RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
O mnie intymnie

Zabawa ta chyba już przetoczyła się przez blogowe środowisko. Pewnie zresztą nie jestem jakoś szczególnie lubiana, czy ciekawa bo nikt mnie do niej właściwie nie zapraszał. To teraz_asia opisała u siebie tą grę i miłosiernie nie wyznaczyła nikogo dalej. Choć lektura tamtego wpisu była dla mnie bardzo ciekawa, to już samą akcję postawiłam... olać. Dlaczego mi się to nie udało? Bo temat nie dawał mi spokoju. Skończyło się przygotowywaniem karteczek z notatkami mającymi służyć rzetelnemu przygotowaniu wpisu. Niestety fakty były często za bardzo osobiste, albo znów zbyt nudne i banalne. Przechodziłam ze skrajności w skrajność, ale sam temat krążył w moich myślach. Poniżej zamieszczam finalne efekty moich zmagań.

1. Regularnie oglądam serial 90210. Właściwie to nie tylko regularnie, ale i oczekuję kolejnych odcinków z niecierpliwością. Byłam wychowywana w przekonaniu, że komiksów nie wypada czytać, w Bravo są same głupoty, a seriale to strata czasu. Dziś moja matka śledzi kilka seriali, a ja oglądam serial o grupie zamożnych ludzi w Ameryce i mam dziwne poczucie, że ich problemy przystają do moich. Co prawda nigdy nie gustowałam w urządzaniu imprez, ale porusza mnie żałoba Ivy, miłosne rozterki Silver czy niedawne moralne dylematy Annie. Z jakichś przyczyn zachwyca mnie rozwój osobowości Naomi Clark, której z początku nie dawałam żadnych szans ani nie darzyłam cieniem sympatii. Najwyraźniej serial ten zaspokaja jakieś moje dawno nie ugaszone pragnienia i skryte potrzeby. Teraz możecie zacząć się śmiać.

2. Znam alfabet Braille'a. To znaczy pewnie już sporo zapomniałam, ale pewnego razu w dzieciństwie znalazłam u babci grubą (wypukła czcionka rozpycha kartki) książkę, która potem okazała się podręcznikiem dla osób niewidomych. Natychmiast poczułam palącą potrzebę, by się tego wszystkiego nauczyć na pamięć. Miałam sporo zapału, nauczyłam się wówczas pisać i czytać. Choć nie używam teraz tej wiedzy i dlatego pewnie sporo zapomniałam, to wciąż jeszcze jestem w stanie rozszyfrować napisy na pudełkach leków, czy na przyciskach w środkach komunikacji miejskiej.

3. Nie rozpoznaję twarzy. Czyli mam prozopagnozję jak teraz_asia. Zupełnie poważnie podejrzewam siebie o jakiś defekt neurologiczny, który za to odpowiada. Niedawno spotkałam swojego dawnego wykładowcę, z którym miałam jakieś 30 godzin zajęć i zupełnie nie potrafiłam sobie przypomnieć skąd też tego gościa kojarzę. W tym przypadku pamiętałam twarz, ale nie wiedziałam skąd. Inna sprawa, że to bardzo nudne zajęcia były. Cztery dni temu spotkałam mężczyznę, który wydawał mi się znajomy. Prawdopodobnie chodziliśmy razem do liceum, ale on też nie jest pewny. Twarze kobiet pamiętam równie beznadziejnie, tylko akurat ostatnio nie miałam żadnej takiej sytuacji z panią.

4. Lubię czytać książki o seksie. Nie jakieś tam pornograficzne albumy, ale poważne podręczniki. Od kilku lat takowe kolekcjonuję i staram się systematycznie czytać tak zgromadzoną biblioteczkę. Prawdopodobnie na książkę o takiej tematyce byłabym w stanie wydać pieniądze przeznaczone na jedzenie czy inne bardziej przyziemne potrzeby. Ze swoja pasją się nie kryję, toteż ulubiona pani z biblioteki wcale się już nie dziwi mojemu doborowi lektur, a czasem nawet sama coś zasugeruje:) Zdarzało mi się być mało krytyczną i czytać takie książki w autobusie/tramwaju. Naiwnie sądziłam, że jeśli nie afiszuję się okładką, to ludzie nie będą mi czytali przez ramię (obrazków nie było). Bzdura! Mężczyźni traktowali takie moje postępowanie jako wstęp do flirtu. Od niedawna przekształciłam swój telefon w czytnik i zaryzykowałam czytanie angielskojęzycznego podręcznika na czterocalowym ekranie. Do tej pory nikt mnie nie zaczepiał, a moja wiedza z tego zakresu powiększa się wykładniczo. Dobrze mi z tym, choć zainteresowanie seksuologią na pewno wypacza moje normy, dlatego dopuszczam możliwość czytania o seksie z czytnika w miejscu publicznym, albo dość otwarte rozmawianie na ten temat w gronie znajomych.

5. Oglądałam porno. Pozostaję w tematach seksuologicznych. Wiem, że teraz modne jest, by kobiety lubowały się w porno. Najprawdopodobniej tak bardzo chcą dorównać mężczyznom i w tej sferze, że wręcz chwalą się oglądaniem filmów dla dorosłych. Ja oglądałam nie dlatego że lubię (serio nie lubię - takie kobiety jak ja też istnieją), ale dlatego że czułam się zobowiązana pewne kanony w tej dziedzinie poznać. Dlatego też w którejś wolnej chwili (przerwa świąteczna?) obejrzałam chyba ze cztery filmy z serii "Emmanuelle" wraz z materiałami dodatkowymi mówiącymi o tle historycznym i wywiadem z Sylvią Kristel, która tłumaczyła (usprawiedliwiała się?), że główna postać nie mogła być zbyt urodziwa. Po obejrzeniu doszłam do wniosku, że większego gniota w życiu nie widziałam. Pożytek miałam z tego taki, że wreszcie się dowiedziałam o czym to starsze pokolenia tak szeptały. Dowiedziałam się też co mnie nie kręci, co również stanowi cenne doświadczenie. I, tak, wiem, że współczesne porno wygląda teraz zupełnie inaczej.

6. Jestem znacznie atrakcyjniejsza w Internecie niż w realnym życiu. Nie wiem, czy tak samo uważają osoby, z którymi się stykam w takich okolicznościach, ale zdecydowanie swobodniej czuję się w sieci niż podczas realnych rozmów. Prawdopodobnie dlatego, że tutaj mam większe poczucie kontroli nad sytuacją. Zanim coś napiszę mam więcej czasu na zastanowienie niż przed wypowiedzeniem czegoś na głos. W gruncie rzeczy potrzebuję jednak i cenię realne, stabilne relacje. Może właśnie dlatego, że takie trudniej jest zbudować? Za każdym razem szczerze zaskakuje mnie, kiedy ludzie mają ochotę na spotkanie ze mną lub rozpoznają mnie i są zainteresowani tym, co się teraz dzieje w moim życiu. Obecnie pracuję nad swoimi realnymi relacjami i daje mi to sporo satysfakcji, ale i wymaga świadomego wysiłku.

7. Bałam się wystąpień publicznych. Tak bardzo, że wyobrażałam sobie, że w sytuacji takiej ekspozycji społecznej musi się stać coś strasznego, że zemdleję, albo zrobię coś głupiego. W szkole miałam też problemy, by zgłosić się do odpowiedzi czy brać udział w dyskusji, ponieważ wtedy miałam świadomość, że wszystkie oczy są skupione właśnie na mnie. A tak naprawdę to obawiałam się jakiejś gafy. Pomogło mi doświadczenie, że gafy i tak się zdarzają (nieważne jak bardzo by się ich unikało), a występowanie publicznie może się wiązać z przyjemnymi nagrodami, jak nagroda na konferencji lub zainteresowanie słuchaczy i inspirujące dyskusje w kuluarach. Obecnie jakoś się nie rwę do takich wystąpień, ale też się ich nie boję. A nawet jak się boję, to ludzie mówią, że tego nie widać :)

Najgorszych rzeczy i tak o sobie tutaj nie napisałam, ale na pewno sobie pomyślałam i to też było dla mnie cenne doświadczenie. Tylko prawda może nas wyzwolić.

00:46, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 21 kwietnia 2012
"Fletcher Moon - prywatny detektyw" - recenzja książki

Jakiś czas temu przeczytałam angielskojęzyczne wydanie "Half Moon Investigations". Zachęcił mnie do tego fakt, że książka była dostępna w wersji na czytnik oraz to, że autora darzę dużą sympatią. Eoin Colfer jest Irlandczykiem, który stworzył cykl powieści dla młodzieży o Artemisie Fowlu, który miałam przyjemność przeczytać wcześniej. Sam Colfer był niegdyś nauczycielem (niektóre źródła podają, że dla trudnej młodzieży), a potem z dobrym skutkiem przerzucił się na pisanie dla młodego czytelnika.

Autor ma upodobanie do pisania o nastoletnich geniuszach. Artemis ma bodaj 12 lat kiedy go poznajemy i już prowadzi interesy z wróżkami, a Fletcher w tym wieku ukończył internetowy kurs kończący się otrzymaniem licencji detektywa. Wykorzystał do tego dokumenty swojego ojca, dowiadujemy się, że zajęło mu to dwa lata (Zaczął jak miał 10?! To nie za wcześnie dla dziecka na korzystanie z Internetu?), ale to jeszcze nie jest tak absurdalne. Wyobrażacie sobie przygotowanie do takiego zawodu jak detektyw opierające się na kursie online? Ja nie bardzo.

Fletcher jest też nad wiek dojrzały i nie lubiany przez rówieśników. Schemat tak powtarzalny, że aż boli, ale może mieć swój urok. Sęk w tym, że i ja nie lubię Fletchera. Ma jakieś takie refleksje starca zamkniętego w ciele dziecka. Zrzędzi, czepia się, jest uszczypliwy. Za grosz nie ma w sobie uroku osobistego ten dzieciak. Zraża do siebie zanim jeszcze zachwycimy się jego bogatym słownictwem, czy umiejętnością wnioskowania analitycznego. Otoczenie chłopca też jest dziwne. Postać dyrektor szkoły, która koduje zachowania uczniów w systemie obrazkowym, sama przyznaje, że czasem karze ich zanim coś zbroją, a po szkole przechadza się z dwoma dobermanami przypomina raczej niezrównoważonego dozorcę zakładu karnego niż osobę kierującą placówką oświatową. Takie zgrzyty sprawiają, że historia dochodzenia przedstawiona w książce wydaje się nieprawdopodobna.

Również sam autor nie wykazał się innowacyjnością w zakresie swojej twórczości. Za każdym razem spotykamy u niego małego uzdolnionego chłopca, który kocha swoich rodziców nie do końca świadomych jego potencjału. W tych książkach nie brakuje także czarnych charakterów, które okazują się mieć białą duszę (tutaj w tej roli Red, którego prawdziwego imienia nikt nie pamięta) i tak naprawdę to tymi czarnymi owcami zostali przez ostracyzm społeczny.

Wygląda to na jeszcze jedną książkę dla dzieci z pozytywnym morałem, ja jednak wolę „Lotnika” („Airman”) czy serię o Artemisie Fowlu.

Tagi: książki
18:03, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 kwietnia 2012
Szoł musi trwać

Przed chwilą przebywając poza domem postanowiłam włączyć stojący w pokoju telewizor. Skoro i tak stał, to czemu by nie zrobić z niego użytku? Sama telewizji nie oglądam, ale podczas niedawnego pobytu w Warszawie miałam okazję obserwować liczne bilbordy promujące nowe ramówki. Nie zdziwiłam się zatem specjalnie, że każda stacja ma ochotę w jakiś sposób promować nowe gwiazdy tańca lub śpiewu.

Niemniej jednak po włączeniu telewizora przeżyłam nie lada szok, gdy z ekranu wylała się na mnie, niczym dawno nie opróżniane szambo, cała masa talentów. W większości mający po dwadzieścia parę lat lub mniej i będący z zawodu nikim (tak, większość już pracowała), w mojej ocenie byli mniej lub bardziej uzdolnieni, ale co ja tak wiem w porównaniu z Bohosiewicz (kto to w ogóle jest?!), Zamachowskim, Mozilem czy dyżurnym jurorem kraju czyli Wojewódzkim. Uzdolniona wokalnie młodzież może potem ćwiczyć z innym amatorem, który wypłynął w podobnym programie i liczyć na to, że podobnie wypłynie. Nie mówię, 22-latek śpiewający basem zrobił na mnie wrażenie, ale już trzydziestoparoletni facet o oryginalnym wyglądzie skamlający o to by przejść dalej, ponieważ przed innymi zostało więcej życia niż przed nim (to ci statystyk, co?) mnie zniesmaczył.

Poszłam dziś do parku, który chciałam odwiedzić od dłuższego czasu, ale zmierzch zawsze zapadał zbyt szybko. Tym razem z przyjemnością podziwiałam mostki, oczka wodne, zadbane alejki i ptaki, których nazw gatunków nie znałam (muszę w końcu przeczytać ten atlas ptaków, który kupiłam!). Obserwowałam jak jeden ptaszek bronił swojego terytorium przed przedstawicielem tego samego gatunku. Puszył się, unosił ogon, przypuszczał bezpośrednie ataki z takim zapałem, jakby od tego miało zależeć jego życie, a ja stałam na ścieżce i zastanawiałam się po co to wszystko, skoro wokół wystawione są karmniki pełne okruchów. O ile nie znam się na ptaszkach i może mimo obfitości okruchów to właśnie od wielkości terytorium rzeczonego ptaszka zależy jego sukces reprodukcyjny (czyli gra warta świeczki!), to już puszenie się śpiewających, tańczących i przebierających się młodych uczestników z pewnością dla mnie sensu nie ma. Jeśli nie przejdą dalej, to co najmniej będzie im szkoda, ale w większości przypadków będzie to równoznaczne z końcem świata. Farbowane łby, asymetryczne fryzury, kolczyki w twarzy i połyskujące obcisłe ubrania (stroszenie piórek!) są chyba w ich oczach jedyną przepustką do świata szołbiznesu, który, jak wiemy, niesie samo dobro i postęp. Tacy młodzi, a już wiedzą jak się szczerzyć do kamery. Młodzi, ale w większości przekonani o własnej wartości i umiejący to gorzej lub lepiej sprzedać kamerze. Fantazjuję o tym, że jeśli trzeba będzie to i prześpią się z reżyserem i sprzedadzą ciemne sekrety swojego dzieciństwa w zamian za wzmiankę w kolorowym piśmie. Jeśli w programie im się nie powiedzie, to będą musieli wrócić za lady sklepów czy na studia, które średnio ich angażują.

Czyżby w Polsce nastała taka bieda, że trzeba z siebie robić małpę na ekranie i przesyłać komunikat „kupcie mnie” żeby związać koniec z końcem?

Tagi: ludzie muzyka
23:16, wildfemale
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 kwietnia 2012
ClickPLAY Rainbow 2

Pojawił się sequel dobrze nam znanej gry polegającej na znalezieniu przycisku play na kolejnych planszach. Należy to uczynić klikając myszką na różne elementy kolejnych plansz. Oszczędnie jednak z klikaniem, ponieważ to od jego ilości będzie zależało nasze miejsce w rankingu. Jest ono oznaczane kolorami tęczy. Po pierwszym zagraniu okazałam się... fioletowa, ale już za drugim podejściem byłam żółta. Jest na sali ktoś czerwony? ;)

Choć formuła jest podobna i generalnie przeze mnie lubiana, to chyba się starzeję, bo nie wszystkie plansze mi się podobały. Część z nich była zrobiona bez polotu, a część po prostu obrzydliwa co uważam za duży minus gry. Choć menu jest po angielsku, to zasady są tak jasne, a obsługa intuicyjna, że z grą powinno sobie poradzić nawet dziecko. I być może dziecko będzie takimi planszami zachwycone.

Dla sfrustrowanych twórcy gry przewidzieli bardzo estetyczne i przejrzyste podpowiedzi. Do każdego z poziomów osobno tak, żebyśmy przypadkiem czegoś nie podejrzeli i nie zepsuli sobie zabawy. Ja obyłam się bez podpowiedzi, ale głównie dlatego, że gdy grałam po raz pierwszy, to miałam przerwy w sygnale internetu i byłam zdana własny intelekt. Jak się przekonałam - da się to przejść.

ClickPLAY!

Tagi: gra
03:27, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 kwietnia 2012
Psychoterapia podczas jazdy taksówką

Przedsiębiorczość rodaków nie zna granic. W Krakowie właśnie odbyły się szkolenia uprawniające taksówkarzy do... prowadzenia psychoterapii. Skąd taki pomysł i czy w Polsce taksówkarz naprawdę ma prawo prowadzić terapię? Postaram się Wam na te pytania odpowiedzieć.

Od 6 kwietnia wchodzi w życie ustawa o transporcie drogowym głosząca, że prawo do wykonywania przewozów po mieście będą mieli tylko taksówkarze, czyli osoby z licencją na wykonywanie tego zawodu. Sprytni kierowcy, którzy takich licencji nie posiadają postanowili przepis obejść i dokonać swoistego przebranżowienia. Doniesienia prasowe głoszą, że ta sama firma próbowała zaistnieć już wcześniej jako ochroniarze przewożący po mieście ludzi, którzy nie czują się bezpiecznie. Żadne taksówki, a mobilni ochroniarze!

Tym razem panowie taksówkarze wykazali się znacznie większą wszechstronnością. Założono Europejskie Towarzystwo Psychoterapeutyczne i około 50 osób przeszło szkolenie uzyskując certyfikat „psychoterapeuty holistycznego pierwszego stopnia”. Metoda przez nich stosowana to lokoterapia, choć źródłosłów tego terminu pozostaje dla mnie okryty mgłą tajemnicy. ETP mimo szumnej nazwy nie ma swojej strony internetowej, choć odgraża się, że taka powstanie. Ma za to profil na Fejsbuku, z którego wynika, że istnieją od 17 marca 2012 i mają ładne logo nawiązujące do litery psi będącej symbolem psychologii. ETP ma także grono 10 wielbicieli, czyli tyle co mój blog, i ambicje szkolenia „zastępów psychoterapeutów krakowskich”. Osoby choć trochę znające się na rzeczy wiedzą, że w Krakowie akurat psychoterapeutów nie brakuje, mieści się tam bowiem wielka szkoła z tradycjami, która od lat szkoli w nurcie psychodynamicznym i ściągają tam ludzie z całej Polski. Na farsę zakrawa, że właśnie w Krakowie mają działać psychoterapeutyczne taksówki.

Pospieszny kurs był prowadzony przez dwie osoby. Prowadzący bardzo unikają wszelkich skojarzeń z taksówkami. Od teraz to jest psychoterapia o poważnej nazwie i z zasadami. Wiceprezes firmy szkoleniowej mówi o mobilnym gabinecie: „Klient może w nim porozmawiać z holistycznym psychoterapeutą, pomilczeć lub skorzystać z innych narzędzi: aromaterapii, terapii przez drganie czy przeciążenie oraz wielu współczesnych metod stosowanych w psychoterapii. Terapia może być indywidualna lub grupowa. Jedynym ograniczeniem jest liczba miejsc (...)”. Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości co do kwalifikacji panów taksówkarzy, to spiesznie dodaje on, że posiedli oni umiejętność posługiwania się takimi technikami jak „aktywne słuchanie, okazywanie akceptacji dla klienta takiego, jaki jest, a także dowiedzieli się, jakie działania są etyczne, a jakie nie. Poznali też zagadnienia prawne i przebyli szkolenie bhp.” Jeszcze nie jesteście przekonani? „Mają oni duże predyspozycje do wykonywania nowego zawodu. Są bardziej stabilni psychicznie niż przeciętny człowiek, nie są skażeni potrzebą manipulowania innymi, żyją w prosty sposób, więc potrafią reagować na problemy, które trzeba rozwiązać. Znają też topografię miasta, więc mogą dużo szybciej dotrzeć do klienta.” – to kolejny cytat szkoleniowca. Po co być skażonym wiedzą psychologiczną, medyczną, a przede wszystkim psychoterapeutyczną? Przecież to wszystko manipulacje wredne są. O ileż lepiej skorzystać z aromaterapii, czy jazdy po kocich łbach. O cenniku usług informacji nie znalazłam, a szkoda wielka. Wydaje mi się bowiem, że tak wyrafinowane oddziaływania pewnie słono kosztują.

Czy wyżej wymienione stowarzyszenie w ogóle miało prawo prowadzić takie szkolenia i rozdawać certyfikaty? Otóż takie działania zgodne są z Polskim prawem. O ile wozić taksówką bez licencji już niedługo nie będzie można, to już prowadzić psychoterapię bez certyfikatu, czy nawet szkolenia w tym kierunku można było od zawsze. Wyjaśnijmy sobie zatem podstawową terminologię i realia dotyczące psychoterapii w Polsce. Psychoterapia jest metodą leczenia. Polega na tym, że w gabinecie, z pewną regularnością, spotykają się profesjonalista i jego pacjent. Psychoterapia ma swoje ramy czasowe, cel i stosowane są w niej określone metody pracy zgodne z nurtem teoretycznym, w jakim wykształcił się psychoterapeuta. Choć funkcjonują w środowiskach profesjonalistów takie terminy jak podejście eklektyczne czy psychoterapia integratywna, które łączą w sobie podejścia czerpiące z różnych nurtów i cechują się elastycznym podejściem do pacjenta, to „psychoterapia holistyczna” może oznaczać wszystko. We mnie budzi skojarzenia z medycyna alternatywną (holistyczną), która stoi w opozycji do medycyny akademickiej. Nie ma także w piśmiennictwie fachowym czegoś takiego jak „lokoterapia”. Jest za to logoterapia wypracowana przez egzystencjalistycznego Frankla, ale to zupełnie inna kwestia. Psychoterapeuta to osoba, która ukończyła szkolenie podyplomowe z zakresu psychoterapii. Trwa ono kilka lat, wiele godzin, obejmuje również podjęcie psychoterapii własnej. Trud taki podejmują najczęściej psycholodzy i lekarze. Jeśli szkolenie jest prowadzone pod auspicjami jakiegoś towarzystwa, na przykład Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, często proponuje ono swoim członkom wszczęcie procedury certyfikacyjnej w zamian za to zamieszczając na swojej stronie listę psychoterapeutów certyfikowanych i obiecując pieczę nad ich praktyką tak, żeby pacjent czuł się bezpiecznie. Towarzystwo ma prawo kontrolować pracę osób, które do niego należą i wyciągać wobec nich konsekwencje, na przykład je wykluczyć, ale w stosunku do osób, które członkami nie są nie ma żadnych praw. Każdy może sobie założyć działalność gospodarczą i świadczyć usługi psychoterapeutyczne. Tak długo jak płaci podatki jest to legalne. Powstała kilka lat temu ustawa o zawodzie psychologa postulująca powstanie izb zrzeszających obowiązkowo wszystkich psychologów na wzór współcześnie istniejących izb lekarskich, które również kontrolują swoich członków. Jednak po dziś dzień ustawa ta jest martwym przepisem i nie pozostaje nic innego jak edukowanie społeczeństwa odnośnie tego, jak wybrać wiarygodnego psychoterapeutę.

Jednokrotna przejażdżka może co najwyżej służyć nawiązaniu dobrego kontaktu, ale trudno sobie wyobrazić by mogła ona pełnić funkcje diagnostyczne czy terapeutyczne. Trudno tutaj bowiem mówić o nawiązaniu się sojuszu terapeutycznego, czy rozpoczęciu procesu terapeutycznego. W toku psychoterapii dochodzi także do wspólnego ustalenia celu terapii. Jeśli jest ona prowadzona grupowo, to powinien być jakiś czynnik łączący grupę (więzy rodzinne, wspólna diagnoza itp.). Psychoterapia ma również jakieś ramy czasowe, a trudno mi sobie wyobrazić, by lokoterapeuta krążył po Plantach tylko by dobić do pełnych 50 minut sesji. Aktywne słuchanie i akceptacja pacjenta to co najwyżej niespecyficzne czynniki w psychoterapii, a nie wyrafinowane techniki psychoterapeutyczne. Uczy się ich na studiach na kierunkach, których absolwenci będą potem mieli kontakt z ludźmi.

Bardzo przykry jest dla mnie fakt, że ktoś w ogóle wpadł na pomysł, by nazywać aktywne słuchanie w taksówce psychoterapią. Podejrzewam, że nikt nie próbowałby w ten sposób świadczyć pomocy medycznej, czy udzielać porad prawniczych. Z jakichś względów w odniesieniu do psychoterapii takie przedsięwzięcia wydają się ludziom uprawnione. Smutne, że prawa do wykonywania zawodu taksówkarza są w Polsce pilniej strzeżone niż te do wykonywania pracy psychoterapeuty.

Żródła:

1. Zamiast przewozu osób - przejażdżka z psychoterapeutą (uzyskane 03.04.2012)

2. Zamiast przewozu osób - przejażdżka z psychoterapeutą (uzyskane 03.04.2012)

3. profil ETP na Fejsbuku (uzyskane 03.04.2012)

poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Ciekawostki

Potrzebuję konsultacji z drugim człowiekiem, a przebywam aktualnie na emigracji, więc na wszelki wypadek skonsultuję się z Wami. Najwyraźniej pojęcie normy psychologicznej rozmyło mi się, przynajmniej chwilowo, i nabieram wątpliwości co do tego, czy to, co robię jeszcze się w niej mieści. Wydaje mi się bowiem, że za dużo podsłuchuję, ale może to było w mojej sytuacji nieuniknione?

Ostatnio wiele siedziałam w miejscach publicznych i... nie rzucałam się w oczy. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że bawię się w szpiega. Daleko mi do tego. Po prostu nie posiadam mobilnego Internetu, jestem człowiekiem biednym i nie opłacę pakietów świadczonych przez dostawcę sieci komórkowej, zostaje mi zatem korzystanie z miejsc, gdzie Internet udostępniany jest za darmo i w zamkniętych (przelotnie pada śnieg) pomieszczeniach. Tak się składa, że przy okazji są to również miejsca uczęszczane przez ludzi, co nie jest takim złym rozwiązaniem, ponieważ człowiek jest istotą stadną, więc w grupie czuję się bezpieczniej. Ponieważ siedzę długo (jestem w komitecie naukowym najbliższej Wikimanii i pracowicie oceniam abstrakty), to wtapiam się w krajobraz. Ludzie wokół zmieniają się, ale szybko zapominają, że tam gdzieś w pobliżu jestem.

Wczoraj byłam zażenowana, bo stałam się mimowolnym świadkiem tego, jak dziewczyna rozstała się z chłopakiem. Właściwie to on się z nią rozstał, ale nie tak przedstawiła to koleżance przez telefon, a potem osobiście. Ta koleżanka chyba specjalnie gdzieś krążyła żeby za sekundę pojawić się na miejscu. Nawiasem mówiąc koleżanka miała całkiem duże doświadczenie - nigdy bym nie przypuszczała, że „lajkowanie” różnych rzeczy na Fejsbuku może mieć takie znaczenie dla związku. Parka siedziała razem, gadali o różnych rzeczach, imprezach, paleniu papierosów. Nagle on gdzieś zniknął. I okazało się, że to koniec. To było całe to wielkie rozstanie. Dramatu nie ma, bo dziewczyna młoda i zresztą sama zaraz doszła do wniosku, że nigdy go nie kochała;) Na marginesie pokuszę się o uwagę do wszystkich młodych chłopców czytających ten blog (na pewno są ich całe rzesze): Jak rozstajecie się z dziewczyną, to nie tylko ważne jest by spotkać się w tym celu osobiście (nie rozstajemy się przez Fejsbuka czy SMS-em), ale także ważne jest miejsce. Pusty stolik na ostatnim piętrze galerii handlowej to nie jest najlepsze miejsce. Mnie by się ono przynajmniej potem przez długi czas jakoś źle kojarzyło. Skazujecie też swoją niedawną partnerkę na to, że będzie przy tymże samym stoliku za chwilę wypłakiwać żale swojej przyjaciółce, co też za dobrze nie wygląda. Poniekąd skazujecie też osoby z za dobrym słuchem na pośrednie uczestniczenie w całym tym dramacie, co przecież również eleganckie nie jest.

Przypadło mi również w udziale dostrzeganie przedsiębiorczości ludzi starszych. Nie musiałam się nawet jakoś bardzo wysilać, bo akurat konsumowałam sobie coś, wcale nie łączyłam się z Internetem, a rzecz toczyła się dziś stolik obok na szczycie Złotych Tarasów. Do pary nastolatków siedzących obok dosiadł się z niezwykłą żwawością pan, który pochwalił się, że wczoraj skończył 85 lat. Pan też nic nie zamawiał (wychodzi na to, że tacy są najciekawsi!) tylko wyciągnął z kieszeni... coś. Coś okazało się pudełkiem sfatygowanych szachów magnetycznych. Ot starszy pan szukał sparingpartnera. Może z samotności? Nic bardziej błędnego. Kiedy już 16-latek przyznał się, że umie grać w szachy i rozstawił pionki, na planszy pojawiło się 10 złotych. Starszy człowiek chciał młodszego gracza zmotywować (piękna racjonalizacja!) i raptem okazało się, że grają na pieniądze. Nastolatek taki stan rzeczy zaakceptował, sęk w tym, że tak dużymi funduszami jak papierowe pieniądze nie dysponował, a w kieszeni miał tylko bilon 10-groszowy. 10 groszy to z kolei starszy pan nie chciał, nawet wyłudzacz ma swoją stawkę poniżej której nie schodzi. W końcu chłopaka wspomogła rówieśniczka, która dała mu 2 złote i gra się rozpoczęła. Jaki był wynik to nie wiem, bo wyszłam. Zastanawiam się tylko, czy nastolatek zaakceptowałby niespodziewaną grę na pieniądze, gdyby go o takiej regule wcześniej poinformowano, albo stawkę 2zł gdyby wcześniej nie postraszono go sumą 10 zł. Metody wywierania wpływu społecznego zwane efektem stopy w drzwiach” i „drzwiami w twarz” zostały tutaj po mistrzowsku zastosowane.

O ludziach z zaburzeniami psychicznymi, którzy zaczepiają innych ludzi, osobach handlujących figurkami na jakiś zbożny cel i przedsiębiorczych gościach, którzy zbierają kupony za które można dostać darmowy posiłek wspominać nie będę. Ci są zbyt zwyczajni.

niedziela, 01 kwietnia 2012
Tu jest dziwnie

Choć trudno w to uwierzyć, dotychczasowe życie przeżyłam nigdy bezpośrednio nie doświadczając czym jest używanie narkotyków. To znaczy były na ten temat pogadanki w szkole i od rodziców, w czasach szkolnych też część towarzystwa paliła marihuanę, ale ja byłam obok tego wszystkiego. Nigdy nawet nie spotkałam dilera. Do klubów nie chadzam, toteż nie miałam do tej pory okazji zaobserwować jak też dragi działają na innych. Aż do dziś...

Mimo dużej niechęci do wstawania (ostatnio śpię po dziesięć godzin na dobę, pewnie jestem na coś chora), a tym bardziej wychodzenia z domu (za oknem śnieg, tak śnieg!) zwlokłam się jednak do tramwaju i poszłam na zakupy. Bez zakupów nie ma jedzenia. Ostatnio nie udaje mi się zrobić zakupów w Biedronce za mniej niż 10 złotych, a ludziom, z którymi stoję w kolejce udaje się to jeszcze gorzej. Te warszawskie ceny są jakieś inne czy też ja jem za dużo?! Ale wrócmy do podróży tramwajem. Napotkałam tam dwie młode dziewczyny. Dobrze ubrane, radosne. Coś tam do siebie gadały, nawet dość głośno, ale nie zwracałam na to uwagi. Aż do momentu, w którym stojący za mną młody mężczyzna nie zapytał jednej z nich, czy się znają. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że wszystkie te teksty „jesteś brzydki”, „mógłbyś grać w horrorach, hihihi”, „powinieneś chodzić z reklamówką na głowie, taką z Biedronki... żółtą, hihihi”, „dziurki bym ci na oczy zrobiła, hehehe” itd., były kierowane właśnie do niego. Jest rano, niedziela, te roześmiane, wyglądają na wypoczęte. Czyżby wracały z sobotniej dyskoteki i jeszcze nie „wywietrzały”? Alkoholu od nich nie wyczuwałam, a stałam dość blisko.

Rozejrzałam się wokół, ale nikt z pasażerów nie reagował. Czyżbym stała się ofiarą pierwszokwietniowego performansu? A może to taka norma dla niedzielnych poranków? Mam w sobie takie zboczenie, że lubię obserwować jak ludzie sobie radzą w różnych niestandardowych sytuacjach. Zainteresowałam się zatem również, co zrobi ofiara niewybrednych ataków. Ku mojemu zaskoczeniu, ten człowiek wdał się z nimi w dyskusję. Może zadziałało to, że byli w podobnym wieku (młodzi dorośli), a panny atrakcyjne (łatwe?)? Pan zaczął je przekonywać, że reklamówka nic by nie dała („to by nie pomogło, śniłbym ci się po nocach”). Choć początkowo był nieco zmieszany niecodzienną sytuacją, później już sam je zaczepiał. Sytuacja skończyła się tym, że rozmówczynie musiały wysiąść na następnym przystanku, więc dalszego ciągu dyskusji nie było.

Zastanowiłam się jednak co ja bym zrobiła, gdyby to ze mną ktoś chciał wejść w taką interakcję. Najprawdopodobniej wolałabym jej w ogóle uniknąć i byłoby mi ogólnie nieprzyjemnie. Wczoraj w Arkadii kilka milimetrów od mojej twarzy przeleciał ząb z plastikowego widelca do sałatki. Siedząca niżej gimnazjalistka dźgała nim w pojemnik po sałatce, na wieczku którego wcześniej pracowicie rozsmarowała sos (nie, nie była upośledzona), tak długo, aż złamała widelec. Gdy zobaczyła co się stało, uciekła wraz z koleżanką. Oczywiście nie przepraszając, w Warszawie takie słowa to przeżytek. Wtedy czułam się z tym źle. Pomyślałam, że coś mogło mi się stać i zezłościła mnie bezmyślność panny. Z kolei przy spotkaniu w tramwaju rozglądałam się za innym miejsce, w którym mogłabym stanąć tak, by nie wejść przypadkiem w orbitę zainteresowań dwóch dziewczyn, które straciły samokontrolę i są nieprzewidywalne.

Czy tylko mnie się takie rzeczy zdarzają? Wiem, że algorytmów nie ma, ale jak Wy byście reagowali?