RSS
czwartek, 15 maja 2014
Muszelka Kiełbasa

Broniłam się jak mogę przed opisywaniem finału Eurowizji. To znaczy początkowo wcale się nie musiałam bronić. Po prostu go nie obejrzałam, ponieważ: a) nigdy nie oglądam, b) przebywałam poza domem, c) w domu i tak nie oglądam telewizji. Ale internet huczał o Conchicie, więc zaczęłam o nim (moim zdaniem jest to jedyny właściwy zaimek, co w szczegółach wyjaśnię potem) czytać. Nawet mijani dziś przeze mnie robotnicy krzyczeli coś z rusztowań o Conchicie. Od tego niedaleka była droga do zapoznania się z tym, kim są Donatan i Cleo. Youtube pomógł mi nadrobić zaległości i obejrzeć występy polskiej i austriackiej reprezentacji.

Piosenka Conchity faktycznie nadawałaby się do kolejnego odcinka Bonda, jak pisali internauci. Wzorem części internautów jestem też zniesmaczona przeerotyzowanym występem Polaków. I tak naprawdę dużo mam im z tego powodu do powiedzenia. O ile piosenka pod względem stylistyki i tekstu jak ulał nadawała się na Eurowizję, to już sposób jej przedstawienia moim zdaniem szkodzi wizerunkowi Polski na świecie. Co jeśli światowa publiczność skojarzy tą wariację na temat motywów ludowych z rozwiązłością? Jako Polka nie chcę być tak postrzegana. Jeśli da się to stopniować, to od dziś nawet jeszcze bardziej nie chcę, gdy na saunie usłyszałam jak jedna koleżanka opowiada drugiej jak to podczas pobytu we Francji jej szef próbował ją wciągnąć w krzaki i wykorzystać. Jako kobieta potrafię docenić piersi innej kobiety, ale w takiej ilości zaczynam raczej odczuwać obrzydzenie niż zachwyt. Tani chwyt (literalnie!) poniżej pasa, toteż nie dziwi mnie oporność jury na manipulację w tym przypadku.

Wracając do Austriaka, znajoma przedstawiała mi go jako transseksualistę, tymczasem w sieci nie doszukałam się o nim takiej informacji. Doczytałam za to, że Conchita istnieje od 2011 i jest gejowskim drag queenem, który stworzył to alter ego gdyż ludzie nie akceptowali jego orientacji seksualnej - związek przyczynowo skutkowy czy logika postępowania jest dla mnie niewidoczna, ale gdyby ktoś chciał podjąć próbę wyjaśnienia mi tego, to serdecznie zapraszam. Na mój gust to pan Thomas cierpi na ciężki przypadek attention whoring, żeby nie powiedzieć osobowość histrioniczną. Próbował swoich sił w różnych talent i reality show, śpiewał w boys bandzie, a gdy wszystko zawiodło to zaczął się przebierać za kobietę. Gdyby był naprawdę transseksualny, to z pewnością zgoliłby brodę. Ba! Jak się wygląda bez makijażu tak jak pan Thomas, to nic dziwnego, że ma się potrzebę malowania. Ja nawet w makijażu na pewno nie przypominałabym Kim Kardashian. Moim skromnym zdaniem, i w tym przypadku jury zostało zmanipulowane, a może obawiało się ostracyzmu i oskarżeń o nietolerancję. W takich chwilach autentycznie cieszę się, że mieszkam w tak konserwatywnym kraju.

Prześledziłam statystyki hasła o Conchicie w polskiej Wikipedii. Z zaskoczeniem odkryłam, że istnieje ono już od początku stycznia b.r. i, co akurat nie stanowi niespodzianki, w ostatnich dniach biło rekordy ilości odsłon. Wurst zatem ma co chciał, tylko czy ta popularność długo potrwa? Bawi mnie gra słów łącząca kobiecość i męskość w pseudonimie pana Thomasa. Nie przekonują mnie jednak zupełnie jego wyjaśnienia na temat jego genezy. Naprawdę ma przyjaciółkę Conchitę? Naprawdę ten Wurst to od "es ist mir alles Wurst"? Czy nazwałby się Grzyb, gdyby u nich mówiło się "to dla mnie wszystko jeden grzyb"? Grzyb jest dla draga mniej chwytliwy niż kiełbacha.

W tym zdaniu powyżej jest takich potencjał do głupich żartów, że dopisuję tu coś na dole żeby Was rozkojarzyć;)

piątek, 09 maja 2014
Mój wziew oksytocyny

Oksytocyna to nonapeptyd produkowany przez podwzgórze. Kobiecy hormon odpowiadający za laktację, obkurczanie macicy po porodzie. Badania wykazują, że wziew oksytocyny poprawia także poznanie społeczne u psychotyków, zwiększa zaufanie do innych. To m.in. dzięki oksytocynie niezobowiązujący seks kończący się orgazmem może doprowadzić do zakochania, albo przynajmniej zauroczenia. Nieprawdopodobne, że taka niewielka substancja tak zmienia zachowanie. Wyobraźcie sobie to pole do manipulacji, oksytocynę w dezodorantach, rozpylanie jej na promocji superkoca z wielbłądziej wełny i tak dalej...

Nie ukrywam, że miałabym czasem ochotę spróbować takiego wziewu. Oczywiście w kontrolowanych warunkach. Dziś czuję się, jakby ktoś mi zrobił taką inhalację. Jestem na konferencji. Jak już jadę, to nie rozmieniam się na drobne. Dwie prezentacje dziś, jutro kolejna i szybki powrót do domu. A właściwie nie do domu, a na studia podyplomowe, ale mniejsza o to.

Na konferencji spotykam się z tymi samymi ludźmi od kilku lat. Wiem, że raz do roku zobaczę się z tymi kilkoma osobami. Wiem, że będę mieszkać w tym samym hoteliku, w którym zawsze udaje mi się tak wypocząć (w tym roku nawet dostałam ten sam pokój co w zeszłym). Wiem, że nawet jak coś będzie nie tak to mi pomogą. Zawsze pomagali. Magia tych spotkań polega na tym, że właśnie tam i tylko tam nie czuję konkurencji, a czystą radość ze spotkania.

I kiedy przyjechałam dziś, poczułam to co zwykle. Moje prywatne święto. Wszyscy uśmiechają się na mój widok i jak mogą ułatwiają mi życie. Już dziś odebrałam pewne rzeczy, które teoretycznie można odbierać od jutra. Od ręki rozwiązano problem z książką streszczeń. Zostałam poklepana po ramieniu w przenośni i dosłownie, a nawet nie odebrałam tego przeciwko sobie. Cud! Zupełnie jak za sprawą jakiejś inhalacji;)

Jutro jadę dalej, ale w zasadzie to już tęsknię i zadaję sobie pytanie o to, dlaczego takie święto mam tylko raz w roku i czy tak musi być. Poczułam się dziś chciana i akceptowana, a to tak rzadko się zdarza, że samo w sobie nadaje się do celebrowania. W takich chwilach czuję się ważna, ładna i mądra, a to zwrotnie wpływa na moje zachowanie. Dziś nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Zastanawiam się jak zabrać ze sobą ten stan. Jak nauczyć się go częściej wywoływać?

Ostatnio intensywnie ze sobą eksperymentuję, zaczynają mi się podobać nowe rzeczy, w zupełnie nowym dla mnie stylu. Wewnętrznie stałam się bardziej kobieca niż kiedykolwiek i chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę rozumiem, że za tym stoi pewna, dotychczas mi nieznana, siła. Zrozumiałam także, że kobiecość i męskość nie wykluczają się wzajemnie i nie muszą stać w antagonizmie. Te odmienności są dla siebie bardzo atrakcyjne. Jednak ten wgląd wciąż jest bardzo płynny, jak świeża zaprawa, która jeszcze nie związała. Mam w związku z tym poczucie, że potrzebuję czasem wsparcia osoby, która wierzyła by we mnie w tych chwilach, gdy mnie tej wiary nie starcza.

Takie tam, działanie w strefie proksymalnego rozwoju.