RSS
piątek, 19 maja 2017
Apdejt

Po braku reakcji na poprzedni wpis wnoszę, że zupełnie Was nie obchodzi co u mnie. A może po prostu wpis ten był wyjątkowo parszywie i źle napisany. Na pewno pisałam w stresie. Spieszę donieść, że po rozmowie z szefową jestem bardzo zadowolona. Rozmowa przebiegała pomyślnie, nie mam ochoty rzucić tego miejsca w cholerę, a komfort mojej pracy poprawił się wykładniczo. Nie zmienia to jednak faktu, że poszukuję intensywnie nowej, lepiej płatnej pracy. W przyszłym tygodniu mam dwie rozmowy kwalifikacyjne i na coś chcę się zdecydować. Zapoznałam się ze specyfiką tych miejsc pracy i z zaskoczeniem odkrywam, że pracujący tam ludzie wcale nie są lepsi ode mnie, a wręcz często są słabiej wykształceni. Z całej tej rekrutacji jest jeden plus, że się dowartościowałam. Póki co żyję fantazjami o tym, że nowi pracodawcy będą fajni, elastyczni i spełnią moje oczekiwania.

Jutro kończę studia podyplomowe, więc zamiast się do tego przygotować siedzę tutaj, co jest jawnym przykładem prokrastynacji. Po raz pierwszy także nie zamierzam po studiach podyplomowych podejmować następnych. Z moim wykształceniem prawdopodobnie najlepszym pomysłem byłoby otwarcie własnej szkoły podyplomowej, tylko że teraz akurat mi się nie chce tego robić. W całym tym pędzie nie potrafię się określić, czy będę tęsknić za ludźmi ze studiów podyplomowych, ale chyba raczej będę. Po pierwsze, brakuje mi kontaktów społecznych, a po drugie to są naprawdę wartościowi ludzie.

Warto także wspomnieć, że dzisiejszy dzień zaczął mi się bardzo nietypowo, ale także zaskakująco skończył, choć z zupełnie innych względów. Wychodząc rano z domu zauważyłam przy śmietniku rower stacjonarny. Rowem miał pożółkły plastik dolnego panelu, przerwaną neoprenową rączkę, rozwaloną rolkę zupełnie jak mój rower. Wyobraźcie sobie może przerażenie związane z myślami, że najwidoczniej, któreś z rodziców musiało rower wynieść cichaczem. Podejrzewałam ich o różne niecne intencje, ale ponieważ rano spieszyłam się do pracy nie miałam czasu rozczulać się nad samotnym rowerem. W krótkich chwilach wytchnienia w 12-godzinnej pracy przypominałam sobie o tym rowerze i myślałam "jak oni mogli, tak bez konsultacji", niczym w bajce dla dorosłych, w której złodzieja można było poznać po tym, że miał typowy wzrok, typowy wygląd i typową czapkę złodzieja. Wróciłam do domu, zaczęłam szukać roweru i... okazało się, że mój zdezelowany egzemplarz stoi spokojnie w domu. Przypomniałam sobie także czemuż on tak stoi bezczynnie i okazało się, że prawy pedał niezmiennie jest przedziurawiony. I dopiero w tym momencie przyszło mi do głowy, że widząc rano ten porzucony rower, zamiast spieszyć się do pracy, powinnam była się spieszyć po klucz francuski i odkręcić mu pedały na części zamienne.

Wieczór zaś mam niezmiernie udany mimo nawału pracy. A to dzięki pewnej bezinteresownej istocie, która podarowała mi płytę. Chęć odsłuchania płyty skłoniła mnie nawet do naprawy wieży, a nie było to proste. Posiadam dwie wieże, w jednej głośniki działają nieprawidłowo, w drugiej nie otwiera się napęd na płyty CD, a nawet jeśli się otwiera, to umieszczona w nim płyta odtwarza się dopiero za setnym razem. Nie, nie myślałam o wykorzystaniu jednej z wież na części zamienne dla drugiej. Okazuje się, że płyta niezmiernie wstrzeliła się w moje gusta. Zupełnie o tym nie wiedząc, właśnie tego potrzebowałam do poprawienia mi humoru. Jak to cudownie, że są ludzie, którzy mają taki artystyczny dar od Boga. Złapałam się na tym, że jako osoba zupełnie nie znająca się na tworzeniu muzyki rozkładam to, co słyszę z płyty na czynniki pierwsze i to, w jaki sposób jedna osoba wpadła na to, jakie piosenki i w jakich aranżacjach zamieścić na swojej płycie jest dla mnie aktem iście magicznym. Siedzę zatem zachwycona jak małe dziecko, z uśmiechem na twarzy.

Potrzebowałam takiego zachwytu.

Tagi: refleksje
23:35, wildfemale
Link Komentarze (5) »
wtorek, 16 maja 2017
ZOZ - zespół ostrego zakręcenia

Zdaję sobie sprawę, że zazwyczaj skrót z tytułu rozwijamy nieco inaczej, ale nie mam dziś ochoty rozmawiać o służbie zdrowia. Może dlatego, że jutro jest ten dzień i będę się umawiać na wizytę do dentysty. Boję się chodzić do dentysty, więc odwlekam ten moment, mam nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa dotyczące chodzenia do dentysty. Nic jednak nie zmienia faktu, że iść powinnam a nie się wydurniać. Jestem przecież dorosła, doświadczona.

Jutro, a właściwie już dziś po południu jest dzień rozmawiania z szefową. To nie jest takie niezwykłe, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że ja mam kilka szefowych i dość często się z nimi kontaktuję. Tym razem jednak jesteśmy umówione, gdyż do tej konkretnej szefowej napisałam wyjątkowo podłe pismo konfrontujące ją z faktem jak bardzo mnie nie docenia, źle organizuje moją pracę i w ogóle. I choć usiłuję siebie samą przekonać, że nie wiem o czym ta rozmowa będzie, to znaczy w jakim klimacie. To przecież doskonale wiem, że będzie ona o moim być albo nie być w tym miejscu pracy. Najgorsze jest to, że z pracą tą w zasadzie jestem zżyta na zasadzie silnego sentymentu i gdyby tylko szefowa zrozumiała, przejrzała na oczy, dała się przekonać, doceniła... to ja bym została i żyłabym sobie radośnie dalej. Tymczasem jest dla nas przecież jasne, że szefowe rozumiejące, empatyzujące, przeglądające na oczy itd. po prostu nie istnieją. Nie tak się zostaje szefem. Wykazuję się w swym myśleniu naiwnością jak dziecko, a jestem przecież dorosła, doświadczona.

Podjęłam pracę w innym województwie. Nigdy w życiu jeszcze nie zrobiłam takiej wolty w życiu, ale tak bardzo chciałam się kształcić, że zatrudniłam się w miejscu, gdzie będzie to możliwe. Staram się nie otwierać za bardzo, wszędzie czai się konkurencja. Dużo się uczę przede wszystkim o ludziach w ogóle, a tak szczególnie to o tym jak bardzo nie warto nikomu ufać i że w nowym mieście nie znaczę nic. Póki co dojeżdżam z daleka, staram się oswoić z nową sytuacją i może... poszukać nowej pracy, bo skoro jutro jedną stracę to wiecie, będę miała kupę wolnego czasu. Boję się, a zdroworozsądkowo nie powinnam. Zyskuję szansę na zaczęcie paru spraw od nowa, może życia bardziej po swojemu, w zgodzie ze sobą, okazję do eksperymentowania z jakimś nowym pomysłem na siebie i boję się chociaż przecież nie ma czego. Bo czy może być gorzej niż było? Czy nie nauczyłam się niczego przez poprzednie lata doświadczeń w relacjach z ludźmi. Przecież jestem dorosła, doświadczona.

Naprawdę powinnam się wyspać, zamiast pisać po nocy na blogu. Dorosły, doświadczony człowiek wiedziałby lepiej.

Tagi: refleksje
02:28, wildfemale
Link Dodaj komentarz »