RSS
piątek, 29 marca 2013
Przepraszam, czy byłby Pan uprzejmy się ze mną kochać?

Wyobraźcie sobie, że staję w korytarzu ruchliwego i dobrze ogrzewanego centrum handlowego i zaczepiam mężczyzn słowami "Czy poszedłbyś dziś ze mną do łóżka?". Kontrowersyjne? Nie tak bardzo, zważywszy na to, że psycholodzy już taki eksperyment wykonali na kampusie uniwersyteckim w latach 1978 i 1982. Na 16 zagadniętych w ten sposób studentów zawsze około 70% z nich wyrażało zgodę. W zasadzie to zawsze też był to większy odsetek niż wśród panów, którym proponowano randkę. Wówczas godził się jedynie co drugi. Badanie to przeprowadzili Clark i Hatfield, ale należy pamiętać, że było to jeszcze przed epidemią AIDS. Tak, tak, kobietom również zadawano to pytanie, ale konsekwentnie żadna z nich nie była zainteresowana, co jest ewolucyjnie zrozumiałe.

Ale czy tylko ewolucja odgrywa tu rolę? Mam poczucie, że również w grę wchodzą względy społeczne, które jednak poniekąd z tą ewolucją są powiązane. Mężczyzna preferuje partner zdrową, młodą, płodną i wierną. Kobiety preferują mężczyzn zaradnych, ambitnych. To jest z kolei związane z rolami, jakie im przypisała natura w prokreacji. Geny są złośliwe. Geny nie chcą żeby nam było dobrze, geny chcą przetrwać, a co za tym idzie mamy czuć do siebie pociąg na tyle, żeby doszło do zapłodnienia. I na tak długo by odchować dziecko. Gdzie działa ewolucja, tam kończy się logika, w którą tak bardzo chcemy wierzyć.

Logika jest ewolucyjnie młodsza. Kora nowa powstała później, wciąż dużo trudu, czasu i energii kosztuje nas posługiwanie się nią. Znacznie szybsze są reakcje z poziomu pnia mózgu (śpij, walcz, uciekaj), czy nawet układu limbicznego, jąder podkorowych. Tej korze i ośrodkom podkorowym strasznie trudno jest się porozumieć. Może właśnie doprowadzenie do tego jest naczelnym celem psychoterapii? Popędowe id, walczy z korowym, społecznie wpojonym superego, a rozdziela je ego-sługa dwóch okrutnych panów. I dlatego gdy dziś zetknęłam się z poglądem, że proponowanie seksu w prost jest przynajmniej uczciwe, byłam w stanie się z tym zgodzić, ale tylko powierzchownie. Okazuje się bowiem, że taka zależność prawdziwa jest chyba tylko w przypadku, w którym obie strony decydują się na seks w ramach jakiejś ściśle określonej wymiany, na przykład prostytucji, a i to niesie za sobą straszne ryzyko zakochania się (geny dbają o swoją propagację).

Współcześni mężczyźni najprawdopodobniej bardzo chętnie zgodzą się na seks z kobietą, która wyraża taką wolę. Tylko czy będą chcieli z nią być na dłużej niż ten jeden raz? Wbrew pozorom kobiety potrafią taki seks proponować. Dlaczego? Dlatego, że nie umieją inaczej osiągnąć bliskości, myślą, że na tym polega związek, że bez tego nie będą go miały czym zainteresować, że jak będą miały z nim dziecko to on nie odejdzie, bo są nimfomankami (Jestem taka postępowa, lubię seks. Ty nie?). Jeśli to kobieta chce seksu tylko jednorazowo, to i tak ryzykuje. Nie tylko ciążą czy zdrowiem, także tym, że się po prostu przywiąże, bo oksytocyna to hormon przywiązania i złośliwym może być.

Czy tylko mężczyźni głupieją gdy w grę wchodzi seks? Jest to poglądem powszechnym, ale niezupełnie prawdziwym. W modelu cyklu reakcji seksualnych Mastersa i Johnson zakładano jego uniwersalność i przystawalność do przedstawicieli obu płci. Współczesne seksuolożki (sic!) próbują lansować osobny model dla kobiet przypisując im różne motywacje podejmowania współżycia (vide Basson). Ponieważ jednak istnieją kobiety z tzw. męskim typem reaktywności seksualnej, oraz z fizjologii reakcji seksualnych wynika, że w fazie przygotowania do współżycia u kobiet także z całą pewnością dochodzi do redystrybucji krwi do narządów miednicy mniejszej, lansuję tezę, że również u podnieconej kobiety ma miejsce hipoperfuzja mózgu i kora nowa jest niedotleniona. Podniecona kobieta z pewnością kontroluje się gorzej. Pomyślcie o zachowaniach, na jakie decydujecie się w miłosnej ekstazie i na tym jak swobodnie w gruncie rzeczy rozwija się gra wstępna, której nie sposób wcześniej bardzo dokładnie zaplanować. Tak, tak, podniecona kobieta też "głupieje". A jak jeszcze jest zakochana to już w ogóle ;) Kto wie, może inaczej w ogóle by się na tę ciążę nie decydowała?

Czy kobieta jednak na dłuższą metę zainteresuje się mężczyzną, który wprost (uczciwie!) mówi, że zależy mu głównie na seksie? W końcu seks też jest ważny. W końcu to zdrowa i normalna potrzeba. W czym więc problem? Ano w tym, że część kobiet taka bezpośredniość zwyczajnie zrazi i obrzydzi. Kolejna część racjonalnie zrezygnuje obawiając się, że ma do czynienia z egzemplarzem, który skacze z kwiatka na kwiatek. A wreszcie jeszcze inna frakcja funkcjonuje według modelu Basson i początkowo wcale seksem zainteresowana nie jest. Gdyby zaś jednak w tle pojawiły się inne miłe doznania w postaci wspólnego wyjścia do teatru, atrakcyjnej prelekcji, miłych zapachów, manier czy kwiatów, nie jest wykluczone, że potrzeba seksualna się pojawi. Na tym właśnie opiera się uwodzenie. Zatem rozziew między tym, co wiemy na logikę, a co dzieje się w rzeczywistości jest oczywisty. Podobna historia jak z maksymą, że liczy się piękno wewnętrzne ;)

PS A w tym eksperymencie naukowym, badanych potem przepraszano, tłumaczono w czym rzeczy i uprzedzano, że żadnego seksu nie będzie. Zadanie domowe: Napisać rozprawkę na temat aspektów etycznych takiego postępowania.

W tekście ze względów statystycznych i dla uproszczenia celowo ograniczono przykłady do relacji monogamicznych i heteroseksualnych.

środa, 27 marca 2013
Dla kogo wychowujesz swoje dziecko?

Zbliżają się święta, czyli czas spotkań rodzinnych. Dla niektórych także konfrontacji z rodzinnymi szkieletami poukrywanymi na dnie szafy. Sama zresztą nie czuję jeszcze świątecznej atmosfery. Działam, krążę po ulicach i... słyszę rozmowy tak zwanych zwykłych ludzi. Ludzie ci czasem podejmują zaskakujące dla mnie tematy.

Ostatnio jakaś bardzo dziwna grupa kobiet po trzydziestce plus 22-latek stała na przystanku i dyskutowała zażarcie o wychowywaniu dzieci, a w zasadzie to o relacjach dorosłych już dzieci z rodzicami. Kim była grupa i dlaczego w takim składzie nawet się nie domyślam. Najgłośniejsza z pań właśnie wygłaszała opinię, że nie lubi małych dzieci, a najbardziej to nie lubi małych chłopców. Dlaczego? Bo mały chłopiec zawsze odejdzie od matki, a u dziewczynki to ona się będzie zawsze czuła jak u siebie w domu. Zaoponowała jej, i słusznie, inna kobieta, która klarowała, że chłopca wychowuje się nie dla siebie, a dla innej kobiety, a dziewczynkę dla innego mężczyzny. Panie miały wyraźnie inne filozofie (nie ukrywam, że mnie bardziej pasowała ta druga), a także inne doświadczenia z własnymi rodzicami. Bowiem pani numer dwa chwaliła się, jak to dwa lata nie odzywała się do własnej matki, ponieważ nie czuła takiej potrzeby. Czyżby była to dla niej jedyna droga do separacji. Towarzyszący im chłopiec mnie rozwalił, ponieważ w tym momencie powiedział, że od 22 lat mieszka z mamusią i absolutnie nie narzeka. Faktycznie, odkarmiony był, dresik wyprany;)

Mnie się coś złego dzieje w głowie, ponieważ ostatnimi czasy coraz baczniej przyglądam się więziom we własnym życiu i pozostaję głęboko nieusatysfakcjonowana. Zawód wynika z faktu, że widzę, jak wiele jeszcze powinnam przepracować, żeby być w stanie się wiązać w sposób pełny i dojrzały. Dostrzegam także coraz więcej mankamentów w więziach otaczających mnie osób, które w ogóle mogą nie mieć takiej wrażliwości. Sama potomstwa nie posiadając, patrzę na osoby mające dzieci i zastanawiam się, czy dają im bezwarunkową miłość, której ja sama nie miałam szczęścia doświadczyć. "Kocham cię, bo jesteś." - to komunikat, który albo można dać, bo takie uczucie jest, albo jego skrzesanie na siłę nie jest możliwe. Zastanawiam się, w jak wielu przypadkach jest to w ogóle możliwe.

Tak dużo dzieje się we mnie, ale i wokół mnie ludzie nie próżnują, rozwijają się. Byłam dziś na obronie doktoratu osoby bardzo mi bliskiej. Zresztą niesamowicie się złożyło, ponieważ na obronie siedziałam wraz z jej rodziną. Poczułam się jak członek tej rodziny, co było bardzo miłe. Patrzyłam też na innych członków rodziny i pomyślałam jakie to wspaniałe, że wszyscy przyszli wspierać kogoś, na kim im po prostu zależy. Wreszcie, poziom doktoratu był naprawdę bardzo, bardzo wysoki i było mi miło słuchać merytorycznej części wystąpienia. Pękam z dumy.

A co miłego Was dzisiaj spotkało? :)

sobota, 23 marca 2013
TEDxWarsaw 2013 - relacja subiektywna

Z pierwszym dniem wiosny, 21 marca 2013, odbyła się czwarta edycja warszawskiego TEDx, a jednocześnie pierwsza w której uczestniczyłam. Tym razem pod hasłem przewodnim "Poke the comfort zone". Z ideą TED jestem związana od dłuższego czasu, w tym aktywnie jako tłumacz. Tym razem postanowiłam także skorzystać z niezależnie organizowanej konferencji pod ich auspicjami. Nadmienię, że nie było łatwo. Konferencja w ładnej sali kinowej na 800 osób, chętnych 3-4 razy więcej niż miejsc, więc byłam szczęśliwa, że otrzymałam zaproszenie. Ciekawostka: zgłoszenie swoje wysłałam dużo wcześniej. Kiedy wysyłacie mail ze zgłoszeniem, system na szczęście przesyła jego treść na Wasz mail kontaktowy. Kilka tygodni po przesłaniu zgłoszenia przypomniałam sobie o nim i ponownie zapoznałam z treścią. Nie wiem co mi wówczas w głowie siedziało, ale czytać się tego nie działo. Jeszcze tego samego dnia wysłałam inne zgłoszenie, tym razem normalne. Do dziś jestem przekonana, że to właśnie dzięki temu dostałam zaproszenie.

Już na wstępie zaznaczę, że bardzo się z tego uczestnictwa cieszę, ale oczywiście nie wszystko mi się podobało. Doświadczeni organizatorzy perfekcyjnie skopiowali ramy organizacyjne konferencji znanych już na całym świecie. Jednak ja czasem czułam się, jakbym pochodziła z innego kręgu kulturowego. Ludzi cała chmara i to przeróżnych, od młodzieży ubranej w czaszki i z fantazyjnymi fryzurami, po drobnych przedsiębiorców w średnim wieku. Wzruszyło mnie też to, że warszawski TEDx połączył pokolenia, zdarzało się bowiem, że po zaproszenia aplikowali rodzice z dorosłymi dziećmi. Gdzie indziej tego nie widziałam. Starannie przygotowane wizytówki z naszymi ulubionymi tematami rozmowy oraz długie przerwy miały ułatwić nawiązywanie kontaktów. Czy ułatwiły? Nie bardzo, z mojej perspektywy każdy otoczył się osobami, które już i tak wcześniej znał.

Prelekcje były bardzo różnorodne tematycznie, czasem temat przewodni sesji pozostawał dla mnie niejasny. Poziom prelegentów też nierówny. Chyba najbardziej zawiodła mnie psychoterapeutka, za to najmilej zaskoczyli artyści, co pozostaje już chyba regułą. Zaskakujące było także to, że to siostra zakonna zdobyła owację na stojąco, ale to była naprawdę niezwykła siostra mająca większe jaja niż niejeden młody kogut. Pozwolę sobie odnieść się tylko do prezentacji, które w ogóle ostały się w mojej pamięci. Niech to będzie już wstępny poziom selekcji.

Konferencję otwierało wystąpienie Jonathana MacDonalda, który mówił o tym, że im więcej staramy się nauczyć, tym mniej wiemy. Odkrywcze to to specjalnie nie jest, ale prawdziwe, znane z doświadczenia. Wiedza rośnie wykładniczo i nie sposób tego wszystkiego ogarnąć. Cały czas powstają nowe zawody, nie wiadomo jaki powinien być system kształcenia. Dobry wykład na otwarcie konferencji, na której większość prelegentów ma nieznane dla mnie profesje i kształciło się w miejscach, o których nie mam najmniejszego pojęcia. Tak, zachwiało to moim poczuciem bezpieczeństwa, skonfrontowało z faktem, że ja nawet nie wiem co te nazwy w ogóle oznaczają. I po raz kolejny, po co ten cały outsourcing w procesie rekrutacji? Prelegent miał naturalny urok osobisty, mówił też o tym, że od czasu kiedy doznał takiego wglądu pozwala zdarzać się przypadkom, pozwala sobie zgubić się w obcym mieście. Wzięłam to sobie do serca. Zresztą, jest mi to bliskie. Nawet z pracy staram się wracać codziennie inną drogą. Tak! Pozwalajcie przypadkom zdarzyć się w Waszym życiu!

Mówiącego później Kacpra Nosarzewskiego nawet nie zapamiętałam. Prelegent z zupełnie innej bajki i zupełnie nie mam pojęcia co chciał mi przekazać. Za to mówiąca po nim Hanna Paulomäki z Finlandii była w stanie mnie wzruszyć (złym!) losem Bałtyku. Widać było jej zaangażowanie i związek z tym, wspólnym przecież, morzem. O zwierzątkach mówiła także Hanna Bagniewska. Poza tym, że jest to kobieta bardzo atrakcyjna:), potrafiła mnie również zająć merytoryczną stroną swojej prelekcji. Życie naukowe poświęciła norkom (te zwierzaki futerkowe) i potrafiła mi to z humorem sprzedać. Gratulacje! Mówiący po niej Benny Lewis skupił się na uczeniu się języków. Przez większość życia władał tylko jednym językiem, potem chciał się uczyć tylko po to, żeby imponować kobietom, aż w końcu skapnął się, że jedyną słuszną motywacją jest uczenie się języka obcego z zainteresowania obcą kulturą. Szalenie odkrywcze :< Zdjęcia z grubej biby w międzynarodowym towarzystwie, gdzie prawdopodobnie człowiek ma efektywniej uczyć się języków jeszcze dodatkowo mnie zraziło. temu prelegentowi mówię zdecydowane nie.

Druga sesja jako jedyna przeprowadzona była w języku polskim. Pozytywnie zaskoczyła mnie otwierająca ją wystąpieniem Zofia Borkowska. Było to wystąpienie nie byle jakie, bo z udziałem przepięknie odzianego na biało chóru. Sama dyrygująca okazała się osobą niezwykle energiczną i z pasją opowiadającą o muzyce. Aż chciało się dołączyć do wspólnego śpiewania. Właściwie to jest to chyba najlepszy ze znanych mi sposobów na integrację. Zupełnie nie rozumiem po co na konferencję zaproszono Andrzeja Godlewskiego mówiącego o tym, jak bardzo potrzebny jest seks i przemoc w telewizji i jak bardzo dobrze on wie, że my się w tym lubujemy. Pokazywał w dodatku jakieś wykresy, tyle, że bez opisanych osi i skali. Czułam się manipulowana i miałam wrażenie, że ktoś oddawał jakiś dług przysług zapraszając go w roli prelegenta. W nurcie swego rodzaju manipulacji pozostaje także Cezary Wójcik, który na sali kinowej gdzie dostępny jest projektor i ogromny ekran poprosił o mazaczek i tablicę do rysowania, żeby narysować... ludzika otoczonego czterema ścianami. A szkoda, spodziewałam się wykresów. Mówił o tym, żeby nasze przekonania nas nie ograniczały. Cenny przekaz, ale podany w przeciętnej formie. Wójcik chwalił się kontaktami z polskimi naukowcami przebywającymi za granicą, ale swoje doświadczenia przekazywał w nudnej, zakorzenionej jak najbardziej w polskich uczelniach formie. Furorę zrobiła s. Małgorzata Chmielewska tworząca rzeczpospolitą biedaków i śmiało narzekająca na różne rozwiązania utrudniające im w Polsce życie. Bardzo charyzmatyczna, odważna i dowcipna postać. Nic dziwnego, że udało jej się zorganizować m. in . świetlice i darmowe przedszkola dla dzieci. Założę się, że to nie koniec jej dokonań.

Bardzo zawiodła mnie Katarzyna Miller zabierająca  w tej sesji głos w następnej kolejności. Liczyłam, że psychoterapeutka mnie poruszy, a tymczasem ukazała mi się pani o niesympatycznej powierzchowności, która odwołując się do własnych doświadczeń (co dotąd zawsze kojarzyło mi się z siła osobistą i mocnym przekazem) traciła kontrolę nad własnymi emocjami i płakała na scenie. W imię czego? Nie wiem. Czułam lekkie zażenowanie. W zupełnie innym charakterze utrzymane zostało wystąpienie Adama Wajraka, który przybył prosto z Puszczy Białowieskiej. Nigdy bym nie przypuszczała, że zastanawianie się nad definicją lasu może być tak fascynujące i produktywne. Nie wiem co to ma wspólnego ze strefą komfortu, ale pamiętajcie, że prawdziwy las zawsze tworzy się sam, dojrzewające drzewo musi pokonać na przestrzeni lat nieprawdopodobną ilość przeciwności, a do starych drzew należy się odnosić z ogromnym szacunkiem. To ważne, serio. Oczarował mnie także kolejny prelegent związany z muzyką, dźwiękowiec Wojtek Urbański, który komponuje dżingle i... jest z tym niezmiernie szczęśliwy. Ja znalazłam chwile szczęścia razem z nim, kiedy nam te dźwięki ze sceny prezentował. Młody, pozytywny pasjonat. Sesję zamykało niezwykle krótkie wystąpienie Kuby Urbańskiego, który zachęcał do... jedzenia owadów. Owady to świetne źródło białka. Tym razem nie miałam wątpliwości gdzie związek z wykraczaniem poza sferę bezpieczeństwa. Zaraz też dano mi szansę na wyjście spoza tej sfery. Na zakończenie sesji poczęstowano nas lizaczkami z różnymi rodzajami owadów. Tak, zjadłam swojego. Mam na koncie nowe doświadczenie! :)

Po przerwie obiadowej nastąpiła sesja trzecia, którą rozpoczęła Zuzanna Lewandowska. Atrakcyjna prelegentka również zrobiła na mnie świetne wrażenie swoją energią, pasją, odwagą. Kształciła się na renomowanych uniwersytetach, podróżowała po świecie. Dlaczego? Bo mogła! A przede wszystkim dlatego, że odważyła się sobie coś takiego zaplanować. Teraz chce to przekazać młodym ludziom, żeby także nie bali się marzyć. Cudownie, szkoda, że nie spotkałam takiej osoby kilkanaście lat wcześniej. A może nie byłabym na to wówczas gotowa? Po niej Mikela Eskenazi starała się zdefiniować mobilność. Totalnie nie pamiętam tej prelekcji, co jest chyba najwięcej mówiącym podsumowaniem. Co dla mnie zdumiewające, bardzo dobrze jednak zapamiętałam wystąpienie Agi Szóstek. A wcześniej miałam naprawdę blade pojęcie o tym, co robi designer. Opowiadała o tym, jak konstruowała pewną lampę, jak wcześniej rozpoznawała potrzeby zamawiającego. Frapowało mnie tylko, czy designer zna się także na elektronice, czy raczej (jak podejrzewam) takie rzeczy robi się w wielodyscyplinarnym zespole. Podejrzewam także niestety, że taka praca kiedyś się kończy, no bo ile można być mobilnym, kreatywnym etc.? Po niej mówił Piotr Skowroński o swojej, bagatela, codziennej pracy w CERN :) Okazało się, że niewiele z nas tak naprawdę orientuje się co się tam odbywa. Mówiący po nim Louis-Philippe Loncke uświadomił nam co naprawdę znaczy słowo "adventurer" (nawiasem mówiąc, czy ono ma polski odpowiednik?). Przepłynął kajakiem z biegiem Wisły, ma inne śmiałe plany. Nie martwcie się, towarzyszyła mu troskliwa ekipa, nawet kiedy ryzykował własnym zdrowiem. Powiązanie z przekraczaniem własnych granic oczywiste. Sesję zamykał taniec nowoczesny Ady Patłaszyńskiej. Dziwna sprawa, mnie wydawało się, że jest bardzo blisko z pianistą, który jej akompaniował, tymczasem na koniec powiedziano nam, że przed wspólnym występem mieli oni kontakt tylko przez internet. Czyżby taniec mnie tak zmylił.

W sesji czwartej i afterparty niestety już nie uczestniczyłam. Coś czuję, że nie odnalazłabym się na takiej imprezie. W hallu można sobie było także zrobić zdjęcie i otrzymać wydanie gazety z własną podobizną na okładce. Pomysł brzmi absurdalnie, ale stopniowo kolejka chętnych rosła. Ja się nie zdecydowałam, ale widziałam, że gazeta miała naprawdę bardzo, bardzo sympatycznego fotografa. Musi być miło z nim współpracować.

Czy było warto tam być? Tak, chętnie wybrałabym się także w przyszłym roku. Jednak zdecydowanie nie wszystkie wystąpienia mnie zainspirowały czy poruszyły. Liczyłam w tym względzie na więcej.

14:53, wildfemale
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 marca 2013
Biseksualizm

Zbieram się do tego tematu jak pies do jeża. Podobno Freud twierdził, że w gruncie rzeczy popęd seksualny kobiety jest ukierunkowany biseksualnie. Problem w tym, że on wiele rzeczy twierdził i historia pokazuje, że co do seksu nader często się mylił (vide dyskusja o orgazmie łechtaczkowym i pochwowym, zazdrości o penis i takich tam). We współczesnym dyskursie na temat orientacji seksualnych, biseksualizm jest jakoś dziwnie pomijany. To już o aseksualności mówi się więcej, choć jako odrębny temat badawczy pojawiła się znacznie później.

O tym, że osoby biseksualne istnieją wiadomo namacalnie już od czasu monumentalnych badań Kinseya prowadzonych w pierwszej połowie minionego wieku. Także jego koncepcja orientacji seksualnej jako kontinuum zakłada występowanie osób o orientacji biseksualnej pomiędzy homo- i heteroseksualnym biegunem. Tymczasem nie przypominam sobie, żeby osoby biseksualne miały kiedykolwiek jakieś swoje Stonewall Inn. Wydaje mi się, że nikt nigdy nie debatował nad tym, czy biseksualizm jest parafilią. Zapominamy, że skrót LGBT odnosi się także do osób biseksualnych. Wśród budzacych emocje parad nie znajdujemy jednak przedstawicieli tej frakcji.

Ilu w ogóle jest biseksualistów? Celem uzyskania odpowiedzi na to pytanie sięgnęłam do ostatniej książki prof. Izdebskiego. W 2005 roku zbadał on 2346 osób dorosłych w wieku 18-49 lat. Orientację biseksualną zadeklarowało wprost 2,3% uczestników badania, w tym 2,6% kobiet i 2,0% mężczyzn. Uderzające, że mniej więcej taki sam odsetek próby określił się jako osoby aseksualne! I nawet w tak wielkim, liczącym 833 strony opracowaniu zabrakło rozdziału dotyczącego osób biseksualnych, choć cały kilkdziesięciostronicowy rozdział poświęcono homoseksualistom. Dotyczą ich także dwa inne podrozdziały. Na polskim rynku wydawniczym nie brakuje już profesjonalnych książek o homoseksualizmie, zaś o biseksualizmie nie potrafię sobie przypomnieć żadnej monografii.

Znacie jakąś osobę biseksualną? Przecież co pięćdziesiąta osoba ma taką orientację. Nie stają się jednak bohaterami seriali, dowcipów, czy stereotypów. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że takiej osobie łatwiej jest się ukryć. Mogą oni tworzyć heteroseksualny związek w heteronormatywnym społeczeństwie i nie wzbudzać podejrzeń. Czy można jednak powiedzieć, że oni mają lepiej, bo mają "wybór"? Wydaje się, że biseksualiści jakby nigdzie nie pasują. Z jednej strony są niewątpliwie mniejszością, ale inne mniejszości ich nie chcą. Mogą mieć dzieci z osobą, która ich pociąga seksualnie, mogą mieć oficjalny związek ze wszystkimi konsekwencjami prawnymi, mają zatem "lepiej".

Tylko, czy to, z kim osoba biseksualna wchodzi w związek/ relację seksualną jest naprawdę kwestią wyboru? Wiedza na temat seksualności człowieka każe podejrzewać, że nie, bo gdyby to była kwestia wyboru, to pewnie niewiele osób chciałoby się znajdować w mniejszości. Wszak osoby homoseksualne mogą podjąć heteroseksualny kontakt, tylko po co, skoro ich to nie uszczęśliwia? Jeśli osobę biseksualną pociągają przede wszystkim osoby tej samej płci, a tylko okazjonalnie przeciwnej, to przecież bardziej prawdopodobne jest, że będzie się ona fascynować tymi pierwszymi i... przejawiać mniejszościowe zachowanie. Zresztą same osoby biseksualne w trakcie krystalizowania się u nich świadomości własnej orientacji jakby nie wiedziały co się z nimi dzieje. Osoby biseksualne inicjują się seksualnie znacznie później niż hetero- czy homoseksualiści. Czy to w porządku, że raz pociąga mnie koleżanka, a innym razem kolega? Co się ze mną dzieje? Czy to normalne? Czy to wina hormonów, a może tej ukradkiem obejrzanej pornografii?

Odpowiedzi na te powyższe pytania brakuje, choć jednocześnie nie brakuje informacji, że "bycie gay jest okay". W przypadku orientacji seksualnej nie da się rzucić monetą i wybrać, gdyby to było możliwe, ludzie z takimi dylematami nie szturmowaliby gabinetów terapeutów. Jeśli określam się jako osoba biseksualna i jestem w związku, to czy za jakiś czas nie będę miała przymusu zdradzenia z kimś innej płci niż mój partner? Co na moje samookreślenie powie partner tej samej płci, który w rozwoju własnej tożsamości seksualnej zatrzymał się na poziomie stwierdzenia, że osoby homoseksualne są lepsze niż reszta świata (vide model według Cass)? Czy związki z osobami danej płci są poważne, a w przypadku płci do niej przeciwnej stanowią tylko nic nie znaczące przygody? Przecież tyle się mówi o większej rozwiązłości męskich homoseksualistów. Czy obecny partner zaakceptuje to, że przed nim były osoby innej płci i że, owszem, nie było to błądzenie, a świadoma decyzja i autentyczna fascynacja? Na dłuższą metę tworzenie intymnej relacji bez poruszania tych kwestii jest niemożliwe.

Badania na ten temat milczą, a ja zastanawiam się także, jak poznają partnerów osoby biseksualne. Osobom homoseksualnym w tym zakresie życie ułatwił internet, ale w przeszłości też sobie one jakoś radziły w życiu realnym. Część z nich twierdzi, że jest wyposażona w radar pozwalający rozpoznawać osoby orientacji homoseksualnej. Ciekawe, czy działa on także na osoby bi-? Wracając jednak do internetu, osoby homoseksualne mają już możliwość skorzystania z portali randkowych (ewentualnie czatów, ale z ich skutecznością chyba jest słabo) specjalnie im dedykowanych, podzielonych na płcie, wszystko schludnie, nikt się nie gubi. Podziału takiego wprowadzić jednak nie można dla osób biseksualnych, te bowiem mogą być bardziej zainteresowane mężczyznami lub kobietami niezależnie od płci własnej. Czy osoba biseksualna powinna wchodzi w relację tylko z drugą osobą biseksualną? Prawdopodobnie nie jest to najczęstszy scenariusz, co wynika choćby z danych statystycznych przytoczonych wyżej. Osoba biseksualna może wejść w relację z osobą homo- lub heteroseksualną. Można by zatem powiedzieć, że może ona z powodzeniem korzystać ze wszelkich portali randkowych. Tam jednak najczęściej trzeba się opowiedzieć jakiej płci się szuka. Czy to jest naturalne? Czy osoba biseksualna zastanawia się "Hmm, dziś poszukam kobiety, na 60% bardziej pociągają mnie kobiety."? Przyznaję, że nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale taki rozwój wypadków wydaje mi się mało prawdopodobny. W procesie zakochiwania się jest raczej tak, że poznaje się kogoś przypadkowo, po czym stopniowo rodzi się fascynacja i miłość. Lansowana przez popkulturę miłość od pierwszego wejrzenia zdarza się u znikomego odsetka.

Frapuje mnie także bardzo, czy w toku rozwoju tożsamości biseksualnej jest w ogóle jakiś przełomowy moment związany z coming outem tak jak jest to w przypadku homoseksualistów. Pracując klinicznie z osobą homoseksualną nie trzeba jej od razu zmuszać do wyjścia z szafy. Środowisko osób otwarcie (nachalnie?) homoseksualnych także jest specyficzne i nie każda osoba o tej orientacji się z nim identyfikuje. Jak jest z osobami biseksualnymi? Przede wszystkim wydaje się, że nie mają one żadnego "środowiska". Być może też nie zgłaszają się do terapeuty z problemem klinicznym w postaci własnej orientacji. Czyżby po prostu byli dobrze zaadaptowani, a ja się czepiam i szukam dziury w całym? A może po prostu świadomość społeczeństwa jest tak niska, że ludzie nie wiedzą, że w ogóle można być orientacji biseksualnej? Konserwatywny rodzic drży o to, żeby jego syn nie okazał się gejem lub córka lesbijką, ale najczęściej nie miota się w łóżku podczas bezsennej nocy rozważając, czy aby latorośl nie jest biseksualna. Jak się raz na jakiś czas prześpi z osobą tej samej płci, to pewnie wybryk po alkoholu, albo niewinny eksperyment... A może i osoby biseksualne same tak to sobie tłumaczą?

Osoby biseksualne są wśród nas, ale tak do końca nie wiadomo co konstytuuje osobę biseksualną. Z badań nad homoseksualizmem jednoznacznie wynika, że sny erotyczne o kimś tej samej płci, homoseksualne fantazje erotycznie, dostrzeganie atrakcyjności fizycznej realnej osoby tej samej płci nie powinny niepokoić, nie świadczą jednoznacznie o homoseksualizmie. Czy świadczą zatem o biseksualizmie, czy też są po prostu wariantem normy (czyli na potrzeby tej dyskusji heteroseksualizmu)? Polacy coraz więcej wiedzą o seksie, szczególnie ci wykształceni, aktywni poznawczo. Wydaje się to znajdować potwierdzenie w innym z badań prof. Izdebskiego. Na przełomie 2009 i 2010 roku zbadał on przeszło 10000 internautów. Co uderzające, aż 5,3% z nich zadeklarowało się jako osoby biseksualne (dla porównania jedynie 3% określiło się jako homoseksualne). Czyżby na taki układ odpowiedzi miał wpływ sposób ich zbierania przez medium, w którym wiele osób czuje się anonimowo, czy może był to błąd próby lub efekt zwiększającej się świadomości seksualnej? Wobec rosnącej popularności internetu wydaje się, że odpowiedź leży gdzieś pośrodku.

A może naprawdę w gruncie rzeczy jesteśmy wszyscy biseksualni, tylko ze względu na społeczną akceptację  i wyuczone prawidłowości czujemy przymus jasnego opowiedzenia się po jednej ze stron?

piątek, 15 marca 2013
O dobrym wychowaniu

Z pewną taką nieśmiałością przystępuję do pisania o dobrym wychowaniu, bowiem w tej dziedzinie nigdy nie uważałam się za eksperta. Owszem, czytałam na ten temat wiele, ale protokołu dyplomatycznego nie ogarniam i prawdopodobnie nie czułabym się dobrze na salonach wyższych sfer. I taki człowiek jak ja, ku własnemu zaskoczeniu, nagle odkrywa w sobie potrzebę pisania o savoir- vivrze. Jak to się dzieje? Ano przedstawię Wam trzy scenki rodzajowe.

Scenka 1

Zakupy w Biedronce. Pan przede mną kupuje kilkadziesiąt saszetek karmy dla psów. Znają się z kasjerką, miło konwersują. Panu się nie spieszy zbierać zakupy z lady, pokornie czekam aż przyjdzie moja kolej. Zauważam nawet, że ochroniarz dyskretnie sprawdza na wyświetlaczu kasy, czy kasjerka aby nie nabiła mniej opakowań niż rzeczywiście należy. Przy okazji odkrywam jaka jest prawdziwa rola pryszczatego ochroniarza w tej sieci sklepów. Następnie moje zakupy sztuk dwie są kasowane, szukam pieniędzy, płacę, czekam na paragon. Za mną z zaskoczenia objawia się monstrum płci najprawdopodobniej żeńskiej, która przez zaciśnięte zęby (zaciskała w nich własną torebkę, serio) mówi do mnie coś w stylu "No panienko, przechodzimy do przodu." Wykrawatowana, wypachniona nie posiadam się ze zdumienia. "Przepraszam, pani to do mnie mówi?" - zdobywam się na jakąś reakcję, jeśli tego nie zrobię przez kolejne godziny będzie mi zalegał afekt. Słyszę odpowiedź: "No, a do kogo?" Rezolutna, nie ma co. Z trudem powstrzymuję się od dania jej w twarz czy zrobienia choćby fotografii. Obawiam się konsekwencji lub utraty twarzy w sklepie, który często odwiedzam. Idę zjeść obiad, dosiadam się do sympatycznej studentki, po mnie w barze miejsce zajmuje jakiś pan, który uprzednio pyta o pozwolenie. Wszyscy troje się do siebie uśmiechamy i zapominam, że przed chwilą w ogóle byłam wściekła. Jak niewiele trzeba, żeby bezsensownie wyprowadzić mnie z równowagi! Jestem przerażona.

Scenka 2

Po obiedzie wsiadam do tramwaju. Wyjątkowo zresztą zatłoczonego jak na tą porę dnia. Dziwię się, staram się nikogo nie zdeptać. Walę ciężką torbę na odrobinę wolnej przestrzeni i zagłębiam się w lekturze książki na telefonie. Kątem oka widzę jak jakiś pryszczaty (serio, co oni mają z tym trądzikiem?!) dzieciak siedzi poniżej i bawi się telefonem. Z jego zachowania po chwili wnioskuję, że ta, która stoi nad nim to jego dziewczyna. Kiedy już telefon z klapką zostaje zamknięty, dzieciak wykonuje coś niesamowitego. Wychyla się do tyłu, sięga ręką w tłum i ciągnie faceta w średnim wieku, który stoi do niego plecami po przeciwnej stronie. "Przesuń się, bo się za bardzo rozpychasz." rzecze do niego nasz nieustraszony obrońca przestrzeni stojącej dla własnej dziewczyny, ta zresztą dyplomatycznie milczy. Po raz drugi tego dnia zaczynam się zastanawiać, czy ci ludzie coś ćpają, czy to hormony, czy po prostu szukają okazji do zabłyśnięcia. Młody o mało co nie dostaje w łeb od zaczepianego przez siebie pasażera. Docieram na swój przystanek i usiłuję wysiąść. Kilka osób rozstępuje się słysząc "przepraszam", kilka innych wsiada na siłę udając, że nie wiedzą iż na tym przystanku ludzie mają zwyczaj także wysiadać i że to wysiadający mają w takiej sytuacji pierwszeństwo.

Scenka 3

Z tramwaju docieram do odrestaurowanego budynku uczelni wyższej. Przypominam sobie, że nie spałam tego dnia, a ten się przecież jeszcze nie skończył. Zrezygnowana otwieram drzwi. Dwóch studentów właśnie zamierza wychodzić. Widząc mnie stojącą na progu rezygnują, przytrzymują mi drzwi i zapraszają do środka. Mam ochotę już dziś nie opuszczać tego grona ludzi.

środa, 13 marca 2013
Suka. Z pamiętnika masochistki. - recenzja

Książka ta została napisana w 2010 roku przez Polkę od lat osiadłą w Nowym Jorku. Już samo to zestawienie budzi ciekawość. Dodatkowo podsycają ją oryginalna okładka i masochizm w tytule, który jasno dookreśla tematykę tej pozycji. Czy warto zatem sięgać po taką książeczkę o BDSM?

Już lektura pierwszych stron przekonuje mnie, że pod pseudonimem Goodgirl ukrywa się osoba inteligentna i dość refleksyjna. Książka jest podzielona na rozdziały okazjonalnie przerywane opisami scen seksualnych z namiętnika. Przyszło mi do głowy, że czytelnik, który spodziewał się powieści erotycznej może sobie przeskakiwać strony tylko w poszukiwaniu stron z namiętnika. Opisy te są plastyczne, mięsiste, oddziałują na wyobraźnię. Niektórych podniecą, a innych zniesmaczą. Trudno w nich odróżnić fantazję od tego, co wydarzyło się naprawdę.

O czym jeszcze pisze tytułowa suka? Zawsze o sobie. Wprost lub pośrednio poprzez różne opowieści o ludziach, których spotkała. Goodgirl próbuje nam tłumaczyć, że skłonności masochistyczne biorą się z zaburzonych relacji rodzinnych (które u niej akurat występują na pewno) i z przekazu "biję cię, bo cię kocham". Autorka wikłała się w nieszczęśliwe małżeństwa, udała się na emigrację, a nawet poszła na psychoterapię celem uzdrowienia siebie. Czyżby jednak masochizm był zaburzeniem? Gdyby spytać o to nią samą, zapewne zaprzeczyłaby. Wydaje się być szczęśliwa w obecnym związku. Partner zaspokaja jej potrzeby, także emocjonalne. Może więc to ja się czepiam? Mój niepokój wzbudza jedynie to, że na kartach tej książki, sadomasochistyczna miłość nosi znamiona uzależnienia. Psychicznego uzależnienia od konkretnego partnera, który zna dobrze potrzeby masochistki i dlatego potrafi na niej zagrać jak wirtuoz na instrumencie. Pozbawienie seksu z kimś takim suka traktuje jak karę, organizuje ona swoje życie wokół nieregularnych sekretnych spotkań, snuje marzenia na jawie dotyczące wspólnego przekraczania kolejnych granic.

Takie bezustanne, niemal kompulsywne, poszukiwanie wciąż nowych podniet, definiowanie siebie poprzez preferencje seksualne, wszystko to niepokoi mnie bardzo. Nie mam wątpliwości co do tego, że masochizm seksualny jest jedną z ważniejszych rzeczy w życiu Goodgirl, a przecież kiedy ją czytam, nie mam wątpliwości, że ma ona także inne zasoby. Ciekawe czy opowiedziała o swojej seksualności już na pierwszej sesji terapeutycznej?

Można by powiedzieć, że w tej książce dużo jest o seksualności, bo przecież taki był zamysł, to właśnie sugerował tytuł. Tyle że sam tytuł jest na tyle wieloznaczny, że zanim nie zajrzymy do środka, jeszcze nie wiemy czy czeka nas kolejna powieść, studium przypadku spisane w pierwszej osobie, czy... coś innego. Trafia nam się coś innego. O ile pomysł z przeplataniem regularnej treści erotycznymi/ pornograficznymi się sprawdził, to już towarzysząca temu niespójność stylistyczna czy tematyczna książki jest czymś, co czytelnika na dłuższą metę drażni. Pomiędzy opisami własnych relacji rodzinnych, kształtowania się świadomości własnych potrzeb seksualnych, poszukiwań odpowiedniego partnera, znajdujemy także wtręty o seksualności w ujęciu purytańskiej kultury hasydzkiej, opis tego jak autorka przepracowała jeden dzień jako asystentka lekarza (mam wrażenie, że w tym opisie czai się jakaś wojerystyczna przyjemność), czy poglądy autorki na temat konkubinatu i polskich podwójnych standardów moralnych. Formuła taka jest nie do przyjęcia w książce, choć sprawdzałaby się na blogu. Zresztą wczoraj anonimowy internauta doniósł mi, że Goodgirl istotnie blog prowadzi. Krótkie aktualne wpisy do złudzenia przypominają pod względem swojego stylu kolejne rozdziały książki. Ponadto, wydaje się, że nie dość, iż nikt autorki nie ukierunkował, to jeszcze opuścił ją korektor. Liczne literówki sprawiają, że treść ciężko się czyta, a z biegiem czasu czytelnik nabiera przekonania, że ktoś go lekceważy i oddał mu brudnopis zamiast wersji ostatecznej.

Czy zatem za tą lekturę w ogóle warto się zabierać? Odpowiem, że paradoksalnie tak. Nie jest ona wolna od niedociągnięć, ale jednocześnie stanowi jedną z nielicznych na polskim rynku pisanych książek o takiej tematyce. W dodatku napisała ją nasza rodaczka, choć nie żyjąca w Polskich realiach. Tekst powstał jeszcze przed wielką popularnością książek o seksie na naszym rynku. Zakładam zatem, że nie z chęci dorobienia się czy zyskania popularności, a z jakiejś potrzeby serca. Przecież równie dobrze autorka mogłaby to wydać po angielsku, nikt nie musiałby wiedzieć, że nie był to jej język ojczysty. Ponadto, z treści bije jakaś taka autentyczność, dzięki której autorkę łatwiej zrozumieć, empatyzować z nią. Odnosi się wrażenie, że na pierwszy rzut oka jest to kobieta niczym nie wyróżniająca się na niekorzyść, z którą można nawiązać niezobowiązującą rozmowę na ciekawe tematy.

I na zakończenie, dla porządku, kilka słów o samych związkach sadomasochistycznych. Takich, w jakim aktualnie jest tytułowa Suka i co bardzo jej odpowiada. Autorka przestrzega przed tym, że S/M bywa opacznie rozumiane, tymczasem przejście do tego rodzaju pieszczot musi zająć czas. Wiele miesięcy czy nawet lat zajmuje zbudowanie wzajemnego zaufania, otwarcie się na swoje potrzeby, wypracowanie komunikacji w tym zakresie, pewnych zasad takich praktyk, ustalenie bezpiecznego słowa. Autorka zdaje się potwierdzać moją wcześniejszą wiedzę na ten temat, że gros mężczyzn rozumie dominację jedynie jako rzucenie krótkiego "na kolana suko" i zaspokojenie własnych potrzeb. Tymczasem, jak w typowej heteronormatywnej relacji ważne jest uwzględnianie potrzeb seksualnych obu stron, bowiem strona uległa czerpie przyjemność z jej upokarzania tylko w bardzo szczególnych warunkach. Nie dzieje się w takiej relacji nic, na co by nie wyraziła zgody. Nikt rozsądny nie da się związać partnerowi, który widzi tylko własne potrzeby i nie kontroluje się. Nikt rozsądny nie chce ryzykować w ten sposób własnego życia i zdrowia.

W świecie naukowym trwa debata nad tym, czy BDSM to zaburzenie czy nie. Według obecnych klasyfikacji mają one status parafilii, ale w kontekście spełniania normy partnerskiej nie są one patologią. Oboje partnerów zgadza się na odgrywanie w alkowie wcześniej ustalonych ról i nie chcą siebie trwale uszkodzić, zaspokajają jedynie własne potrzeby gdy uzyskanie takiego natężenia satysfakcji nie byłoby możliwe w inny sposób. Nikomu zatem nie dzieje się krzywda, a dorosłe osoby mają prawo o sobie stanowić. Może zatem nie parafilia? I dałabym im święty spokój, gdyby nie te wstawki o patologicznym dzieciństwie, czy uzależnieniu od mastera. Bo czy zdrowa relacja/ seks tworzą się na bazie patologii z przeszłości? Jest raczej tak, że w toku wczesnych doświadczeń tworzy się rodzaj mapy miłości i według jej wskazań dobieramy sobie partnera posiadającego jak największą ilość cech dla nas pożądanych. Koncepcja mapy miłości zakłada elastyczność poszukiwania, a taka elastyczność w ogóle jest charakterystyczna dla zdrowej osobowości. Zdrowa miłość nie polega także na uzależnieniu od siebie. Uzależnienie kojarzy nam się źle, wyklucza wolność wyboru, a w takiej relacji z pewnością jest ono możliwe. Czemu miałoby nie być, skoro coraz szerzej pisze się o uzależnieniach od czynności. Wspólną cechą ich wszystkich jest ograniczenie wolności i przemożne cierpienie. Nie jestem zatem przekonana, że mieści się to w normie.

sobota, 09 marca 2013
Internetowa archeologia

Zawód archeologa kojarzy mi się z Egiptem i kopaniem w pustynnym piasku. Faraonowie dbali o to by już za życia wybudować sobie grobowce trwalsze niż ze spiżu, a w dodatku dobrze zabezpieczone. Dzięki temu, nie wszystkie zasypał piasek i nie wszystkie zostały rozgrabione. Warto kopać w piaskach dziejów. Inne aspekty archeologicznej pracy są mi mniej znane. Archeolog prawdopodobnie ma pole do popisu także w starych polskich miastach, przy odkopywaniu średniowiecznych budowli z drobnej cegiełki. Mam wrażenie, że im bardziej współczesne czasy, tym mniej trwałe te materialne pozostałości działań ludzkich. Wydaje mi się, że jak coś jest z metalu i szkła to nie przetrwa tak długo jak budowle kamienne.

Przewiduję, że definicja i realia pracy archeologa wkrótce się zmienią. Pozostawiamy bowiem ślady swoich działań, mniej lub bardziej świadomie dokumentujemy istniejącą kulturę na zupełnie nowym forum. Tą przestrzenią jest internet. Do takiej refleksji sprowokowało mnie dość przypadkowe zapoznanie się z wpisami w sieci, które popełniłam przeszło rok temu. Intensywnie przeżywałam spotkania, wydarzenia, refleksje, których w tej chwili zupełnie już nie pamiętam. Gdyby nie zostały one uwiecznione w sieci, pewnie teraz nawet bym się nad nimi nie zastanawiała. Już pobieżne przejrzenie tego bloga także pozwala stwierdzić, że jego formuła płynnie ewoluowała. A przecież jako jego autorka wciąż czuję się tą samą osobą, w moim życiu nie zaszła żadna wielka rewolucja.

Ja piszę blog, okazjonalnie udzielam się na forach. Nie zawsze także mam dostęp do internetu. Skutkiem tego można by zakładać, że długie wpisy i to zamieszczane po jakimś czasie (dopiero gdy znajdę się w zasięgu sieci) będą przemyślane, choć w części przetrawione. Jednym słowem: będą ważne. A tu się okazuje, że o ile może na tamtą chwilę ważne były, to najwyraźniej zdążyły stracić ten zaszczytny status. Co dzieje się w dobie smartfonów dających ciągły i wygodny dostęp do sieci, mikroblogów, które pozwalają spamować każdą treścią dającą się zawrzeć w jednym zdaniu i portali społecznościowych kuszących grami, eventami i konkursami. Kiedy nie piszesz na portalu społecznościowym, to jakby cię nie było. Kopalnia wiedzy dla socjologów! Wątpliwości budzi jedynie reprezentatywność takiej próby.

Najczęściej nie zastanawiam się nad tym, że te moje wpisy ktoś przejrzy, zrobi notatki, porówna, czy nie przeczę sama sobie, wykorzysta przeciwko mnie, powiąże z moimi danymi... A przecież jest taka możliwość! Mało tego, prawdopodobnie w sieci zachowuję się jednak nieco inaczej niż w życiu realnym, choć w obu warunkach zachowuję dużą dozę autentyczności. W życiu realnym nie z każdym wątkiem się przebiję. Jeśli coś jednak mnie zainspiruje wiem, że zawsze będę mogła to zamieścić na blogu.

Wraz ze wzrostem przepustowości łącz, komunikacja internetowa przestała być ograniczona do tekstu. Zaczęliśmy zamieszczać zdjęcia. Co fotografują internauci? Wszystko. Siebie, swoje zwierzaki, swoje fury, a nawet... swoje śniadanie. Nic w tym groźnego. Nie można przestrzegać internauty "Nie rób tego, bo ktoś zobaczy, włamie ci się do domu i ukradnie twoje śniadanie." Tylko czy to nie jest jakieś przekraczanie własnych granic? Zapraszamy obcych ludzi do swojej kuchni. Poddajemy swoją dietę pod ich ocenę. Czy estetyka fotografowanej potrawy byłaby taka sama gdybyśmy nie planowali jej sfotografować? Czy to jest rodzaj ekshibicjonizmu?

Anonimowy internauta zapoznał mnie ze stroną futureme.org, z której można przesłać do siebie list. Na czym polega atrakcja? List taki otrzymamy za rok, albo i jeszcze później (zależnie od ustawień). O ile zachowamy dany adres mailowy, wiadomość od nas, adresowana do nas samych dotrze do nas automatycznie. W jakim momencie życia będziemy wtedy? Czy spełnią się dzisiejsze nadzieje? Czy te nadzieje z dzisiaj będą w ogóle jeszcze ważne za rok? Przypadkowo natknęłam się na swoją wiadomość z przeszłości. Tutaj dochodzi do odwrócenia kolejności. Bowiem dziś zaplanowałam to, co dotrze do mnie za równy rok. Czy za 365 dni w ogóle będę pamiętać, że taką wiadomość wysłałam? Czy należycie się przyłożyłam do jej napisania? Ot, spontanicznie naskrobałam kilka akapitów starając się jedynie by dotyczyły spraw dla mnie istotnych, zajmujących mnie od dłuższego czasu.

Na wyżej wymienionej stronie część użytkowników anonimowo udostępniła pisane do siebie listy. Z angielskojęzycznej treści wynika, że piszą głównie ludzie młodzi, ale nie tylko. Lektura listów jest bardzo, bardzo ciekawa i niezwykle poruszająca. Ci ludzie bowiem również piszą o rzeczach ważnych i raptem okazuje się, że istnieją rzeczy uniwersalnie ważne. Obcy internauci mają swoje plany, chcą znaleźć pracę, zrobić prawo jazdy, posiadać wypasioną furę, ale kiedy już wypiszą się na temat stanu posiadania, zaczynają pisać o uczuciach, więziach, relacjach. Niejeden/ niejedna liczy na to, że za rok znajdzie miłość. Niektórzy mają na myśli określoną osobę, do której z jakichś względów jeszcze dziś nie podchodzą. Chcą osiągnąć sukces, spełniać się. Wychodzi na to, że niemal wszyscy pragniemy tego samego. I ja w swoim liście pisałam o życiu uczuciowym i karierze.

Chcemy tego czy nie, internet już od dawna jest płaszczyzną funkcjonowania społecznego. Socjolodzy (jeśli nie antropolodzy ;)) mogą, a nawet powinni traktować go jako źródło danych badawczych. Przy tej okazji wraca oczywiście pytanie o wiarygodność danych, a nawet o to, czy w sieci nie prezentujemy zupełnie innej osobowości (sic!) niż w życiu realnym. Nie powinno to jednak powstrzymywać badacza. 

A czy Wy już wysłaliście list do siebie z przyszłości?

poniedziałek, 04 marca 2013
Ostrożnie wybierajcie autorytety

Mówi się, że współcześnie cierpimy na brak autorytetów. A może tylko ja słyszę to mówienie? Słyszę, bo sama na ten brak dotkliwie cierpię. Kiedy pyta się kogoś o autorytet najczęściej wymienia swoich rodziców, albo papieża. Tak jakby te odpowiedzi były zamieszczone w jakiejś dobrze opracowanej giełdzie pytań. Nie mam ochoty na giełdy. Przez cały okres edukacji obywałam i obywam się bez bryków. Nie chcę iść na skróty.

Czy rodzice są dla mnie autorytetem? Niestety nie. Od fazy żalu do nich, że 1000 rzeczy zrobili nie tak jak trzeba wychowując mnie, przeszłam do intensywnej pracy nad sobą. Już im nie wyrzucam. Ukształtowali mnie z pewnością najlepiej jak umieli. Ale teraz jestem już dorosła, jestem innym pokoleniem. Z chęcią zaczerpnę mądrości starszego pokolenia, jednak w relacjach z rodzicami priorytetem jest dla mnie separacja - zdrowy, rozwojowy proces. Dziś szłam ulicą i rozmyślałam na temat tego, ilu moich wyborów życiowych ojciec nigdy nie zaakceptował. Ale jestem z nimi szczęśliwa, trwam przy nich i... mam w sobie zgodę na jego brak akceptacji, nie zabiegam o nią za wszelką cenę.

Mam deficyt relacji. Postanowiłam to zmienić, zadbać o te, które mam, lub są w zasięgu mojej ręki. Dwa tygodnie temu próbowałam się dodzwonić do mojej promotor - była bardzo zajęta, rozmowę telefoniczną przełożyłyśmy na przyszły tydzień. Pod jego koniec w końcu udało się rozmowę odbyć. Wzięłam na siebie ciężar prowadzenia jej, choć bałam się, że zabraknie tematu. Nie zabrakło. Obie mamy ochotę na osobiste spotkanie. Bardzo to dla mnie miłe, bo mam potrzebę kontakt z tą osobą celebrować. Czy promotor jest dla mnie autorytetem? Miałam z nią kontakt mniej więcej w takim momencie życia, w którym uczyłam się, że nie ma obiektów idealnych. Na naukę tego zagadnienia nigdy nie jest bowiem za późno. Nie raz mnie wkurzyła, zawsze wydawało jej się, że traktuje mnie lepiej niż było w rzeczywistości. A ja miałam duże oczekiwania. Jak na jej relacje z innymi studentami kontakt miałyśmy bliski, wydawało mi się, że jest w nim jednak coś szczególnego. Mimo tego braku idealności, czułam się z nią dość bezpiecznie. Sporo o mnie wiedziała, zwierzałam jej się w kryzysowym momencie życia. Dziś już do tego nie wracamy, dzieliłyśmy się raczej tym, co w życiu nowe, dobre.

Dziś niespodziewanie dowiedziałam się, że mój współpracownik, osoba stojąca na wyższym niż ja stanowisku, teoretycznie uprawniona do wydawania mi poleceń, ale także zobowiązana służyć mi radą i pomocą, że ten człowiek zachował się bardzo nieetycznie. Skrzywdził kogoś bardzo, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Intuicyjne zrozumienie tego nie przedstawiało dla mnie trudności i nie zajęło mi wiele czasu. Zabolało mnie to jakoś osobiście. Ubodło, że w moim otoczeniu coś takiego się stało. A jednocześnie przypomniałam sobie, że do niego nigdy jakoś specjalnie nie lgnęłam, nie miałam ochoty się przed nim otwierać, kontakty ograniczałam do powierzchownych. Czyżbym miała jakąś intuicję, przeczucie? I tu pojawia się dla mnie kolejne odkrycie. Nowej rzeczy muszę się oduczyć. Wyrosłam w przekonaniu, że jak ktoś ma tytuł, miano, określoną opinię, jest marką, to z automatu należy mu się zaufanie. Przez lata ignorowałam intuicję czy coś, co odczuwam na poziomie doświadczenia na rzecz tego, co wiem na rozum, co wtłoczono mi do głowy. Skutkiem tego przez lata skazywałam siebie na frustrację, bo ludzie nieodmiennie okazywali się nie tacy, jacy mieli być. Najwyraźniej nie znali tej normy, której mnie nauczono. Odkąd pozbyłam się tego trefnego prawidła, moje życie jest lepsze, pełniejsze. Odtąd spotkanie z każdym człowiekiem jest przygodą, odkryciem, potencjalnie wzbogaca.

W tytule tego wpisu zawarto założenie, że te autorytety można sobie wybierać. Głęboko się z tym zgadzam. Autorytet nie może być narzucony z góry. Nie spotyka się go z zgodnie z grafikiem. Nawet gdyby miałby to być grafik niczym rozkład PKP - pełen niezapowiedzianych niespodzianek. Autorytet się wybiera i w tym procesie wyboru całkiem uprawnione wydaje się wystawienie go na szereg prób. Ja dzieliłam się tym, co we mnie dalekie od ideału, zanudzałam dyskusją na śmiertelnie nudne i ciężkie naukowe tematy, szokowałam, zaskakiwałam i patrzyłam co będzie... Tak, znalazły się osoby, które te próby przeszły. Po przejściu próby nie ma sensu jej powtarzać, pozostawałam zaspokojona. Nie mogę jednak powiedzieć, że mam swoje jednoznacznie określone autorytety. Pozostając w temacie świadomego wyboru nadmienię także, że i mentor sobie ucznia wybiera. Jestem o tym przekonana. Rodzi się jakaś chemia po obu stronach. Być może młody adept przypomina swoim zapałem swego mistrza sprzed lat. Z pewnością zanim się jeszcze dotrą, dograją, zanim się w ogóle zetkną już wyznają podobny etos pracy, podobne wartości. Resztę załatwia czas, prawdopodobnie także neuroprzekaźniki. Zupełnie jak w przypadku miłości.

Zamiast pytać o Wasze autorytety zapytam o to, czy samo słowo "autorytet" jest w ogóle jeszcze popularne?