RSS
niedziela, 28 kwietnia 2013
Potrafię być szczęśliwa

Żałuję, że nie udało mi się spłodzić tej notatki dwa dni wcześniej. Niestety, byłam przed dość ważnymi wydarzeniami, przejęta, a do tego wcześnie (przed północą!) poszłam spać. Potem odbyła się podróż koleją do domu, która mnie mocno unieszczęśliwiła, ale do tego przejdę pod koniec. Chcę jednak udokumentować to, jak bardzo szczęśliwa potrafiłam być przez cały dzień. Byłam radosna tak bardzo, że nawet zaczęłam siebie podejrzewać o manię bądź tylko hipomanię, ale to jednak chyba nie to. Po prostu potrafię się jeszcze cieszyć. Niestety rzadko się to zdarza.

Nocowałam w ładnym miejscu. Minimalistycznie, czułam się jak w ekskluzywnych klinikach odwykowych. Mały pokój, małe łóżeczko, wąska szafa, dość przestronna łazienka z szeroką kabiną prysznicową i okienkiem. Nawet mały balkonik w hotelu miałam. Wieczorami nietoperze "zaglądały" przez okno, a rano otworzyłam balkon, żeby wpuścić trochę powietrza i słońce, bowiem dzień był bardzo słoneczny. Wyspana i zrelaksowana otworzyłam pocztę, odpisałam na zaległą korespondencję. Znalazłam nawet jakąś interesującą mnie konferencję, która ma się za kilka dni odbywać w mojej okolicy. Niestety, zraziła mnie pazerność organizatorów i w końcu nie zgłosiłam chęci uczestnictwa. Ludzie z przerostem ego (jesteśmy wspaniali, nasi prelegenci są wspaniali, organizacja jest idealna) są żałośni. Pani zrzedła jak się okazało, że na mnie nie zarobi.

Po uporaniu się z korespondencją i zabawnymi telefonami udałam się na spacer. A potem na kolejny spacer tylko zmieniłam obuwie na klapki. Pierwszy raz w tym roku mogłam chodzić w klapkach! Postanowiłam się wybrać nad rzekę, którą ostatni raz widziałam przed rokiem. Niestety, poszłam w złym kierunku i zgubiłam się. Postanowiłam wypróbować GPS w telefonie, który mam od roku, ale z tej funkcji jakoś jeszcze nie korzystałam. Polecam! Świetna sprawa. Dzięki temu czułam się nad wyraz bezpiecznie. Miałam iluzję, że tak naprawdę to wiem gdzie jestem, choć nie miałam bladego pojęcia. W końcu dotarłam tam gdzie chciałam, z tym że zajęło mi to dwie godziny;) Przy okazji błądzenia odkryłam jeziorko. Nad jeziorem masa ludzi, ławeczki, panie z wózkami, a nawet... wędkarze. Zbiornik był chyba zarybiany. W pobliżu dzieciaki grały w piłkę (nie padem, tylko nogami). W którymś momencie piłka potoczyła się w moim kierunku, więc też mogłam sobie kopnąć. Szkoda tylko, że w klapkach źle się to robi.

Prawdę powiedziawszy, to podczas spaceru jednokrotnie spadłam ze schodów i mam teraz wielki krwiak na kolanie. Jednak nawet uczucie krwi balotującej pod skórą nie zmąciło mojego nastroju. Po prostu za bardzo się zamyśliłam i nagle straciłam równowagę. Za chwilę potem już kompletnie zapomniałam o sprawie, bo robiłam zdjęcie młodym wyrośniętym łabędziom i obserwowałam jak kaczki budują gniazda. Jedna już chyba coś nawet wysiadywała. Wszystko wokół się rozwijało i tętniło życiem. Żałowałam tylko, że nie ma koło mnie kogoś bliskiego, z kim mogłabym te chwile dzielić. Nie zrozumcie mnie źle, cisza i własne rozmyślania też były w porządku, nawet przyczyniły się do tego, że lepiej wypoczęłam. Z refleksji wynikało jednak, że na dłuższą metę pewnie by mi to nie wystarczało.

Po powrocie do hotelu umyłam się (doszorować czarne nogi było bardzo trudno, nie myślcie sobie), przebrałam za człowieka i ruszyłam do innych zajęć. Pod wieczór chciałam tą swoją radość opisać, udokumentować, ale prozaicznie zasnęłam, a w dniu kolejnym pogoda znacznie się zepsuła, a ja ciągle gdzieś biegłam i nie w głowie był mi blog. Szkoda, pewnie wówczas w tej notatce byłoby więcej radości do przypominania sobie w trudniejsze dni.

Swoją podróż powrotną pociągiem wspominam jako traumatyczną. Okazało się, że miejscówkę mam akurat w najbardziej zapchanym przedziale w całym wagonie. No taka karma. To bym jeszcze jakoś zniosła. Gorzej, że na moim miejscu siedziała przede mną jakaś panna, która się niemożebnie pociła, co odczułam tuż po zajęciu swojego miejsca. Panna miała także niewydarzony gust muzyczny i gówniane słuchawki, dzięki czemu cały przedział mógł się rozkoszować jej ulubionym umpa umpa. Potem pannica sprowokowana przez współpasażerkę zaczęła bohaterzyć, że tak w ogóle to ona ma cukrzycę od kilku lat, ale przez pięć lat w ogóle nie brała insuliny. Sami rozumiecie, wszyscy lekarze się nią fascynowali (dziwili się, że jeszcze żyje). Jak przeszła do tego, że dostała toksokarozy (grzebała w psim gównie) i straciła wzrok w jednym oku  to jej nawet współczułam. Było mi łatwiej, bo jak się nad sobą użalała, to nie słuchała "muzyki". Współczucie moje nie trwało jednak długo, bo po tej historii nastąpiły kolejne doniesienia niedobrych lekarzach, którzy schrzanili jej operację oka. Zaczął jej wtórować dwudziestoparolatek, który podobno bardzo choruje na reumatyzm, co nie przeszkadza mu pracować w wojsku. Zawsze myślałam, że gdzie jak gdzie, ale do wojska to biorą zdrowych, młodych byków, a nie pierdoły z ginekomastią. Okazało się, ze młodzian startował na komisję rentową, ale mu niestety świadczenia nie przyznali. Źli lekarze bardzo. Potem nastąpiły takie bluzgi na przedstawicieli tej profesji, że tym razem to ja zaczęłam słuchać muzyki. Pozytywny nastrój okazał się bardzo ulotny.

A jak minął Wasz weekend?

21:48, wildfemale
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 kwietnia 2013
Gdyby ktoś się zastanawiał co u mnie...

... to spieszę donieść, że jestem autentycznie bardzo zajęta.

Szukam dodatkowej pracy i chyba z dobrym skutkiem, tylko że jak się w końcu oferty posypały to albo jestem przerażona (że się nie nadaję, że mam za małe kwalifikacje, że wieczorne powroty do domu komunikacją publiczną), albo ofert tych z różnych względów nie można pogodzić ze sobą i trzeba dokonywać wyboru. Mimo wszystko i tak cieszę się, że mogę być komuś potrzebna i mam coś do zaoferowania. Przeważa to nad perspektywą, że im więcej będę pracować, tym mniej będę mieć czasu na wyjazdy. Błędne koło, przecież lubię wyjeżdżać.

W tym miesiącu jednak z wyjazdami przesadziłam. Wiedzieliście, że to męczy tak bardzo? Jeden weekend spędzałam na konferencji w górach, by już za dwa tygodnie zdawać ważny egzamin, a przy okazji zaprezentować coś na konferencji w innym mieście. Łażenie z torbą na ramieniu męczy, czekanie na pociąg męczy. Wszystko męczy. A jutro wyjeżdżam na kolejną konferencję, a może dopiero pojutrze? To co wiem na pewno to to, że dwie prezentacje mam nie gotowe, a powinnam mieć.

Jednak i ta wielka kumulacja w końcu się skończy. Z niecierpliwością czekam na długi weekend. Wreszcie będzie czas żeby napisać artykuł, wstukać pewne dane, wyspać się, przygotować wykład, na który mnie zaproszono. Z przyjemnością go wygłoszę, mam zresztą masę inspiracji, tylko jeszcze trzeba to ubrać w słowa.

W poniedziałek obiecałam, że wyślę coś mailem koleżance. Ponieważ to musiałby być bardzo długi mail i koleżankę bardzo lubię, ostatecznie wcale go nie napisałam, bo wymagałby ode mnie skupienia na dłuższą chwilę.

Nie mogę się połapać kiedy właściwie moje życie tak drastycznie przyspieszyło. Zawsze to lepsze niż bezczynność, ale powoli zaczynam się obawiać, żebym się tylko nie zapędziła w kozi róg. Tymczasem rozważam podjęcie kolejnych studiów podyplomowych. Właśnie szukam sponsora, który by mi to umożliwił. Bycie zajętym absolutnie nie idzie w parze z dochodami, zwłaszcza że większość tych rzeczy robię wolontaryjnie lub to ja komuś płacę za udział w czymś (a w zamian dostaję satysfakcję).

To jak będzie? Kto chętny? Dysponuję wolną powierzchnią reklamową na plecach ;)

02:52, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 kwietnia 2013
Jak wybrać szkołę psychoterapii? Czy w ogóle warto?

Etycznie jest uprawiać zawód psychoterapeuty po szkoleniu podyplomowym w zakresie psychoterapii. Nieetycznie - taką działalność może sobie założyć każdy. Dlatego piszę ten tekst zarówno do tych, którzy rozważają szkolenie w psychoterapii, jak i do tych, którzy z ich usług korzystają lub korzystać zamierzają. Psychoterapeutę zawsze można, a nawet należy zapytać w jakim nurcie się szkolił i do kogo chodzi na superwizję, czyli rodzaj nadzoru nad jego własną pracą kliniczną. zadawanie takich pytań nie świadczy o czepliwości, a jedynie o trosce o to, czy znaleźliśmy się w dobrych rękach.

Dla kogo?

Szkolenia są najczęściej adresowane dla osób, które studia już ukończyły, bądź są na ostatnich latach. Preferowana jest raczej ta pierwsza grupa, szczególnie lekarze i psycholodzy, choć kierunki pokrewne nie są dyskryminowane. Większość szkół wymaga możliwości zdobywania doświadczenia klinicznego (w praktyce zatrudnienia w placówce, w której stosuje się psychoterapię) lub realnego doświadczenia klinicznego (czyli pracy z osobami, które psychoterapii wymagają). Rzadko, ale zdarza się także, że do podjęcia danego szkolenia wymagane jest także wcześniejsze doświadczenie w prowadzeniu psychoterapii, czyli de facto i wcześniejszego szkolenia w tym zakresie.

Jak wygląda rekrutacja?

Rekrutacja do szkół psychoterapii właśnie rusza lub ruszy za chwilę. Liczba miejsc jest różna, najczęściej niewielka toteż zbieranie deklaracji potrwa do wyczerpania miejsc. W formularzu zgłoszeniowym poza danymi osobistymi będzie trzeba przedstawić swoje CV zawodowe, wcześniej odbyte kursy (z liczbą godzin i nazwiskiem prowadzącego) i doświadczenie w terapii własnej, co moim skromnym zdaniem jest już oczekiwaniem nadmiernego ekshibicjonizmu. Nie wiemy czy cię przyjmiemy, nie wiesz kto to będzie czytał i przez jak wiele lat przechowywał, ale na wszelki wypadek powiedz nam kto prowadzi twoją terapię :/ Częsta jest, a powinna być obowiązkowa, rozmowa kwalifikacyjna z kandydatami. Czasem w rekrutacji pojawia się jeszcze jakiś test teoretyczny, który nie wydaje się złym pomysłem. Często już rozmowa kwalifikacyjna kosztuje. Od kilkudziesięciu, do kilkuset złotych.

Mam poczucie, że wymogi dotyczące kandydatów są często niejasne. Szczególnie w przypadku szkoleń w terapii psychoanalitycznej, gdzie często w ogóle nie są one wymienione, za to wymaga się od kandydata szczegółowego przedstawienia się i zapowiada się mu coś w rodzaju oceny, czy będzie on w stanie skorzystać z oferty danego ośrodka, "indywidualne rozpatrzenie" kandydatury. Brzmi mętnie i złowieszczo. Najlepsze wrażenie robi na mnie transparentny styl rekrutacji.

Na co zwrócić uwagę?

Takich czynników jest wiele. Rozsądnie opisanych i wiarygodnych szkół psychoterapii znalazłam w Polsce 28. Co znaczy "rozsądnie"? Należy się zastanowić co chciałoby się po takim szkoleniu robić. Najlepiej by było ono akceptowalne i uznane przez jak największy krąg instytucji. Atestacja jakiegoś stowarzyszenia gwarantuje nam, że program szkolenia spełnia jego wymogi do certyfikacji, oraz przynajmniej w jakimś zakresie zapewnia, że w części merytorycznej nie znajdą się jakieś pseudonaukowe bzdury. Czy robienie certyfikatu terapeuty po ukończeniu szkolenia jest obowiązkowe? Nie, absolutnie nie. (Nie)posiadanie certyfikatu absolutnie nie świadczy o większych mocach terapeutycznych, choć robienie certyfikatu wymaga dodatkowych nakładów pracy (egzamin, przedstawienie przypadków klinicznych przed komisją) oraz finansowych. Egzamin certyfikacyjny kosztuje, zależnie od stowarzyszenia, od kilkuset do około dwóch tysięcy złotych. Niektóre towarzystwa życzą sobie odnawiania certyfikatu co 5 lat. Kto na certyfikat patrzy najbardziej? NFZ, a zatem w poradniach, które mają z nim podpisaną umowę zatrudnienie znajdą tylko osoby z certyfikatem lub w trakcie jego robienia. Wybierając szkołę należy zatem koniecznie spojrzeć, czy jej program jest rekomendowany przez jakieś towarzystwo i umożliwia robienie certyfikatu. Najpopularniejszymi towarzystwami są Polskie Towarzystwo Psychologiczne i Psychiatryczne. Publikują one na swojej stronie listę terapeutów certyfikowanych.

Należy także zwrócić uwagę na cenę szkolenia. Najczęściej koszt czteroletniego kursu to wydatek rzędu od kilkunastu do czterdziestu tysięcy złotych. Sporo, prawda? Cena jest, owszem, ważna, ale trzeba także spojrzeć na to, co zawiera. Proces certyfikacji wymaga odbycia terapii własnej oraz określonej liczby godzin superwizji. Najczęściej są one ujęte w programie szkolenia, jednak trzeba zwrócić pilną uwagę na to, czy ujęto je także w kosztach całkowitych szkolenia. Często zdarza się tak, że kurs zaczyna się kilkudniowym zgrupowaniem szkoleniowo-treningowym (taki trening interpersonalny na wyjeździe), który płatny jest dodatkowo (+koszty noclegu), ale wlicza się także w doświadczenie terapeutyczne. Często takie zgrupowanie ma także wartość diagnostyczno-selekcyjną dla prowadzących je, może zadecydować nawet o ostatecznym (nie)przyjęciu kandydata.

Kursy atestowane najczęściej oferują pewną ilość godzin psychoterapii własnej (najczęściej grupowej) oraz superwizji (też najczęściej grupowej czy w formie grupy Balinta). Dobre wrażenie robi podanie konkretnej ilości godzin, bowiem okazuje się najczęściej, że jakąś ilość godzin tej terapii należy sobie zapewnić indywidualnie co jest dodatkowym kosztem. Terapia własna jest najdroższa w nurcie, w którym wymagane jest jej najintensywniejsze odbywanie. Terapeuci analityczni wymagają od adepta odbywania sesji w tym nurcie 3-4 razy w tygodniu co kosztuje przeszło tysiąc złotych miesięcznie. Często także terapeuta ją prowadzący powinien być przez daną szkołę rekomendowany, co może powodować wymóg dojeżdżania do niego i... dodatkowe koszty. W innych nurtach terapia indywidualna odbywa się raz w tygodniu, albo zamiast terapii wymaga się doświadczeń własnych - np. udziału w jakichś samodzielnie wybranych warsztatach.

Jak to szkolenie wygląda?

Czasem szkolenie podzielone jest na dwa dwuletnie etapy. Ukończenie pierwszego warunkuje kandydowanie do drugiego. Taki podział daje nawet możliwość ukończenia pierwszego etapu w jednym nurcie, a drugiego w innym. Jest to moim zdaniem całkiem rozsądna opcja, należy ją jednak zawczasu przemyśleć i sprawdzić, czy rozważane ośrodki dają taką możliwość i jakiej ilości godzin wymagają od pierwszego etapu (najczęściej 150 godzin) aby rozpocząć u nich drugi. W trakcie szkolenia organizuje się także egzaminy teoretyczne z zakresu już omówionego materiału. Początek szkolenia jest bardziej teoretyczny, stopniowo pojawia się w programie więcej zajęć praktycznych. Od osoby szkolącej się oczekuje się prowadzenia terapii pacjentów już w trakcie szkolenia. Jego ukończenie może wymagać przedstawienia procesu terapeutycznego kilku pacjentów, a nawet nagrań sesji terapeutycznych. Pacjenta zawsze nagrywa się wyłącznie za jego wiedzą i zgodą. Cały kurs kończy się uzyskaniem zaświadczenia o odbytym szkoleniu co z kolei umożliwia ewentualne dalsze staranie się o certyfikat. Zaświadczenie to stanowi także dowód tego, że ktoś się w terapii w ogóle kształcił. Czasem warunkiem kształcenia jest także przystąpienie do stowarzyszenia atestującego dany kurs i... opłacanie składki rocznej rzędu 90 do 300 zł.

Najczęściej szkolenie jest osadzone w jakimś określonym nurcie. Prym wiodą tu w Polsce nurt psychodynamiczny i behawioralno-poznawczy. Nurt systemowy określa się jako odrębną ścieżkę, ale jest on ze swej definicji eklektyczny, bo w jego obrębie także można pracować w różnych nurtach. Istnieje obszerna literatura na ten temat. Mnożą się także szkoły psychoterapii integratywnej, która już od początku stawia na uczenie interwencji terapeutycznych z różnych nurtów. Przed wybraniem danej szkoły zaleca się zrobienie dokładnego wywiadu dotyczącego tego, czego tam uczą i czy nam to w ogóle odpowiada.

Kiedy i dla kogo?

Terapia bez wątpienia jest skuteczna. Szkolenie w jej zakresie można zacząć nawet na ostatnim roku studiów, ale najczęściej dzieje się to już po studiach. Moim skromnym zdaniem należy to robić raczej później niż wcześniej. Własne doświadczenia życiowe, szersza wiedza o świecie i ludziach w ogóle, o sobie samym i większy dystans do różnych kwestii w życiu sprzyjają zostaniu skutecznym terapeutą. A wszystkie te cechy mają to do siebie, że zdobywa się je z wiekiem i doświadczeniem życiowym. Szkolenie terapeutyczne tuż po studiach uznaję za pomysł zły i nie wynikający z wewnętrznej potrzeby, a raczej lęku o sytuację na rynku pracy. Także szkolący powinni młode osoby raczej zniechęcać, ale wtedy przecież istniałoby ryzyko, że nie zarobią...