RSS
wtorek, 28 maja 2013
Czy z drugim człowiekiem można być naprawdę blisko?

Jak większość dojrzałych ludzi mam potrzebę bycia w bliskiej, symetrycznej relacji. Symetrycznej, czyli takiej, w której zachodzi wymiana. Jeden z partnerów nie jest bankomatem/ terapeutą/ trofeum/ mechanikiem/ kucharzem dla drugiego. W zasadzie gdyby był, to przestawałoby go to czynić partnerem. Zamiast tego w relacji takiej zachodzi wymiana: przysług, usług, obowiązków, ale także wymiana duchowa czy intelektualna. W symetrycznej relacji partnerzy są w stanie spotkać się, czyli także zrozumieć i aktywnie na to odpowiedzieć, na wielu płaszczyznach, porozmawiać o swoich wartościach, filozofii życia, planach na przyszłość, tym ci jest dla nich najważniejsze na świecie, a co mniej ważne i w związku z tym są gotowi pójść na ustępstwa, o swoich silnych ale i słabych stronach, o tym co w sobie lubią i czego nie lubią, że są wielce szczęśliwi, albo właśnie bardzo smutni. I tak dalej. Wydaje mi się, że macie już pojęcie o czym mówię.

I tutaj w mojej głowie zrodziło się bardzo, ale to bardzo istotne pytanie. Czy zdarzyło się Wam mieć w życiu takie relacje? Mam na myśli relacje przyjacielskie lub romantyczne. Z definicji wydają się one być fenomenem bardzo rzadkim, ale czy w ogóle w naturze występują? Średnio raz na rok oglądam telewizję, taka (chwilowa!) sytuacja miała miejsce niedawno. W wątku filmu pojawiła się kobieta bardzo spiesząca się do swojego ukochanego. Ponieważ miała ona trudności w przeprawie do Irlandii, napotkała mężczyznę mającego jej w tej podróży pomóc. Pewnego dnia on spytał ją jaki jest ten jej cały narzeczony. Odpowiedziała: "On... jest kardiologiem." i to było całe jej podsumowanie czteroletniej relacji z człowiekiem, za którego pragnęła wyjść. Jak ten związek ma trwać, skoro widziała tylko jego profesję i to w jego zawodzie/ prestiżu najwyraźniej się "zakochała"?

Według mojej obserwacji takie sytuacje mają miejsce nader często. "A może ja się zakochałam w jego zakochaniu we mnie?" zadają sobie pytanie kobiety po dwudziestu latach małżeństwa. Studentki z miejsca zakochują się w profesorach mimo różnicy wieku i doświadczeń życiowych. Czy naprawdę znają obiekt swoich westchnień, czy tak naprawdę znajdują w Bogu ducha winnej "ofierze" archetyp ojca-opiekuna? Czy jeśli stworzy się z tego związek, to mają oni okazję na równi porozmawiać o swoich potrzebach, czy też raczej to ona ma poczucie, że pana Boga za nogi złapała i sens życia znajduje w robieniu mu kanapek do pracy i cerowaniu jego zapoconych (fun fact: naukowcy pocą się jak każdy inny człowiek) profesorskich gaci?

Kiedy pacjent zakochuje się w lekarce tak bardzo, że gdy ją widzi to aż go skręca to czy kocha naprawdę tą kobietę, czy raczej autorytet ubrany w fartuch? Czy chce jej coś zaoferować, czy raczej sądzi, że wiążąc się z nią zawsze znajdzie opiekę i wdzięczną słuchaczkę, a naczelną motywacją jest dla niego niezaspokojona potrzeba bezpieczeństwa? Gdy pacjent zakochuje się w psychoterapeucie, bo tyle już mu powierzył i takie ma do niego zaufanie, to czy naprawdę ma w sobie gotowość na to, że i ten terapeuta czasem, jak każdy człowiek, potrzebuje opieki i wysłuchania? Pomijając fakt, że etyka zawodowa nie pozwala dydaktykom, lekarzom czy psychoterapeutom wiązać się ze swoimi pacjentami, to mam poważne wątpliwości co do tego, czy związek taki na dłuższą metę byłby w stanie przetrwać. Przetrwać na zasadach opisanych powyżej, przy założeniu, że każdy ma potrzebę takiej wymiany w relacji, ciągłego rozwijania tej relacji i swojego rozwoju osobistego dzięki niej.

No właśnie, czy naprawdę każdy ma tak wyrafinowane potrzeby duchowe czy to ja mieszczę się w jakiejś ekskluzywnej, mniejszościowej frakcji? Czasem wydaje mi się, że ludzie są ze sobą bo tak wypada, bo rodzice krzywo patrzyli, żeby koledzy byli zazdrośni, albo żeby spłodzić dziecko, bo wreszcie będzie ktoś, kto nas będzie kochał. Jeśli akurat kochać nie zechce, to zawsze można to dziecko zaszantażować. Kiedyś na ulicy mimowolnie podsłuchałam rozmowę, w której młody człowiek zwierzał się dziewczynie, że trzyma się blisko Staszka, bo mama tamtego jest prokuratorem. Zawsze warto znać kogoś takiego. Tylko, czy rzeczony Staszek został poinformowany, że widzianego przeze mnie delikwenta wcale nie interesuje on jako Staszek właściwy, tylko raczej Staszek-syn prokurator?

Niektóre kobiety nie potrzebują mężczyzny-dopełnienia, rozwijającego je partnera ubogacającego życie swoją męska perspektywą, tylko raczej mężczyzny - żeby wszyscy widzieli, że z facetem do kościoła przyszłam. Nie stawiają im absolutnie żadnych wymagań, nie mają oczekiwań (no może z wyjątkiem tego, że dobrze by było żeby on spodnie nosił), a jedynie panicznie się boją, że on może odejść od innej. Więc co robią? Kanapki do pracy i pranie zapoconych (fun fact2: nie-naukowiec poci się jak przeciętny profesor) gaci! Może przepis na idealną, trwałą relację wcale nie opiera się na głębi kontaktu czy mistycznych wymianach, a raczej na zasłyszanej od pewnej kobiety maksymie "on nigdy nic do mnie nie mówił, a ja nie pytałam". Państwo przeżyli ze sobą dziesięciolecia, choć dociec nie mogłam co ich w sobie urzekło, zafascynowało. Może po prostu nigdy tej fascynacji nie było i nie każdy jej potrzebuje.

Ostatnio miałam całą serię kontaktów, w których druga strona oczekiwała raczej swego rodzaju opieki czy usługi, a nie partnerskiej relacji. Dlatego z autentyczną ciekawością chcę Was zapytać, czy: 1) macie w ogóle potrzebę takich relacji, jakie tu opisuję?, 2) zdarzają się Wam takie trwałe kontakty?, 3) jesteście może w związku zbudowanym na takich wartościach?

sobota, 25 maja 2013
Kto wychodzi z domu temu Pan Bóg daje

Ostatnio z dobrym skutkiem realizuję plan wychodzenia z domu. Szczególnie mile wspominam wczorajszy dzień. Bardzo chciałam się nim podzielić już wczoraj jednak powróciłam do domu tak zmęczona, że natychmiast padłam. Nawet codzienna dawkę zombiaków w Samurai vs  Zombies Defense 2 tłukłam jakoś bez przekonania na dobranoc (ale wytłukłam!).

Wczoraj biegałam z jednego miejsca na drugie. Bieganie w garniturze ssie ;) Byłam za to zwolniona z obowiązku przygotowywania sobie jedzenia. W zamian za to korzystałam z cateringu. Dodatkową atrakcją było korzystanie z niego w miłym towarzystwie. Wciąż dużym zaskoczeniem jest dla mnie to, że ludzie mają ochotę ze mną rozmawiać. Niektórzy to nawet na "ty" koniecznie przejść chcieli, do czego odniosłam się jednak z dużą rezerwą. Spotkałam wiele osób od dawna nie widzianych, które to w znakomitej większości uśmiechały się na mój widok, chciały się dowiedzieć co u mnie. Cholera! Nie wiedziałam, że jestem tak popularna w swoim środowisku! Nie wiem czy powinno mnie to cieszyć, czy raczej przerażać, że będą mnie traktować jako zbyt wielką konkurencję. Później się zastanowię.

Generalnie w ciągu dnia nie miałam zbyt wiele czasu na zastanawianie się. Wciąż biegłam... Okazało się, że pewna organizacja ma ochotę nawiązać ze mną współpracę non-profit. Zostawiłam kontakt do siebie i... pobiegłam dalej. Bardzo miłe okazało się dla mnie zainteresowanie gościnnym wykładem, do którego wygłoszenia mnie zaproszono. Przyszła masa osób, byłam w stanie utrzymać ich zainteresowanie niemal idealnie. Problem pojawił się pod koniec, bo chyba za bardzo ich zszokowałam mówiąc rzeczy, które i dla mnie są odkrywcze. Jeśli ktoś nie siedzi w temacie, najwyraźniej jest w stanie mniej z tego przyjąć. Po wykładzie wywiązała się znakomita dyskusja. Hmmm, jakby to powiedzieć? Otrzymałam nawet coś w rodzaju propozycji randki ;) Nie, nie jestem zainteresowana, ale miło jest wiedzieć, że mogę być dla kogoś atrakcyjna także w takim wymiarze. Toć to doskonała ilustracja tezy, którą aktualnie bardzo promuję. W każdym rodzaju interakcji w jakiś sposób prezentujemy swoją seksualność. Nigdy nie tracimy tej seksualności.

Pod koniec dnia wymieniłam jeszcze refleksje z organizatorami, koordynatorami. Z dawno nie widzianymi znajomymi umówiłam się dziś na spotkanie. Jutro na jeden dzień wyjeżdżam do innego miasta i znów się z kimś dawno nie widzianym spotkam. Jestem teraz w takim procesie w życiu, że dużą wagę przywiązuję do uczenia się przez doświadczenie. Takie uczenie angażuje emocje, a wiadomo, że gdzie wchodzą one w grę, ślad pamięciowy będzie bardziej trwały. Mam zatem dzięki wychodzeniu z domu takie doświadczenie, że jednak jestem w stanie nawiązywać trwałe relacje, jestem atrakcyjna dla innych osób jako partner do kontaktu intelektualnego czy towarzyskiego. Czy może być piękniejsze doświadczenie?

Przed końcem dnia dostałam informację, że wygrałam książkę w konkursie. Na dniach mogę się spodziewać miłej przesyłki. Opłacało się po prostu dać sobie szansę i wziąć udział w konkursie.

A Ty gdzie dziś wychodzisz z domu?

czwartek, 23 maja 2013
Gratyfikacja i zmęczenie

Coraz częściej staram się wychodzić do ludzi, spędzać z nimi czas i widać tego efekty. Dziś ktoś wyszedł z propozycją kontaktu do mnie, ale im więcej z tym siedzę i na ten temat myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że taka rozmowa wpłynęła na mnie raczej negatywnie niż pozytywnie.

Ponieważ zazwyczaj czuję się raczej mało kompetentna, a już absolutnie nie jestem autorytetem od niczego, mile mnie połechtało, kiedy ktoś podszedł do mnie i poprosił o radę. Jako osoba nie czująca się dobrze w niczym oczywiście poczułam się dowartościowana i natychmiast weszłam w tą rozmowę. Tutaj popełniłam kluczowy błąd. Jeszcze nie wiedziałam, że właśnie zaczyna się trzygodzinna rozmowa o... kryzysie małżeńskim kobiety, która mogłaby być moją matką. Super, że ona ma do mnie takie zaufanie, ale przecież ja jestem tak dużo młodsza od niej, przecież nie mogę się do tego odnieść - myślałam.

Ku swojemu zaskoczeniu byłam nawet nieco zażenowana opisem zdrad małżeńskich i ich iście fizjologicznych detali. Normalnie uwielbiam rozmawiać o seksie, tymczasem tutaj po prostu miałam szczere wątpliwości czy akurat jestem tą odpowiednią powiernicą. Obawiałam się, co się stanie, jeśli osoba, z którą rozmawiałam ochłonie i gotowa będzie znienawidzić mnie ponieważ wiem o niej zbyt wiele. Nie zauważała strategii swojego funkcjonowania, była emocjonalne zagubiona, co budziło moje autentyczne współczucie. Nie wiedziała co ma ze sobą zrobić i tak się akurat złożyło, że jej się napatoczyłam. Niestety, dla mnie okazało się, że nie mam tak wielkich możliwości radzenia sobie jak sobie to wcześniej przypisywałam.

Zachowałam się profesjonalnie, nie dałam się wciągnąć w jej manipulację, ale jednocześnie z prawdziwą fascynacją obserwowałam, jak dojrzała kobieta opisuje swoja nową miłość i to do faceta, który jest starszym i bardziej szpetnym klonem własnego męża. Jak pensjonariuszka dopytuje o naturę miłości, której ja na pewno nie znam i nawet już pogodziłam się, że do sedna odpowiedzi na takie pytanie nie dotrę nigdy. Po prostu będę sobie to znaczenie konstruować wciąż od nowa.

Udzieliłam porad praktycznych dotyczących ewentualnego rozwodu. Znormalizowałam, przytoczyłam sytuacje w życiu, które się zdarzają i podobne są do tego, co mi opisano. Podałam definicję psychoterapeuty wraz z dodatkowymi uwagami, które zawarłam także w poprzednim wpisie. Bardzo przydał się niedawny research na tym polu. Zaleciłam podjęcie psychoterapii, pokazałam możliwości i omówiłam koszty jej podjęcia. A przede wszystkim ostatecznie powiedziałam "stop" na dalsze próby wciągania mnie w całą sytuację. Nie mam ochoty być niczyim sojusznikiem w tak poważnych zagadnieniach. Można uznać, że sobie jednak poradziłam?

A z dodatkowych rzeczy, to właśnie dziś dotarło do mnie, że przegapiłam fantastyczną konferencję tylko dlatego, że założyłam iż mojego abstraktu tam i tak nie przyjmą. Inni nie myśleli, tylko po prostu wysłali i teraz jadą na świetne, rozwijające wydarzenie, a ja będę sobie płakać w poduszkę w tym czasie. Nawet granie w grę mnie już nie uspokaja. Zobaczcie jaki komentarz do wyniku uzyskałam. I am masochistic indeed ;)

niedziela, 19 maja 2013
Kto to jest psychoterapeuta? O co chodzi z certyfikacją?

Odpowiedź na to pytanie wydaje się prosta. Wielokrotnie także krążyłam wokół psychoterapii we wpisach na tym blogu. By to zweryfikować wystarczy przeszukać odpowiednie tagi. Do powrócenia do tematu raz jeszcze i to wydaje się nie po raz ostatni, skłoniła mnie niedawno odbyta dyskusja. Nadmieniam, że bardzo burzliwa. Niestety, wynikało z niej jasno, że nawet osoby kształcące się w psychoterapii czy też już nią zajmujące, nie do końca mają jasność co do procesu certyfikacji, czy definicji psychoterapeuty. Z drugiej strony, trudno się dziwić takiemu stanowi rzeczy, skoro w polskim systemie kwestie te rzeczywiście są mocno niejasne.

Własną działalność gospodarczą może sobie założyć każdy, podobnie jest z świadczeniem usług psychoterapeutycznych. Nie jest to oczywiście postępowanie etyczne, co wie każda osoba posiadająca wyższe wykształcenie kierunkowe. Niniejszy wpis koncentruje się raczej na poradach czy podkreśleniu interesujących aspektów istniejących w Polsce rozporządzeń, które powinna brać pod uwagę osoba chcąca prowadzić psychoterapię etycznie i zgodnie z wymogami.

Ze względów praktycznych postanowiłam przytoczyć definicję psychoterapeuty uznawaną przez NFZ. Dlaczego? Osoba szkoląca się w psychoterapii powinna do zagadnienia podchodzić jak najszerzej, rozważając potencjalne miejsca pracy. Placówki mające podpisany kontrakt z NFZ mogą być dla niej atrakcyjnym pracodawcą, szczególnie na początku ścieżki kariery. Zgodnie z zarządzeniem Nr 57/2007/DSOZ prezesa NFZ z 2007 roku psychoterapeuta to "osoba, która ukończyła studia wyższe, posiada zaświadczenie o ukończeniu atestowanego lub rekomendowanego szkolenia w zakresie psychoterapii i może prowadzić psychoterapię. Dokumentem potwierdzających uzyskanie kwalifikacji psychoterapeuty (do czasu wydania odrębnych przepisów określających umiejętności psychoterapeutów) jest certyfikat Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego lub Polskiego Towarzystwa Psychologicznego". Przed przejściem do omówienia szczegółów i implikacji tej definicji warto podkreśli wagę certyfikatu terapeuty dla NFZ. Zgodnie z tym samym dokumentem, osoba w trakcie szkolenia  do uzyskania certyfikatu psychoterapeuty to "osoba, która może prowadzić psychoterapię wtedy, gdy posiada zaświadczenie o uczestniczeniu w drugim lub następnych latach szkolenia atestowanego przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne lub rekomendowanego przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne w zakresie psychoterapii od kierownika odpowiedzialnego za szkolenie". Wynika z tego, że NFZ satysfakcjonują już usługi psychoterapeutyczne osoby będącej na drugim roku, pod warunkiem, że uczestniczy ona w jednym z rekomendowanych szkoleń.

Co to są szkolenia rekomendowane? Z zarządzenia, na które się powołuję jasno wynika kluczowa rola jedynie dwóch towarzystw w rekomendacji szkoleń i dalszym procesie certyfikacji. Są to Polskie Towarzystwo Psychologiczne i Psychiatryczne, które to przyznają certyfikat tylko swoim członkom, po odpłatnym egzaminie oraz przynajmniej czteroletnim szkoleniu, które jest przez nie atestowane. Nasuwa się pytanie o to, ile jest takich szkoleń i czy wszystkie nurty są w nich reprezentowane. Polskie Towarzystwo Psychologiczne wymienia osiem takich ośrodków, zaś Polskie Towarzystwo Psychiatryczne dziewiętnaście, z czego część się oczywiście na obu listach powtarza. O ile sama idea atestacji i certyfikacji nie budzą moich podejrzeń, to budzi je już konieczność płacenia za egzamin, a przede wszystkim fakt promowania jedynie dwóch towarzystw. Skoro bowiem priorytetem dla NFZ jest jakość szkoleń to co z czteroletnimi kursami rekomendowanymi przez inne towarzystwa także wydające swoje certyfikaty?

Certyfikat psychoterapeuty od Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego otrzymać może lekarz lub psycholog, którzy ukończyli atestowany przez Towarzystwo kurs. Dodatkowo wymagane jest posiadanie specjalizacji lub choćby 5 lat doświadczenia w pracy klinicznej oraz odbycie przynajmniej 150 godzin superwizji dydaktycznej. Oczywiście superwizorem może być tylko superwizor Towarzystwa. To bardzo ważne, szczególnie dla osób, które superwizowały się w ramach jakiegoś innego szkolenia terapeutycznego lub chcą posiadać więcej niż jeden certyfikat. Już z wymogu superwizji wynika, że trzeba mieć co superwizować. Rzeczywiście, regulamin określa, że należy do czasu przystępowania do egzaminu poddać tego rodzaju nadzorowi co najmniej 5 procesów terapeutycznych, czyli 5 pacjentów. Oznacza to wymóg pracy terapeutycznej jeszcze bez certyfikatu, co jest cenną informacją dla osób, które uznają, że terapeuta to tylko ktoś, kto już certyfikat posiada. Kandydat do egzaminu powinien także mieć za sobą 250 godzin doświadczenia własnego (psychoterapii własnej, ale także warsztatów, doświadczeń grupowych) prowadzonych przez certyfikowanych terapeutów. Standardem jest także 360-godzinny staż. Opłata za taki egzamin to obecnie 850zł, można do niego przystępować nieograniczoną liczbę razy.

Certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Psychologicznego przyznawany jest nie tylko psychologom, ale także osobom z innym wykształceniem. W razie innego wykształcenia należy zdać egzamin z psychologii klinicznej. Zagadnienia do niego wydają się logiczne i dobrze opracowane. Zaskakuje już jednak dobór lektur, z których należy się do egzaminu przygotować, nie są to bowiem, z nielicznymi wyjątkami, wiodące podręczniki z tej dziedziny. Także tutaj w wymogach znajdujemy założenie dotyczące pracy jeszcze bez certyfikatu i to nie w byle jakim wymiarze - 5 lat co najmniej 10 godzin w tygodniu. Wymiar czasowy psychoterapii/ doświadczeń własnych oraz superwizji nie różnią się od tego, czego wymagało Towarzystwo Psychiatryczne. Terapeuta własny także powinien posiadać certyfikat, tym razem dowolnego PTP. Została tu także sprecyzowana ilość godzin szkolenia terapeutycznego (1250 z włączeniem superwizji i stażu), co nie miało miejsca w poprzedniej sytuacji. Egzamin także jest odpłatny i kosztuje więcej, bo aż 1732,75 zł (za egzamin z psychologii dodatkowo doliczana jest opłata 650 zł). Zaskakuje różnica w cenach, zwłaszcza, że certyfikat trzeba... odnawiać co 7 lat.

Wziąwszy pod uwagę to, co napisano powyżej można by się zastanawiać nad tym, jaki jest sens uczestniczenia w innych szkoleniach w psychoterapii. Jednak wynika, że sens taki jest. Za przykład w dyskusji, w której uczestniczyłam posłużyły szkolenia w zakresie terapii poznawczo-behawioralnej. Otóż szkolenie takie również może prowadzić do uzyskania certyfikatu, tyle że wydawanego przez Polskie Towarzystwo Terapii Poznawczej i Behawioralnej. Towarzystwo to wymaga 600 godzin szkolenia teoretycznego, 100 godzin doświadczeń własnych oraz aż 200 godzin superwizji. Oczywiście superwizor powinien mieć certyfikat superwizora PTTPB. Wbrew temu co błędnie sądzą niektórzy, PTTPB nie ma nic wspólnego z żadnym z PTP. Jest odrębnym towarzystwem z odrębną składką członkowską. Certyfikat taki odnawia się co 5 lat, odpłatnie (koszt odnowienia 200zł), by go uzyskać należy mieć co najmniej 2 lata stażu klinicznego od ukończenia studiów (czyli nie koniecznie samego szkolenia) oraz przeprowadzić co najmniej 8 terapii. Czy zatem nie należy się kształcić pod jego auspicjami? W czym gorsze jest takie szkolenie? Ano PTTPB nie występuje w zarządzeniu NFZ, choć nurt poznawczo-behawioralny z pewnością jest uznaną metodą leczenia psychoterapeutycznego. Wskutek wytrwałych starań Towarzystwa, uzyskało ono odpowiedź z NFZ oraz Ministerstwa Zdrowia świadczącą o tym, że także takie osoby zgodnie z prawem mogą świadczyć opiekę psychoterapeutyczną. Być może funkcjonują w Polsce także podobne casusy.

Nasuwa się zatem pytanie o to, co tworzy kwintesencję psychoterapeuty. W moim subiektywnym odczuciu jest to raczej fakt odbycia czteroletniego szkolenia, a nie sam fakt posiadania certyfikatu. Zdobycie certyfikatu jest bowiem nie tylko kosztowne, ale i czasochłonne, w przypadku PTP-ów w zasadzie niemożliwe tuż po ukończeniu szkolenia podyplomowego. Zakłada się jednak powszechnie, że adept już podczas szkolenia będzie prowadzić psychoterapię własnych pacjentów, a nawet się go do tego zachęca. Przyjmując, że zachęcają do tego te same środowiska, które promują zasady etycznej pracy klinicznej, oraz zauważając, że nakładanie na przyszłego terapeutę cezury czasu pozwalającej mu praktykować dopiero po odczekaniu czterech lat wykładów i warsztatów jest niedorzeczne, należy przyjąć, że prowadzenie psychoterapii po szkoleniu lecz bez certyfikatu jest najzupełniej uprawnione. Sytuację taką dopuszcza nawet wyznaczający pewne standardy NFZ tyle że czyni przy tym założenie, że taka osoba dąży do zdobycia certyfikatu. Ale czy na pewno dąży i czy dążyć warto? Gdyby to certyfikat miał sprawiać, że ktoś jest psychoterapeutą to co z certyfikatami, które trzeba odnawiać? Po minięciu czasu jego ważności osoba taka przestaje być terapeutą? Zapomina o swoich doświadczeniach klinicznych? Porzuca pacjentów w połowie procesu? Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Ponadto, nie istnieje faktyczny dowód tego, że ktoś jest w trakcie ubiegania się o certyfikat. Towarzystwa wymagają spełnienia swoich kryteriów i złożenia w odpowiednim terminie dokumentów, które tego dowodzą. Dokumentem potwierdzającym ukończenie szkolenia jest odpowiednie świadectwo. Brakuje takiego odpowiednika świadczącego "jestem w trakcie ubiegania się o certyfikat". Faktycznie każdy absolwent podyplomowej szkoły psychoterapii może tak o sobie powiedzieć w dowolnym punkcie czasowym od ukończenia szkolenia. Wziąwszy pod uwagę kosztowność uzyskania certyfikatu łatwo zrozumieć dlaczego niewielu się pali do jego uzyskania. Sam certyfikat świadczy o tym, że ktoś zdał egzamin i spełnił jego wymogi nie gwarantuje nam jednak skuteczności psychoterapii, co wynika ze specyfiki tego procesu. Certyfikat nie buduje sojuszu terapeutycznego, a pacjentowi daje jedynie możliwość sprawdzenia, czy dany terapeuta faktycznie go posiada, a w razie zastrzeżeń do jego osoby także prawo do złożenia skargi do odpowiedniego towarzystwa. Jednak członkami towarzystw nie są jedynie osoby certyfikowane, wręcz przeciwnie. Niektóre szkolenia psychoterapeutyczne obligują swoich studentów do przynależności do danego towarzystwa, a zatem także i od nich, jak od każdego członka, można wyciągać konsekwencje ewentualnego nieetycznego postępowania. Pacjent powinien się zatem czuć zabezpieczony.

Praktycznie patrząc, terapeuta powinien się kształcić na takim kursie, którego ukończenie nie zamknie mu drogi do uzyskania certyfikatu. Ostateczne zaś uzyskanie certyfikatu nie wydaje się w obecnej sytuacji konieczne. W interesie pacjenta leży zapytanie terapeuty w jakim nurcie się kształcił, jaki kurs ukończył oraz u kogo superwizuje on swoją pracę. Sam certyfikat nie ma, niestety, właściwości leczących.

czwartek, 16 maja 2013
Hair - recenzja

Obejrzałam dzisiaj stary film Formana. Zresztą obraz ten widziałam nie po raz pierwszy. Przypomniałam sobie także z tej okazji, że był czas gdy ścieżki dźwiękowej słuchałam codziennie i to z wielką przyjemnością. Nigdy tylko rzeczonego musicalu nie widziałam na deskach teatru i to może był błąd. Może musicale da się tylko na scenie oglądać?

Uwielbiany musical w wersji kinowej stracił sporo, głównie przez naciąganą fabułę, a właściwie to jej całkowity brak. Zdaję sobie doskonale sprawę, że fabuła to nie jest coś najważniejszego w musicalu, ale jednak ta nawet w tej kategorii wypada dość blado. Prawdopodobnie także po prostu dojrzałam, a może przedwcześnie postarzałam się, bo postaci dawniej darzone sympatią oglądałam z prawdziwym obrzydzeniem. Zadaję sobie pytanie czy to z nimi jest coś nie tak i tylko świat tego nie dostrzega, czy to jednak ja mam jakąś przedwczesną organikę i mój własny ośrodkowy układ nerwowy szwankuje.

Nie dostrzegłam tych uniwersalnych wartości promowanych przez hipisów. A ponoć film jest o przyjaźni i bezwarunkowym zaufaniu do siebie. Brzmi dobrze, ale jak wygląda? Naiwny chłopiec wyrusza z Oklahomy by zaciągnąć się do wojska. Pomysł dyskusyjny, ale była wówczas powszechna mobilizacja, więc jestem w stanie zrozumieć, że chłopak był po prostu obowiązkowy. Mógł także mieć aspiracje na zostanie bohaterem sąsiedztwa. Nie wnikam. Traf jednak chce, że ten porządny chłopiec pod krawatem trafia w Central Parku na bezładną bandę hipisów. Prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu coś takiego widzi i... daje się wciągnąć.

Jednak nie w beztroskę, kochanie natury i pokój, ale raczej w narkotyki, głupawe dowcipy polegające na zabieraniu sobie ubrania oraz... przed oblicze sądu. W sądzie zresztą ryzykuje wydanie swoich własnych pieniędzy na wykupienie dopiero co poznanego Bergera zamiast siebie samego. Pokaz bezgranicznego zaufania, czy głupoty? Tenże zaradny i charyzmatyczny Berger w chwili kryzysu biegnie po pieniążki do... mamusi, bo wcześniej sam nie wpadł na to, że chłopcy w jego wieku już dawno pracują. Berger otacza się iście barwnym towarzystwem, między innymi kobietą, która nie wiem kto jest ojcem jej dziecka, czy właśnie jednym z kandydatów na ojca tego dziecka, którego to raptem znajduje w parku małżonka i okazuje się, że pan już tak beztroski nie jest, ma zobowiązania, a co więcej swoją kobietę ucisza i ustawia jak rasowy despota zaprzeczając ideałom, o które tak dzielnie walczył wśród trawników.

I snując takie rozważania zadaję sobie pytanie, czy to ze mną jest coś nie tak i nadmiernie wyczulona jestem na patologię, czy to reszta świata jest bardziej tolerancyjna/ nieświadoma i w związku z tym dają się porwać urokowi barwnego tłumu, który wyciąga ich zza biurka w pracy od 8 do 16 i każe spróbować dobrego tripu. Tym razem zrezygnowałam z wsiadania do tego pociągu. Ciekawe co powiem za 20 lat?

Tagi: recenzja
22:26, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 maja 2013
Poszłabym sobie na randkę...

No co? Ja też mam prawo. A że na randkach się nie znam mimo przeczytania całej jednej książki na ten temat to już inna sprawa. Wyczytałam o randkowaniu w innych kulturach, a nawet randkach w przeszłości w Polsce. Połowy już i tak nie pamiętam, a na pewno nie przyczyniło się to do realizacji mojego celu nadrzędnego, czyli pójścia na randkę właśnie. Kiedy ja się wreszcie nauczę, że od zapoznawania się z teorią do praktyki długa droga.

Niedawno pewna przypadkowo spotkana kobieta mnie niejako rozgrzeszyła. Bo rozmawiałyśmy o randkach właśnie, a ona mi wyjawiła, że nigdy w życiu na randki nie chodziła, a nawet za mąż udało jej się wyjść. Jest zatem dla mnie nadzieja.

Z tymi randkami to wcale nie chodzi mi o to, żeby się pokazać, czy żeby inni widzieli jaka to jestem normalna i osobnika w spodniach potrafię przygruchać. Bardziej dążę do spotkania i rozmowy z drugim człowiekiem. W zeszłym tygodniu poznałam dwie absolutnie urocze osoby. Jak najbardziej były dobre spotkania 1:1, ale niestety nie randki. Do randki wciąż muszę sobie kogoś znaleźć.

Jestem już tak za tego rodzaju spotkaniem wytęskniona, że znajomym kupuję kwiaty i proponuję spotkanie. Do randki jednak się to nawet nie umywa. A kiedy sobie z tym nie radzę, uruchamiają mi się myśli automatyczne negatywnie świadczące na mój temat. Że to moja wina, że już nigdy, że już zawsze...

A ostatnio ktoś mi powiedział, że bycie w związku wcale nie jest receptą na szczęście i radosne życie. I wiecie co? Z zaskoczeniem, ale uwierzyłam!

Tagi: refleksje
00:07, wildfemale
Link Komentarze (9) »
sobota, 04 maja 2013
Płynność seksualna

W 1948 roku Kinsey wydał swój raport dotyczący mężczyzn - Sexual Behaviour in Human Male, pięć lat później popełnił wraz z zespołem analogiczną pozycję dotyczącą kobiet. W drugiej połowie XX wieku Amerykanie drżeli o to, czy mężczyzna aby nie przestał być mężczyzną. Wojna panów zdziesiątkowała, a tuż po jej zakończeniu zaczęło się zainteresowanie seksem i prokreacją, eksperci uświadamiali kobiety, że te też mają prawo do orgazmu i gry wstępnej. W trudnych wojennych czasach kobiety siłą rzeczy przekonały się, że także mogą pracować i z tą nową rolą nie zamierzały się rozstawać. Mężczyzna przestał być w domu jedynym żywicielem i decydentem. Mogło to podkopać jego wiarę w siebie.

Jeszcze większy niepokój wzbudzały dane z wyżej wymienionych raportów, które głosiły, że 37% mężczyzn i 13% kobiet miało doświadczenia seksualne z przedstawicielem tej samej płci zakończone orgazmem. Kontakty homoseksualne nie koniecznie tą kulminacją zakończone dotyczyły co drugiego mężczyzny i co czwartej kobiety. Blady strach padł na mężczyzn i ich męskość. Zaczęły się spekulacje co do tego, że dane te pochodzą od jakiejś "złej" grupy ludzi, ale także spekulacje, czy te odsetki nie są aby... zaniżone. Szczególnie wobec niedoboru mężczyzn oraz coraz silniejszej pozycji społecznej kobiet. Co ciekawe, zadeklarowanych homoseksualistów było w próbie Kinseya (tylko!) 3% mężczyzn i 1% kobiet.

Także od Kinseya pochodzi 7-stopniowa skala obrazująca natężenie hetero-/ homoseksualności o danej osoby. Kinsey ujmował rzecz w jednym wymiarze, sam starał się unikać określeń zaczynających się od hetero-, bi-, czy homo-. Dwuwymiarowe ujęcie zagadnienia znajdziemy u Stormsa, który zakłada, że hetero- i homoerotyzm to dwa wymiary opisujące tą samą osobę. W zależności od ich nasilenia lub przewagi jednego z nich wyróżniał cztery orientacje seksualne (trzy wyżej wymienione i aseksualną). Efekty swoich dociekań opisał już w 1980 roku. Od tamtego czasu sytuacja tylko komplikowała się. Trwała walka środowisk homoseksualnych o równouprawnienie z widocznymi efektami, w postaci skreślenia homoseksualizmu z DSM przez APA w 1973 roku oraz z klasyfikacji ICD opracowywanej pod auspicjami WHO w 1990 roku. Są to całkiem świeże zmiany. Brak tutaj jedynie doniesień o biseksualizmie, czy tym bardziej tytułowej płynności seksualnej.

Im później w seksuologii, tym więcej pojawia się badaczek. Nie da się także ukryć, że przez fakt bycia kobietami, wnoszą one nową perspektywę patrzenia na seksualność. I pomyśleć, że jak równorzędnych partnerów w tej dziedzinie zaczynano je postrzegać zaledwie kilkadziesiąt lat temu! Najpopularniejsze, dobrze ugruntowane i po prostu pierwsze modele ludzkiej seksualności bazowały na badaniach dotyczących mężczyzn. Bo skojarzenie mężczyzny z seksem bardziej przystoi, bo łatwiej zmierzyć, bo więcej chętnych, bo mniej podejrzeń itd. Pierwsza kobiety do laboratorium seksuologicznego zaczęłam zapraszać bodaj Virginia Johnson. Ta od duetu z Mastersem.

Okazało się, że seksualność kobiet jest sprawą złożoną. Świadczy o tym cykliczny model reakcji seksualnych według Basson, ale także komplikujące się w przypadku kobiet kwestie związane z orientacją seksualną. Zgodnie z modelem warstw życia seksualnego według Seligmana (tego od wyuczonej bezradności), orientacja seksualna to warstwa druga, niżej jest tylko tożsamość płciowa. Jest ona określana jako ukierunkowanie zainteresowań erotycznych w kierunku kobiet, mężczyzn lub obu tych płci. Kinsey upierał się przy modelu skali, jednak przez lata badacze i tak tą skalę dzielili na dwa bieguny z biseksualnością pośrodku. O rozpowszechnieniu biseksualności, a tym bardziej o tym, czym tak naprawdę ona jest wciąż wiemy niewiele. Bywa ona rozumiana jako przejściowa faza zwątpienia przed ostatecznym określeniem się. Tylko skąd biorą się biseksualiści w zaawansowanym wieku? Czy orientacja seksualna faktycznie może się zmieniać w ciągu życia?

Odpowiedzi na to pytanie w odniesieniu do kobiet dostarczają dziesięcioletnie badania Diamond, których wyniki opublikowała w 2008 roku. Jest to postać dość aktywna, liczne wykłady tej psycholog znaleźć można w formie filmów w sieci. W dwuletnich odstępach ankietowała ona 79 młodych nieheteroseksualnych kobiet. I właśnie te longitudinalne badania obrazują seksualną płynność postulowaną przez autorkę. W przeciągu trwania wywiadów 2/3 uczestniczek badania zmieniało sposób, w jaki określa swoją orientację, zaś 1/3 dokonała takiej zmiany przynajmniej dwa razy. Autorka zastrzega się, że nie oznacza to wybieralności orientacji seksualnej, a raczej to, że zmienia się sposób jej odczuwania, określania i doświadczania. Przynajmniej u niektórych kobiet. Nieheteroseksualność tych kobiet czyni je wyjątkowymi, być może w przypadku kobiet heteroseksualnych uzyskanoby inne wyniki. Jednak nie można być tego takim pewnym bez badań, skoro z przekrojowych badań seksualności wyziera obraz ludzi, którzy od czasu do czasu przejawiają zachowania i popędy homoseksualne i to nie tylko w sytuacji przymusowego ograniczenia wyboru partnerów.

Na uzyskiwane wyniki wpływa także metoda rekrutowania badanych. Diamond szukała swoich uczestniczek na kursach Women's Studies i tym podobnych. Jednak samo zbieranie ochotników przez Internet wpływa na uzyskiwane wyniki. Trudno określić co się tak naprawdę dzieje, czy przez Internet ludzie są po prostu bardziej szczerzy, czy też w sieci siedzą jacyś zupełnie inni ludzie niż ci, którzy chodzą na wykłady. W badaniu, które toczyłam kilka miesięcy temu i nie dotyczyło ono orientacji seksualnej wprost, na 65 uczestników aż 9 osób określiło siebie jako biseksualne. Tymczasem nawet sama definicja biseksualizmu nie wydaje się jasna. Czy jest to odczuwanie pociągu seksualnego w takim samym stopniu do kobiet i mężczyzn (sam środek skali Kinseya, maksymalne natężenie homo- i heteroerotyzmu według Stormsa); odczuwanie pociągu raczej do jednej z płci, ale z okazjonalnymi zachowaniami seksualnymi z płcią inną? A może okazjonalne fantazje erotyczne o kimś płci przeciwnej niż partner czynią z danej osoby biseksualistę? Czy prawdziwa miłość do przedstawiciela własnej płci przy skądinąd poza tym heteroseksualnych doświadczeniach tworzą biseksualistę? A może można o takiej orientacji mówić już przy prawdziwych duchowych więziach z przedstawicielami obu płci, choć seks było się w stanie uprawiać tylko z jedną?

Pytania te pozostają otwarte, ale cenne mogą być już same próby uzyskania na nie odpowiedzi, ponieważ już takie dążenia pozwalają nam lepiej zrozumieć czym jest orientacja seksualna w ogóle. Temat szalenie istotny w kontekście debaty o aseksualności. Ciekawym, a tym bardziej nie zbadanym wydaje się niejako poboczny wątek opisany w badaniach Diamond. Orientacja seksualna jest czymś, co dana osoba określa u siebie sama. Nie da się jej zbadać żadnym kwestionariuszem. Całkiem istotna frakcja badanych przez autorkę kobiet mówiła o sobie "nieokreślone" ("unlabeled") i nie odczuwała z tego powodu żadnego dyskomfortu. Zjawisko zaskakujące tym bardziej, że społeczeństwo naciska na samookreślenie także w tej sferze, a brak jasności w tej materii bywa wartościowany negatywnie. Kobiety te wychodziły od braku samookreślenia, przechodziły do niego, lub przechodziły przez nie do homo- lub keteroseksualności. Nie było wyraźnej tendencji. Zatem brak samookreślenia również nie wydaje się fazą przejściową, a raczej jak w cytatach niektórych z uczestniczek badania - sposobem wybrnięcia z pytania o orientację, gdy istniejące dotychczas definicje wydają się pytanej zbyt wąskie i nie wyczerpujące tematu.

Anne Heche - słynna była partnerka Ellen DeGeneres po zakończeniu z nią związku wchodziła w intymne relacje z mężczyznami. Amber Heard na początku tego roku rozstała się z Johnnym Deppem by wrócić do związków romantycznych z kobietami. A jaka jest Twoja orientacja?

Bibliografia:

- Michael D. Storms. (1980). Theories of Sexual Orientation. Journal of Personality and Social Psychology, 38(5), 783-792.

- Miriam G. Reumann. (2005). American Sexual Character. University of California Press

- Lisa M. Diamond. (2008). Female Bisexuallity from Adolescence to Adulthood: Results from a 10-year Longitudinal Study. Developmental Psychology, 44(1), 5-14.

- Lisa M. Diamond. (2008). Sexual Fluidity. Harvard University Press

środa, 01 maja 2013
Zabiłam kotka

A właściwie to zleciłam jego zabicie. Z poniedziałku na wtorek śnił mi się koszmar o takiej treści. Rzadko mam w ogóle marzenia senne. Czemu to musi być od razu niezrozumiały i wielce zamotany koszmar? Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Zamiast mieć wielkie plany na wypoczynek, leżę w łóżku. I to nawet nie z lenistwa, a dlatego, że jestem chora. Zanosi się na to, że od teraz będę tracić głos dwa, a nie raz, w roku. Bolą mnie migdały, odkrztuszam obrzydliwą ropę i zupełnie nie mam koncepcji na to, skąd się taka franca u mnie wzięła. Jedyne szczęście w tej sytuacji polega na tym, że do czasu kolejnych konferencji zdołam się wykurować i prawdopodobnie będę w stanie mówić normalnie.

Żeby tylko jeszcze chciało mi się napisać czy wydrukować te wszystkie rzeczy, które sobie zaplanowałam. Odespałam już niedawne intensywne wojaże. Bez żalu kładłam się spać wcześnie i przesypiałam całe noce - czasem z koszmarami.

Mam poczucie, że większość rzeczy w moim życiu zaczęła się układać. Dostałam wymarzoną dodatkową pracę. Jestem nieco wystraszona nowością, ale też pozytywnie podniecona. Wydaje mi się, że jest to coś, co chciałabym robić. Niespodziewanie pojawiła się także możliwość dorobienia, którą nie pogardzę. Sęk w tym, że do tego muszę się szczególnie nastarać, a nawet poduczyć pewnych rzeczy. Bez pracy nie ma kołaczy.

Za to na linii relacji mi się nieco popsuło, ale znów nie tak, żeby się tego odbudować nie dało. Z mojego wieloletniego doświadczenia w prokrastynacji wynika, że najtrudniej jest się do pracy zabrać, a potem to już idzie z górki. Nie wykluczone, że zwlekę się z tego łóżka i pójdę na spacer. Ostatecznie co gorszego może się od tego stać z moim zdrowiem? Korci mnie, żeby sobie pobiegać, ale dmuchanie na migdały zimnym powietrzem prawdopodobnie się im nie spodoba.

12:12, wildfemale
Link Komentarze (1) »