RSS
czwartek, 28 czerwca 2012
„Popiersie, czyli pomnik biustu” – recenzja książki

Recenzowana przeze mnie książka została wydana w 2009 roku i nie zdobyła wielkiej popularności. Wydawca zresztą nie podaje informacji o nakładzie. Autorem jest Ireneusz Pawlik, z wykształcenia dziennikarz, który opublikował również podobną książeczkę o całowaniu. Książka do której się odnoszę najprawdopodobniej nie sprzedawała się zbyt dobrze i w akcie rozpaczy jedna z moich ulubionych księgarni zaczęła ją sprzedawać za... 4,99. A co mi tam, skusiłam się!

Rzeczywiście pierwszy kontakt z dziełem nie był zbyt zachęcający. Trudno mi było uwierzyć, że autor urodził się w 1958 roku (taka informacja widnieje na okładce), a nie znacznie później. Stosowana bowiem terminologia jest charakterystyczna dla osób młodszych i szczerze irytowały mnie te wszystkie „naguski”, „gołe baby” i „oczy”/ „balony” jako określenie piersi. To infantylne i spłycające tak ważny przecież temat. Chwilami miałam wrażenie, że autor braki erudycji nadrabiał otwierając sobie słownik wyrazów bliskoznacznych. Irytowało mnie także to, że uważa się on wyraźnie za eksperta od kobiecych piersi, ponieważ... jest mężczyzną. Najprawdopodobniej wątpliwy ten status eksperta pozwolił autorowi na spoufalanie się z gwiazdami (czasem także „starletkami”, gdy w słowniku brakuje  polskich „gwiazdeczek”), więc Sophia Loren staje się „Zośką” (!), Hugh Hefner HH, a Marilyn Monroe (tak! zgadliście!) MM. Nie brakuje zachwytów nad biustami, często również brzmiących mało dojrzale.

Uwagę przyciąga okładka książki przypominająca dzieła Warhola i uwieczniająca... biusty. Poważną wadą dzieła o takiej tematyce jest jednak to, że są to jedyne ilustracje jakie obejrzymy. Nie jestem mężczyzną, nie jestem kinomanem, z przykrością przyznaję, że nie obejrzałam większości filmów, które przywołuje autor. Z przyjemnością obejrzałabym jednak kopie kadrów ze scen, które on przytacza. Znacznie wzbogaciłoby to książkę. Drugim brakiem jest to, że autor nie zamieścił bibliografii. Powołuje się on na jakieś źródła, ale nie wiem jak daleko sięgnął, kto dokonał zbioru przywoływanych przez niego faktów, a co za tym idzie trudno mi ocenić ich wiarygodność. Napisanie dobrej książki pochłania mniej więcej tyle samo czasu co napisanie złej. Czemu by nie uzupełnić wydania o źródła, które się wcześniej (nieznaną metodologią) i tak zebrało? Przypuszczałabym, że dziennikarzy uczy się zbierania źródeł. Niezrozumiała jest dla mnie także decyzja o pominięciu w książce spisu treści. Bardzo utrudnia to poruszanie się po niej, a przecież treść musiała być choć w części ciekawa skoro jednak dokończyłam czytanie książki. Wybór poruszanych zagadnień jest ciekawy, ale zabrakło mi dodatkowo rozdziału o brafittingu.

Pomiędzy jednym balonem, a drugim i śródtytułami, których nie powstydziłby się tygodnik z tanią sensacją („żółtaczka z penisa” :P) autor zamieszcza ciekawe fakty, między innymi przybliża szczegóły z życia twórców „Playboya”, „Penthouse’a” czy „Hustlera”. Ciekawe też okazało się dla mnie czytanie o Polkach wyposażonych w obfite biusty, które robiły wielką karierę na świecie, często z takimi splotami przypadków, że mogłoby to posłużyć za scenariusz filmu. Nie budzi wreszcie moich oporów samo podejmowanie takiej tematyki, bo przecież temat zacny, a jedynie forma podania znacznie niedopracowana.

Kończę z niedosytem i wielkim żalem, że pozycja, która miała okazję stać się sukcesem ze względu na nośny temat stała się wysprzedawanym gniotem, bo autor o pewnych rzeczach nie pomyślał, a korektor i redaktor tych niedociągnięć nie poprawili.

wtorek, 26 czerwca 2012
"Technologia orgazmu" - recenzja książki

Książkę tą przeczytałam jakiś czas temu. W ogóle fakt istnienia takiej książki w języku polskim i to już od roku dziwnie umknął mojej uwadze, co stało się potem kwestią ambicjonalną. Jak najszybciej chciałam nadrobić zaległości, zakupiłam książkę i zabrałam się do lektury.

Myślę, że nie będzie przesadą, jeśli nazwę "Technologię orgazmu" książką życia Maines. Książka ta nosi podtytuł "Histeria, wibrator i zaspokojenie seksualne kobiet", który wiele tłumaczy i doprecyzowuje wieloznaczny tytuł główny. Autorka systematycznie zbierała materiały do swojej książki przez całe naukowe życie i włożyła niemało wysiłku w przeglądanie źródeł w postaci archiwalnych czasopism dla kobiet, w których to zamieszczano reklamy wibratorów oraz odwiedzając muzea sprzętu AGD. Tytuł książki brzmi bardzo technicznie, ale też naukowo. Rzeczywiście można do niej podejść jako do dzieła naukowego. Dowodem profesjonalizmu autorki jest zamieszczenie przez nią bibliografii na końcu pozycji.

A pisanie o historii wibratora i kontekście historycznym jego powstawania nie było łatwe, przy czym zdobywanie bibliografii to tylko wierzchołek góry lodowej. Autorka nie skrywa, że przez jej zainteresowania nie przedłużono jej zatrudnienia na uczelni wyższej, a także że próba opublikowania przez nią rzetelnego artykułu o historii wibratora w prasie fachowej wzbudziła niemałe zamieszanie. Gdzie się podziała niezależność prasy naukowej? W końcu materiału zebrało się tak wiele, że powstała książka i cieszę się, że dotarła ona również do polskiego czytelnika. Tłumaczenie jest w większości bardzo dobre, jedynie kojarzenie omdlenia z synkopą (muzyczną?!) mnie zirytowało.

Elektryczny wibrator został opatentowany przez Granville'a w latach 80-tych XIX w. Wówczas nie miał on konotacji seksualnych, stąd reklamy w prasie dla kobiet. Również wchodzące niegdyś na polski rynek wibratory były reklamowane jako przedmiot do masowania twarzy i do końca nie wiadomo jakie przeznaczenie znajdowały dla niego posiadaczki. Gdy wibrator stał się bohaterem filmów pornograficznych, zyskał jednoznacznie seksualne (perwersyjne?) konotacje i przestał być zapraszany na salony niczym S. Grey, której po zakończeniu kariery w seks biznesie nie chciano wpuścić do szkoły (za to nikt się nie zastanawiał skąd ci wszyscy protestujący przykładni tatusiowie znają tak dobrze tą panią).

Etiologię histerii jako konsekwencji wędrowania po ciele niezaspokojonej macicy znamy wszyscy. Koncepcja przemyślnie ukuta przez Hipokratesa przetrwała całe wieki. Gdzieżby tam, nie posiadający przecież macicy, mężczyźni mieli mieć histerię. Okazało się, że sfrustrowanym kobietom masturbacja przynosi znaczną ulgę. Z tym, że wówczas nie nazywano tego masturbacją i nie budziło to seksualnych skojarzeń. Lekarz lub ówczesny fizjoterapeuta dokonywał takiej stymulacji niechętnie, bo to i długotrwałe i żmudne. Szukano sposobów, by się od tego zajęcia wymigać jednocześnie nie tracąc pacjentek i tak wymyślono natryski (choćby napędzane siłą grawitacji), a potem maszynki na korbkę, na wodę z kranu, wreszcie podłączane do gniazdka i na baterie. Mężczyznom sugerowano niegdyś zakupowanie takiego wyposażenia jako prezent dla małżonki, a ci pewnie cieszyli się, że ich żona jakaś taka spokojniejsza. Znajomość seksualności kobiecej nie była wiedzą powszechną. Jaki obraz się z tego wyłania? Czynności seksualne, których nikt nie chce i tajemnicza anatomia i fizjologia kobiety, którą nikt się nie interesuje, co najwyżej porównuje je do męskich (stąd kwiatki takie jak kobiece nasienie).

Gdy zaś wibrator zaczął się kojarzyć mniej fizjoterapeutycznie, a bardziej seksualnie stał się on dla mężczyzny zagrożeniem i rywalem. Pierwsze wibratory nijak nie przypominały męskiego członka. Spójrzcie tylko na te współczesne. Nie brakuje wśród nich nawet i replik penisów gwiazdorów porno. O fantastycznych rozmiarach nie wspomnę. Podejrzewam, że wszystko to wynika z faktu, że taki asortyment produkują głównie mężczyźni, którzy chyba nie słyszeli o tym, że (statystyka!) większość kobiet preferuje stymulację łechtaczki i wibrator nie musi być ani rozmiarów małego uzi, ani przypominać penisa. Do szczęścia wystarczy akcesorium wielkości szminki. A w ogóle to najlepiej żeby kobieta taki prezent robiła sobie sama. Ale odbiegam od tematu...

O samej łechtaczce też niewiele wiedziano, a gdy się już dowiedziano, to Freud na długi czas skojarzył ją z niedojrzałością. Ojciec psychoanalizy uważał bowiem, że orgazm osiągany w wyniku stymulacji łechtaczki jest odmiennym fenomenem mniej dojrzałym od tego osiąganego wskutek penetracji. Umocniło to androcentryczną (penetrocentryczną?) teorię świata, a przynajmniej seksualności. Pogląd ten nie wytrzymał jednak próby czasu. O statystyce już wspomniałam wyżej. Dodam także, że kobiety, które mają doświadczenia masturbacyjne znacznie łatwiej osiągają również orgazm podczas stosunku (więcej wiedzą o swoich potrzebach i korzystają z tej wiedzy), a w leczeniu zaburzeń orgazmu zaleca się trening masturbacyjny.

Samą książkę przeczytać warto. Powinni to zrobić zarówno mężczyźni jak i kobiety, nawet jeśli akurat nie planują zakupu wibratora. Dla mnie niektóre treści były... szokiem, albo pozostawiały mnie z uczuciem smutku. Z jednej strony spotykam w życiu codziennym kobiety bez skrępowania mówiące o swoim życiu seksualnym i wręcz odhamowujące się przy takich relacjach (co może stanowić przesadę w drugą stronę), a z drugiej taka lektura uświadamia mi, że do niedawna jeszcze dyskusje na taki temat byłyby nie do pomyślenia, a tak wielka samowiedza seksualna stałaby się przyczynkiem do podejrzeń o perwersje. Zresztą do dziś wielu mężczyzn boi się kobiet, które znają swoje potrzeby seksualne...

13:54, wildfemale
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 czerwca 2012
Młoda dziewica zgwałcona przez własną cnotę

Poniższy obraz po raz pierwszy zobaczyłam kilka lat temu. Zapoznał mnie z nim anonimowy internauta, z którym nigdy potem już nie utrzymywałam kontaktu. Coś takiego zadziało się we mnie, że kilka dni temu po przebudzeniu przypomniałam go sobie i pomyślałam, że przecież mam miejsce, w którym mogę dokonać jego analizy. Chodzi o "Młodą dziewicę zgwałconą przez własną cnotę" ("Young Virgin Auto-Sodomized by the Horns of Her Own Chastity").

Obraz ten został w 1954 roku namalowany przez Salvadora Dali. Jego angielskojęzyczny tytuł wnosi więcej informacji niż polskie tłumaczenie, dlatego zadecydowałam się tu zamieścić obie wersje. Przede wszystkim, gdyby ktoś miał problemy z dostrzeżeniem, to już z tytułu wynika, że chodzi o gwałt analny (sodomy), a narzędziem gwałtu są rogi (horns). Falliczne kształty tworzące pośladki postaci i pojawiające się w kilku innych miejscach obrazu to rogi nosorożca. Dali fascynował się tym materiałem i kojarzył go z czystością (chastity), a nawet kultem maryjnym. Informacje te zaskakują w zestawieniu z jawnie erotyczną wymową obrazu, który zresztą sześć lat później doczekał się nawiązania. Zastanawiałam się kim była modelka malarza i jakie łączyły ich relacje. Byłam bardzo zawiedziona, gdy odnalazłam informację o tym, że inspirację stanowiło zdjęcie z czasopisma dla panów z lat 30. ubiegłego stulecia. Inne źródła sugerują, że mistrza inspirowała reklama rajstop ze szwem, a nawet, że jest to zemsta na siostrze, która została wcześniej odmalowana przez niego w podobnej pozie, a potem naraziła się publikując niepochlebną książkę o bracie.

Rogi nosorożca fascynowały autora także ze względu na ich boską geometrię i fakt, że rosną zgodnie ze spiralą logarytmiczną. Już od czasów starożytnych pitagorejczyków wywodzi się powiązanie liczb z religijnością, boskością. Róg nosorożca to także znany afrodyzjak, mimo że badacze dawno już przebadali tę substancję nie znajdując w niej żadnych składników wzmagających erekcję. Topornym i niedowidzącym nosorożcom całkiem blisko jest do fantastycznych jednorożców. Jednorożce, poza posiadaniem fallicznego rogu na głowie, mogą służyć do wykrywania... dziewic. Takie powiązanie powstało prawdopodobnie w średniowieczu jako fuzja wierzeń pogańskich i chrześcijańskich ideałów nakazujących czystość. Dziewica jest w stanie wywabić jednorożca z puszczy i nie ma żadnych problemów z obłaskawieniem go. Władca, który chciałby takie zwierze posiadać, powinien wykorzystać właśnie dziewicę do jego zwabienia. Czasy się zmieniły, jednorożców (w związku z tym?) coraz mniej, ale podania o tej zależności znajdujemy także we współczesnej literaturze - kto czytał Pratchetta ten wie. Jedna z koncepcji głosi, że jednorożec może być wzorowany na wymarłym Elasmotherium, czyli rodzaju nosorożca, który zamieszkiwał stepy Eurazji w epoce lodowcowej. Dali wiele wiedział o surrealistycznych jednorożcach, a nosorożcowe rogi na jego obrazach stanowią fascynujący przykład przemówienia przez artystę zbiorowej nieświadomości. W komentarzu do tego obrazu powiedział on: "Róg nosorożca jest w rzeczywistości legendarnym rogiem jednorożca, symbolem czystości. Młoda kobieta może się na nim oprzeć lub podjąć z nim moralną grę, jak to bywało w czasach miłości dworskiej."

Róg jest agresywnie zwrócony w kierunku ciała kobiety, ale też analogiczne rogi składają się na jej ciało. Czyżby zagrażała jej jakaś nieodwracalna zmiana spowodowana tym, co jest w niej samej, a nie przychodzi z zewnątrz? Z jednej strony jej stopy stoją spokojnie na ziemi, a z drugiej wygląda jakby zamierzała wyrwać się i nago przeskoczyć barierkę balkonu. Ucieka przed czymś, czy leniwie rozważa inicjację seksualną? A może przyśnił jej się pierwszy w życiu sen erotyczny? Cztery lata po namalowaniu dzieła, jego autor powiedział: "Paradoksalnie, to malowidło, które ma tak erotyczny wygląd, jest najcnotliwsze ze wszystkich." Być może chodzi o zintegrowanie w sobie pewnych elementów. Mając świadomość własnej seksualności możemy ją kontrolować. Nie obawiając się, że przejmie ona nad nami kontrolę, nie musimy jej spychać do nieświadomości, a możemy dokonać swobodnego wyboru formy własnej ekspresji seksualnej. Gwałt brzmi agresywnie, ale i współżycie podejmowane za zgodą wymaga pewnej dozy agresji (penetracja). Zakrywanie tego, co poniżej pasa barierką i nie dopuszczanie tego do świadomości może się skończyć agresywnym wybuchem.

Nosorożce nie atakują nie sprowokowane. Ten na obrazie już przerwał ciągłość poręczy balkonu...

piątek, 22 czerwca 2012
"Męska plaga. Seks, pożądanie i kłopoty z prostatą." - recenzja

Thorwald wsławił się "Stuleciem chirurgów". Wydaje się, że autor upodobał sobie dokumentowanie historii medycyny i ma do tego szczególne predyspozycje. Potrafi bowiem połączyć wiele faktów w porywającą całość, którą czyta się wartko i z zainteresowaniem. Do książki dołączył bibliografię, ale zaskoczyły mnie jej małe gabaryty. Recenzowana książka składa się z czterech części. Trzecia z nich tak naprawdę niewiele mówi o samej medycynie, a raczej skupia się na relacjach dotyczących życia seksualnego znanych osób. Zaskakujące, ale właśnie tą część określiłabym jako mankament książki. Weszła ona na rynek jako "najbardziej pikantna książka Thorwalda" (informacja z okładki), a ja uważam, że dobrej książce nie jest potrzebna nachalna promocja za pomocą seksu. Ja bym to przeczytała i bez erotycznych perypetii Chaplina.

Seks pojawia się już w tytule. Głównym tematem książki jest prostata i jej schorzenia. Ten zarezerwowany dla mężczyzn narząd (wielkości kasztana jadalnego, więc autor gdzieniegdzie irytująco nazywa ją kasztanem) ma sporo wspólnego z seksem. Prostata znajduje się poniżej pęcherza i przechodzi przez nią cewka moczowa. Nic dziwnego, że w razie przerostu gruczołu pojawiają się trudności z oddawaniem moczu. Prostata wydziela także składniki ejakulatu. Aktywność seksualna jej służy. Nie dziwi zatem, że opisywani przez autora znani (dziś może powiedzielibyśmy "celebryci") z korowodami kochanek, na gruczolaka prostaty zapadali późno lub wcale. Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Fascynujące jest to, jak autor prowadzi nas przez historie dostępów chirurgicznych i proces budowania narzędzi do dostępu nadłonowego i resekcji przezcewkowej. Czytelnik dowie się także o zaburzeniach seksualnych będących częstym powikłaniem tych operacji. Wiedza medyczna jest przedstawiona rzetelnie, ale w przystępnej formie. Zastanawiałam się, kto częściej sięga po tą książkę. Czy spragnieni pikantnych szczegółów mężczyźni, czy ciekawskie kobiety? Raczej nie czytajcie tej książki w miejscu publicznym, bo na mnie ludzie różnie patrzyli. Mnie jako kobiecie ta książka pomaga w jakimś sensie zrozumieć mężczyzn. Kultura tak bardzo się przez te wszystkie lata nie zmieniła. To znaczy, od mężczyzn wciąż oczekuje się sprawności seksualnej i kiedy powstaje jakieś jej zagrożenie, to jest to bardzo wstydliwa i obciążająca sytuacja. Purytanie nawet nie wymawiali słowa "prostata", ci bardziej rozwiąźli natomiast podobnie panicznie bali się słowa "impotencja". Czy męskość polega tylko na tym? Thorwald pokazuje, że także na ambicji, która niektórych chirurgów (jeszcze nie urologów, bo ta gałąź wyodrębniła się później) gnała przez całe życie jedną ideą nadwartościową (np. stworzenia doskonałego cystoskopu), a innym kazała upokarzać pacjentów publicznym oddawaniem moczu, tylko by zademonstrować, że udało się uniknąć nietrzymania. Tak jakby samo badanie per rectum nie wystarczało!

Ciekawa bym była recenzji tej książki napisanej przez mężczyznę. Mam nadzieję, że Was mimo wszystko zachęciłam do lektury.

niedziela, 17 czerwca 2012
Rozważna i romantyczna

Nie wiem, czy lepiej jest być rozważną czy romantyczną. I rozważna i romantyczka mają swoje mocne strony. Wiem jednak, że tego jacy jesteśmy nie da się wybrać. Ba! Nie jest to nawet cecha stała, ponieważ całe życie rozwijamy się dzięki doświadczeniom, lekturom, napotkanym ludziom i w różnych momentach możemy bardziej kierować się intelektem lub uczuciami. Czasem brakuje lub nie można odczytać racjonalnych przesłanek i kieruje się intuicją, czasem nawet podsuwa mu ona trafny wybór...

Przez większość życia wydawało mi się, że warto stawiać na intelekt, dlatego uczyłam się, a w dyskusjach starałam się merytorycznie uzasadniać swoje zdanie. Brzmi profesjonalnie, ale szybko okazało się, że czasem komunikaty poruszające emocje odbiorcy mogą zdziałać więcej oraz że są takie zadania życiowe, w których statystyka nie jest w stanie podsunąć prawidłowej odpowiedzi. Ludzie nie wolą się oszukiwać i wierzyć optymiście, choćby to pesymista miał rację i większe doświadczenie. Twarde dane może i dobrze wyglądają na prezentacji konferencyjnej, gdzie spotyka się grono specjalistów, ale już nie koniecznie działają dobrze podczas luźnej rozmowy. Tłumaczenie, że trzeba uszczelnić małe szparki w oknach, bo to wychładza mieszkanie nie na wiele się zda, jeśli jednak powie się, że gdyby zebrać te dziurki do kupy to byłaby wyrwa wielkości pięści w salonie to efekt jest spektakularny (No chciałby pan mieć dziurę w salonie?). Kiedy się spieszymy i działamy pod wpływem stresu, istnieje większa szansa na popełnienie błędu, stajemy się bardziej podatni na manipulację. To wtedy rozwaga ulega wyłączeniu i ulegamy wszystkim tym ofertom „tylko dla nas” i „zaraz się kończącym”.

Z kolei przesyłając komunikaty nacechowane emocjonalnie łatwo być posądzonym o aktorstwo i przesadę. Tak jakby emocji mieć nie wypadało i były one zarezerwowane dla jakichś labilnych, rozpuszczonych histeryczek (nigdy histeryków). Warunkiem szacunku do siebie jest szczerość, a ta wymaga wsłuchania się we własne wnętrze, co z kolei wymaga wysiłku. Często okazuje się, że o danym zagadnieniu trzeba naprawdę dużo wiedzieć, by prawdziwie odczuć jego głębię. Kiedy dużo wiemy, pewne rzeczy postrzegamy poza świadomością, co wyjaśniałoby trafność intuicji i przeczuć. Wielu emocji nie uświadamiamy sobie, nie chcemy uświadamiać lub nasze otoczenie uczy nas „nie czuć”. Tymczasem warto sobie zdawać sprawę z własnych emocji, ponieważ są one ważnym wskaźnikiem tego, jak na nas działają różne bodźce, czy mamy na coś w sobie zgodę. Tłumione emocje nie przestają istnieć, nadal działają na poziomie fizjologicznym i powodują całkiem realne dolegliwości. Lepiej o nich wiedzieć i dokonywać świadomych wyborów.

Okazuje się, że najkorzystniej jest stać gdzieś pośrodku. Nie ulegać impulsom, ale także nie tracić kontaktu z własną intuicją, która choć wydaje nam się czysto emocjonalna, najczęściej czerpie garściami z nieświadomych, racjonalnych spostrzeżeń. Warto poznawać siebie i mieć kontakt z własnymi emocjami, bo tylko wtedy możemy być naprawdę szczerzy i silnie angażować się w sprawy tego warte.

sobota, 09 czerwca 2012
Wentworth

Przyszedł czas na kolejną recenzję gry point&click. Zwłaszcza, że ambitniejsze wpisy i tak omijacie szerokim łukiem ;) Do uczestniczenia w grze niezbędna jest znajomość języka angielskiego, inaczej będziecie się poruszać po omacku i nie będziecie wiedzieli o co spotykane postaci Was proszą.

Grafika jest dość przyjemna. O ile stacja kosmiczna wygląda naiwnie, to postać głównego bohatera - leniwego kota, wzbudza sympatię, a ziemski las z fantastycznymi roślinami jest nawet miły. Tego samego nie da się powiedzieć o ścieżce dźwiękowej, która po prostu irytuje i jest boleśnie mało ambitna.

Nasze zadanie polega na dotarci na Ziemię i zasadzenie tam roślinki, która powinna była być tam już od bardzo, bardzo dawna. Skoro zadanie wykonywane jest z opóźnieniem, to nie obędzie się bez czitów w postaci używania gwiezdnego pyłu, który obudzi jakąś paskudę z lasu, ale nic więcej Wam nie zdradzę.

W razie trudności, instrukcje przejścia można znaleźć w sieci.

Zagrajcie!

Tagi: gra
18:28, wildfemale
Link Komentarze (2) »
środa, 06 czerwca 2012
"Ostatni akt" E. Avery - recenzja

Bardzo chciałam przeczytać tą książkę. Fabuła oparta jest na faktach z życia malarki Tamary Łempickiej, ale myli się ten, kto podejrzewa mnie o nagła fascynację art deco. Po tą pozycję sięgnęłam raczej wiedziona ciekawością. Podejrzewam, że niebagatelne znaczenie dla popularności książki ma promowanie jej jako historii o romansie dwóch kobiet. Najwyraźniej tkwi we mnie wojerystyczny element.

Autorka musiała dokonać solidnego przeglądu literatury przed przystąpieniem do napisania swojego dzieła. Trud ten opłacił się, bowiem książka jest wewnętrznie spójna, a zarysowane postaci wielowymiarowe. Łatwo się zainteresować ich losami. Moje późniejsze dociekania nie dowiodły jakichkolwiek rozbieżności pomiędzy życiorysem Łempickiej, a faktami przedstawionymi w książce. Z pewnością opisanie artystki nie było zadaniem łatwym, ponieważ do dziś nie jest znane dokładne miejsce jej urodzenia. Malarka bardzo  chciała się czuć Polką, a nie Rosjanką, a fałszowanie faktów z własnego życia przychodziło jej bez trudu. Wydaje się jednak, że jeszcze trudniejsze było nakreślenie postaci młodej kochanki artystki, co autorce udało się doskonale. To Rafaela jest także narratorką większej części książki.

Możemy pojmować Rafaelę jako naiwną dziewczynę z prowincji, która wyrwała się do Paryża w poszukiwaniu lepszego życia, jako ekskluzywną prostytutkę lub też jako dziewczę zakochujące się niewinną miłością w starszej i bardziej doświadczonej kobiecie. Która z tych wersji jest prawdziwa? Po trosze wszystkie. Przedstawiona na kartach powieści Rafaela nie miała lekkiego życia. Jej ojciec był Żydem, co położyło się cieniem na jej życiu, choć matka była chrześcijanką. Rafaela zresztą wcześnie ojca straciła, a ojczym nigdy jej nie uznał ("Trzeba znaleźć męża dla twojej córki."). Rafaela chce mieć paryską sukienkę i dlatego udaje się do tego miasta nie bardzo planując z czego będzie się utrzymywać. Książka mówi o romansie dwóch kobiet, toteż rozpatrywanie rozwoju seksualnego Rafaeli wydaje się uzasadnione. Również tutaj dziewczyna nie miała szczęścia i może dlatego w ogóle dała się w ten romans wciągnąć. Panie poznają się w Lasku Bulońskim, choć przyszła muza Łempickiej w nim nie pracuje. Prawdopodobnie nikt Rafaeli nie uświadamiał. Ma ona piękne ciało, ale go nie czuje, nie rozumie co mężczyźni w nim widzą i chętnie ich nim obdarza nie bardzo zastanawiając się czy ich kocha. Umiała sprawiać sobie przyjemność masturbując się... naoliwioną poręczą. Seks służy tylko przyjemności? W swoim szesnastoletnim życiu Rafaela zdążyła już oddawać się za pieniądze, nauczyła się seksu analnego jako metody antykoncepcji, dała się namówić na użycie dildo z koleżanką, a także stała się prezentem jednego mężczyzny dla drugiego nie bardzo widząc w tym coś złego. Rafaela dowiedziała się, że dojrzała, kiedy w mokrej sukience stanęła przed rodzicami. Rozwinęła się fizycznie, więc uznali, że potrzeba jej męża. Może żeby za wcześnie nie zaszła w ciążę i nie powiła bękarta, a może dlatego, że ojczym mógłby mieć na nią zakusy?

Gdyby Rafaela nie dorastała w takim domu, prawdopodobnie wyczułaby, że inna kobieta przekracza jej granice. Jednak złożyło się tak, że ta kobieta jeździła dobrym samochodem i była dobrą kochanką. Rafaela przeżyła pierwszą w swoim życiu taką fascynację, a malarka miała swoją muzę, która natchnęła ją do stworzenia wielkich dzieł i dała jej popularność. W latach dwudziestych ubiegłego wieku posiadanie kochanka tej samej płci nie było niczym niezwykłym, ale też nikt nie traktował miłości dwóch kobiet poważnie. Łącznie z samą Łempicką, która skutecznie rozglądała się za tym jak poślubić fortunę w spodniach i powrócić do poprzedniego standardu życia. Rafaela postrzega ją jako idealną matkę, ale Łempicka chyba nie umie kochać. Nie jest trudno zrozumieć dlaczego córka ma do niej na starość tak wiele żalu i czuje, że matka nie pamiętała o niej w wielu momentach. Łempicka nie czuje zażenowania kochając się z modelką, a potem płacąc jej za to. Skłania też potem tą samą modelkę do rozebrania się na przyjęciu nie szanując jej wstydu. Rozgłasza też w towarzystwie, że to towarzysząca jej dziewczyna pozowała jej do aktów nie bacząc na to, że ta rumieni się ze wstydu. Maluje "ich" intymny obraz, który potem wykorzystuje jako kartę przetargową w negocjacjach małżeńskich. Zapewnia o miłości, ale zdradza z inną, której twarzą zresztą ozdabia portret ciała dziewczyny, która była jej szczerze, może nawet naiwnie, oddana. Łempicka jest utalentowana, umie malować, ale też ciężko ją choćby polubić, a tym bardziej jej zaufać. Nie jest to także kobieta, która znałaby pokorę. Gardzi nawet swoimi nauczycielami.

Historia przedstawiona przez Avery, oprócz budzenia ludzkiej ciekawości, pozostawia także czytelnika z odczuciem głębokiego smutku. Miałam wrażenie, że jestem świadkiem wykorzystania. Rafaela widzi błąd swojej koleżanki Gin, która uporczywie wierzy w kłamstwa swojego kochanka, ale jednocześnie nie jest w stanie dostrzec, że sama popełnia identyczny błąd w stosunku do swojej kochanki, która potraktuje ją jako narzędzie i nie będzie darzyła sentymentem. Rafaela jest naiwna, wrażliwa, ale i wierna, w czym stanowi zaprzeczenie wyrafinowanej malarki, którą tak bardzo idealizuje. Druga część książki jest pisana z punktu widzenia starzejącej się Łempickiej, która zapłaciła za grzechy młodości: straciła wenę po rozstaniu z muzą, zniszczyła zdrowie, przeszła operację raka, znosi krytyczne acz życzliwe uwagi przyjaciół. Gotowa jest zapłacić taką cenę, ale dręczą ją wyrzuty sumienia i nęka niewiedza o dalszych losach dawnej kochanki, która potem ułożyła sobie skromne życie z przyjacielem.

Dla mnie to taka książka o miłości zimnej i kanciastej jak bryły na obrazach Łempickiej.

wtorek, 05 czerwca 2012
Królewna Śnieżka i Łowca

Chciałam sobie sprawić nieco przyjemności i wybrałam się do kina. Ponadto, w Warszawie przy dworcu wisiały tak atrakcyjne plakaty, że zahipnotyzowała mnie uroda Charlize Theron. Byłam ciekawa, czy film jest rzeczywiście tak mroczny jak to zapowiadały trailery.

Ekranizacja baśni braci Grimm znacznie odbiega fabułą od oryginału, ale jest to udana twórcza interpretacja. Oczywistym zabiegiem jest wprowadzenie postaci łowcy, ale także postaci fantastycznych, o jakich autorom oryginału nawet się nie śniło. Troll był świetny, ale elfy w ogóle nie odpowiadały rzeczywistości. Przecież wszyscy wiedzą, że są większe i mają skórę w innym kolorycie;)

Na oczach widza Śnieżka dojrzewa, zmienia się, doświadcza traumy, ale i dokonuje samookreślenia, które pozwala jej na pełny rozwój osobisty. Śnieżce współczujemy, bo wcześnie straciła rodziców i doznała wiele krzywd. Jednak postać złej królowej, która zagarnęła tron i zatruła serca poddanych czarnymi bakelitowymi igłami zła, jest na tyle dobrze zarysowana, że również i jej cierpienie jesteśmy w stanie zrozumieć. Doznała ona bowiem traumy tak wcześnie, że teraz nie potrafi kochać ani współczuć, a za swój jedyny atut uważa urodę. Ta zaś nieuchronnie przemija doprowadzając królową do szaleństwa. Królowa ma brata, którego w trudnych chwilach chroni, być może traktując nie jako indywidualną istotę, a raczej własne przedłużenie. Ciężko jej dostrzec granice między nimi, nie ma nawet oporów przed rozbieraniem się przy Finnie. Rawena uwodzi tym, co na zewnątrz i pilnie chroni dostępu do tego, co ma w środku. Być może dlatego, że czuje iż jest pusta, bądź owładnięta przez złe siły, z którymi zawarła tajemny pakt. Przypomina Morganę z Camelot lub królową Margot z "Mistrza i Małgorzaty". Wszystkie oddały co tylko miały najcenniejszego w zamian za diabelskie moce, ponieważ bardzo wcześnie w życiu ktoś je przekonał, że są nic nie warte takie, jakie są.

Dla kontrastu, Śnieżka walczy o siebie. Może dlatego ma na to siłę, że była kochana przez rodziców, a potem pełnych nadziei poddanych. Śnieżka obłaskawia trolla po prostu na niego patrząc. Ale nie da się w pełni rozwinąć mając kontakt tylko ze swą łagodnością. Toteż Śnieżka rozpoznaje również swoją agresję i w odpowiednim momencie zamienia suknię na zbroję, a w ręku dzierży miecz - symbol męski i falliczny. Rawena nienawidziła mężczyzn, toteż w nic nie mogli ją oni wzbogacić. Śnieżka miała kochającego ojca, bliskiego jej księcia, z którym się wychowała, a potem troskliwego, dzikiego i niezależnego łowcę. Księżniczka pieści się z księciem, ale do mającego prawdziwą moc pocałunku dochodzi z łowcą z lasu. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pocałunek jest tu metaforą znacznie większych przejawów namiętności, gdyż po tym kontakcie Śnieżka dosłownie odradza się i rozwija tak, by być w stanie zająć miejsce kobiety dorosłej - królowej.

Śnieżka i Rawena są jak dwie strony tej samej monety. Bez jednej nie byłoby drugiej. Ani bezbrzeżnego zła Raweny, które ta okupuje swoim zdrowiem i życiem, ani męczeńskiego cierpienia Śnieżki dzięki któremu poddani stają się jej tylko wierniejsi. To mogłaby być historia o wymuskanej biernej dziewce w fallicznej wieży, ale wolę myśleć o tym, jako o ekranizacji pełnego rozwoju i dojrzewania dzięki wyzwaniom oraz o tym, że pierwsze miesiące życia są decydujące dla rozwoju stylu przywiązania i stworzenia się wewnętrznego modelu operacyjnego będącego matrycą dla wszystkich dorosłych relacji.

Żadna moja polonistka nie przyjęłaby takiej recenzji, ale ja jestem taka szczęśliwa z powodu sposobu, w jaki to napisałam.