RSS
czwartek, 27 marca 2014
Kupiłam sako

Sako, czyli taki worek do siedzenia. Ostatnio przez tydzień przebywałam w miejscu, gdzie jada się zdrowo, dużo się rusza i... siedzi na sakwach. Jakoś nigdy wcześniej nie przypadało mi to do gustu (szczególnie ta część dotycząca siedzenia), a teraz się w tym rozsmakowałam. Taka sakwa jest bardzo, bardzo wygodna. Być może te, z którymi wcześniej miałam do czynienia były po prostu za bardzo ubite? Zdrowy tryb życia tak mi przypadł do gustu, że rozważam zakup wioślarza, a nawet (bez powodzenia!) szukam odpowiadającej mi sauny.

Przez całą noc po powrocie do domu biłam się z myślami, czy nie kupić sobie sakwy do siedzenia. Przykry dla mnie był fakt, że zakupu zmuszona byłam dokonać przez Internet, bo w pobliżu nie mam żadnego sklepu, w którym mogłabym sprawdzić, czy z taką sakwą mi do twarzy (a może nie koniecznie twarz jest tu najważniejsza). Naczytałam się opinii internautów i ekspertów, określiłam jasno czego chcę, potem zrobiłam zestawienie interesujących mnie propozycji, a ostatecznie kolejnego dnia rano zdecydowałam się na zakup. Potwornie drogi i ryzykowny zakup.

Towar dostarczono mi w trybie ekspresowym i dziś rozpakowałam sakwę. Wyobraźcie sobie niezadowolenie mojej matki. "A ile to kosztowało?", "Jakoś tak dziwnie sztywno siedzisz.", "A czemu to tak śmierdzi?", "Dlaczego ją tak brzydko ustawiasz?", "Ja widziałam lepsze.", "Ten podnóżek to powinni byli dać wyższy.", to tylko zaczątek giełdy pytań i wypowiedzi, którymi poczęstowała mnie matka. I choć zanim zaczęłam wietrzyć worek z ekoskóry, to posiedziałam na nim mrucząc z zadowolenia, to zadry w duszy pozostały.

Dlaczego ona sprawia mi tak wiele przykrości i jak to się dzieje, że jej w ogóle te paskudne rzeczy do głowy przychodzą? Miał ktoś podobny przypadek? Dodaję, że konfrontacje nie działają. Będę musiała to sobie wszystko przemyśleć siedząc na sakwie i zapisując refleksje w nowym zeszyciku, który specjalnie w tym celu kupiłam.

poniedziałek, 10 marca 2014
Troska o siebie

Jest to umiejętność, której codziennie się uczę. A właściwie to powinnam codziennie, ale robię to nieco rzadziej. Może właśnie dlatego, że o siebie nie dbałam, mam teraz katar? Jak znam siebie, to to paskudztwo rozwinie się w coś kwitnącego mi na migdałkach, stracę głos i zacznę się krztusić ropą. Dziś rano wstać nie mogłam, a jak już się zwlokłam to okazało się, że przez kilka pierwszych godzin nieostro widzę. Nie wiem w czym rzecz. Przecież ja się nie spotykam z ludźmi. Po chwili przychodzi oświecenie, to pewnie te szybkie randki mi zaszkodziły. To znaczy, zaszkodziły jeszcze bardziej niż to pierwotnie opisałam.

Wczoraj otrzymałam list od osoby najbliższej mi na świecie. Od siebie samej. Przesłałam go do siebie rok temu. Przez ten czas zdążyłam już o tym fakcie zapomnieć. Na szczęście system pamiętał i dostarczył do mnie epistołę. Zaskoczyło mnie to, że praktycznie wszystkie kwestie, które poruszałam w liście okazały się dla mnie bardzo żywotnie i teraz. Co do niektórych przewidziałam pewne zmiany, to również się potwierdziło. Przede wszystkim jednak zaskoczył mnie poziom ciepła, które sama dla siebie miałam w tym liście.

Miłe jest dla mnie wiedzieć o sobie samej, że mam takie zasoby. Pomyślałam sobie, że warto by było częściej z nich korzystać. Dawać sobie codziennie więcej ciepła i wsparcia. Jeśli będę łagodniejsza dla siebie, prawdopodobnie stanę się także łagodniejsza dla innych, ci zaczną mnie odbierać lepiej i świat stanie się piękniejszy.

Psychologia zakłada, że mamy mniej więcej stałe przekonania kluczowe na temat różnych istotnych kwestii w życiu, takich jak inni ludzie, sprawiedliwość, szczęście, sukces etc. Tymczasem często zapominamy, i ja sama zapomniałam, że o ile nie mamy zaburzenia osobowości, to te przekonania nie są przecież sztywne, niezmienialne. Możliwa jest ich modyfikacja w zależności od okoliczności, w pewnym zakresie. Znalazłam w sobie tą łagodność i delikatność, która była we mnie przynajmniej przez chwilę w ubiegłym roku. Nie zawaham się jej użyć.

niedziela, 09 marca 2014
Szybka randka z desperacją

Starając się coś zmienić we własnym życiu, a w szczególności zmienić nieszczęsny swój stan samotności postanowiłam się wybrać na randkę. Oczywiście w tym momencie powinniście mnie pochwalić za tą świeżość i odwagę. O ile... nie dowiecie się co to była za randka.

Wychodząc z założenia, że każde doświadczenie uczy postanowiłam wybrać się na tzw. szybką randkę. Dla tych, którzy się z tą ideą nie zetknęli powiem, że idea szybkich randek polega na zebraniu w jednym miejscu identycznej liczby pań i panów w przystającym do siebie przedziale wiekowym i poprosić ich o porozmawianie ze sobą. Odbywa się to na takiej zasadzie, że panowie krążą od stolika do stolika przysiadając się do każdej pani po kolei. Tam para ma 5-7 minut na rozmowę po czym pan odwędrowuje do następnej kobiety. Oczywiście wolno sobie robić notatki, a na zakończenie wybrać osoby, z którymi chciałoby się utrzymywać kontakt. Jeśli wybrana przez nas osoba również miała ochotę na kontakt z nami, organizator przekazuje jej numer telefonu lub mail. Dziwaczne? Owszem, dla mnie takie było, ale widać poziom rozpaczy osiągnął swoje apogeum.

Dokonałam zatem wpłaty i udałam się na miejsce. Okazało się, że oprócz mnie zjawiło się także 16 innych nieszczęśnic i 17 nieszczęśników. Przed przyjściem miałam wiele obaw, do ostatniej chwili chciałam stchórzyć, ale ostatecznie udało mi się tego nie zrobić. Ba! Nawet perfum użyłam;) Obawiałam się między innymi kogo tam spotkam i czy nie będzie tak, że wszyscy okażą się stałymi bywalcami, którzy znają się z poprzednich spotkań. Ta obawa na szczęście nie potwierdziła się, choć od części panów dowiedziałam się, że na takim spotkaniu są już po raz drugi, a rekordzista nawet po raz dziesiąty. Części udało się nawet potem z kimś spotkać, ale nie wszystkim.

Na takim spotkaniu przewija się całe spektrum mężczyzn. O paniach się nie wypowiem, bo w zasadzie z większością z nich nie rozmawiałam. Dwie przyjaciółki przybyły razem. Wśród panów było trzech kolegów, którzy razem zapisali się na spotkanie. Panowie mieli różne profesje i poziomy wykształcenia. Zdarzyło mi się gadać o ich pracy, bawić w doradcę zawodowego osoby bezrobotnej, konsultanta małżeńskiego (jednego pana wszystkie żony zdradzały). Trafił się jeden ochroniarz, który opowiadał mi o jakiejś imprezie organizowanej w jego parafii;), a jeden przyszedł pijany. A szkoda, buzię miał całkiem sympatyczną. Osoby z wyższym wykształceniem naturalnie również się trafiały, a to ma dla mnie duże znaczenie.

Niemniej jednak sama formuła spotkania pozostała dla mnie nienaturalna do końca spotkania. Owszem, atmosfera była bardzo miła, moi interlokutorzy oczywiście się starali, ale nie da się pociągnąć żadnego rozsądnego wątku przez 6 minut (tyle właśnie miałam na każdego). Zbyt łatwe było także dla mnie kontrolowanie rozmowy, co szybko przeradzało się w zbieranie wywiadu od panów. Oczywiście bardzo łatwe było dla mnie też dostrzeżenie ewentualnych słabości, zaburzeń kandydata.

Na zakończenie pozwolono nam wybrać po pięć osób, z którymi chcielibyśmy dalej utrzymywać kontakt. Wybrałam trzy w skrytości ducha licząc, że żadna z nich nie odpowie i ten koszmar się skończy. W przeciągu dwóch dni otrzymałam informację zwrotną. Żaden z wybranych przeze mnie panów nie miał ochoty na kontakt ze mną, za to chęć taką wyraziło dwóch, których ja akurat nie wybrałam. Z miejsca uznałam, że te dwa to i tak bardzo dobry wynik.

Myślicie, że chcę obśmiać pomysł szybkich randek? Nie do końca, nawet w rozmowach z panami jak mantra powtarzało się pytanie "W takim razie jak poznawać ludzi? Przecież to lepsze niż przez Internet." Zgadzam się z tym. Nie jest także moim celem obśmiewanie osób, które się tam zjawiły. Natomiast samo uczestniczenie w takim spotkaniu okazało się upokarzającym doświadczeniem przede wszystkim dla mnie samej. Pokazało mi moją rozpacz i głębię samotności, ale jednocześnie także determinację do działania by cokolwiek zmienić w tym kierunku. Uznaję, że jedyna słuszna droga w życiu to droga przez szczerość, dlatego zdecydowałam się katarktycznie podzielić swoją historią z randki. Kolejne randki zapewne nieprędko nadejdą.

21:50, wildfemale
Link Komentarze (9) »
wtorek, 04 marca 2014
Butem w gender

Z racji prowadzenia własnej działalności gospodarczej przynajmniej raz na miesiąc odwiedzam księgową. Zanoszę jej faktury w nadziei, że uda mi się coś z tego odliczyć jako koszty przyczyniające się do uzyskania przychodu. Zazwyczaj daremny mój trud i okazuje się, że nic a nic mi się nie należy.

Tym razem jednak pani księgowa przeszła samą siebie. Aż mnie zaskoczyło to, jak bardzo na bakier była ona ze współczesną debatą na temat gender. Z racji specyfiki zawodu powinnam posiadać specjalistyczne obuwie. Pani faktury uznać nie chciała.

- Aaale tu figuruje obuwie męskie!

Na nic się zdały tłumaczenia, że ja obuwa damskiego nie noszę. Pani chyba wadę wzroku miała. Ja na sobie praktycznie nic damskiego (poza dobrą bielizną) nie miałam.

Poczułam się jawnie dyskryminowana na tle genderowym. Komu mogę to zgłosić?

23:42, wildfemale
Link Komentarze (5) »