzupełnienie zapasów. Co to w końcu za święta bez tradycyjnych orzeszków i oranżady? A jak już wylazłam i dotarłam do półki z oranżadami w jednym sklepie i półki z orzeszkami w innym, a nawet przetrwałam lecące z nieba kryształki lodu, które niecnie chciały mi pociąć buźkę, ale ostatecznie zadowoliły się przymarzaniem do podłoża (czekają france, aż złamię kość ogonową), to zdecydowałam, że potrzebuję też doładowania telefonu. W salonie komórkowym była kolejka jak nie wiem. Czyżby teraz pod choinkę kupowało się komórki? Na szczęście doładowanie dostałam bez problemu. Traf chciał, że jak wjeżdżałam ruchomymi schodami na piętro z salonem, to w oczy rzuciło mi się ogłoszenie w witrynie Empiku. "Książka na prezent -25%"** - głosił napis na szybie. I choć wild odwiedziła ten salon parę dni wcześniej i już zakupiła prezent... sobie, choć nawet miała przy sobie tą książkę i choć wcześniej czytała ją w autobusie*** i dobrze wiedziała, że starczy jej jeszcze na jakieś dwa dni, to i tak wlazła do salonu. Nie pomogło nawet odczytanie informacji z szyby zapisanej drobnym druczkiem. Wild pomyślała, że może się jej przecież przydać jeden z nowszych Pratchettów w oryginalnej wersji językowej, którego miętosiła będąc tam ostatnio. W końcu są święta i nawet wild należy się prezent.

Wild capnęła zręcznie książkę i ustawiła się w kolejce, która była jakby nieco krótsza niż w poprzednich latach. Czyżby pauperyzacja społeczeństwa postępowała? Ktoś kupował ostatniego Murakamiego, ktoś inny jeszcze inszą nowość, ktoś kalendarz żeglarski 2011. Wśród ciekawych klientów teog przybytku zdarzyła się również młoda dziewczyna, która zdecydowała, że chce zająć kasjera na dłużej. W końcu okres świąteczny najbardziej temu sprzyja, a nuż kasjer nie ma z kim spędzić wigilii.

Dziewczę prezent wybrało szalenie oryginalnie. Udało jej się dorwać ostatnie pudełko gry w kości (plastikowy kubeczek i kostki opakowane w kartonik). Niestety kartonik był już otwarty, toteż najpierw dopytywała, czy nie znalazłby się jeszcze jakiś inny (nie otwierany) zestaw. Nie znalazł się. Następnie, ponieważ pudełko było ostatnie, pytała, czy może w tych zestawach to normalnie nie ma więcej kostek. Dość przystojny brunet z plakietką "Arek" poinformował ją uprzejmie, że przecież kostki są zafoliowane w osobnym woreczku, więc chyba ich nie ubyło, ale na wszelki wypadek to on jeszcze sprawdzi. Odszedł od kasy, po czym przy powrocie zrezygnowanym głosem oznajmił:

- No niestety, jednak nie chce ich być więcej.

Zerknęłam, bo ciekawska byłam i faktycznie, kostki nie rozmnożyły się mimo zacisznych warunków na dnie tandetnego kubeczka, a nawet stworzenia im szczególnej atmosfery w postaci wyniesienia na zaplecze****. No nic tym kostkom nie pomogło. Pani ostatecznie zdecydowała się i tak ten zestaw wziąć. Żeby nas (znaczy tych czekających za nią) dobić rzuciła:

- Płacę kartą!

Z wrażenia nie zapamiętałam jakąż to zawrotną kwotę pozostawiła w salonie.

* W sensie, że świat nie doczekały ginąc w czeluściach mojego żołądka, a potem dalszych części wildfemale'owego przewodu pokarmowego.

** Pod spodem drobnym druczkiem było dopisane, że tylko na wybrane pozycje. Było ich tam... z pięć, żadne bestsellery.

*** Książka była o seksie, więc wokól wild zrobił się wówczas jakiś dziwny tłok.

**** Czytanie o seksie nie ma na mnie żadnego wpływu, czytanie o seksie nie ma na mnie żadnego wpływu...

Małe i większe przysługi

Wcielasz się w rolę zielonoskórego, wyrachowanego aliena, który oddaje tu i tam różne przysługi. Ot zabić kogoś, podpisać petycję, zdobyć zielony szalik, takie tam zwykłe sprawy. Wszystko okraszone bronią laserową, wymyślnymi zabezpieczeniami i rozmaitymi ciekawymi gośćmi, których można spotkać w tej krainie. Gra typu point& click o optymalnym poziomie trudności i z dialogami. Ciekawym konceptem są wymiany przysług między głównym bohaterem, a napotykanymi postaciami.

Gra ma dwie części:

A small favor

Another small favor

Tagi: gra
03:51, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 grudnia 2010
Snail Bob

Na wypadek gdybyście jeszcze nie mieli prezentu gwiazdkowego dla dzieci, w ostatniej chwili polecam polskojęzyczną grę polegająca na pomaganiu ślimakowi. Bob ma problem w dotarciu od rury wejściowej do wyjściowej i tylko Wy możecie uruchomić maszyny, które mają mu w tym pomóc. Dźwignie, guziki, tablice rozdzielcze, to wszystko jest szczwanie rozmieszczone na planszy. Ot, taka rozrywka na kwadransik między pieczeniem, a skrobaniem karpia. W nagrodę ślimak zdejmuje skorupę.

Snail Bob

Tagi: gra
11:37, wildfemale
Link Komentarze (20) »
submachine 7

Polska produkcja przecudnej urody. Zdecydowanie dla wielbicieli gier typu point& click. Największą wadą są niewielkie rozmiary okienka, wolałabym, żeby gra była większa. Męczyłam się z nią sporo i bez Youtube'owego walkthrough nie przeszłabym tego wcale. Nie, nadal nie znalazłam żadnych sekretów, ani nie wiem do czego służą niektóre artefakty. Minusem gry jest również niedopracowana fabuła. Nie wiedziałam do końca czego szukać.

Niemniej jednak i tak warto sobie pograć:

Tagi: gra
10:59, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3