RSS
wtorek, 22 grudnia 2015
O sztuce zaufania

Moja mama od około miesiąca posiada kota. Od tego czasu z kota zrobiło się wielkie puchate kocisko, którego matka nie miała jeszcze szansy dotknąć. Przy wszelkich próbach nawiązania kontaktu, choćby wzrokowego, kot fuka i stroszy się. Przysięgam, że okazjonalnie słyszałam też warczenie. W rodzinę, w której relacje układają się źle, kot wpasował się idealnie i nie odzywa się do nikogo. Mimo ładnej pogody i coraz dłuższych dni, preferuje on siedzenie pod łóżkiem matki.

Nie dawniej jak dzień temu, tłumaczyłam komuś, że "do kota trzeba podejść behawioralnie", to znaczy wprowadzić jakieś zasady. Pokazać mu, że to nie ludzie u niego mieszkają a na odwrót, przestać karmić smakołykami, żeby się kotu podlizać, bo pan kot raczej odbiera to jako nagrodę za fukanie... i tak dalej, czujecie ten klimat.

Dziś miałam małe sam na sam z kotem w (jego?) pokoju. Akurat nierozważnie wylazł pod stół i tam sobie leżał. Otoczony zabawkami, którymi i tak się nie bawi. Z powodu nie bawienia się nimi otrzymuje coraz więcej zabawek. Rozumiecie tę logikę? Pan kot jak tylko mnie zobaczył to zastosował standardowy tryb fukania, warczenia, stroszenia, markowanego rzucania się. Miałam szczerze ochotę chwycić kota za tak zwany wszarz i trzymania go tak długo aż, albo on nie skończy fukać, albo ja skończę z wydrapanymi oczami. Coś mnie jednak powstrzymało.

Zwróciłam kotu uwagę, że nie podobają mi się jego maniery i zaczęłam go obserwować. Okazało się, że kot ataki tylko udaje, ale ich ostatecznie nie przypuszcza, że fuka tylko jak jestem naprawdę blisko. Kot okazał się rozsądniejszy niż niejeden tępy pasażer tramwaju czy inny prymitywny przechodzień, którzy często są bezinteresownie złośliwi i wkładają wiele energii w aktywne uprzykrzanie życia innym. Nabrałam do kota szacunku, zrozumiałam jego motywy i zmieniłam taktykę postępowania.

Postanowiłam się wspólnie pobawić. Jak się okazało, że kot słabo radzi sobie z waleniem w komputerowe klawisze, ziewa przy czytaniu "Klucza Niebios" i żre ołówek zamiast użyć go do rozwiązania sudoku jak człowiek uświadomiłam sobie, że trudno nam będzie znaleźć jakąś wspólną zabawę i chyba to ja muszę się dostosować, bo kot leży w napięciu pod stołem, z niepokojem łypie w kierunku drogi ucieczki na z góry upatrzona pozycję pod łóżkiem i strasznie się stara wyglądać na niewzruszonego.

Rzuciłam kotu sznureczek, nęciłam kota materiałową muchą na patyku ustrojonym piórkami. Kot siedział. Podawałam mu walec materiału przypominający pękatą pszczołę. Kot siedział. Nawet robiłam z siebie idiotkę grzechocząc pluszowym gryzaczkiem (po co kotu gryzaczek!?). Kot... sami wiecie. Na tym etapie protokołu terapeutycznego miałam w głowie tylko jedną myśl automatyczną: "Mama kocha kota bardziej niż mnie. Mnie nie kupowała tylu zabawek." Zignorowałam tę myśl. I kiedy tak ignorowałam, uwagę mą przykuła czerwona sfatygowana sznurówka przywiązana do oparcia krzesła.

Być może kot zapomniał, że postanowił ignorować zabawki. Sznurówka zaskoczyła! Pod warunkiem, że do kota nie mówiłam (płoszy się na dźwięk ludzkiego głosu), beztrosko wyciągał łapki w kierunku sznurka, potem przekładał go do pyska i ciągnął w swoją stronę. I tak praktycznie w nieskończoność. Na tym etapie poczułam już do kota sympatię i porzuciłam wizję o przygważdżaniu go do ziemi i dominowaniu. Po co mi kot ze złamaną psychiką (albo czym innym, ważę w końcu 64 kilo)? Ten kot przypomina mi mnie samą, też jestem nieufna, udaję obojętność i nie lubię gdy ktoś chce mnie złamać. Od tej chwili mieliśmy z kotem całkiem niezłą zabawę i nie miałam już mu ochoty udowadniać kto tu rządzi.Skupiłam się na iście medytacyjnym zadaniu ciągnięcia sznurówki po ziemi, zarzucania sznurówki, toczenia sznurówki i szarpania sznurówki. Tylko ja, kot i pleciony bawełniany sznureczek. Znikły gdzieś moje problemy, martwienie się przyszłością, lista rzeczy do zrobienia na dziś. Istniała tylko sznurówka.

Zamiast na siłę oswajać postanowiłam wzbudzić poczucie zaufania. Czyli coś z czym sama mam cholerny problem. Wabiłam kota coraz bliżej siebie, ale postanowiłam, że go nie dotknę. Po jakichś 30 minutach kot opuścił sferę komfortu pod stołem i wyturlał się na skraj dywanu. Kiedy skupiał się na ruchach sznurówki, przybliżał się do mnie. Kiedy skupiał się na moich kolanach stykających się z ziemią, cofał się przerażony. Czego się bał? Że go dotknę, czy że mu się to spodoba? Po jakiejś godzinie kot był już w stanie zetknąć się ze mną przypadkowo jakąś częścią ciała i nie umrzeć na miejscu. Ponieważ zmęczyliśmy się oboje, stwierdziłam, że starczy na dziś, zawiązałam sznurówkę jak była,a zwierzę zostawiłam w spokoju. Za chwilę znalazłam go w jego stałym punkcie obserwacyjnym pod łóżkiem i zrozumiałam, że rewolucji nie da się przeprowadzić podczas jednej sesji terapeutycznej.

A potem szłam ulicą i myślałam sobie o swoich strachach i swoim łóżku. O tym jak na wszelki wypadek reaguję agresją na neutralne uwagi, o tym jak nie marzę i nie angażuję się, bo mogę zostać zawiedziona, o tym jak nie zastrzegłam sobie dnia wolnego w pracy bo nie wierzyłam, że dostanę stypendium na konferencję zagraniczną i jeszcze wiele podobnych. I zrozumiałam, że sama jestem nieufnym kotem pod łóżkiem, który nie rozumie tych dużych człowieków nad jego głową i profilaktycznie nie chce z nimi współpracować, bo mogłoby się okazać, że go jakoś wykorzystają. Jednak tak jak u kota opór stopniowo topnieje, tak i u mnie widać zmiany, większe otwieranie się. Częściej wychodzę z domu, częściej dbam o swoje potrzeby w kontakcie z innymi, częściej się uśmiecham i robię nowe rzeczy. I natychmiast kiedy przestałam tak dużo pracować pojawił się w moim życiu mężczyzna,choć wcale go nie szukałam. Mężczyzna twierdzi, że mnie kocha. Mężczyzna się otwiera, odsłania, powierza mi różne osobiste rzeczy, odgaduje moje życzenia i deklaruje oddanie. A ja? Ja tak jak kot, który choć ufa bardziej to nie wskoczy tak od razu na kolana i nie zacznie mruczeć, przynajmniej się na to wszystko nie zamykam. Daję temu szansę, doświadczam, medytuję, skupiam się na doznaniach. Analityczna część mojego umysłu stawia hipotezy i gdzieś tam je weryfikuję, ale coraz bardziej się uspokajam. Kto wie, może któregoś dnia zrezygnuję z poglądu, że skoro ktoś się mną interesuje to niechybnie jest dewiantem?

Choć na razie trudno mi się połapać jak ja się w tym wszystkim czuję, to przypominają mi się słowa Oracle "(...) being the one is just like being in love. No one needs to tell you you are in love, you just know it, through and through." Więc i ja będę wiedzieć.

sobota, 12 grudnia 2015
Jak zjeść słonia, ciężarówkę, czy co tam jeszcze sobie zamarzycie…

Niejako kontrintuicyjnie już w pierwszym akapicie przejdę do puenty. Jak zjeść słonia? Podzielić go na kawałki. Od puenty zamierzam bowiem przejść do głębszych warstw znaczeniowych procesu, w którym uczestniczę i w którym najpewniej Wy także bierzecie udział.

Słoń jest w tym przypadku metaforą zadania monumentalnego, długiego, dwoma słowami – przerastającego nas. Fakt przerastania zazwyczaj zniechęca już na wstępie, a potem kończymy z poczuciem żalu, czy bólu pewnej części ciała, że innym się udało, a nam nie. Pomijając przyczyny sukcesu innych w postaci nepotyzmu, szczęścia, bogatych rodziców, kochającej mamusi w pierwszym roku życia i tym podobnych, skupiajmy się na tych czynnikach, na które naprawdę mamy wpływ. W tym szczególny nacisk na wysiłki własne. I piszę to ja, osoba, która rzuciła jedno ze swoich miejsc pracy nie mając dobrych alternatyw, konflikt z pracodawcą w drugim z miejsc pracy i perspektywę zarabiania mniej w trzecim miejscu pracy z powodu wzrostu wysokości składek i jednoczesnego spadku wysokości stawek. Tak, to ja, wracając właśnie z przedniej konferencji, piszę tę notkę. Staram się, żeby moje życie nie straciło pędu i ciężko pracuję nad nie traceniem kontaktu z realizmem. A uwierzcie, że dla tak paranoicznego człowieka jak ja jest to wyzwanie nie lada.

Przede mną różne wyzwania w życiu i brak narzuconej z góry organizacji dnia związanej z chodzeniem do pracy codziennie. Ponadto, gubię się  w gąszczu przepisów dotyczących rozmaitych składek, które zobowiązana jestem płacić państwu. Mało tego, gubi się w nich również moja nieudolna księgowa, z której byłam tak niezadowolona, że dałam jej wypowiedzenie jeszcze nie mając księgowej następnej. Skok na głęboką wodę. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy otworzę tę notkę i będzie mi do śmiechu, będę czuła, że dokonałam mądrego wyboru i będę szczęśliwa. Póki co robię skok wiary (ang. leap of faith), bo tak bardzo nie odpowiadała mi moja dotychczasowa sytuacja, że możliwa jest w zasadzie tylko zmiana na lepsze. Mało tego, wskutek absolutnego zawalenia sprawy w relacjach rodzinnych, mam poczucie, że ze swymi problemami finansowymi (intrapsychicznymi też) zostałam całkowicie sama. Co zatem powinnam zrobić w takiej sytuacji?

1. Przeprowadzić selekcję rzeczy do zrobienia teraz i możliwych do odłożenia na później. Następnie podzielić cele mniej odległe na etapy i niezwłocznie przystąpić do ich realizacji. Odkładanie na później to unikanie, a unikanie eskaluje problemy.

W poniedziałek muszę iść do urzędu i złożyć tam pewne papiery. Do poniedziałku mam wykonać tłumaczenie (na szczęście posypały się zlecenia dotyczące mojej dodatkowej profesji – jestem naprawdę wysokiej klasy tłumaczem, moja zleceniodawczyni odzywa się średnio raz na rok, Bóg mnie kocha bo stwierdził, że ten raz będzie właśnie teraz). W poniedziałek też powinnam odwiedzić bank i odwołać te wszystkie zlecenia stałe, odkładania na emeryturę i tym podobne bzdury, bo inaczej tej emerytury po prostu nie dożyję z głodu.

2. Nie odcinać się od ludzi.

Ludzie mogą mi pomóc znaleźć nową pracę, tylko trzeba im o tym mówić wprost. Ludzie mogą mi zaoferować pracę, bo się im akurat spodobam. Kontakt z ludźmi jest przyjemny i odstresowuje mnie. Wobec braku wsparcia w rodzinie, każdy wspierający mnie przyjaciel jest na wagę złota. Stres skraca telomery. Ludzie są też źródłem innych nagród, w postaci docenienia, pochwał, dostarczania inspiracji, odkrywania że są osoby mające podobne poglądy/ system wartości. Podczas konferencji poprowadziłam warsztat, który jak mi się wydawało wzbudził umiarkowane (nie niskie) zainteresowanie. Moje odczucie było chyba jednak błędne. Po warsztacie przeprowadzono ze mną wywiad. Interesująca dyskusje rozciągnęła się także poza to, co zostało nagrane. Do końca trzydniowego zjazdu podchodzili do mnie różni ludzie żeby podyskutować na temat kwestii merytorycznych lub by po prostu powiedzieć, że miło im było mnie wysłuchać. W tej szczególnie trudnej sytuacji osobistej ma to dla mnie tym większe znaczenie. Ponadto, poruszałam temat kontrowersyjny, więc brak odrzucenia, a raczej otwarcie na dyskusję tym bardziej cieszy.

Jutro wybieram się na zajęcia z improwizacji teatralno-kabaretowych. Trudne? Jak zawsze, ale będą tam inni ludzie, a takie kontakty są ważne dla mojego zdrowia psychicznego. Nowe, zaskakujące zadania wyćwiczą moją elastyczność poznawczą. Mogę tylko zyskać.

3. Coś dla ciała, coś dla ducha.

Niezmiernie istotne jest dla mnie utrzymanie dotychczasowej aktywności fizycznej. Przez ostatni tydzień bardzo się zaniedbałam z powodu stresu. Żarłam tłusto i słodko, nie przejechałam ani kilometra na rowerze, choć wcześniej przejeżdżałam ich przeszło sto tygodniowo. Tydzień temu wygasł mój karnet na siłownię. Też niedobrze, brak kontaktu z ludźmi. Mniej pracuję, więc powinnam znaleźć więcej czasu na aktywność fizyczną przy świetle dziennym.

4. Sięgnięcie do zasobów

Poszerzanie własnych kompetencji. Doskonale wiem jakie podręczniki powinnam jeszcze przeczytać i co powinnam wykonać choćby w ramach zadań na studiach podyplomowych, które kontynuuję i szczęśliwie opłaciłam za rok z góry. Do czerwca 2016 powinnam się zatem martwić jedynie o swoje postępy w nauce :) Mając więcej czasu powinnam się także móc skupić na napisaniu tych wszystkich artykułów naukowych, które powstawały dotychczas tylko w mojej głowie i umierały albo z braku czasu, albo bardziej w wyniku faktu, że kilka lat temu ktoś chciał ukraść moje wyniki badań i „obroniłam się” przed tym po prostu ich nigdy nie publikując. Niestety reakcja ta zgeneralizowała mi się i nie opublikowała już nigdy nic więcej. Pomysłów badawczych mi nie brakuje. Mało tego, nie brakuje im także innowacyjności. Na krajowych konferencjach naukowych porusza się aktualnie zagadnienia, którymi zajmowałam się kilka lat temu i przedstawia je jako nowość. Ciekawostka: ostatnio zaproponowałam pewnej organizacji szkolenie z zakresu tychże „nowości”, odpowiedzieli, że ich to nie interesuje, że nie znajduje się w spektrum zagadnień, którymi by się zajmowali. Wieszczę, że za kilka lat zmienią zdanie. Gdybym była bardziej elastyczna, zaproponowałabym im jakiś nudny i wyświechtany temat szkolenia. Może to właśnie powinnam zrobić? Mam z pewnością gdzieś na dysku jakieś zakurzone, od lat niezmieniane prezentacje na temat jakichś nudnych bzdur. Tylko czy ja będę szczęśliwa mówiąc o czymś, co nie jest odkrywcze?

Więcej czasu to także może czas na szukanie jakiegoś stypendium zagranicznego? Zawsze się tego bałam, zawsze byłam czymś uwiązana. Teraz nie jestem. Teraz jestem gotowa i ciekawa tego doświadczenia. Co ważniejsze, w zasadzie nie mogę na tym stracić. Przecież niemożliwe żeby mnie to niczego dobrego nie nauczyło. W trakcie jeżdżenia na konferencje wyrobiłam sobie liczne kontakty, w tym międzynarodowe. Nic prostszego jak je odświeżyć. Tymczasem za kilka dni mija termin nadsyłania aplikacji o stypendium konferencyjne do Madrytu. Dlaczego miałabym nie spróbować?

5. Restrukturyzacja poznawcza

Nie lubię zmian, całe życie wybierałam to co znane i bezpieczne. Większość z nas tak robi. Kiedy ostatecznie zdecydowałam się na zmianę, wyobrażałam sobie, że przebiegnie ona łagodniej. Według koncepcji Lazarusa i Folkman postrzeganie danej sytuacji w formie wyzwania raczej niż zagrożenia redukuje nasz poziom stresu. Temu miałoby służyć przeformułowanie sobie w głowie pewnych przekonań. W tym celu odróżniam to, na co mam wpływ od tego co aktualnie niezmienialne. Przeprowadzam eksperyment w postaci wykonywania tego, co zmienić mogę najlepiej jak potrafię i możliwie bezstronnego obserwowania rezultatów. Przypominam sobie sformułowanie „błogosławieństwo w przebraniu” (ang. blessing in disguise) i różnie okoliczności z przeszłości, w których najpierw cierpiałam bo mnie ktoś gdzieś nie chciał, a potem okazywało się, że zdecydowanie zyskiwałam na tym.

Całe swoje życie byłam grzeczna i konformistyczna, bałam się polemizować, mieć inne zdanie niż większość. Ku mojemu zaskoczeniu przykrości nadal mnie spotykały. Dopiero podczas drugich studiów przeżyłam spóźniony bunt adolescenta i przekraczałam swoje dotychczasowe ograniczenia. Bywałam po prostu niegrzeczna, ale w końcu jakaś. Też mnie nie lubiono, a nawet wprost dyskryminowano, ale przynajmniej wiedziałam za co. Dziś ludzie mówią mi, że powinnam być grzeczniejsza, bo m.in. nikt mnie nie zatrudni (a pewnie także się ze mną nie zaprzyjaźni, czy nie wejdzie w związek). Skupię się zatem na szukaniu złotego środka między Ja prawdziwym i Ja idealnym :)

Trzymajcie proszę za mnie kciuki, naprawdę może się to przydać.