RSS
środa, 18 marca 2015
TEDx Warsaw 2015 - recenzja

Dziś odbyło się szóste już warszawskie spotkanie TEDx, tym razem pod hasłem The Little Things. Tym razem zmieniło się miejsce (wydarzenie odbywało się w Teatrze Polskim) i... zmianie uległo jeszcze kilka rzeczy. Niestety na gorsze. Przede wszystkim koszmarna organizacja. Od początku do końca wszystko robione na ostatnią chwilę i byle jak. Przerost formy nad treścią, zadbano o dodatkowe atrakcje, a nie zaspokojono podstawowych potrzeb uczestników. Ale po kolei. Już samo przekładanie terminu spotkania powinno było dać mi do myślenia. Miejsce uległo zmianie na mniej korzystną lokalizację. Po przyjeździe na miejsce (przyjechałam spóźniona o kilkanaście minut) okazało się, że nie wiadomo gdzie jest miejsce rejestracji. Podczas jednego dnia zmieniało ono położenie 3 razy. Kiedy już się zarejestrowałam, okazało się, że przysługują mi materiały konferencyjne w płóciennej torbie. Szkoda, że dowiedziałam się tego obserwując pozostałych uczestników. Prawdopodobnie jestem jedyną osobą, która dziś materiałów nie otrzymała. Cóż, pewnie ktoś się cieszy z przysługującej mi torby. Następnie okazało się, że podobno nie ma miejsca, w którym mogłabym zostawić walizkę (przyjechałam na kilka dni), bo szatnia jest przepełniona. Tak mnie przynajmniej poinformowała wolontariuszka. Informacja ta okazała się totalną bzdurą, pani owa jednak sugerowała mi, bym z walizką wchodziła na balkon. Prawdopodobnie byłby to pierwszy bagaż na widowni Teatru Polskiego - zdecydowanie nie little thing.

Ponieważ teatr nie miał zaplecza gastronomicznego, uczestnikom zaproponowano wykupienie obiadów przygotowanych przez dwie firmy. Nie zdecydowałam się skorzystać z tej opcji, odstraszyły mnie kolejki do dwóch kiosków, w których można było nabyć kupon na posiłek. Kioski oczywiście tylko na kartę kredytową, zapomnijcie o innych formach płatności. Nie tylko ja odmówiłam okazji integrowania się z innymi w czasie przerwy obiadowej. W pobliskiej knajpie dołączyli do mnie całkiem licznie inni uczestnicy konferencji. Oczywiście każdy w swoim hermetycznym gronie. Moim zdaniem nie sprawdziła się także aplikacja konferencyjna. Mam poczucie, że przed konferencją zarejestrowała się w niej zbyt mała frakcja uczestników. Nie widziałam by była ona popularna na sali wypełnionej uczestnikami. Inna sprawa, że z zapewnianym przez organizatora Wi-Fi nie można się było połączyć.

Duże wątpliwości budzą także kryteria dotyczące doboru uczestników. Tymczasem TEDx Warsaw chwalił się zawsze ostrą selekcją ze względu na duże zainteresowanie imprezą. W tym roku chyba zainteresowanie nie dopisało, albo warszawiacy się zmienili. Niestety także na gorsze. Mimo wyraźnego polecenia by nie rezerwować sobie miejsc w trakcie przerwy (jest to zresztą zasada dość zrozumiała, ale dla tych którzy nie przyswoili znalazła się ona wyartykułowana wprost w mailu, który otrzymaliśmy przed konferencją) osobiście byłam świadkiem, jak młody, wykształcony, z dużego miasta, awanturował się, że on przyjaciołom tutaj pięć miejsc zajął, bo oni w szóstkę siedzieli razem i że inni mają wyjść tu i teraz, natychmiast, a jego nie obchodzi, że żadne rzeczy na miejscach nie leżały. Inni próbowali mu wyjaśnić, że coś takiego jak zajmowanie miejsc nie obowiązuje, ale chłopczyk nie dał sobie wyjaśnić, przesadził ludzi. Zresztą dzięki temu przysiadła się do mnie bardzo sympatyczna architekt. Najlepszy był finał historii, bowiem ta piątka ludzi z rzędu przede mną w końcu przesiadła się gdzieś dalej. Może nie znieśli napięcia, a może zabrakło im miejsca dla buńczucznego kolegi. Jednak to nie koniec wyczynów młodych warszawiaków. Na koniec konferencji rozdawano drzewka, za darmo. Bardzo miły gest. Ponieważ za darmo, ustawiły się po roślinki kolejki. Jakież było moje zaskoczenie, gdy po wyjściu na ulicę usłyszałam za swoimi plecami rozmowę o tym, że tą torbę i drzewko to ona da koleżance w prezencie, bo nie będzie przecież pieniędzy wydawać na prezenty (chociaż zarabia, co jej usłużna koleżanka wypunktowała). Hasło "nie pytaj co możesz wziąć od TED, zapytaj raczej co możesz zaoferować", zyskuje w tym kontekście wagi.

Za konferansjerkę odpowiadali Ralph Talmont (jak zwykle?) i Agata Dziekan (od niedawna). Zaskoczył nieco wybór obuwia do sukienki, ale dziewczyna dawała radę i przyjemnie się na nią patrzyło. Poniżej zdjęcie obojga, za jakość zdjęcia przepraszam.

Niestety, dość zaskakujący okazał się dla mnie dobór gości. Prezentowali oni bardzo nierówny poziom, co tylko wzmaga moją babską ciekawość dotyczącą klucza ich doboru. Być może był to dobrze wszystkim studentom znany sposób "na łapu capu", albo "po łebkach", zwłaszcza, że listę prelegentów poznaliśmy na dzień przed konferencją ich notki biograficzne poznaliśmy nigdy, a tytuły wystąpień pojawiły się na konferencyjnym identyfikatorze (wyłącznie! rarytas nie do znalezienia w sieci).

Z powodu spóźnienia pierwsze wystąpienie przegapiłam. Innym uczestnikom Robert Krool się podobał. Po krótkich poszukiwaniach w sieci dowiadujemy się, że pan jest zawodowym mówcą, mógł zatem zrobić dobre wrażenie. Po nim mówił Daniel Lewczuk, o tym jak biegł przez pustynie, w bardzo ciężkich warunkach. Opowiadał o realiach tego biegu, a potem niespodziewanie przeszedł do relacjonowania samobójczej śmierci kolegi, która nastąpiła w krótkim czasie po pokonaniu morderczego dystansu. Małą rzeczą okazało się rozbijanie pozornie nieosiągalnego celu na mniejsze, wykonalne, etapy. Całkiem dobra rada. Potem nastąpił wykład Kingi Panasiewicz, który okazał się dla mnie największym zawodem całej konferencji. Prawdopodobnie dlatego, że wiązałam z nim tak wielkie nadzieje. Moim zdaniem ktoś zrobił bardzo młodej (ale z dużymi osiągnięciami) prelegentce bardzo dużą krzywdę w ogóle zapraszając ją do udziału. Miałam wrażenie, że prelegentka niekomfortowo czuje się na scenie, a wypowiadany przez nią tekst jest czymś, co jakiś nieżyczliwy człowiek kazał jej wyryć na pamięć i wyrecytować. Recytowanie szło jej dobrze, ale do dogmatycznej i przesadnie dramatycznej treści mam wiele zastrzeżeń, w tym merytorycznych. Wykład dotyczył chorób psychicznych i zawierał zbyt wiele uproszczeń. Ze słów wypowiadanych przez autorkę wynikało jakby miała ona nie wiadomo jak wielkie doświadczenie kliniczne (miała przyjaciółkę chorującą na schizofrenię, którą tylko ona rozumiała; rozmawiała z całą salą pacjentów; poprzysięgła że życie poświęci by tym pacjentom pomóc; wszystkiego ją w szkole nauczyli ale nie tego jak z nimi rozmawiać etc.). Szkoda, że nie wspomniała o tym, co naprawdę robiła. Swoje wyróżnienie uzyskała bowiem za pracę obejmującą wykonywanie badania EEG u różnych osób. I o ile jest wprost niemożliwością by zapis EEG interpretowała sama (w Polsce jest bardzo niewielu specjalistów, którzy to potrafią, badanie to ma wielką czułość i bardzo niską specyficzność), to już samodzielnie opracowywała zestawy ćwiczeń dla swoich badanych. Mówienie o tym, a nie o każdej chorobie psychicznej, samobójstwach, rokowaniu, nieskuteczności leczenia itd., itp. mogłoby się okazać bardziej interesujące, a przede wszystkim bardziej autentyczne. Dużym pozytywnym zaskoczeniem były dla mnie dwa wystąpienia które kończyły sesję pierwszą. Może dlatego, że dotyczyły kwestii słabo mi znanych, co czyniło usłyszenie nowych informacji i inspiracji bardziej prawdopodobnym. Jakub Stefek mówił o kreatywności zawartej w budowie piszczałek organowych. Był to prelegent z taką dawką naturalnego uroku osobistego i poczucia humoru, że gdyby nie towarzyszyła mu już adoratorka, natychmiast zabrałabym go ze sobą do domu. Za sprawą Emmy Bonnici pozostaliśmy w temacie muzyki. Pani mówiła o śpiewie, o tym jak pracuje z ciałem, co się dzieje podczas jej lekcji i jak śpiewanie pomogło jej w życiu. Ponownie duża dawka autentyzmu i zaraźliwego entuzjazmu. Mimo że to teren dla mnie nieznany, bardzo chętnie wzięłabym u niej lekcję śpiewu, zresztą do prelegentki w kuluarach ustawiła się kolejka, nie tylko mnie spodobało się jej wystąpienie.

Sesję drugą otworzył Michał Krupiński mówiąc o fizyce i naukowcu-fizyku drzemiącym w każdym z nas. Pan też zaprezentował poczucie humoru, w ciekawy sposób opowiadał o mieszaniu kawy rozpuszczalnej i łamaniu makaronu (serio!). Wspomniał też o efekcie Mpemby, o którym wiedziałam że będzie jak tylko usłyszałam temat. Myślę sobie, że historia chłopca z Afryki jest na tyle znana, że przytaczanie jej staje się zbędne. Następnie Monika Leończyk mówiła o ratowaniu trzmieli. 400 uczestników załapało się na budki dla trzmiela ziemnego. Mam poczucie, że większości widowni ten wykład (a tym bardziej, niestety, budki) nie wzruszył, ale moim zdaniem przynajmniej połączenie z tematem przewodnim konferencji jest oczywiste, a prelegentka wykazała się wiedzą. Potem Alicja Peszkowska w sposób przystępny mówiła o publicznie dostępnych, wielkich bazach danych. Połączenie z tematem przewodnim mi umknęło. Nie wiem też czemu pani mówiła po angielsku. Sesję zamykał Andrzej Lubowski. Nie mam pojęcia o czym, poza Kim Kardashian, mówił, bo zasnęłam. Naprawdę.

Trzecią sesję otworzyli panowie z Hofesinki, którzy bardzo mi się spodobali. Uwielbienie to wynika z mojego upodobania do kabaretów w ogóle. Chętnie więc weszłam w proponowane przez nich improwizacje. Zresztą, panowie pozytywnie wyróżnili się już podczas próby mikrofonu w trakcie przerwy. Nawiasem mówiąc, kiedy panowie zaproponowali widowni integrację za pośrednictwem gestów (spośród trzech gestów mieliśmy wybrać ten większościowy i ewentualnie go przejąć tak, by ostatecznie wszyscy pokazywali to samo) podziały, sztywność i upór uczestników znów dały o sobie znać. Jako grupa oblaliśmy ten test. Była dość pokaźna grupa osób, które za nic gestu zmienić nie chciały, choć były w mniejszości. Ohyda. Zdecydowanie najwięcej emocji wzbudziło wystąpienie Shirim Naemi, która mówiła o dyskryminacji kobiet w Iranie. Pani dostała owację na stojąco, choć wcześniej dużo narzekała na Polskę, "uczyła" nas tolerancji, choć mnie najbardziej interesowało dlaczego to właśnie do Polski ją przymusowo deportowano. Poczułam się jakbyśmy byli jakimś śmietnikiem Europy. Rozumiem też, że organizatorom zależało na wzbudzeniu emocji i dlatego tę panią zaprosili. Za nic jednak nie jestem w stanie zrozumieć jak opresje, przemoc fizyczna, jawna niesprawiedliwość, dyskryminacja i ucisk o których mówiła prelegentka mieszczą się w tematyce małych rzeczy. Dość ciekawy okazał się wykład kucharza z restauracji na zamku w Malborku - Bogdana Gałązki, który mówił po prostu o swojej pracy. Po nim w gastronomicznych tematach pozostał znany części widowni bloger Tomasz Kopyra, który mówił o piwie. Beznadziejny, nudny i niepotrzebny wykład. Zasypiałam kilkakrotnie.

Konferencję zamknął wcześniej mi nieznany zespół Woodsmoke. Kwintet na dwie gitary, keyboard, skrzypce i perkusję grał bardzo przyjemną, trudną do zaklasyfikowania muzykę. Czego nie widać na zdjęciu to faktu, że występowali boso. Niedługo mają wydać płytę i ja jestem skłonna tę płytę nabyć.

Proponowano nam jeszcze oczywiście jakieś zamknięte afterparty, na które początkowo się wybierałam, ale widząc całokształt organizacji zdecydowałam, że raczej nie zaszczycę imprezy swoją obecnością.

Tagi: ted TEDx
22:20, wildfemale
Link Komentarze (2) »