RSS
sobota, 26 maja 2012
A było już tak dobrze

Wydawało mi się, że naprawdę mi się w życiu układa. To znaczy oczywiście poza tym drobnym faktem, że musiałam odłączyć gaz w domu, bo nie było mnie stać na jego opłacenie. Za to w pracy zaczęło mi się układać. Zostałam wyróżniona przez najbardziej elitarną koleżankę, która to właśnie do mnie zadzwoniła gdy nagle nie mogła przyjść do pracy (niespodziewany pogrzeb trzeciej babci) i to właśnie mnie namaściła na osobę mającą przejąć jej obowiązki. Awans społeczny trwał nadal, kiedy jeszcze inna i jeszcze bardziej elitarna starsza koleżanka poleciła mi pewne zadanie, bo ceni pewne moje kompetencje. Nie wykluczone, że otrzymywany przeze mnie szacunek miał coś wspólnego z tym, że współpracownikom nie wspominałam nic o gazie...

Wzięłam też udział w konferencji, gdzie nikt się nie zdziwił iż przyszłam w marynarce i pod krawatem. W końcu przychodzę tam od pięciu lat i, delikatnie mówiąc, nigdy nie ubierałam się zbyt kobieco. Dlaczego zatem dzieje się tak, że kiedy w życiu zawodowym poprawia mi się choćby na chwilę, to zaraz na ulicy ktoś zaczyna mnie atakować? Chód mi się jakoś zmienia? Czy może przyszło lato i ludność głupieje od piwa? Przyznaję, że nie czuję się bezpiecznie.

Przebrałam się, wsiadłam do tramwaju i już podczas kasowania biletu zorientowałam się, że stałam się obiektem zainteresowania jakichś gówniar. "A pani bez brody?" słyszę pytanie, które pewnie miało być szczytem satyry. Siedzenie cały dzień w dusznych pomieszczeniach każdemu może się uprzykrzyć, więc nic dziwnego, że w nocy nabrałam ochoty na spacer. Co z tego, kiedy banda pijanych gówniarzy zaczęła mnie zaczepiać w przejściu podziemnym, którym naprawdę musiałam przejść, choć wcale mi się to nie podobało.

No nic, wrócę sobie do tego wpisu, kiedy zacznę sobie zadawać pytanie dlaczego ograniczyłam się do internetu i nie spotykam się z żywymi ludźmi.

Tagi: ludzie
00:28, wildfemale
Link Komentarze (9) »
niedziela, 20 maja 2012
"Seks. Portrety namiętności." - recenzja

Książka ta została wydana cztery lata temu i trafiła na promocję w księgarni, którą akurat odwiedziłam. Atrakcyjna forma graficzna i wydanie na kredowym papierze skłoniły mnie do zakupu. Liczyłam na chwile rozrywki, estetycznych uniesień i szansę na rozwój własnej wyobraźni erotycznej i w zasadzie się nie zawiodłam.

Autor John Williams, pisarz i fotografik, dokonał wybory różnych dzieł (przeważnie malarskich, ale zdarzają się i rzeźby, miedzioryty a nawet komiksy) przedstawiających kolejne etapy gry miłosnej od zalotnego spojrzenia, po czułe chwile następujące po wyczerpującym seksie. Każde zdjęcie opatrzone jest podpisem, obrazy są okraszone cytatami, a wszystko to zamyka się w estetycznej formie.

Nie jestem przyzwyczajona do przeglądania albumów. Nie jestem też humanistką. Zostałam wytrenowana do przegryzania się przez podręczniki przepełnione twardymi danymi od pierwszej do ostatniej strony. Gdyby nie interesująca mnie tematyka, pewnie nigdy nie sięgnęłabym po tę książkę. Cieszę się jednak, że do tego doszło.

Z racji swojego braku doświadczenia nie wiedziałam, że malarstwo można analizować w ten sposób. Ba! Nie wiedziałam nawet, że jest tak wiele seksu w malarstwie. Analiza i interpretacja różnych tekstów kultury, w tym obrazów, kojarzy mi się z lekcjami języka polskiego w szkole, a tych nie wspominam dobrze. Tym razem z ochotą podążałam za spojrzeniami przedstawionych postaci, większego problemu nie sprawiało mi także odczytywanie symboliki. Prawdopodobnie niebagatelne znaczenie miało tez to, że tematyka wybitnie mi odpowiadała. Nie z każdą interpretacją się zgadzałam, ale doceniam erudycję autora. Treść książki zainspirowała mnie. Być może na łamach tego bloga powinnam co jakiś czas dokonywać podobnych analiz?

W moim przypadku zapoznanie się z takim albumem jest wydarzeniem zmieniającym coś w życiu. Być może pokazało mi to, że jednak posiadam wrażliwość na pewne treści, a erotyki jest w sztuce bardzo wiele, tylko właśnie na tych koszmarnych lekcjach języka polskiego nikt nam na to nie zwraca uwagi. Nie jest także wykluczone, że do pewnych rzeczy po prostu dojrzałam i inaczej patrzę nie tylko na poezję, sztukę wizualną, ale i sam seks.

Mimo pewnych niedociągnięć w składaniu tekstu książkę tą mogę polecić wszystkim dorosłym, bez względu na wiek. Do lektury szczególnie jednak zachęcam panie, bo treści w książce są subtelne, a nie wulgarne, a z takim przekazem dotyczącym seksu wciąż jeszcze rzadko się spotykamy. Nie jest tajemnicą, że atrakcyjniejszy jest często przekaz aluzyjny, a nie epatujący nagością i przechodzący do sedna nie dając nam przyjemności odkrywania ukrytych znaczeń i snucia własnych domysłów. Bez wątpienia też takie treści, choćby pośrednio, przyczyniają się do podnoszenia kultury seksualnej.

Ja zrobiłam sobie taki prezent sama. Wy możecie go zrobić osobie, którą kochacie. Wspólna lektura to także coś, czego nam często brakuje.

Tagi: książki
04:42, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 maja 2012
Porządek dziobania

Poszłam do Łazienek karmić ptaszki bułką. Właściwie to dwiema bułkami, które miałam zachachmęcone z poprzednich dni. Kaczory biły się między sobą, przyplątały się gołębie, które inteligentnie szurały mi między stopami w poszukiwaniu okruchów. Nawet jakiś szpaczek się przyplątał i tak udawał, że go nie ma, ale jednak żarł. Całe towarzystwo bało się jakiegoś gawrona (?), widać w ptasim świecie rozmiar ma znaczenie (nie ma to jak błyskotliwy dowcip blogerki, prawda? ;)). Przyszła jakaś śliczna kaczka, której nazwy nie znam. Nawet paw obejrzał mnie z bliska, ale chleba nie chciał. Ba! Nawet jakaś zakochana para robiła sobie ze mną zdjęcie. to znaczy z ptaszkami. Wizyta w parku, wdychanie zapachu wilgotnej ściółki, dyszenie podczas drogi pod górkę - wszystko to dało mi dużo radości. A karmienie ptaszków pokazało mi, że w świecie zwierząt, jak w świecie ludzi, jest pewna hierarchia - porządek dziobania. Tylko czemu ja zawsze czuję się na końcu tego łańcuszka?

Skoro dziś czuję się tak beznadziejnie, to marne są szanse na to, że kiedykolwiek się to zmieni. Przebywam poza domem, odpoczywam od pracy, ale... świat jest mały. Dziś na ulicy zahaczyła mnie młoda dziewczyna. Oczywiście z twarzy podobna do nikogo. Zaczyna mi trajlować, że kojarzy mnie z mojego miasta, interesuje się gdzie pracuję. Ja delikatnie pytam czy i skąd powinnam ją kojarzyć (doprawdy wirtuozeria inteligencji społecznej!), a ona mi: "Niee, raczej mnie pani znikąd nie kojarzy." (szlag! szlag!). Potem pyta po co przyjechałam, jak się mają moje sprawy zawodowe. A ja jej... posłusznie odpowiadam, coraz bardziej wściekła na siebie. Prawdopodobnie nikt mnie jeszcze nie nauczył tego, że mogę odmówić odpowiedzi jeśli z jakimś pytaniem czuję się niekomfortowo lub że mogę po prostu poinformować wprost, że takie odpytywanie mi nie odpowiada. Ale ja się tego widać jeszcze nie nauczyłam i dlatego teraz pewna panna maszeruje Warszawą bardzo pewna siebie, a ja się kiszę we własnej złości na siebie...

Myślicie, że następnym razem będę mądrzejsza?

środa, 16 maja 2012
Nie ma mnie w pracy

Istnieje przekonanie, że kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, przynoszą pracę do domu. Robią to w takim sensie, że nawet już po wyjściu z pracy wciąż potrafią się zastanawiać, czy aby zrobiły wszystko jak należy, odpowiedziały komuś jak należy, czy aby Jolka nie gniewa się, czy skoro szef źle spojrzał to coś znaczy etc. Nie wiem czy różnice te są tak ściśle sprzężone z płcią jak się to powszechnie uważa, ale mnie takie przeżywanie dotyczy.

Inwestuję w siebie, szkolę się, podjęłam kolejne studia podyplomowe. Lubię to, zawsze lubiłam się uczyć. Jednak niedawno zauważyłam, że moje wyjazdy dają mi coś jeszcze poza wiedzą merytoryczną. Dostrzegłam, że cieszę się również dlatego, że w ich czasie nie przebywam w pracy. Nie zrozumcie mnie źle, bardzo lubię swoją pracę, ale oczywiście nie jest ona idealna. Być może nadmiernie się wikłam w relacje w pracy? Może widzę więcej niż inni, albo wręcz przeciwnie – za mało?

Serdecznie wkurza mnie to, że w mojej pracy jest jakaś moda na licytowanie się komu bardziej podoba się jakaś trudna sytuacja. U mnie w pracy, przynajmniej na deklaratywnym poziomie, nie zdarza się by coś kogoś zdenerwowało. To znaczy mnie denerwuje i wówczas mówię o tym wprost, ale ludzie na mnie dziwnie patrzą. Naturalnie zdarza się czasem również, że i mnie coś cieszy. Od tego wszystkiego sobie teraz odpoczywam, co też mnie oczywiście cieszy.

Najwyraźniej wciąż brakuje mi inteligencji społecznej, skoro nie rozumiem co ugryzło koleżankę, która raptem odnosi się do mnie opryskliwie, a jednocześnie słodzi koledze, co do którego zarzekała się, że w życiu z nim nic wspólnie nie będzie robiła (już wtedy jej nie wierzyłam). Choć obiecałam sobie, że nie będę się tym przejmować (jeśli coś się dzieje, to niech powie wprost), to najwyraźniej jakoś to we mnie pracuje skoro tu o tym wspominam.

Zastanawiałam się, dlaczego nie cieszy mnie widok ludzi z pracy spotykanych w kontekście pozapracowym, ale chyba znalazłam odpowiedź. Po prostu przypominają mi o pracy. I teraz zastanawiam się, czy to ja mam jakąś szczególną właściwość dostrzegania rzeczy, które nikogo innego nie obchodzą, czy może wszyscy wokół są szczęśliwi, a ja ma zbyt wysokie oczekiwania.

Póki co cieszę się chwilami niebycia w pracy i pocieszam przeglądaniem nowego albumu o seksie;)

18:26, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 maja 2012
Świadomość własnego ciała

Podejrzewam, że każdy z nas ma jakieś marzenia z dzieciństwa, które nie zostały spełnione. Nie jest to mój pogląd potwierdzony jakimiś badaniami, ale wyrażam takie podejrzenie. Ja w każdym razie mam takie marzenia. Jakiś czas temu pisałam tutaj o tym, że zawsze chciałam zjeść watę cukrową i w końcu to zrobiłam. Marzenia takie, w moim odczuciu, rzadko kiedy wynikają ze zwyczajnego „chcę i już”. Podejrzewam, że gdyby tak było, to nie nieślibyśmy ich w dorosłość i nie przechowywali tak pieczołowicie w pamięci. Mało ważne marzenia prawdopodobnie rozbijają się w pył i z biegiem lat dochodzimy do wniosku, że tak naprawdę to wcale nie są naszymi marzeniami, zaś te naprawdę ważne powracają uporczywie i domagają się realizacji. Początkowo szepczą, a potem krzyczą „wybierz mnie”, „musisz mnie spełnić, bo…”. No właśnie, bo co?

Takie marzenia wydają się symbolizować coś więcej. Zjedzenie waty cukrowej nie miało przecież na celu zwyczajnego podwyższenia sobie glikemii. Zapewniam, że bez większego zastanowienia jestem w stanie wymienić co najmniej kilkanaście przyjemniejszych sposobów na dokonanie tego. Wata cukrowa symbolizowała raczej, to co w dzieciństwie było zakazane, niezdrowe, złe choćby wszystkie inne dzieci się tym zajadały (lub tylko tak mi się wydawało). Po jednej próbie ochota mi przeszła, a marzenie wreszcie doczekało się zaspokojenia, realizacji. W końcu udowodniłam sobie, że mogę nie słuchać zakazów narzuconych mi przez kogoś, a stanowić własne normy.

Podobnym marzeniem było przejechanie się na mechanicznym byku, jakie spotyka się w miasteczkach westernowych. Należy usiąść na plastikowej atrapie, a po jej włączeniu jak najdłużej utrzymać się na grzbiecie. Marzenie to, choć dziecięce w naturze, musiało się u mnie pojawić znacznie później. Nie przypominam sobie takich byków ze swoich szczenięcych lat. Wydaje mi się, że po raz pierwszy zobaczyłam takie ustrojstwo w telewizji. Nie ulegało jednak wątpliwości, że taki byk to coś zakazanego. Mamusia w życiu by się nie zgodziła, żebym wsiadła na coś tak niebezpiecznego (może tandetny? może będzie awaria? może coś innego?), niepraktycznego (po co ci to? co z tego wynika? rozsądny człowiek by na to nie wsiadł) i ogólnie wstydliwego (a tam, będziesz się głupotami zajmować). Ja wiem, że strasznie komplikuję, wiem, że większości z Was w życiu by taki tok myślenia do głowy nie przyszedł, że kiedy to czytacie to jedna połowa już zdążyła opuścić moją stronę, a druga właśnie siedzi na grzbiecie takiego byka i cieszy tym… Zdaję sobie z tego sprawę, ale chcę byście doświadczyli jak bardzo ja potrafiłam się zadręczać, utrudniać sobie życie i jak bardzo jestem uwikłana w rodzicielskie zakazy.

Dwa dni temu przydarzyła mi się rzecz niesamowita. Za oknami miejsca, w którym nocowałam pojawił się… taki byk. Z okazji juwenaliów studenci zorganizowali koncert oraz rywalizację międzyakademikową. Oprócz budek z piwem wyrósł też byk. Uznałam to za znak, ale nie znaczy to, że wyzbyłam się wątpliwości. Urządzenie obeszłam trzy razy, przyjrzałam się zabezpieczeniu, rozejrzałam czy obok nie stoi karetka (stała – uff!), zlustrowałam pana obsługującego sprzęt. Jak na złość wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie. Jak na złość nie było nawet tłoku czy kolejki. Jak na złość nie wymagano opłaty. Nie mogłam znaleźć żadnego usprawiedliwienia.

Zdjęłam buty i zdecydowałam się na byku usiąść. Wcześniej już obmyśliłam jak będę się trzymać. Nie spodziewałam się tylko, że byk będzie taki szeroki. Przypomniało mi się, że w starożytnym Egipcie nagie kobiety ujeżdżały byka by zwalczyć problemy z zajściem w ciążę. Skojarzyłam sobie, że byk to taki silny męski symbol. Na grzbiecie wytrzymałam 25 sekund. Byk szarpał i wierzgał, a każda sekunda rozciągała się w nieskończoność, miałam zatem całkiem sporo czasu na cieszenie się wolnością, wyzwoleniem spod kolejnych zakazów i nabywaniem własnej siły. W końcu stało się przewidywalne i spadłam na ziemię.

Wszystkim tym, którzy jeszcze tego nie robili, muszę wyjaśnić, że po zejściu człowiek czuje się bardzo dziwnie. Prawdę powiedziawszy to szłam na miękkich nogach i bardzo szybko pomyślałam sobie, że będę miała zakwasy (mam, w przywodzicielach, bo to one głównie pracowały). Po powrocie do domu zlałam sobie uda i kolana lodowatym prysznicem. Nie miałam lodu, a podejrzewałam, że za chwilę pojawią się siniaki, w miejscach, w których najbardziej uderzyłam się w plastik. Nie wiem czy mam małą krzepliwość, czy po prostu za mało zahartowaną skórę.

To, co ukazało się moim oczom po godzinie sprawiło, że prawie zemdlałam. W okolicy prawego kolana mam ogromny krwiak. Musiało się tam wylać sporo krwi, czekam tylko na zmianę kolorów. Fagocyty pewnie się podławiły resztkami martwych krwinek. Zamieniam teraz tylko zimne okłady na altacetowe. Sytuację pogarsza fakt, że jestem poza domem i nie czuję się bezpiecznie w razie trwałej kontuzji. Można by powiedzieć, że płacę zdrowiem za własną głupotę, ale z jakichś niejasnych względów i tak jestem szczęśliwa, że zmierzyłam się z tą bestią, czyli zakazami we własnej głowie.

25 sekund przejażdżki uświadomiło mi także, jak słabą świadomość własnego ciała mam. Nie wiedziałam, że jestem tak krucha. Myślałam, że przetrzymam. Nie przyszło mi do głowy, że mogę się tak posiniaczyć. Teraz wiem o sobie więcej, a za naukę zawsze się płaci. Nie czuję potrzeby powtarzania tego doświadczenia, ale cieszę się, że się na to zdecydowałam.

niedziela, 06 maja 2012
Stronniczy przegląd gier

Przerzuciłam się na Androida 2.3.5. Przynajmniej na chwilę. Dlatego dzisiejsze gry są dostępne tylko na Androida. Zatem gratka dla posiadaczy smartfonów z tym oprogramowaniem. Pokusiłam się o zrecenzowanie kilku gier, z którymi ostatnio spędzam najwięcej czasu.

Samurai vs Zombies Defense

Tytuł gry mówi wszystko. Koncepcja jest oklepana, ale wciąż skuteczna. Naszym zadaniem jest wybić wszystkie zombie, które wychodzą z naelektryzowanej dziury i ciągną jak dzikie do świętej bramy. Po co i dlaczego tego autorzy nie wyjaśniają, ale i tak zabawy przy tym jest co nie miara.

Po uruchomieniu wita nas powyższy ekran tytułowy i jeśli jeszcze z same nazwy gry tego nie wywnioskowaliśmy, to już na tym etapie zyskujemy pewność, że przypadnie nam w udziale wcielanie się w rolę samuraja. A podczas gry trup ściele się gęsto. Warto zbierać z pola walki monety, za które można ulepszyć swoją broń i parametry wzywanych na pole walki pomocników.

Gra liczy 50 poziomów. Posiadam ją od kilku tygodni i w tym czasie zaszło wiele zmian. Wadą gry było to, że niespodziewanie wieszała się. Mnie zdarzyło się coś takiego po dojściu do ostatniego poziomu i musiałam ją instalować jeszcze raz. Oczywiście wszystkie postępy straciłam, co było dużym minusem. Wadą, której do tej pory nie skorygowano jest też to, że w grze nie można wyłączyć dźwięku. Jest on bardzo dopracowany, podobnie jak grafika, jednak niektóre okoliczności wymagają możliwości wyłączenia dźwięku w grze. Na przykład nie pogracie sobie jednocześnie słuchając muzyki. Po ekranie poruszamy się dotykając jego prawej lub lewej krawędzi. Samuraj atakuje automatycznie dobywając katany lub strzelając z łuku. Po zabiciu ostatniego bossa zostajemy nagrodzeni:

Niestety, wbrew temu co piszą internauci, po przejściu całej gry nie będzie możliwości grania w wybrane poziomy. Gra raczej zacznie się od samego początku i tym razem po jej przejściu nie dostaniemy już takich sutych nagród. A szkoda.

Grę bardzo polecam, bo jest dopracowana wizualnie i spójna stylistycznie. Jest to propozycja raczej dla cierpliwych graczy. Dostępna jest za darmo w Sklepie Play (dawniej Android Market).

Blood and Glory

Ta gra występuje w dwóch wersjach. Jej tytuł z oznaczeniem (NR) jest wersją z hektolitrami krwi, ale i tak możemy je wyłączyć w menu. Gra jest bardzo, bardzo atrakcyjna dla oka i ma ciekawe intro. Po jej uruchomieniu naszym oczom ukazuje się mało atrakcyjny skrin z kolejnymi turniejami, które należy przejść.

Jest ich całkiem sporo, tylko ekran trzeba przewinąć do dołu. Nie jest to intuicyjne i minęło troszkę czasu zanim na to wpadłam. Dzięki wygranym w turniejach zdobywamy pieniądze, które można przeznaczy na nową broń, tarczę i zbroję i... wygrywać kolejne turnieje.

Każdy z przeciwników jest opisany i przed starciem buńczucznie się prezentuje wygłaszając łacińską sentencję. Niestety, zdania te nie mają wiele sensu. Głośność dźwięku można oczywiście regulować. Warto się także nauczyć sekwencji ruchów, które zapewniają specjalnie, silniejsze, uderzenia stanowiące pewną drogę do zwycięstwa. Wszystko opisane jest w menu, a przed przystąpieniem do gry trzeba przejść tutorial. Gra naprawdę wiele uczy o fechtunku.

Możemy stosować uniki, zasłaniać się tarczą, a nawet wypijać magiczne napoje przywracające siłę. Gra co jakiś czas oferuje promocje lub darmowe podarunki dla graczy, o czym będziemy informowani podczas połączenia z siecią. Wadę stanowi tylko fakt, że wskutek częstych aktualizacji niejednokrotnie nie jest możliwe granie offline, ponieważ gra przed rozpoczęciem żąda połączenia z siecią i ściągnięcia załącznika o masie 1,5 MB. Polecam wszystkim entuzjastom starć na arenie. Niech tłumy wiwatują.

Farm Invasion

Gra ta jest już dostępna od dłuższego czasu, ale dopiero dziś pokusiłam się, by ją wypróbować. Wydaje się ona być przeznaczona raczej dla młodszych graczy. Może tez drażnić to, że jest na wskroś amerykańska. Poruszamy się kombajnem, zbieramy nim kolby kukurydzy i płoszymy ufoludki, które akurat gustują w popcornie. Nie zapomnijcie wyposażyć swojego pojazdu w amerykańską chorągiewkę. Taki atrybut również pomaga w walce. Przynajmniej tak uznali twórcy gry.

Jak widać wyżej gra jest przyjemna graficznie i łatwa w sterowaniu. Jednym kciukiem zmieniamy pasy, a drugim strzelamy lub wywołujemy przyspieszenie. Straszy jednak szpetny pasek reklam u góry i dla mnie jest to znaczny minus. Gra wciąga, czekają na nas kolejne wyzwania oraz różne rodzaje broni, które można upgrade'ować za pieniądze ze zbiorów.

Gra jest po angielsku, ale zrozumiała jest intuicyjnie. Polecam Waszym dzieciom.

Tagi: gra
22:07, wildfemale
Link Dodaj komentarz »