RSS
niedziela, 24 czerwca 2018
Chipsy lecznicze

Ostatni tydzień miałam okropny, na szczęście nie cały tydzień. Byłam drażliwa ponad miarę, dużo kosztowało mnie powstrzymywanie się od krzyczenia na ludzi, bo stoją za blisko, bo jest gorąco, bo ich dziecko biega koło mnie, bo ich dziecko mnie dotyka, bo inni się do tego dziecka uśmiechają, bo... już sama nie pamiętam. Myślałam, że to jakiś wyjątkowo parszywy przykład PMS-u, ale zawiniło chyba to, że zaczęłam zwracać uwagę na to co jem. Nie twierdzę, że udawało mi się jeść mniej, ale przynajmniej monitorowałam to, co jadłam.

W sobotę się jednak załamałam. W sobotę pracowałam,  mój dzień zaczął się tuż po 4 rano. Miałam prawo być zmęczona. Nie miałam też czasu zaplanować sobie obiadu, więc po tym jak w pociągu za który zapłaciłam majątek odmówiono mi wlania wrzątku do mojego kubka termicznego (jest jakiś przepis tego zakazujący? powinnam w tej sprawie pisać do kolei?) i po całym dniu pracy podjęłam jedyną racjonalną na tamten moment decyzję. Czyli zdecydowałam, że nie jadę nigdzie na obiad, bo na obiad jem... chipsy. Sklep miałam minutę od miejsca noclegu. I jak żarłam (=rodzaj entuzjastycznego jedzenia) te chipsy to ze mnie całe napięcie schodziło. To nie było pocieszanie się jedzeniem, bo kupiłam je raczej z głodu niż z chęci poprawienia sobie nastroju. Wiem jednak, że już w trakcie jedzenia czułam się coraz lepiej psychicznie, a z pewnością już mniej rzeczy mnie irytowało. Ponadto okazało się to efektem trwałym. Utrwaliłam go żelkami.

W niedzielę rano czułam się na tyle dobrze by przed pracą pojechać do outletu. W outlecie jakichś obłędnych ubrań nie kupiłam (dwa kilo skarpet, bo były w naprawdę dobrej cenie), ale za to była tania książka o seksie:) Następnie udałam się do pracy, która szczęśliwie nie bardzo mnie obciążała. Na swojej drodze spotykałam tylko pozytywnie nastawionych ludzi. Między innymi sympatyczną brafitterkę, która sprzedała mi ładny stanik. Nie ukrywam, że od pierwszego wejrzenia nie wyglądałam jej jak dobry klient, bo wolała się interesować inną klientką, która przytargała ze sobą męża żeby jej zapinał staniki i która ostatecznie nic nie kupiła. Ludzie mają doprawdy ciekawe zwyczaje. Brafitterka natomiast jak już zabrała się do roboty, to była bardzo dobra. W dodatku była niziutka, więc idealnie mieściła się w przymierzalni. Nawet się zastanawiałam czy jej nie zabrać do domu, ale jakoś zdołałam się powstrzymać ;)

Na zakończenie dnia zafundowałam sobie największe wyzwanie, bo udałam się do fryzjera. Od kilku lat u fryzjera nie byłam, ale czułam się naprawdę mało kobieco i miałam ochotę na metamorfozę. Zaryzykowałam więc wizytę w sieciówkowym salonie, bo był blisko mojego miejsca pracy. Boję się wizyt u fryzjera, boję się zmian, wszystkiego się boję. A tym razem usiadłam na fotelu i powiedziałam pani, żeby robiła co chce. Natychmiast się porozumiałyśmy i do domu wracałam z fryzurą, która zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Czuję się bardziej kobieco, a bałam się, że nie będę miała gdzie dokonać ewentualnych poprawek. Gdyby nie to, że na fotelu obok siedział chłopiec w trzeciej dekadzie życia, za którego płaciła mamusia, która również nie opuściła salonu ani na chwilę pilnując czy panie fryzjerki ładnie pracują, a na koniec zrobiła chłopczykowi zdjęcie nowej fryzurki to wizyta ta byłaby całkowicie udana :)

Za tydzień wyjeżdżam na urlop. Bardzo się cieszę. Na razie kupiłam krem do opalania. Sądzicie, że potrzebuję czegoś jeszcze? ;)