RSS
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Ludzie maile piszą

Czy w dobie messengerów w sieciach społecznościowych piszecie jeszcze maile? Zdarzyło mi się być na konferencji, która była promowana wyłącznie przez media społecznościowe. O takich wydarzeniach nie wiem nic o ile nie jestem osobiście zaproszona. Sprawdzam swoją skrzynkę mailową codziennie. To znaczy tę główną sprawdzam codziennie, jej adres figuruje w moim CV i mają go pracodawcy. Poza tym posiadam jeszcze kilka skrzynek, czasem z tego powodu, że ktoś założył mi adres w jakiejś domenie, a czasem dlatego, że nie chciałam się podpisywać własnym nazwiskiem. Inny mam adres dla kochanków, inny dla spamu i rejestrowania się w różnych niedorzecznych miejscach.

Pierwsze konto mailowe założyłam kiedy poszłam na studia, czyli kilkanaście lat temu. Na uczelni były komputery z dostępem do internetu. W domu nie miałam sieci przez pierwsze kilka lat nauki, a kiedy potrzebowałam skorzystać z jakichś materiałów online, to zgrywałam je na... dyskietki. Chodzi o te małe czarne. Kiedy miałam obejrzeć jakieś zdjęcia, a tego wymagały moje studia, to przynosiłam do domu całe pudełko dyskietek, bo na jednej by mi się nie zmieściło, a plusem była możliwość wielokrotnego nagrywania. Nie miałam wtedy jeszcze pendrive'a, a rodzice jakoś bali się zainstalować mi w domu internet. Może przewidzieli tych kochanków? ;)

Przypominam sobie jakąś wirtualną znajomość, która ciągnęła się mailowo kilka lat. Ta dziewczyna w końcu zaczęła się zastanawiać dlaczego nigdy nie piszę do niej w weekend, a tymczasem ja w te dni po prostu nie bywałam w czytelni. Pisałyśmy do siebie prawie codziennie, wymieniłyśmy się numerami telefonów, tak długo ciągnęłyśmy to wirtualnie, że potem bardzo trudno było się spotkać w rzeczywistości. Tak psychologicznie trudno. Kilkanaście lat temu korespondowałam z lubianymi wówczas redaktorami radiowymi, uroczo dodając na końcu swój adres mailowy i przesuwając "z poważaniem" na prawą stronę. To dopiero pokazuje jak bardzo nowe było dla mnie to medium. Co ciekawe, od początku swojej przygody z pocztą elektroniczną starałam się nawiązać współpracę z redakacjami, które opublikowałyby moje teksty. Bardzo szybko pojawia się także korespondencja związana z działalnością w kołach naukowych.

Są też jakieś listy od kolegów z grup studenckich, raczej formalne niż ciepłe. Może to dlatego, że często te grupy zmieniałam, a może dlatego, że nawet gdybym nie zmieniała, to nikt mnie specjalnie nie lubił. Oczywiście nie sposób streścić kilkunastu tysięcy maili zachowanych w pamięci mojej głównej skrzynki, ale sam fakt udokumentowania w ten sposób mnie samej z tamtych lat budzi jednocześnie nostalgię i przerażenie. Z jednej strony miło mi jest mieć do tego dostęp, z drugiej obawiam się, że dostęp ten będzie miał ktoś jeszcze, a nawet cała sfora ktosiów niekoniecznie dla mnie życzliwych. Kiedyś wykorzystywałam mail do nawiązywania nowych kontaktów, np. ze znanymi osobami (działało jak złoto!), dziś raczej podtrzymuję więzi nawiązane w realu.

Po kilku latach używania skrzynki maile zdecydowanie się zagęszczają, trafiłam nawet na ślad rejestracji podczas rekrutacji na kolejne studia. Pamiętam, że byłam taka szczęśliwa, że się rozstałam. Energia rozpierała mnie przez cały pierwszy rok studiów. Boję się wertować dalej, bo przypominam sobie, że pewnie za kilka stron będą maile od nieuczciwego człowieka, który nękał mnie i groził zniszczeniem kariery.  Gdzieś też powinien być taki mail, który można było wysłać do samej siebie z poleceniem dostarczenia za rok - list od ciebie z przeszłości. Nie mogę go teraz odszukać, ale pamiętam, że byłam wzruszona ciepłem, jakie sama sobie okazuję. Jednocześnie przygnębiona, że nie spełniła się absolutnie żadna z rzeczy, których sama sobie życzę.

Wertuję kolejne strony listów i mimowolnie staram się oszacować ile czasu kosztowało ich napisanie, a potem przeczytanie. Znajduję dowody mojego pierwszego poważnego zlecenia na tłumaczenie sprzed kilku lat. Byłam wtedy taka dumna. W ostatnich latach dopiero pojawiają się listy, których nigdy nie otworzyłam, ale jednocześnie też nie wrzuciłam do spamu. Uzbierało się ich prawie 3 tysiące i orientuję się, że do nich na pewno nigdy nie wrócę. Jednocześnie w ostatnich latach zagęszcza się korespondencja związana z udziałami w konferencjach. Najpierw polskimi, studenckimi, teraz coraz częściej międzynarodowymi. Prawdziwie dorosłe życie przyniosło też faktury w PDF.

Bałam się to przejrzeć. Bałam się, że nie zaakceptuję dawnej mnie, albo że będę zażenowana. Jeszcze bardziej bałam się, że odkryję, że nic się tak naprawdę nie zmieniło i w przeszłości byłam tak samo beznadziejna jak teraz. Zastanawialiście się kiedyś co mówi o Was skrzynka mailowa?

01:18, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 kwietnia 2017
Jestem jak rekin

Podobno jak rekin nie płynie to ginie. Ci właściciele paszcz pełnych ostrych zębisk nie posiadają pęcherza pławnego, więc kiedy pozostają bez ruchu to idą na dno. Okazuje się, że ja mam podobnie i aktywność mi służy. Jednocześnie mam ogromne poczucie winy, że zaniedbałam blog, nie poczyniłam ani jednego wpisu w lutym, ani w marcu. Myślałam o Was, a z przyjemnością odkrywam, że w skali tygodnia zagląda tu kilka tysięcy osób mimo mojego braku aktywności. Obiecuję się poprawić, zwłaszcza że w tym pędzie naprawdę nie mam z kim się podzielić własnymi refleksjami i potem dzielę się nimi z zupełnie przypadkowymi osobami. A warto przecież z Wami.

Przez ostatnie miesiące praktycznie nie mam czasu wolnego, bo nawet weekendy wypełniają mi szkolenia, konferencje, czy studia podyplomowe. Miłe to, ale i męczące. W pracy tak jak była posucha i nic ciekawego się nie działo, tak teraz nie mogę się odgonić od ofert i naprawdę ciekawych zleceń. Daje mi to dużo satysfakcji i stwarza okazje do rozwoju, nauki nowych rzeczy. Już nie wspomnę o okazjonalnych głaskach, które przydarzyły mi się kiedy coś wykonałam dobrze. Kilkanaście dni temu niespodziewanie poproszono mnie o przeprowadzenie dużego wykładu, wkrótce potem ktoś inny poprosił bym napisała obszerną recenzję, a następny zlecił mi napisanie tekstów na temat, z zakresu którego jestem ekspertem. Co dziwne, nie czułam zmęczenia, a raczej przyjemne podekscytowanie, które pozwoliło mi nawet w wolnych chwilach poczytać ciekawą beletrystykę i tak zostałam fanką Elsberga. Myślę, że nie bez przyczyny trafiła do mnie literatura napisana wartkim językiem i z szybką akcją. Kilka dni temu dowiedziałam się również, że zaproszono mnie na zagraniczny kongres.

Martwi mnie jedynie to, że nie mam w tym wszystkim czasu na ćwiczenia i moja kondycja fizyczna słabnie. W tym kontekście nie posiadanie auta staje się błogosławieństwem, bo zapewnia mi przynajmniej godzinę chodu codziennie. Z powodu częstego przemieszczania się w ciągu jednego dnia między kilkoma instytucjami nie używałam jeszcze w tym sezonie hulajnogi, choć dzieciaki na ulicach już dawno dojeżdżają tym do szkoły. Nie mogę schudnąć, a wręcz stale czuję głód. Aż się prosi o psychodynamiczną interpretację.

Wraz z przybywaniem lat, rozwinęłam potrzebę dbania o siebie. Mam ochotę zmienić fryzurę, bo od lat mam taką samą i czuję się z nią nieatrakcyjna. Zastanawiam się, jak wybrać nową, a co ważniejsze, jak przedstawić fryzjerowi/fryzjerce tę wizję na tyle skutecznie, że cięcia nie trzeba będzie poprawiać. Nasłuchałam się dramatycznych historii i teraz się boję. Już nie mówiąc o tym, że jestem kobietą, która naprawdę nigdy nie była u kosmetyczki. Ja nie mówię o zabiegach chirurgii plastycznej, a zwykłej wizycie w gabinecie kosmetycznym. Kiedy wchodzę na strony takich salonów, kompletnie nie jestem w stanie zrozumieć terminologii zawartej w cenniku. Zaczęło mnie także uwierać, że nie znam się na makijażu, a chyba po raz pierwszy w życiu tak naprawdę chcę się znać (nie dlatego, że jest to ode mnie oczekiwane, ale dlatego że sama chcę). Nie nauczę się tego z Youtube'a, a na konsultacje z wizażystką jakoś tak zawsze dotrzeć nie mogę. W makijaż też trzeba by było zainwestować, a jak wczoraj dowiedziałam się ile podatku muszę dopłacić za zeszły rok to mi oko zbielało. Zupełnie niepotrzebnie skradam się też do umówienia się do kilku lekarzy specjalistów zamiast skończyć się skradać i to po prostu zrobić.

Walczę z prokrastynacją i na maile oraz SMS-y odpowiadam natychmiast. Przynosi to fantastyczne rezultaty i znakomicie ożywia kontakt. Na dłuższą metę też ujmuje mi dużo stresu, bo po udzieleniu odpowiedzi nie martwię się już co napisać, nie biją się w mojej głowie alternatywne wersje.

Powiedzcie mi proszę co u Was chociaż jednym zdaniem, bo jestem stęskniona.