RSS
wtorek, 25 czerwca 2013
Zdobycze

Dzień zaczął się ciekawie. Mnóstwo rzeczy do zrobienia, mnóstwo miejsc do odwiedzenia. Wiele z tych rzeczy zaczęłam przygotowywać na ostatnią chwilę (mea culpa!). Ten brak punktualności został ukarany. Na przykład w dniu dzisiejszym robiłam sobie pastę jajeczną i dodałam do niej za dużo chilli i teraz będę musiała zjeść to, co nawarzyłam. Mam karę!

Ponieważ w portfelu nie miałam ani grosza, rano musiałam się udać do bankomatu. Już z daleka zobaczyłam tkwiący w szczelinie druk potwierdzenia operacji. Mam go przed oczami. Wolne środki: 16923.04. Chciałam zrobić w pracy sensację, że istnieją ludzie, którzy dysponują takimi środkami, ale nie zrobiłam. Doszłam do wniosku, że może wszyscy inni tyle mają tylko zgrywają biednych. Wszak w Polsce nie ustała moda na narzekanie. Zaczynam podejrzewać, że ktoś złośliwie zostawił ten świstek w maszynie.

Zdobyłam dziś także pilniczek do paznokci. Jako osoba szalenie kobieca i skupiona na własnym wyglądzie od kilku miesięcy używałam pilniczka tępego, a na dodatek zardzewiałego. Uznaję tylko pilniczki metalowe. Szklane ulegają wygładzeniu po jednokrotnym przejechaniu po moich paznokciach. Mam zdrowe i mocne paznokcie. Ludzie kupują takie pilniczki za kilkanaście złotych przez Internet, a ja swój nabyłam w zwykłym kiosku za 6, czyli tyle ile złośliwi sprzedawcy życzą sobie za koszty przesyłki płaskiego kawałka metalu. Widzę, że towar tym sprzedawcom i tak schodzi, a zatem i oni zdobywają.

Zdobyłam również książkę "Samotny seks" mówiącą o historii masturbacji. Kilkaset stron wywodów historyka na temat onanizmu na pierwszy rzut oka nie okazały się tak fascynujące jak bym się tego spodziewała. Jednak swoistą zdobyczą jest dla mnie to, że jakiś sympatyczny bibliotekarz specjalnie na moją prośbę tą książkę zarezerwował. Liczyłam, że tego pana spotkam i być może pomoże mi on rozstać się z myślami o samotnym seksie. Niestety po południu w filii czekała smutna pani z kolczykiem w nosie. Nie da się wszystkiego zdobyć w ciągu jednego dnia.

Najmilsza niespodzianka czekała na mnie jednak po powrocie do domu. Była to tajemnicza przesyłka w kopercie bąbelkowej. Zupełnie nie mogłam wywnioskować po kształcie co to jest. Nie spodziewałam się także żadnego listu. Tymczasem stałam się szczęśliwą posiadaczką pendrive'a o pojemności 8GB w kształcie... srebrnego mercedesa! To jest zdecydowanie mój najlepszy pendrive. Sama w życiu bym sobie czegoś takiego nie kupiła, ale teraz podniecam się obracanymi kółeczkami z oponami z prawdziwej gumy oraz świecącymi i migającymi diodami z przodu i tyłu auta. Cieszę się jak dziecko i głównie to dzięki prezentowi zyskałam.

Kwestię osobnych dociekań stanowiło dla mnie to, dlaczego zostałam nagrodzona. Minęły eony zanim skojarzyłam, że kilka miesięcy temu brałam udział w konkursie. Po wytrwałym grzebaniu w sieci faktycznie znalazłam listę laureatów. Za nic nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć na czym polegało zadanie konkursowe. Z moją pamięcią nie jest dobrze.

Przesyłka przypomina mi, że w innym konkursie wygrałam książkę, która jeszcze do mnie nie dotarła. Także i tym razem nie śledziłam strony organizatora konkursu. Po czasie (i zamknięciu wątku) dopiero okazało się jak wiele straciłam. Inni uczestnicy mieli pretensje o to, że zostałam nagrodzona i formułowali absurdalne zarzuty. Nie spodziewałabym się aż takich emocji wokół skądinąd przeciętnie mnie interesującej książeczki.

Widać sympatii internautów nie jestem w stanie zdobyć;)

02:12, wildfemale
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 czerwca 2013
Traumatyczne życie miłosne

Miałam tak wiele pomysłów na tytuł tego wpisu, że aż nie mogłam się zdecydować. "Dlaczego zostanę starą panną?", "Dlaczego świry wybierają właśnie mnie?", "O traumatycznym podrywie", "Co jest ze mną nie tak?", "Śmierdząca randka", "Aseksualność to moja nowa droga życia", "Dlaczego brak asertywności zabija?" - musicie mi uwierzyć na słowo, że były w mojej głowie i lepsze, ale po kilkunastu godzinach pracy mózg mi się lasuje i pamięć już nie ta co kiedyś. Postaram się trzymać chronologii i z góry przepraszam za ewentualny brak polotu, ale po prostu nie miałam się z kim tym podzielić. A muszę się podzielić natychmiast, głęboko mnie to bowiem unieszczęśliwia.

Na ulicy zaczepił mnie chłopak jadący na rowerze. Nie żeby to było niezwykłe. Jakiś czas temu po drugiej stronie dokładnie tej samej ulicy zaczepiała mnie jakaś dziewczyna z rowerem, ale jej... jak najszybciej uciekłam mimo że coś tam krzyczała za mną. Cieszę się, że nie dowiedziałam się o co chodziło tym bardziej, że dziś niestety nie udało mi się przed rowerzystą uciec. Trudniej mi było to zrobić, bowiem z tym gościem już się znaliśmy. Umknęło mi jego imię, ale jakiś czas temu mnie podrywał. Ze względu na kilkuletnią różnicę wieku natychmiast go skreśliłam i równie szybko o nim zapomniałam.

Tymczasem jak gdyby nigdy nic, w mojej drodze do baru zaczepił mnie tenże sam chłopak i kompulsywnie chciał dyskutować o książce, którą mi polecał (nie pamiętam jakiej) i o tym, czy książki z listy jaką mu zgodnie z wcześniejszą prośbą przesłałam są gdzieś dostępne. Prawie wybuchnęłam śmiechem na myśl o tym, jak gość się musi męczyć odbierając mój mail bez internetu, w którym to mógłby również przejrzeć sobie biblioteczne katalogi i pliki na chomiku. I on tak stał przy tym rowerze i mnie męczył, a ja właśnie byłam w trakcie wykręcania się, że się spieszę, że nie mogę, bo za godzinę mam być w zupełnie innym miejscu. Dobrze mi szło, już prawie odchodziłam, ale w tym momencie podszedł do nas bezdomny. Tutaj miejsce na wizualizację: wyobraźcie sobie teraz bezdomnego faceta ubranego niestosownie do pory roku, oczywiście obowiązkowo śmierdzącego i pobitego. Macie to? No to ten właśnie tak wyglądał.

I w dodatku sępił, że wszyscy go z baru mlecznego wyrzucają, a on by chciał zupkę i czy my byśmy mu mogli dać na tą zupkę. W normalnej sytuacji błyskawicznie wymiksowałabym się z takiej sytuacji, ale to co się tam działo dawno już przekroczyło granice normalności. Mój młody ofiarny interlokutor zaczął się bezdomnym zajmować. Odpytał go ile już pieniędzy ma, gdzie ten bar. Zapytał także, jak tamten ma na imię, dotykał go. No w ogóle się nie krępował i dobrym człowiekiem był. Załzawiły mi w tym momencie oczy, ale nie ze wzruszenia tylko z tego smrodu. Dalszego ciągu możecie się domyślić. Rowerzysta zaproponował, że naszemu nowemu towarzyszowi tą zupkę kupi.

Traf chce, że żywię się w tym samym barze, co lokalna biedota, więc powędrowaliśmy chcąc nie chcąc we trójkę, bo ja byłam naprawdę głodna i naprawdę się spieszyłam. Smród rozwinął własną osobowość i zaklepał sobie miejsce w kolejce. To wolny kraj, każdy może stać w kolejce, ale czemu akurat za mną?! Czułam się bardzo, bardzo pokrzywdzona przez los, ale najwyraźniej nie skupiałam się na tym dostatecznie silnie by nie słyszeć rozmowy która toczy się za mną. Rowerzysta troszczył się o nowego podopiecznego, dotykał jego pobitej twarzy, dopytywał o samopoczucie. Rychło dowiedziałam się, że stojący za mną człowiek ma gorączkę i toczy go jakiś wirus. Jutro pewnie umrę. Nie przychodźcie na mój pogrzeb, i tak mnie nie lubicie.

W toku podsłuchiwanej rozmowy dowiedziałam się także, że pan kloszard ma na imię Przemek. Nie żartuję! Pan Przemek dostał żurek. W kolejce miałam względny spokój o tyle, że cyklista nie próbował ze mną rozmawiać, gdyż zabezpieczył już sobie interlokutora. Perlisty pot zrosił jednak moje czoło, gdy okazało się, że zaraz będę musiała przejść ze swoim obiadem do jakiegoś stolika i istnieje ryzyko, że panowie się do mnie dosiądą. Rozważałam różne opcje, w końcu dostrzegłam malutki, może dwuosobowy stolik w najbardziej niewygodnym miejscu sali, gdzie przemieściłam się biegiem. Rowerzysta jednak nie dawał za wygraną i zapytał, czy może się dosiąść. No niestety mógł. Ale nie to było najzabawniejsze. W tym momencie sił dodawała mi myśl o blogu i tym, że muszę to przeżyć, po prostu muszę, żeby tutaj opisać. Na pewno macie nudne życie, w którym nie ma miejsca na takie epizody.

W pół sekundy przy stoliku ukazał się pan Przemek i uprzejmie zapytał, czy może się do nas przysiąść. No niestety mógł. To znaczy ja przejawiałam tak niski poziom asertywności, że nie umiałam odmówić. A może w skrytości ducha lubię jeść w smrodzie tylko to głęboko przed sobą ukrywam? Może lubię kojarzyć smak ulubionego, bo najtańszego, kotleta i odruchy wymiotne? Kto tam by znał moje skrywane motywacje?

Przy stole rowerzysta odzyskał zainteresowanie moją osobą (tu miejsce na niecenzuralne wykrzyknienie na "k"). I zaczyna mi klarować rzecz następującą, że on chciałby pomagać innym ludziom. Taka terapia ruchem, no może pracą. Na początku toto brzmiało rozsądnie, ale gdy zaczęłam słyszeć, że on to planuje w pojedynkę i że chciałby tych ludzi nauczyć "bycia w komunie", zaświeciłam mi się czerwona lampka ostrzegawcza. Czerwona rycząca syrena alarmowa rozdarła się w mojej głowie. Ekspresowe pochłanianie obiadu stało się sprawą życia i śmierci, toteż uporałam się z daniem błyskawicznie i w podskokach pobiegłam oddawać naczynia w przeznaczone do tego miejsce. Wybiegłam słysząc za swoimi plecami wymuszenie zapewnienia, że "wrócimy do tego później". Optymista roku najwyraźniej odczuł, że będzie jakaś wspólna przyszłość tego kontaktu. Ja czuję przeciwnie.

I tak pognałam w inne miejsce, gdzie rzeczywiście miałam się znajdować, myślami będąc przy Was i chęci podzielenia się historia. No bo czy spotkał Was kiedyś młodszy hipis chcący dzięki Wam zrobić komunę? W tym momencie coś we mnie drgnęło i zaczęłam się konfrontować z taką myślą, że nie ma dla mnie szans na bycie w związku, gdyż faceci są dziwaczni, a już samo zainteresowanie moją osobą najdobitniej świadczy o głębokości zaburzenia. Ścieżka nawiązywania z kimś przyjaźni też ostatnio nie przynosi mi nic dobrego, ponieważ wszyscy są interesowni i nie przebywają ze mnie dla mnie samej.

Czy to we mnie jest coś trefnego co przyciąga takich ludzi? Czy czeka mnie z tego powodu kilka lat psychoanalizy?

wtorek, 18 czerwca 2013
Ciężki krzyż rodzicielstwa

Olaboga! Jak to ciężko być matką! Jak to ciężko być ojcem! Jakie te dzieci to niewdzięczny, ciężki kawałek chleba! Toć to bochen prawdziwy, ciężki jak młyńskie koło uwiązane u szyi. Niedobrze się na dziatki decydować, kosztują, srają i kaszką plują. Niedobrze!

Co mnie tak wzięło na wynurzenia? Otóż w pracy jestem świadkiem rozmów na temat rodzicielstwa. Młodzi, bardzo zmęczeni życiem, ludzie rozsiadają się w pracy i zaczynają gadać o tym, jak to jest mieć dzieci. Najwyraźniej nie mają siły na pracę. Pracę wykonuję ja. I kątem ucha łapię te wszystkie gorzkie żale. Ja - singielka. Nikt nie przewiduje, że mnie te gorzkie żale nie interesują, mogą przeszkadzać, a w dodatku... są często nieuzasadnione. Kto by się tam przejmował mną?

Młodzi zmęczeni odpowiedzialni rodzice wymieniają się informacjami na temat karmienia piersią (szczególnie mężczyźni) i nawilżanych chusteczek (w zasadzie też szczególnie mężczyźni), a nawet tetrowych pieluch (kobiety! w dodatku takie, które tetry w ręku nie miały). I ja pokornie słucham, jakie to jest złe, że dziecko nie daje się wyspać. No tak, pewnie złośliwie się budzi i drze się na swoich rodziców. Pewnie ci rodzice nie umieją się podzielić obowiązkami. Pewnie to i tamto. Pewnie możliwe jest, że koleżanka nie śpi od dwóch lat przez własne dzieci, tylko że mnie tam uczyli, że po mniej więcej tygodniu bez snu to się po prostu umiera, a koleżanka żyje i głośno się żali. Może byłoby lepiej gdyby ją to jednak w końcu skutecznie zabiło?

W takich dyskusjach wraca nieodmiennie argument, że dzieci to koszty. Kosztują pieluszki i wilgotne chusteczki. Kosztuje edukacja i dodatkowe weekendowe kursy mandaryńskiego. W dodatku kosztuje jazda na konikach, egzamin na czarny pas w karate i lakierki na komunię. Bo to koniecznie muszą być te drogie lakierki, niech się dziewczynka uczy, że na tym polega elegancja. Niech jej przyszły mąż się oswaja z tym, że będzie jej to kupował, bo przecież jak ona bardzo chce, to znaczy, że powinna dostać. Moi zaprzyjaźnieni zmęczeni odpowiedzialni rodzice ofiarnie sobie od ust odejmują, ale "dziecko musi mieć". Bardzo mnie dziwi, że uczą swoje dziecko iż jego rodzice są nieważni i mogą nie żreć byleby tylko ulubiony konik na hipodromie miał co żreć. Ale co ja tam wiem? Przecież ja jestem mało odpowiedzialna i nie narobiłam sobie dwójki dzieciaków rok po roku. Jestem mało odpowiedzialna, ponieważ pomyliłam kolejność i nie spłodziłam sobie dziecka jeszcze przed ślubem (oczywiście bardzo, bardzo planowanym) żeby potem codziennie wszystkim tłumaczyć jak to bardzo kocham swoją córeczkę i jak to trudno mi zdradzać własną żonę. Tyle atrakcji mnie omija. Tylko czemu mam poczucie, że jedyną ważną rzeczą jaka mnie omija jest propagacja własnych genów i inwestowanie w przyszłość nie tylko własnej rodziny, ale i całego narodu? Moim skromnym zdaniem są to wartości, w które inwestowanie wydaje się jak najbardziej uprawnione. Ale co ja tam wiem?

Nie zapominajcie także, że młodzi i odpowiedzialni rodzice uważają swoje pociechy także za uwiązanie i ograniczenie. Dziecko to przecież taka kula u nogi, same z nim problemy. Bo przecież można by jeździć na staże do innego miasta, ale dziecko. Można by iść na studia podyplomowe, ale dziecko. Można by książkę przeczytać, ale dziecko. Taak, dzieci są swoim rodzicom bardzo potrzebne... do usprawiedliwiania własnych ograniczeń i lenistwa. Można by przecież wyjechać z dzieckiem, przekazać dziecko partnerowi na czas lektury, pójść całą rodziną do kina, czy skonfrontować się z faktem, że zjazdy na studiach podyplomowych są tylko raz w miesiącu i chodzi na nie co najmniej kilka młodych matek. Ale po co? Przecież jest dziecko.

Moi młodzi dojrzali przyjaciele są także zgodni co do tego, że dziecko to nieodmienny powód konfliktów. Małżonkowie podają je sobie z rąk do rąk jak jakiś mebel czy inny przycisk do papieru. Dziecko jest narzędziem presji wywieranej przez żonę na męża. Moi młodzi zaprzyjaźnieniu mężowie zostali przy pomocy dziecka przez żony "wychowani", więc już pomagają przy dziecku, a nawet puszczają żonę na aerobik. Ach ci dzielni panowie! Żony obrzucają swoich mężów makaronem, okazjonalnie tłuką zastawę, ale przecież to dobrze i jest to usprawiedliwione bo..., zgadliście, dziecko. W swojej naiwności uważałam dotychczas, że dziecko jest siłą rzeczy wspólne i wspólnie też była podejmowana decyzja o jego poczęciu. Moja naiwność wynika pewnie z tego, że moi rodzice mnie zaplanowali. Może ona też wynikać z tego, że wyznaję pogląd iż jeśli jakiejś decyzji nie przemyślałam, to powinnam ponieść tego konsekwencje, a nie do końca życia płakać i żalić się... na dziecko. Odnosi się wrażenie, że gdyby nie dzieci, to związki byłyby idealne. Sęk w tym, że te związki przecież powstały tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś w swoim partnerze dostrzegł przyszłego rodzica własnych dzieci.

Słuchanie takich głupio-mądrych wynurzeń mnie oczywiście męczy, ale na koniec dnia zadaję sobie przede wszystkim pytanie czy dziecko chciałoby tego słuchać. Dzieci świetnie wyczuwają atmosferę emocjonalną i rozumieją więcej niż się dorosłym wydaje. Są także świetnymi obserwatorami. Jak sobie wytłumaczą, że mamusia właśnie rzuciła w tatusia makaronem i wytłukła pół zastawy? Jak się będą czuły z komunikatem, że przez ich ukochane prywatne lekcje tenisa mamusia nie kształciła się dalej (i nie awansowała i w ogóle karierę jej to złamało), a z powodu wydatków na nowe lakierki nie pojechała na stypendium do Oxfordu? No poszłabym się powiesić po takim komunikacie.

Moi rodzice nie byli idealni w tej roli, popełnili pewne błędy, ale przede wszystkim jestem im wdzięczna za to, że pewnych błędów udało im się jednak uniknąć. Zawsze miałam poczucie, że jestem dla nich ważna. Nigdy nie czułam się przeszkodą w karierze zawodowej czy rozwijaniu pasji żadnego z nich, choć pracowali oboje, a dziadkowie nie bardzo się angażowali w pomoc. Nigdy nikt nie wmawiał mi, że muszę chodzić na wszelkie wymarzone zajęcia dodatkowe, ale też nie wpojono mi, że istnieje taki konstrukt jak zaniedbanie własnego kształcenia dla kogoś. Dzięki temu sama (kredytem!) finansuję sobie kolejne studia podyplomowe i do głowy by mi nie przyszło użalanie się z tego powodu.

Byłam kochana i planowana. Nie mam także nic przeciwko posiadaniu własnego potomstwa. Jeśli jednak zdarzy mi się w końcu na takowe z kimś świadomie zdecydować, to chroń mnie Boże przed wciągnięciem w takie dyskusje jak przytoczone powyżej.

poniedziałek, 17 czerwca 2013
Blob

Po długiej nieobecności wracam z recenzjami prostych flashowych gier. Do powrotu skłoniła mnie przeurocza gra Blob's story. Do dyspozycji mamy 27 poziomów, a w każdym z nich celem jest doprowadzenie do spotkania parki przeuroczych blobów.

Miłe jest, że gra posiada wiele wersji językowych, w tym polską. Zasady są jednak proste i nawet dziecko je zrozumie. Gra jest tak urocza, że przekona do siebie także dorosłych. Klikamy, przecinamy linki, na których uwieszone są bloby, a potem sprawiamy by toczyły się w swoim kierunku. Przy okazji miło jest zebrać jak najwięcej kwiatuszków po drodze. W miarę rośnięcia trudności poziomów, zadanie to staje się coraz trudniejsze, ale na szczęście nie niemożliwe.

Urokliwa jest także niezwykle spokojna ścieżka dźwiękowa. Trzeba z grą spędzić naprawdę dużo czasu, by zaczęła ona nużyć. Niestety nie wiem kto stworzył grę, ponieważ podano tylko nazwę teamu Almagames. Nie wiem zatem komu powinnam dziękować za miłe chwile;)

Poniżej wyniki moich pierwszych kroków w grze. Będziecie lepsi?

Blob's story.

Tagi: gra recenzja
00:55, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 czerwca 2013
W nawiązaniu do wpisu poprzedniego

Powoli wychodzę na prostą. Nawiązałam w tym tygodniu nowy, życzliwy kontakt i nauczyłam się od tej osoby czegoś nowego. Miłe doświadczenie. Jeszcze milsze jest wchodzenie w grono, w którym dawno się nie było i przekonanie się, że nie dość że oni pamiętają, to jeszcze się cieszą na twój widok. Muszę częściej bywać. Im więcej prób, tym więcej szans na dobre doświadczenie.

Wiele rzeczy się wokół mnie dzieje. Czekam na decyzję rekrutacyjną na kolejne studia podyplomowe, które sobie wybrałam. Czekam także na decyzję w sprawie kredytu, który chcę na nie wziąć. Szczerze powiedziawszy nie wiem jednak, czy kredyt w ogóle będzie mi potrzebny. W dobie kryzysu, po kilku miesiącach poszukiwania znalazłam dodatkową pracę, a ponadto ostatnio bez żadnych dodatkowych starań pojawiły się dla mnie różne propozycje wykonania pewnych dorywczych zleceń. Nie odmawiam. Liczę na to, że dobra passa potrwa jeszcze chwilę. Zauważam, że moje samopoczucie bardzo istotnie zależy od tego, czy w swojej własnej ocenie daję sobie w życiu radę. Od kiedy pracuję więcej, paradoksalnie czuję się lepiej, jestem bardziej zmobilizowana, chce mi się więcej uczyć, inaczej planuję obowiązki. Działam efektywniej, co tłumaczę sobie zgodnie z prawem Yerkesa-Dodsona.

Poprzednio pisałam o chęci wyjazdu. Co prawda od tamtego czasu nie stanęła przede mną propozycja wyjazdu na stypendium zagraniczne, ale zupełnie przypadkowo wyklarowała się sytuacja dotycząca konferencji, na którą bardzo chciałam pojechać, a przegapiłam wszelkie możliwe terminy. Wierzcie lub nie, ale w tym tygodniu dowiedziałam się, że ktoś ze swojego wyjazdu rezygnuje i w ten oto sposób, bez specjalnego walczenia, spinania się czy zbędnych nerwów, dowiedziałam się, że jednak jadę. Jadę dokładnie tam, gdzie chciałam! Mam już dokładne plany dotyczące tego, co będę robić w czasie wolnym:) i co sobie zabiorę do czytania w pociągu. Ba! Wczoraj o 3:50 sobie tą wymarzoną książkę kupiłam po okazyjnej cenie przez Internet!

Rozwikłała się także sprawa bycia przeze mnie wredną su francą. Ostatecznie pan psychopata zdecydował się zawalczyć o siebie i to z dobrym skutkiem. Po prostu w końcu spełnił te oczekiwania, które przed nim stawiałam. W tym tygodniu zresztą odnotowałam wysyp psychopatów (niedobrze!), ale z całymi dwoma dodatkowymi w moim życiu poradziłam sobie wręcz śpiewająco. Mam nadzieję, że dzięki temu więcej nie będą mieli ochoty na kontakt ze mną.

Ja jeszcze biegnę popracować nad czymś, a Wy mi w tym czasie opowiedzcie co u Was.

sobota, 08 czerwca 2013
Jak Wam minął tydzień?

Poważnie pytam, bo mnie tak pracowicie, że w zasadzie to brakuje mi pomysłów na wpis. Co się dzieje na świecie prawie nie wiem, bo nie słuchałam wiadomości. Prasę czytałam, ale popularnonaukową. Wciąż gdzieś pędziłam, ale za to mogę się podzielić cenna refleksją, że nie warto unikać załatwiania pewnych rzeczy. Ja tak czegoś unikałam przez trzy lata, aż się w końcu zawzięłam i w ciągu dwóch dni sfinalizowałam sprawę. Najwyraźniej długo dojrzewam.

Długo, jednak zdecydowanie zbyt szybko. Pewnego popołudnia zasnęłam z paluszkami na klawiaturze. Bardzo dziwny tekst powstał. Powoli przyjmuję do wiadomości, że już nie wszystko mogę, że nie umiem odzwyczajać się od spania i że nie jestem w stanie być w kilku miejscach na raz. Okazuje się, że w takim stanie także da się cieszyć życiem ;) I ja się staram to robić. Póki co jak gdyby mi to wychodzi.

Chętnie bym gdzieś wyjechała. Najchętniej za granicę. Najchętniej na stypendium naukowe do jakiegoś miejsca, gdzie jest dużo badaczy zajmujących się tym, co ja i dobrze wyposażone biblioteki. Tymczasem dziś nawet się z domu nie wyrwałam, bo zdecydowałam, że wolę się po prostu pouczyć. Miłe zajęcie. A jakie produktywne! Po raz kolejny zapoznaję się z tym samym podręcznikiem i wciąż odnajduję w nim nowe treści;) Może po prostu poprzednio byłam zbyt głupia by go zrozumieć? Wciąż powraca temat dojrzewania.

W minionym tygodniu okazałam się także wredną francą. Najprawdopodobniej swoją decyzją pokiereszowałam komuś plany życiowe. Na szczęście nie złamałam życia. Odczuwam dziwny spokój, choć zawsze wydawało mi się, że w takich sytuacjach będę miała coś na kształt wyrzutów sumienia. Postąpiłam sprawiedliwie, nie znoszę manipulujących mną psychopatów, a przede wszystkim ludzi, którzy nie są w porządku w stosunku do innych ludzi, a z takim właśnie człowiekiem miałam do czynienia. Wraca mi poczucie, że mam kontrolę nad różnymi rzeczami, które się w życiu zdarzają. To dobre uczucie.

Przepraszam za to, że ten wpis nie jest najbardziej skoordynowanym i logicznym na tym blogu, ale bardzo mi na Was zależy i chciałam dać znak życia. Dodatkowo przepraszam za błędy stylistyczne. Nie żebym je dostrzegała, ale ostatnio polecono mi wykonanie korekty stylistycznej napisanego przeze mnie artykułu. Moim zdaniem artykuł jest oczywiście idealny. Wycena u profesjonalnego korektora za poprawę tego tekstu to 68 złotych. Naprawdę aż tak źle piszę?!

Całuję :)

Tagi: refleksje
17:44, wildfemale
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 czerwca 2013
Poznawanie nowych ludzi

W dobie internetu, portali społecznościowych, randkowych, oplatającej mnie sieci Wi-Fi, aplikacjach społecznościowych na smartfon oraz przy dwóch miejscach pracy (zaczynam jutro, trzymajcie kciuki, jestem bardzo podniecona) czuję się jeszcze bardziej zagubiona towarzysko niż kiedyś. A jestem z tego pokolenia, które w dzieciństwie nie miało komputera, o komórce nie wspomnę, o smartfonach jeszcze nikt nie słyszał, dzieci bawiły się w piaskownicy do dobranocki, a na komunię za moich czasów dostawało się zegarek, a nie quada. I teraz, kiedy tych możliwości poznania kogoś jest przynajmniej pozornie więcej, czuję się naprawdę zagubiona. Czy ja jestem niekompatybilna?

Wokół ludzie opowiadają o swoich cudownych związkach i wieloletnich przyjaźniach, a ja się zastanawiam o czym oni w ogóle do mnie mówią. To znaczy, zaznaczmy na początku iż istnieje kategoria ludzi, którzy opowiadają (a wręcz przechwalają się) nazbyt nachalnie i wtedy wiem, że po prostu kłamią. Poza tym klasycznym nurtem jest jednak nurt głoszący, że w dobrym guście jest opowiedzenie co tam u żony czy dzieci. A jak się tak więcej posiadaczy żon i dzieci zbierze w jednym miejscu, to okazuje się, że innego tematu wręcz nie ma. No i oczywiście mieści mi się w głowie, że bycie w związku czy kontakt z własnym potomstwem może być źródłem satysfakcji. W kwestii tej w ostatnim czasie poczyniłam zresztą znaczny postęp, bowiem od idealizacji związków jako źródła szczęścia wszelakiego przeszłam do bardziej realistycznej wizji mieszczącej w sobie także dodatkowe obowiązki i obligatoryjne ćwiczenie się w kwestii kompromisów nieodzownie wiążące się z byciem w trwałym związku.

Jako osoba nie będąca w związku mam taką zagwozdkę, czy w tym związku w ogóle warto być. To znaczy, wiadomo, bezpieczniej tak i milej, ale wydaje się, że jak już ktoś w związek wdepnął to się nie stara, a przede wszystkim rzadziej wychodzi z diady do innych, rzadziej nawiązuje nowe znajomości. Na imprezę też rzadziej idzie, bo przecież wszystkich najważniejszych dla siebie już poznał, więc nie ma potrzeby wychodzenia z domu. Czy tak jest zawsze? Z pewnością istnieją wyjątki, natomiast w większości przypadków partnerzy skupiają się na docieraniu się do siebie, wiązaniu się wzajemnie, a w niektórych przypadkach zazdrosnym ograniczaniu sobie wzajemnie kontaktów z zewnętrzem.

W dobie wszechobecnej tolerancji wobec wszystkich, a szczególnie ras odmiennych oraz orientacji mniejszościowych, zaskakuje fakt, że osoby bez osoby towarzyszącej jakby rzadziej zapraszane są na wspólne imprezy towarzyskie. Na imprezy w lokalu czy półzamknięte osoby te same nie przyjdą, bo przecież i tak nikogo znajomego nie zastaną. Fakt nie zapraszania samotnym zaskakuje nieco mniej, gdy bliżej przyjrzymy się obawom tych, którzy zaproszenia nie kierują. Otóż, niepisana zasada głosi, że singiel jest chodzącym zagrożeniem i potencjalną destabilizacją już istniejących relacji. Inna sprawa, że gdyby te relacje były takie zażyłe, trwałe, albo gdyby przynajmniej partnerzy w te ich cechy wierzyli, pewnie byliby mniej skorzy do przyjmowania takiej formy obrony. Nie ukrywajmy jednak, że w obawie takiej może być ziarno prawdy. Spójrzcie na amerykańskie seriale o paczkach przyjaciół, w których w piątym sezonie okazuje się, że naprawdę każdy z bohaterów był już z każdym. Ktoś pisze takie scenariusze - skrypt ten jest zatem społecznie prawdopodobny. Równie łatwo sobie także wyobrazić, że urok nowości może mieć w pewnych okolicznościach przewagę nad utartą rutyną stadła. Wyobraźcie sobie, że ona już tysiąc razy słyszała historię o tym, jak on złowił taaaką rybę, natomiast naiwny gość z pewnością tej rewelacji sprzed pięciu lat mógł nie słyszeć, toteż podczas zapoznawania się z nią autentycznie się zachwyci, zadziwi, zada masę pytań świadczących o zainteresowaniu. Nie robi się od razu przyjemniej? W ogóle takiej nowej osobie można imponować do woli, rozmawiać na tematy o których z innymi się nie mogło, czy liczyć na jej zrozumienie w pewnych kwestiach. A nuż będzie miała w tym względzie zasady bardziej zbliżone do rozmówcy? Może zatem taki samotny biały singiel faktycznie stanowi realne zagrożenie?

Oczywiście można się bronić, że przecież są pewne zasady etyczne, że jeśli coś jest dobre to się na pewno nie zawali, że obowiązuje zasada systematycznej pracy nad i rozwijania ważnych dla nas bliskich relacji, ale po chwili słuchania takich rzeczy włączamy telewizor, a tam Hanna Smoktunowicz-Lis chwali się jak to odziedziczyła męża po najbliższej przyjaciółce. No blady strach! Gdzie zatem życiowa fujara ma poznawać nowych ludzi? Zasadne w moim odczuciu wydaje się robienie tego poprzez wyjście z domu. Poznawanie przez Internet chyba się nie sprawdza. Czy przez monitor w ogóle da się kogoś poznać? Osoby liczące na poznanie kogoś do realnych relacji za pośrednictwem Internetu zazwyczaj mają strategię dążącą do jak najszybszego osobistego spotkania. Wydaje się to słuszne, w przeciwnym bowiem wypadku w tempie wykładniczym zaczyna narastać fasada domysłów, idealizacji i kłamstewek spod której potem trudno, a i nie chce się wygrzebać. Poznając przez Internet trzeba zaufać, założyć, że druga strona nie kłamie. Ponadto, kluczowe wydaje się szukanie w odpowiednim miejscu. Miejsce powinno mieć wiele funkcji społecznościowych, a sprawdzanie odpowiedniości warto zacząć od weryfikacji struktury demograficznej społeczności. Inaczej może się okazać, że trafimy w miejsce, w którym nikt nie wie co to za książka ci "Chłopi". Pozostaje pocieszać się, że w ogóle wie iż istnieje coś takiego jak książki.

Zastanawiam się, czy portale społecznościowe są dobrym miejscem na poznawanie nowych ludzi. Kluczem jest tu słowo "nowych". Nie chce słuchać o tym, ilu to ludzi złączyła ze sobą Nasza Klasa, gdyż historie te najczęściej dotyczyły starych, ale nierdzewnych miłości z czasów szkolnych. Wyobrażacie to sobie? Rysiek zawsze był romantyczny chłop i miło się z nim było całować za trzepakiem, a teraz okazuje się, że Rycho co prawda dorobił się brzucha i łysiny, ale za to jest wdowcem po Kryśce i można go swobodnie dosiadać. Romantyczne, nie? No może faktycznie nie, ale za to bardzo życiowe. Tajemniczym tworem pozostaje dla mnie najdynamiczniej się w tej chwili rozwijający w Polsce Facebook, na którym to występują ludzie z całego świata, jednak nawiązywanie zupełnie świeżych relacji wydaje mi się znacznie utrudnione. Jest to raczej narzędzie służące do utrzymywania relacji już istniejących... w życiu realnym.

Wracamy zatem do reala. W dorosłym życiu okazuje się, że większość naszych znajomych pracuje w tej samej branży, kończyła te same studia, nierzadko w ogóle w tym samym miejscu pracują. No nuda! Czy to może rozwijać? Profesjonalnie może tak, osobowościowo już nie koniecznie. W dodatku skoro podobna branża, to nieuchronnie pojawia się element rywalizacji, zawiści, kopania pod sobą dołków, nieprzyjemności. Nieprzyjemnie się robi, a w dodatku wtórnie i nieciekawie. Poznawanie nowych ludzi z nowej branży mocno wskazane. Tylko gdzie ich spotykać? Miejsce spotkania winno bowiem sprzyjać konwersacji, poznaniu się, autentycznemu kontaktowi. Po obu stronach powinna być także gotowość do dzielenia się sobą, a o tą najłatwiej gdy ktoś przybył bez stałego wsparcia grona znajomych. Chociaż gdyby akurat przybył z nimi to może byłoby także łatwiej, bo można by było tych ludzi zlustrować, zweryfikować, na ich podstawie pownioskować o cechach konkretnej interesującej nas osoby. Ludzie podobni lubią się trzymać razem, podobieństwo jest w relacjach nagradzające.

Na budowanie nowych relacji niebagatelny wpływ ma także pierwsze wrażenie, a w nim duża komponenta zależy od wyglądu zewnętrznego, urody. Skutkiem tego wniosku zaczęłam się ubierać jak człowiek i dbać o kondycję. Czuję się lepiej. Nie odstraszam, jest zatem pole do dalszego dzielenia się sobą. Na pewno popłaca także bycie autentycznym. Jest to, oczywiście, ryzykowne, jednak moim zdaniem nie warto udawać skoro właśnie dążymy do zbudowania czegoś trwałego. To nie casting do telewizyjnego konkursu talentów ;) Zakładam, że prawdziwa cnota zawsze obroni się sama i krytyki się nie boi. Logiczną strategią jest także skupianie się wraz z innymi ludźmi nad jakimiś wspólnymi zainteresowaniami. Tworzy to płaszczyznę do wymiany poglądów, a potem i dzielenia się sobą. Powinnam sobie zatem zrobić listę zainteresowań i zobaczyć czy przypadkiem nie ma dla mnie jakiegoś dyskusyjnego klubu filmowego, kursu tańca, czy innego kursu umiejętności na które mogłabym się zapisać. Niestety z takich bardziej praktycznych, to kurs operatora walca drogowego się w mojej okolicy nie odbywa wcale, zaś szkolenie zawodowe hydraulików odbywa się w godzinach mojej pracy.

Po co napisałam ten tekst? Nie dlatego, żeby się żalić. No, może troszeczkę po to także. Chciałabym jednak, żebyście w miarę możliwości podzielili się ze mną metodami poznawania nowych ludzi. Wiem, że są ludzie którym przychodzi to z dziecinną wręcz łatwością. Zatem szczególnie te osoby zachęcam do refleksji nad własnymi zdolnościami i podzielenia się własną wiedzą. Ze swojej strony deklaruję systematyczną pracę nad sobą :)

Tagi: refleksje
21:37, wildfemale
Link Komentarze (4) »