RSS
sobota, 30 kwietnia 2016
"Ginekolodzy" J. Thorwald - recenzja

Gdybym przeczytała tę książkę troszkę wcześniej lub troszkę później, prawdopodobnie zwróciłabym uwagę na zupełnie różne rzeczy, być może poczuła też inne emocje. Gdybym przeczytała ją w innym czasie, można by się spodziewać, że napisałabym zupełnie inną recenzję. Jednak równie możliwe jest to, że samą lekturą byłabym równie zachwycona. W dobie różnych oddolnych (hue, hue!) inicjatyw typu DziewuchyDziewuchom (bo przecież nie kobiety, czy dziewczęta), które zbijają kapitał polityczny na ustawie antyaborcyjnej i debat politycznych wokół tego zagadnienia, które... również zbijają kapitał polityczny, wydana została w Polsce książka o rozwoju ginekologii. Okazuje się, że dziedzina ta, w tym także kontrolowanie płodności, nigdy nie była wolna od nacisków politycznych czy religijnych. Lepiej polski wydawca autora "Męskiej plagi" wstrzelić się nie mógł.

Na kartach książki Thorwalda ożywają Pean, Hegar czy Wertheim, których do dziś kojarzymy z nazwami narzędzi chirurgicznych czy eponimicznymi nazwami dojść operacyjnych. Prowadzona wartkim stylem emocjonująca podróż z pionierami ginekologii i położnictwa zaczyna się w czasach kompletnej nieznajomości zasad antyseptyki braku anestezjologii. Politowanie budzą niewiedza (naiwność?) ówczesnych lekarzy, odsetek zgonów, nierzetelnie prowadzone statystyki. Nie miałam także pojęcia, że dawniej ginekolog badań kobiety w ubraniu, nie widząc sromu, nie śmiejąc wyobrazić sobie użycia wziernika, po ćwiczeniach palpacji na wydrążonym ziemniaku. Przestaje mnie dziwić duża ilość nerwic płciowych, które z zapałem leczył Freud u pacjentek wychowanych w epoce wiktoriańskiej. Pochodzący z bieżącego roku (jeszcze oficjalnie nie publikowany) raport seksualności Polaków Lew-Starowicza donosi, że kobiety zdradzają równie często jak mężczyźni i przestały być tak pruderyjne jak dotychczas. Jeszcze kilkaset lat temu ich świętym obowiązkiem było rodzenie dzieci, najlepiej w jak największej ilości. Wskutek nieznajomości własnej fizjologii, a także obawy lekarzy przed poznawaniem kobiecej anatomii, porody te często się przedłużały, a ucisk na nerwy obwodowe miednicy mniejszej nierzadko kończył się nietrzymaniem moczu i stolca. Po lekturze tej książki nikt nie powinien już nigdy nazwać kobiet słabą płcią. Pierwsze przetoki pochwowo-odbytnicze operowano bez znieczulenia, a pacjentki i tak całowały doktora po rękach. Pierwsze rozdziały to tylko preludium do późniejszych dyskusji na temat kontroli urodzin, wiedzy na temat cyklu miesiączkowego czy wreszcie debat dotyczących znieczulenia do porodu czy nacinania krocza, które zresztą toczą się do dziś i nie dziwi mnie wcale niepokój rodzących dotyczący tych kwestii.

Wróćmy jednak do tej wdzięczności i prestiżu. Bowiem mimo prymitywnych warunków zabiegów i niewyrafinowanych narzędzi, hubrystyczna motywacja by zaistnień, zyskać sławę i wpływy okazała się wśród lekarzy ponadczasowa. Zapłakać można nad losem tych, którzy nie mieli lub tracili wpływy choć ich koncepcje były słuszne. Równie żenujące są triumfy lekarzy, którzy swoje pacjentki traktowali przedmiotowo i więcej czasu spędzali na uprawianiu polityki niż w szpitalu. Te prawidłowości niestety istnieją w medycynie do dziś. Świetne koncepcje dopiero po latach okazują się słuszne czy możliwe do wykorzystania. Świat musi dorosnąć do geniuszy, których wydał.

Książka Thorwalda jest w sposób jawny antyklerykalna. Znajdujemy w niej dosadnymi słowami wyrażoną krytykę postawy Kościoła wobec antykoncepcji, rodzicielstwa i seksualności człowieka w ogóle. W tym momencie żałuje, ze autor niestety już nie żyje, a zatem nigdy nie napisze podobnego dzieła na temat rozwoju seksuologii. Chętnie bym się z takim tekstem zapoznała. Tymczasem na kartach recenzowanej pozycji czytelnik może prześledzić losy dzielnego Alecka Bourne'a, który dokonał aborcji na 14-letniej ofierze gwałtu mimo że było to nielegalne, a ponadto nikt samej ofierze nie udzielił wsparcia psychicznego. Zrobił to w akcie miłosierdzia, a potem sam doprowadził do procesu przeciw sobie nie mając pewności czy nie zapadnie wyrok go skazujący. Niewiele dziedzin medycyny może się pochwalić podobnie emocjonującymi zwrotami akcji w swojej historii.

Jako kobieta bardzo się cieszę, że taka książka została w Polsce wydana i że miałam okazję się z nią zapoznać. Powinny ją przeczytać nie tylko kobiety, ale wszyscy inteligentni ludzie niezależnie od swoich poglądów na poszczególne ustawy.

Bardzo polecam!

wtorek, 26 kwietnia 2016
Poddałam się

Nie mam siły. Już nie wytrzymam. Po prostu mi się nie chce. Nie ma to sensu. Straciłam zapał do walki o cokolwiek. Niewidzialnie i po cichu, z dnia na dzień, bez wyraźnego związku z konkretnym wydarzeniem. Po prostu jest mi ciężko i coraz częściej zawalam. Zawodzę samą siebie. Rzeczywistość jest dla mnie bezwzględna. Wielokrotnie w ciągu dnia dochodzę do wniosku, że nie pasuję, że jest coś ze mną nie tak, nie przystaję, wymagam leczenia lub anihilacji. Rzeczywistość boli.

Wczoraj załatwiałam sprawę w urzędzie. Nieprzyjemna wyprawa na drugi koniec miasta do okolicy, której nie znam. Potem wybieranie właściwej kolejki. Kiedy jest się tuż przed okienkiem, do okienka przyklejona karteczka, że trzeba się najpierw zgłosić do okienka nr 20 zanim się podejdzie do numeru 18. Spocone i spięte urzędniczki dwoją się i troją, ktoś wpycha się przede mnie do numeru 20, pani oczywiście zaczyna obsługiwać jego. To mi się zawsze zdarza, zdarza się nawet kiedy jestem agresywna fizycznie. Tym razem nie mam siły nawet słownie protestować. Moja kolejka do numeru 18 oczywiście przepada. Zostaje mi czekać kolejne pół godziny, bo poproszeni ludzie żądają dowodów, że stałam tu wcześniej, pytają "czy ktoś to może potwierdzić" i że im też się spieszy. Nigdy do głowy by mi nie przyszło by zachować się podobnie. Milczę. Ze łzami w oczach wędruję na koniec, dostrzegam, że ludzie w dusznym korytarzu nawet się do siebie nie odzywają. Kiedy ktoś informuje, że będzie tu stał, tylko na chwilę musi się oddalić spotyka go ściana milczenia, maskowate twarze, nikt nawet nie skinie. Nie wiadomo skąd mam skojarzenia z kolejkami do obozu koncentracyjnego czy komory gazowej choć pewnie są zupełnie nie na miejscu. Dochodzę do wniosku, że gdybym była osobą starszą czy niepełnosprawną pewnie by mnie oszukano i z kolejki wypchnięto, choć panie za szybkami starają się obsługiwać sprawnie. Ostatecznie półgodzinna kolejka nie jest dramatem. Gorzej gdy okazuje się, że poza okienkiem nr 18 muszę jeszcze podejść do numeru 19 jeśli chcę załatwić drugą sprawę, z którą przyszłam. Tam akurat nie ma kolejki, pani z numeru 19 po prostu nie ma na stanowisku pracy. Mam ochotę zniknąć, zapaść się w nicość. Przypominają mi się okoliczności, w których zawsze czekam do onkologa. Ludzie walczący o życie oszukują innych ludzi walczących o życie, nie przestrzegają kolejności. Nie wolno odwracać uwagi czytaniem książki bo na pewno straci się wyżebraną kolejkę. Inni w poczekalni krzyczą na siebie, zdenerwowany i źle opłacany lekarz po drugiej stronie drzwi krzyczy na pacjentów i jest niedelikatny w co najmniej kilku znaczeniach tego słowa. Kolejne upokorzenia, które zlewają się w całość.

Po wszystkim jadę zatłoczonym tramwajem, zdenerwowana choć niepotrzebnie, bo z urzędu już wyszłam. Minęło, przez najbliższy czas nie muszę tam wracać. Oczywiście kilka osób wpycha się przede mnie do wejścia do pojazdu. Nic nie mówię, boję się, że ktoś mnie zaatakuje. A jak zaatakuje to inni mi na pewno nie pomogą. W tramwaju pachnie wódką od młodzieńców ubranych w dresy, którzy wyraźnie nie wytrzeźwieli po poprzednim wieczorze. Młodzieńcy krzywo patrzą na współpasażerów, jawnie ich wyśmiewają, szukają celu. Panowie w średnim wieku siedzą, ostentacyjnie nie zauważając licealisty chwiejnie stojącego o kulach. Licealista udaje, że jest niewidoczny. Ja udaję, że mnie nie ma. Nie chcę żeby młodzież ubrana na sportowo mnie zauważyła. Dwa dni wcześniej podobni do nich zaatakowali mnie w autobusie około godziny 18:00. Jasno, środek miasta, nikt mi nie pomaga. Godzę się z kolejnym upokorzeniem.

Miałam plany że posprzątam i poćwiczę, poszukam pracy. Nie wychodzę z domu. Nic nie poprawia mi humoru. Nie ma też nikogo ani niczego co ulżyłoby mojemu cierpieniu. Udaję, że mnie nie ma. Nocą śpię niespokojnie. Co mnie martwi? Kolejnego dnia idę do działu kadr w nowej pracy. Nie ma dla mnie umowy, proponują mi najniższe stawki jakie kiedykolwiek widziałam. Nabieram paranoicznego przekonania, że w tej umowie są niekorzystne dla mnie paragrafy. Dociera do mnie, że koniecznie muszę ją przeczytać wcześniej, zanim zgłoszę się do pracy. Tym razem moje rozterki zawodowe zauważa matka, histerycznie rzuca się do "pomagania" w znalezieniu mi pracy. Tworzy jeszcze większy chaos, choć wiem, że ma dobre intencje. Na rozmowach kwalifikacyjnych myślę głównie o starych rzeczach i dziurawych butach, w które jestem ubrana. Rozpaczliwie staram się ukryć te niedostatki. Pazerni pracodawcy proponują mi niegodziwe warunki.

Resztę dnia spędzam w łóżku, w półśnie. Bałagan się nie zmniejsza. Przypominają mi się te wszystkie radosne chwile, w których zrobiłam coś dla kogoś z życzliwości, albo pracowałam za darmo, bo ktoś nie miał środków żeby mi zapłacić. Nie widziałam w tym nic złego, byłam szczęśliwa. Dociera do mnie, że dla mnie nikt by tego nie zrobił, że dawno nie byłam już u kilku specjalistów, do których pójść powinnam. Czekanie w kolejkach ze złośliwymi pacjentami NFZ przekracza moje aktualne zasoby psychiczne. Na wizytę prywatną nie mam pieniędzy. Muszę też przestrzegać terminów płacenia składek ubezpieczeniowych, jeśli zapłacę ale z opóźnieniem, żadne świadczenia i tak mi się nie należą. Mam wizję jak zdycham pod drzwiami jakiejś szpitalnej izby przyjęć, albo smutny doktor w brudnym kitlu informuje mnie, że zgłosiłam się za późno i nic nie można dla mnie zrobić. I to wcale nie jest najbardziej przykra wizja tego dnia.

Muszę przestrzegać tysiąca terminów. Gubię się we własnym kalendarzu. Sięgam po kalendarz żeby zapisać kolejny termin, już sama nie pamiętam czego, i wtedy widzę TO. Orientuję się, że właśnie przegapiłam termin badania, na które czekałam pół roku. Nie pomogły nastawione przypomnienia, po prostu zapomniałam. Znów zawaliłam, choć do samej rejestracji czekałam pół roku wcześniej przez godzinę przyglądając się jak pani z okienka je kanapkę czy odpisuje na SMS-y. Ja w swojej pracy nie mam czasu na posiłek czy SMS-y, to tylko jeden z aspektów wyższości pani z okienka nade mną.

Nie mam siły ustalać następnego terminu...

Tagi: refleksje
21:48, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016
Stopy bliżej ziemi

„Otwieraj oczy wysoko!” polecała starsza pani równie wiekowej koleżance, która odprowadzała ją na pociąg. Nie mam pojęcia czemu wysoko, czemu w ogóle oczy. Moje skojarzenia ze światłem słonecznym, melatoniną, witaminą D3 pewnie nie były tutaj trafione. Jakkolwiek by nie było, ja chciałabym Wam zaproponować coś zupełnie innego. Dziś zachęcam do bycia bliżej ziemi, po której codziennie stąpamy i z której wyrośliśmy.

Miałam ostatnio bardzo dużo napięć, przygotowywałam się do bardzo ważnego egzaminu, dziś udało mi się go zdać, a zatem i popchnąć kolejną rzecz do przodu. Mam poczucie, że niedawne urodziny i  ten egzamin zmusiły mnie do czynienia podsumowań, planów na ewentualną przyszłość jeśli wszystko się powiedzie, planów na ucieczkę i zaczęcie wszystkiego od nowa jeśliby powieść się nie miało (serio, presja wstydu jest u mnie tak duża). Fantazjowałam sobie o tych wszystkich wspaniałych rzeczach, które będę mogła robić mając wreszcie więcej czasu, czyli drogich samochodach (chociaż nie umiem prowadzić), atrakcyjnych kochankach (chociaż nie jestem ładna ani młoda), zarabianiu tak dużo że pozwalałoby to na filantropię (chociaż jestem uczciwa),  czy uruchomieniu zakupionej gry z Raymanem, o której producent mówi że klucz działa, a mnie nie działa i zwrotu do sklepu nie przyjmują. No różne są marzenia w życiu.

I tak zatopiona w marzeniach, bujając w obłokach, odwiedziłam kilka dni temu bibliotekę. Lubię biblioteki, a ta konkretna jest akurat z pewnością w pierwszej piątce moich ulubionych. Już nie pamiętam dlaczego, ale chciałam skorzystać z dostępnego publicznie tableta. Okazało się, że dosłownie kilka minut wcześniej korzystał z niego ktoś inny, kto zostawił otwarte okienko czata. Ja niestety także nie wiedziałam jak je wyłączyć. Tym sposobem nieopatrznie zapoznałam się z dwiema konwersacjami jakiegoś bardzo ubogiego człowieka. Ten ktoś sypiał w noclegowni, jadał jeden posiłek dziennie i właśnie się w tych konwersacjach dowiedział, że ktoś z rodziny popełnił samobójstwo i zapraszają go na pogrzeb, pełni zresztą winy, że „nie byliśmy w stanie go uratować”. Żadnej rozpaczy, protestu, manipulacji, grania na litość, obwiniania innych, po prostu informatywne „zabił się-czy przyjedziesz?”. To mną wstrząsnęło, choć zdecydowanie nie jest to pierwsza wzmianka o samobójstwach z jaką miałam w życiu do czynienia. To po prostu było jakoś bardziej osobiste. Zupełnie jakbym zobaczyła temat biedy, depresji i bezradności w zupełnie innym świetle. To było jak przebudzenie. Moje problemy, czy choćby te marzenia wymienione powyżej wydały mi się nagle głupie, śmieszne i zaczęłam dostrzegać, że inni też mają w życiu jakieś dążenia, czasem daleko bardziej przyziemne, czasem ważniejsze. To był ten rodzaj refleksji, który towarzyszy mi podczas oglądania obłędnie przystojnego „Lucifera”, w którym, jak w życiu, ludzie zaklinają Boga lub Szatana by spełnili ich prośby, prośby te czasem są spełniane, ale zawsze powoduje to nieodwracalne konsekwencje dla narracji wszechświata. Ktoś uratowany od śmierci może zabić kogoś innego, szczęśliwa transakcja jednego człowieka oznacza bankructwo innego. Szczęście jest względne i ulotne, przynajmniej to budowane na aspektach zewnętrznych.

Byłam jak nastolatek, który po raz pierwszy nazywa bardziej złożone emocje. Jak zasłyszana kilka tygodni temu dziewczyna, która tłumaczyła kolegom z klasy, że kiedy widziała osoby starsze to poczuła dumę. We czwórkę się potem zastanawiali, czy ona właśnie to czuła, czy tylko nie potrafi znaleźć odpowiedniejszego słowa. Gdzie te czasy, kiedy ja zastanawiałam się nad podobnymi rzeczami? A może by tak zadziwić się od nowa zamiast do wszystkiego mieć gotową bibliografię? Od tej pory zaczęłam zauważać, że inni wokół mnie też mają właśnie jakieś „najważniejsze egzaminy” i „jak się nie uda, to nie wiem co zrobię”. Wikłają się w drobne wojenki nie widząc całości obrazu, bezmyślnie marnują czas na plotkowanie zupełnie nie wiedząc, że po drugiej stronie drzwi wszystko słychać, mówią „kocham cię” choć wcale tak nie czują, zwodzą bo boją się zaangażowania. Po co żyć na niby? Na pół gwizdka? Życie jest takie kruche. Być może właśnie ta refleksja ratowała mnie ostatnio przed szaleństwem. Co się stanie jak się nie powiedzie? Na pewno najgłupszą rzeczą byłoby pozbawienie się życia czy zdrowia. Rozkładałam dzień na czynniki pierwsze, redukowałam do takich podstaw jak to, gdzie mam pojechać, co i że w ogóle mam zjeść, jakich terminów przestrzegać. I to mnie pchało przez kolejne godziny.

Nabyłam nie tylko większej wrażliwości na innych, ale także takiego współczucia, które ma dużą komponentę empatii, ale nie litości dla innych (jest w języku polskim jakieś słowo, które dobrze to opisuje czy wracamy do zachwytów nastolatka?). Ktoś zrobił coś niewłaściwego, bo wierzył, że ma prawo, ale może nie miał racji. Jeśli wezmę pod uwagę jego perspektywę to może łatwiej będzie mi z nim na ten temat dyskutować. Ostatnio wręcz można powiedzieć, że ten oderwany dotychczas ode mnie świat „szarych ludzi” wyciąga po mnie ręce. Ciągnie mnie jakaś topielica z rzeki. Dwa dni temu zaczęłam w środku nocy otrzymywać jakieś agramatyczne SMS-y, w których ktoś sugerował, że przyniesie mi coś do domu około 3:00 rano. Jacy ludzie nie mają się gdzie podziać o takiej porze? Z jakiego domu się wywodzą? Jakie prowadzą życie, że nie muszą wstać rano kolejnego dnia? Jakie życie prowadzi oryginalna adresatka tej wiadomości, skoro sprawiała wrażenie jakby można było tak sobie do niej wpadać o każdej porze? Prawie zapłakałam nad nieznajomością ortografii i kompletnym brakiem logicznego myślenia u autora tych wiadomości. Jak to się bowiem stało, że on pisze i pisze, a nie dostaje odpowiedzi i nie wyciąga wniosków? Zablokowałam ten numer, ale po dwóch dniach znów dostałam wiadomość (JAKIM CUDEM?! Nie tylko czatów wyłączać w Samsungu nie umiem;)), że jakbym chciała kupić jakieś „fanty” to pan ma. Części wiadomości nie zrozumiałam z powodu slangu. Szczerze współczuję temu człowiekowi, choć pewnie jest już za późno żeby mu pomóc.

W mojej głowie otworzyła się też szuflada z wdzięcznością. Kiedy nie mogłam spać zeszłej nocy, medytowałam na temat tego uczucia i wszystkich ludzi, którym mogę być za coś wdzięczna. To mi często przynosi ulgę. Zastanawiałam się nawet jak mogłabym celebrować ewentualny sukces (gdyby ten się rzecz jasna zdarzył) i przyszło mi do głowy, że najnaturalniejszą i najbardziej bezinteresowną rzeczą byłoby wysłanie krótkiego maila dziękczynnego do wszystkich tych osób, o których wówczas myślałam. Zapisałam treść listu w dwóch językach i skompilowałam listę adresów osób, które są mi drogie, z którymi być może nie rozmawiam codziennie, ale za to co dzień o nich myślę. Osób, które dla mnie coś znaczą. Jeśli myślicie, że było ich dużo, to nie możecie się bardziej mylić. Miałam potrzebę bycia absolutnie szczera sama ze sobą. Nie chciałam autopromocji, a wyrażenia autentycznej wdzięczności. Przyszło mi do głowy 9 nazwisk osób, które mnie czegoś ważnego nauczyły. Przedstawicieli różnych zawodów. Wszyscy starsi ode mnie. Mimo że początkowo taki mail wydawał się dobrym (chociaż neutralnym?) pomysłem, wysyłając go nabrałam wątpliwości. Może to śmieszne? Czy odpiszą? Jak to odbiorą? Wysłałam. Gdybym tego nie zrobiła, to bym się przecież nie dowiedziała.

Okazuje się, że swoista duchowa podróż może się zacząć tu, w Europie, od kontaktu z jak najbardziej nowoczesną technologią a nie inkunabułem z gabloty. I Wam życzę podobnego przebudzenia bez szkody dla siebie i naginania własnych granic.

wtorek, 05 kwietnia 2016
Myślenie magiczne

Jeśli dostatecznie się starasz, cały wszechświat będzie ci sprzyjał. Wystarczy czegoś dostatecznie mocno chcieć,a się to zdarzy. W twoje urodziny wszystko będzie szło po twojej myśli... To właśnie przykłady myślenia magicznego. Myślenie magiczne, inaczej archaiczne, prymitywne, polega na irracjonalnej wierze, że własne myślenie zmieni realne otoczenie. Myślenie magiczne to coś, czego ofiarą dziś się stałam. Nie wiem za co mnie te przykrości spotkały. Prawdopodobnie jestem złym człowiekiem.

Dziś był dzień negatywnych pierwszych razów. Pierwszy dzień bycia jeszcze starszą i wcale nie mądrzejszą. Przyjmowanie życzeń urodzinowych od zupełnie obcych ludzi, a nawet tak maksymalne zsocjalizowanie, że kupiłam drogie cukierki (bo tanimi sama nie chciałabym być częstowana) i poczęstowałam nowo poznaną grupę. O nowej grupie zresztą za chwilę.

Przejdźmy może do tego, że dziś po raz pierwszy wzywałam policję, bo ktoś nakłaniam mnie do dokonania fałszerstwa. Zupełnie niepotrzebnie się zdenerwowałam, straciłam czas. Prawnicy nie doradzają podejmowania dalszych kroków, więc te sobie daruję. Następnym razem na takich podżegaczy schowam sobie siekierę do szuflady. Oczywiście przeboje z wzywaniem policji, niepotrzebne nerwy itd. to tylko początek cudownego dnia. Dalej było niezmiennie gorzej.

Od kilku tygodni głupio cieszyłam się i podniecałam faktem, że na urodziny sprezentowałam sobie kurs improwizacji. Że wiecie, taki rozwój, nowe rzeczy i inne tym podobne bzdury. Nawet innemu nieszczęśnikowi polecałam. Głupia ja. Rzekomo 15-osobowa grupa okazała się kilkoma sztukami i okazało się, że improwizacje są zupełnie nie dla mnie. Następnym razem jak będę chciała popracować z czymś niewerbalnie, wybiorę się na terapię tańcem (szczerze polecam!). Jak już sobie w tym zwartym gronie (czułam się jak na mityngu AA) każdy opowiedział jaki problem osobisty skłonił go do przyjścia na zajęcia, to... pojawił się ostatni uczestnik, który przedstawiać się nie musiał. Może wszyscy znali go wcześniej (takie miałam wrażenie), ale ja nie. Miałam nieśmiałe wrażenie, że pan ma jakiś problem kiedy od wejścia zaczął poprawiać i dyrygować innymi. Okazuje się, że jest niezwykła różnica semantyczna między "ekstrawertywny" i "ekstrawertyczny" na przykład. Boję się pomyśleć co by było gdyby ktoś powiedział "ekstrawersyjny". Prawdopodobnie dostałby po mordzie, albo przynajmniej przykaz klęczenia na grochu. Dalej było jeszcze zabawniej, a moja hipoteza diagnostyczna (nienawidzę być nieomylna i omnipotentna ;)) tylko się skrystalizowała. Nie dość, że trafił nam się niespełniony filolog (kto go tam wie, przecież nam się nie przedstawił),  to jeszcze akurat przeżywał jakąś frustrację seksualną. Improwizacje polegają na wymyślaniu scenek, miejsc, kreowaniu postaci. Obowiązuje zupełna dowolność, co w bezpiecznej grupie daje całkiem duże pole do kreatywności. I wyobraźcie sobie, że pan dziwnym trafem za każdym razem mówił o lub grał: usługi matrymonialne, gwałt (sic!) albo prostytutkę, która nie chciała uprawiać seksu oralnego (serio, to się naprawdę zdarzyło). Z właściwą sobie szczerością zapytałam go uprzejmie czy ma jakiś problem z tą sferą. Wiecie, eee, co się ma człowiek męczyć, prawda? Wyszło na to, że prawdopodobnie to ja mam jakiś problem z seksem (ci, którzy regularnie czytają bloga z pewnością potwierdzą, że jestem szalenie zahamowana w tych kwestiach i panicznie unikam tej tematyki ;)), a już zdecydowanie tylko u mnie w tej grupie te tematy w ogóle wywołują jakieś emocje. Na zakończenie jak w rasowej grupie terapeutycznej (czy ja nie pomyliłam gabinetów?) wyszło na to, że mam mega zaburzenie, najlepiej to powinnam przeprosić, a już na pewno zaraz tu i natychmiast powinnam powiedzieć, że tak naprawdę to mi się to poprawianie, nie przedstawianie i epatowanie własną psychopatologią podoba/ zachwyca (niepotrzebne skreślić). Zachowałam się z nadzwyczajną dla siebie samokontrolą, albowiem nawet nie zapytałam, czy pan był molestowany, czy rzucił go chłopak/dziewczyna, ani nawet czy chce adres seksuologa. Zamiast tego kulturalnie wyszłam tylnymi drzwiami nie szukając atencji. Nie obyło się jeszcze bez arcynieprzyjemności kontaktu twarzą w twarz z pokiereszowanym uczestnikiem, który kompulsywnie (a może kompulsyjnie?, zadanie dla chętnych: sprawdzić w wolnej chwili i napisać rozprawkę;)) chciał mi w rozmowie indywidualnej wyjaśniać jak bardzo go skrzywdziłam (ja?! teraz?! na pewno nie ktoś inny dawno, dawno temu?), jak bardzo się zahamował, że on wcale nie ma problemu z seksem, kobietami, no z niczym nie ma. Sami rozumiecie.  Dlaczego on mnie naciągał na gratisową sesję terapeutyczną?! Zazwyczaj jest tak, że jak ktoś się bardzo, ale to bardzo broni przed diagnozą to raczej trafiliśmy w sedno, ale to tylko według niektórych paradygmatów, więc oczywiście mogę się mylić. Jak myślicie, mylę się?

Skutkiem tych wszystkich przykrości z kursu ostatecznie zrezygnowałam, wniosłam część opłaty (w końcu jedne zajęcia odbyłam) i najbardziej chyba boli mnie to, że przepłaciłam wnosząc 1/3 zamiast 1/4 sumy, bo akurat taki miałam banknot. Następnym razem powinnam raczej pójść na warsztat dotyczący tego jak się nie wstydzić rozmawiania o pieniądzach i nie mieć oporów przed zarabianiem dużo.  Jak byście znali namiar na takie szkolenie to dajcie znać, dojadę wszędzie i płacę dobrze. Ale o tym już wiecie.

Update 06.04.2016: Dziś się właśnie doczekałam pierwszego, wartego jedynie 4 zł SMS-a z erotycznego czatu. Nadawca znał nawet moje imię. Przypadek?

piątek, 01 kwietnia 2016
TEDx Warsaw 2016

W tym roku ta konferencja odbyła się pod hasłem "In a heartbeat", a prelegenci luźno o tego hasła nawiązywali w swoich wypowiedziach. Tradycyjnie się wybrałam. Konferencja odbywała się już po raz siódmy, ze sprawdzonym zespołem organizatorów z lat poprzednich. Na wstępie zaznaczę, że bardzo podobało mi się zaproszenie na scenę i podkreślenie roli Kingi w projekcie tłumaczenia wykładów TED. Co zaskakujące, Agata Dziekan założyła w tym roku szpilki, a nie tenisówki, ale wróćmy do merytoryki.

Według organizatorów chętnych było 5 razy więcej niż miejsc. Doprawdy nie wiem, czym oni się kierują w wybieraniu aplikacji, ponieważ nigdy nie miałam problemów z dostaniem się (z wyjątkiem któregoś roku, w którym wysłałam dwie aplikacje - po prostu jak przeczytałam pierwszą wersję to się załamałam, pierwsza została odrzucona, zaś druga przyjęta:P), a za każdym razem mam poczucie, że nie pasuję do reszty widowni. Choć jednocześnie muszę przyznać, że czułam się mniej obco niż w poprzednich latach. Może była w tym w jakiejś części zasługa dość kameralnego wnętrza sali wykładowej nowoczesnego muzeum, w którym odbywała się konferencja. Na konferencję spóźniłam się potężnie, co było planowe, z powodu pracy nie zdążyłabym na wcześniejszy pociąg. Jest coś przyjemnego w przyjeździe do Warszawy na jeden dzień z małym bagażem:) Skutkiem spóźnienia było opuszczenie przeze mnie pierwszej sesji prawie w całości. Obejrzałam jedynie występ Shivers&Shakes, ale mi się nie podobał. Rzecz gustu.

Organizację w całości oceniam jako lepszą niż w roku poprzednim (była tak koszmarna, że musiał minąć rok żebym zapomniała o tej traumie, obszerniej o tym tutaj). Mimo spóźnienia wiedziałam gdzie się zgłosić po identyfikator. Otrzymałam także bez problemu torbę konferencyjną. W płóciennej torbie znajdowała się półlitrowa butelka wody oraz karty zawierające po kilka pytań otwierających dyskusję z kimś, kogo się wcześniej nie znało. Pomysł takiej gry mi się spodobał, ale nie widziałam by ktoś z kart korzystał. Ludzie na widowni nie mieli problemów z nawiązywaniem kontaktów, co było dla mnie swoistym szokiem kulturowym. Po prostu przysiadali się do siebie i otwierali dyskusję słowami "gdzie pracujesz?", ku mojemu zaskoczeniu zazwyczaj otrzymywali szczegółową odpowiedź. Niesamowite! Chociaż po dłuższym czasie słuchania byłam już zmęczona tymi wszystkimi coachami, którzy pomagają zmęczonym sukcesem biznesmenom, sami wstają kiedy chcą i robią co chcą (kiedy oni w grafiku te sesje z ludźmi sukcesu pomieszczą?!), różnicach między coachem a "mówcą motywacyjnym" czy innymi gwiazdami HR-u. Czemu ja mam wizję, że te panie mają bałagan w domu, kota zamiast partnera i całymi dniami leżą zagrzebane w pościeli martwiąc się samotną starością? I kolejna kulturowo obca rzecz, mianowicie believe it or not, ale ludzie z Warszawy wplatają w zdania angielskie słowa. Dzięki temu rodzą się potworki w stylu "zmieniłam mindset", "dostałam feedback", "nie ma easy" (seriously!). Nie wiem skąd im się to bierze.

Wracając do organizacji, widziałam wiele nieodebranych identyfikatorów, a sala była dość zatłoczona, choć na szczęście nie widziałam, żeby ktoś okopywał się w rzędzie gdyż zarezerwował go dla siebie i 10 kolegów. Nawiasem mówiąc, jest to praktyka surowo wzbroniona przez organizatorów i słusznie. Czyżby zatem organizatorzy wiedzieli, że wiele osób się nie zgłosi, czy też po prostu muzeum przesadziło z przedstawianiem rozmiarów sali? Co bym w organizacji zmieniła? Dwie rzeczy, to co powtarza się od lat, czyli brak możliwości zapoznania się ze szczegółowym programem wydarzenia przed przybyciem na miejsce, a także widoczniejszą ekspozycję terminów i tematów warsztatów. Jedna z organizatorek co prawda wskazała mi ogólny kierunek, w którym wisi rozpiska warsztatów, ale szukałam jej dobre 10 minut (atrocious!). Była co prawda możliwość zainstalowania aplikacji konferencyjnej podobno zawierającej te same dane, ale mam zbyt starego smartfona, by sobie on z nim poradził. Byłam więc skazana na rozpiskę, którą otrzymałam na odwrocie identyfikatora. Mimo tego, że grafik powstał na ostatnią chwilę (takie właśnie rodzi to wrażenie), to i tak przynajmniej jeden zaplanowany wykład się nie odbył. Kolejnym zawodem organizacyjnym, ale chyba raczej po stronie muzeum było zamknięcie wejścia na wystawę stałą grubo przed 17:00. Tymczasem w czwartki zwiedzanie jest darmowe, uprzedzili o tym także organizatorzy konferencji. I co? I odebrano mi tę możliwość! Wstyd! Z tego powodu nie uczestniczyłam w planowanym spacerze spod muzeum, bo nie chciało mi się na niego czekać. Jeśli ktoś był, to chętnie dowiem się jak było.

Co do oferty warsztatowej, nie miałam ochoty na naukę kreatywnego pisania czy... czyszczenia butów (naprawdę?!). Zespół od "design thinking" (o czym był ten warsztat nie mam pojęcia) gdzieś na przykład zniknął i przełożył swój warsztat. Ja wybrałam się na warsztat Collegium Civitas z grą prowadzoną przez dwie panie socjolog. Nadal nie wiem po co na świecie są socjolodzy i co przedstawiona nam gra miała wspólnego ze zmianą, ale na samym warsztacie czułam się przednio. Również materiały do warsztatu były bardzo starannie przygotowane. Tak, to ja w tabelce "co lubię zmieniać?" napisałam "partnerów". Naprawdę nie mogłam się powstrzymać, w końcu była to trzecia myśl jaka przyszła mi do głowy po przeczytaniu tego pytania.

Wróćmy zatem na salę wykładową. Sesja 2 zaczęła się odtworzeniem absurdalnego i słabego TEDTalka na temat sprzedaży próbek DNA artystów. Ważne pytania padły na koniec, a ja bym oczekiwała próby udzielenia na nie odpowiedzi w trakcie wykładu. Potem niestety na scenę wszedł Bogusz Parzyszek i wcale nie było lepiej. Poza wypracowanymi mięśniami nie miał do zaprezentowania nic rozsądnego. Opowiadał o organizacji przestrzeni biurowej (znaczy o dizajnie) i o tym jak wstawił koniki do jakiegoś warszawskiego biura. Jeżdżenie na koniku zmienia perspektywę i takie tam. A mógł po prostu powiedzieć, że boksy w open-space są brzydkie i że każdym powinien mieć własny kawałek biurka. Wtedy odpowiedziałby na moje potrzeby (przez 5 lat pracowałam w przestrzeni, gdzie nie miałam swojego krzesła ani biurka, a pisania miałam całkiem sporo). Jak myślicie, ilu ludzi jest w Polsce więcej, chcących jeździć w pracy na konikach czy chcących mieć własne miejsce do siedzenia przy stole w pracy? Potem był Kamil Baj opiekujący się pszczołami, któremu ktoś kazał zacząć wypowiedź od mówienia o "rodzinach" bez wspominania o tym, że to rodziny pszczół. Raczej się domyśliliśmy po pierwszych słowach i nie było zaskoczenia. Sam wykład mnie uśpił (dosłownie!), więc Wam za dużo nie powiem. Jeśli chcecie zobaczyć wypasione pszczoły, obejrzyjcie s04e17 "Arrowa". Następny wykład w sesji był z kolei jednym z lepszych na konferencji. Aleksandra Zaprutko-Janicka mówiła o tym, jak doświadczenia głodu w rodzinie wpływają na nasze preferencje pokarmowe, robienie zapasów, niechęć do jedzenia brukwi. Fajny, czytelny wykład z jasnym przekazem. Nie wiem czy autorka miała tego świadomość, ale wpisywał się on idealnie w myślenie Bowena o nurcie międzypokoleniowym terapii systemowej. Potem mówiła prof. Magdalena Fikus, mówiła w przystępny sposób o genetyce. O tej dziedzinie akurat wiem na tyle dużo, że nie zaskoczyła mnie niczym, ale publiczność wyraźnie zaskoczyła, wywołała salwy śmiechu. Podobało mi się jak nawiązywała do wypowiedzi poprzednich prelegentów. Nie mogła się przecież tego nauczyć od trenera pracującego z prelegentami przed konferencją. Po niej mówiła Anna Wysocka poświęcona idei organizowania małych koncertów w prywatnych przestrzeniach, np. w domu. Kompletnie nie moja bajka, ale znam ludzi, którym by się to podobało. Bezpośrednio po niej wystąpił Josh Savage i to naprawdę było godne uwagi. Pan zdobył szereg zasłużonych nagród za muzykę, którą tworzy. Jeśli będziecie mieli okazję, koniecznie obejrzyjcie jego występ. Może w prywatnej przestrzeni? ;)

Sesję 3 otworzyła transmisja wykładu o nieustannym rozwoju człowieka. Oglądałam go wcześniej, wy też możecie. Bardzo podobało mi się to, co mówiła Agacello i historia jej popularności. Jakoś tak się dzieje, że najbardziej na TEDx poruszają mnie historie artystów, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia. W największym skrócie, Agnieszka Teodorowska mówiła o swojej ciężkiej pracy, wielu latach ćwiczeń gry na wiolonczeli, przeszkodach, które znikają kiedy tylko człowiek odważy się na improwizację. Robię coś podobnego we własnym życiu teraz, mam nadzieję, że osiągnę podobne sukcesy. Ciekawe rzeczy mówił też Maciej Sopyło, który w więzieniach prowadzi redakcje gazet. Umiał przekonująco uzasadnić, dlaczego to robi, chce ćwiczyć u więźniów umiejętności społeczne, kreatywność, umiejętność pracy w zespole, wiarę w siebie. Weźmy pod uwagę, że to służba więzienna selekcjonuje mu uczestników warsztatów, ale idea i tak fajna. Po nim w sesji uczestniczyła Ewa Jarczewska-Gerc, pani psycholog, która wyszła na scenę mając na głowie absurdalne okulary. Cały wykład zastanawiałam się jaki ma powód do takiej stylizacji. Tylko wówczas by się ona broniła. Niestety, pani nic ciekawego z okularami nie zrobiła, a i treść wykładu była oczywista do bólu. Jak sobie wyobrażamy, że już osiągnęliśmy sukces to nam się nie udaje, a jak skupiamy się na procesie dochodzenia do celu, to szansa na sukces jest większa. Nie wiedzieliście? ;)

Czekam z niecierpliwością na kolejne edycje TEDx Warsaw.

Tagi: przygoda TEDx
11:28, wildfemale
Link Dodaj komentarz »