RSS
środa, 27 lipca 2011
Mój kotek jest chory...

Od kilku dni czuje się gorzej, nic nie je. Wiem przecież, że ma już kilkanaście lat i w dodatku choruje na cukrzycę. Jednak w ciągu ostatnich trzech dni praktycznie nie ma z nim kontaktu. Nie chce jeść, nie patrzy gdy się do niego mówi, pije i wymiotuje. A ja biję się z myślami jak mu pomóc i czy zwierzę się nie męczy.

Weterynarz, która go konsultowała podała antybiotyk, kroplówkę... Leczy go, a nie chce usypiać. Ja zwierzaka oczywiście bardzo kocham, ale liczę się z tym, że raczej odejdzie. Widzę, że problem sprawia mu dojście do kuwety i ma nieprzytomny wzrok. Teraz leży w łazience, w której nigdy żadnego miejsca do leżenia nie miał. Czyżby sam coś przeczuwał? Czy jutro rano zastanę go żywego?

Wydawało mi się, że się trzymam i rozumiem, że każdy kiedyś odejdzie, ale okazuje się, że bardzo trudno jest mi się z tym pogodzić. Przykro mi, bo nie spodziewałam się tego. Stan kotka pogorszył się nagle, jeszcze parę dni temu normalnie funkcjonował. Ciężko mi na sercu kiedy kolejny raz ma iść do weterynarza, a ja nie wiem czy i w jakim stanie od niego wróci...

Tagi: zwierzaki
02:13, wildfemale
Link Komentarze (9) »
niedziela, 24 lipca 2011
Wata cukrowa

Od kilku dni miałam ochotę kupić sobie watę cukrową. W dzieciństwie rodzice mi nie pozwalali, a teraz wiem o wacie cukrowej wszystko: to jak pachnie, jak sypie się cukier do maszyny, jakie są ceny porcji małej, średniej i dużej, a nawet to na jakich patyczkach się ją kręci.

Jednak okazuje się, że pewne rzeczy przemijają i teraz już jestem za stara na watę cukrową. Poczucie wstydu przy kupowaniu takowej mi się zinternalizowało, więc obawiam się, że ktoś zobaczy starą babę żrącą watę z patyka. Możliwe, że nigdy już tego nie zjem, a nawet puchate coś lecące z drzew kojarzy mi się z tym produktem spożywczym.

Masz dziecko? Natychmiast kup mu watę cukrową.

23:29, wildfemale
Link Komentarze (6) »
sobota, 23 lipca 2011
The man with the invisible trousers

Tym razem polecam grę nieco podobną do Shift, ale gorszą. Poziomów jest mniej i są prostsze. Wasze zadanie polega na przeprowadzeniu czterech detektywów po czarno-białych poziomach o dziwnej grawitacji. Sterujecie strzałkami. Przejście przez wszystkie poziomy ma nas doprowadzić do rozwikłania zagadki kto zabił piątego detektywa, ale moim zdaniem jest to historyjka dorobiona na siłę do gry.

Znajomość języka angielskiego nie jest wymagana.

Zagrajcie sobie!

Tagi: gra
23:49, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
Dziwne rzeczy mi się przydarzają

Tylko dzisiejszego (a w gwoli ścisłości to już wczorajszego) dnia zdarzyło mi się całe mnóstwo bardzo dziwnych rzeczy.

Rano znalazłam w skrzynce list w bardzo ładnej kopercie, poprawnie zaadresowany, ale z przekręconą wariacją mojego nazwiska. List był zapisany na niedbale wyrwanej z czegoś kartce i zawierał: kawałek zdjęcia, z którego najprawdopodobniej została wycięta moja postać (zdaje się, że stało się to rok temu, kiedy z tamtym wycinkiem dostałam list - to znaczy jeśli poprawnie identyfikuję nadawcę, ale o tym potem), cytat z "Zimy muminków" i zapowiedź, że już więcej takich listów nie będzie, podpisaną inicjałem. Wszystko to zapisane z błędami. Notka nie ma sensu, sprawia wrażenie pisanej przez osobę z rozpadem osobowości. Dziwnie się z tym poczułam...

Po południu wybrałam się na spacer. Po raz pierwszy wyszłam w nowych butach, które miały wszelkie zalety. Poza tym nie przewidziałam jedynie faktu, że prawy z nich będzie mnie ocierał. Otarł mnie tak mocno, że po powrocie do domu wylałam na swoją nogę litry wody utlenionej i klęłam przy tym w czterdziestu językach - tak mnie bolało. Najprawdopodobniej rana zropieje do jutra. Kiedy zatrzymałam się i usiadłam na ławeczce (przy okazji pojawiła się wówczas przy mnie cała chmara komarów, które się solidnie nażarły) by opatrzyć sobie ranę, zaczepił mnie nieśmiało młody chłopak. Niestety, różnica wieku między nami była tak duża, że trudno to było odebrać jako próbę podrywu. Chłopak zapytał: "Nie wiesz gdzie tu można kupić fifkę albo peletkę?". Chłopak wyglądał na normalnego dzieciaka. Czy teraz wszyscy biorą?! A co ważniejsze, czy ja wyglądam jak diler?! Tak mnie zaskoczył, że nawet nie zdążyłam mu zrobić pogadanki o tym jak to narkotyki niszczą życie.

Po spacerze poszłam do toalety w McDonaldzie. Oczywiście toalety płatnej:/ W dodatku dwie dostępne kabiny toalet były koedukacyjne, co zostało odpowiednio oznaczone na ich drzwiach wejściowych. Z początku mnie to nieprzyjemnie zaskoczyło, ale pomyślałam sobie, że czemu nie, w końcu każdy będzie się umiał w takiej sytuacji zachować. Niestety, jedna z toalet była wyposażona w dwie pary drzwi, pierwsze z nich się nie zamykają i prowadzą do części z umywalką, za nimi są drugie, które się zamykają i dopiero za nimi jest muszla klozetowa. Weszłam, zamknęłam drzwi numer dwa. Nie spędziłam tam wiele czasu zanim nie usłyszałam jakiegoś faceta wchodzącego i szarpiącego za klamkę. Oczywiście przekonał się, że jest zajęte. Ale to mu nie wystarczyło, darł się do mnie "halo!!!" (?!). Nie, nie mam pojęcia dlaczego. Oczywiście kobiecie przychodzi w takiej syuacji do głowy, że ktoś chce ją okraść, pobić, albo zgwałcić. Albo wszystkie te trzy rzeczy na raz. Po wyjściu okazało się, że jegomość czeka (na mnie?) na samym progu drzwi wewnętrznych. Poinformowałam go, że jest zajęte, bowiem najprawdopodobniej tego nie zauważył. Na co on mi odpowiedział, że już wolne i... wpakował się za drzwi numer dwa. Nie, nie sprawdzałam, czy je za sobą zamknął ;) Skąd się tacy biorą?!

Wieczorem wdałam się w dyskusję na portalu internetowym na temat stanu zdrowia "Diablo" Włodarczyka, po czym jakiś znawca autorytatywnie oświadczył, że to z pewnością zespół serotoninowy ("diagnoza: toczeń!"). Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że to powikłanie zdarza się bardzo, ale to bardzo rzadko. Można przepracować lata w szpitalu psychiatrycznym i go nie zaobserwować. Oczywiście diabeł mnie podkusił i napisałam w komentarzu, że taki zespół bardzo rzadko się zdarza. I co się stało? Oczywiście dostałam kilka minusów! Arguing on the Internet is like running in the Special Olympics.

Dziwne rzeczy mi się przydarzają...

środa, 20 lipca 2011
Bulldozer Snake

Gier "w wężyka" stworzono mnóstwo, ale ta jest urocza. Liczę także na to, że zainteresuje ona grami tych, którzy na codzień je omijają. Sterujemy i przyspieszamy strzałkami, a zadanie jest jasne. Na plac budowy zrzucane są materiały, które należy kolejno zbierać. Wraz ze zbieraniem długość pojazdu, a raczej ilość przyczep, się wydłuża. Ciekawym konceptem jest umieszczenie na planszy także stacji benzynowej i magazynu. Po zatrzymaniu na nich można odpowiednio zatankować lub zrzucić ładunek zbierając kolejne punkty. Premiowane jest także szybkie zbieranie materiałów, a od czasu do czasu na planszy pojawia się bonus.

Życzę miłej zabawy!

Tagi: gra
16:45, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
Jak się na coś przydać?

Bardziej wytrwali z moich czytelników pamiętają jak wolontaryjnie tłumaczyłam teksty z angielskiego na polski żeby się na coś przydać. Dawało mi to dużo satysfakcji. Ostatnio najprawdopodobniej miałam zbyt wiele wolnego czasu;) bo nawinęła mi się strona z TED talks, czyli inspirującymi wykładami różnych osób, które można sobie na tej stronie odsłuchać. Okazuje się, że można się zgłosić do tłumaczenia tychże wykładów. Kompetencje tłumaczy nie są weryfikowane i nie płaci się im za tłumaczenie.

Jest to zatem współpraca wolontaryjna. Obecnie do tłumaczenia na język polski jest około 90 wykładów (mało!), należy się zalogować, wybrać jeden (!) wykład i czekać do tygodnia aż nasza propozycja zostanie zaakceptowana. Okazuje się, że team TED-a kontaktuje się także ze zgłoszonym tłumaczem i zadaje kilka pytań dotyczących zdolności językowych i możliwości tłumaczenia. Na przetłumaczenie tekstu mamy do 30 dni. Przekładu dokonuje się na bardzo przyjaznej stronie internetowej dostarczającej angielskojęzyczny transkrypt wykładu. Następnie takie tłumaczenie powinno trafić do innego wolontariusza, który je sprawdzi i zaaprobuje. Ma na to do 14 dni.

Ja mam swoje pierwsze tłumaczenie już za sobą. Było mi miło to robić. Z niecierpliwością czekam aż moje dzieło ujrzy światło dzienne po czyjejś recenzji. Na razie dostałam nowe doświadczenie. Bardzo lubię to uczucie i świadomość, że mam coś do zaoferowania innym, że być może dzięki mojej pracy inni ludzie w ogóle zapoznają się z czyimś wykładem. Żałuję jedynie, że nie zostały do tłumaczenia na polski żadne wykłady Helen Fisher.

Znacie dobrze język angielski? Przetłumaczcie coś dla TED:)

poniedziałek, 18 lipca 2011
Muzeum Poczty Polskiej

W dzisiejszych czasach poczta jest dla nas urzędem. I jakby coraz mniej mamy z nią do czynienia w dobie Internetu i firm kurierskich. Jednak nie zawsze tak było. W okresie II wojny światowej poczta polska w Wolnym Mieście Gdańsku była polskim symbolem i oznaką możliwości prowadzenia wolnej korespondencji w ojczystym języku. II wojna światowa zaczęła się właśnie w Polsce. Wszyscy wiemy o Westerplatte, które zresztą znajduje się stosunkowo niedaleko od rzeczonego Muzeum Poczty Polskiej, które dziś odwiedziłam. Budynek Poczty Polskiej w Gdańsku był obiektem o znaczeniu strategicznym. Atak na niego zaplanowano już w lipcu 1939, a podjęto go równocześnie z rozpoczęciem ostrzeliwania Westerplatte.

Muzeum wita

Muzem, jak narzekają same pracownice, jest słabo oznaczone przez Miasto. W większości nawet sami mieszkańcy Gdańska nie bardzo są świadomi jego istnienia, a jeszcze mniej z nich kiedykolwiek to muzeum odwiedziło lub choćby zna jego dokładną lokalizację. Przed wejściem do budynku poczty znajduje się pomnik obrońców Poczty Polskiej, który odsłonięto w roku 1979. Pomnik jest tworem dziwnym, estetycznie przeciętnym, a wręcz szokującym w zestawieniu z przedwojennymi murami okolicznych budynków z charakterystycznej drobnej i ciężkiej cegiełki. Mieszkańcy najprawdopodobniej nie chwalą się swoim sąsiedztwem przed znajomymi. Po wyjrzeniu z okna widzą szare ściany, kępki trawki i... błyszczący pomnik:

Samo wejście do muzeum nie różni się znacznie od znanych nam współczesnych urzędów pocztowych. Może to właśnie uświadamia jak naprawdę niewiele czasu upłynęło od kiedy w okolicy słychać było huk granatów, pokrzykiwania w języku niemieckim, może wezwania do poddania się, widać było dezorientację okolicznych mieszkańców i doprawdy zachodzi się w głowę co w ogóle skłaniało zwykłych pocztowców do ryzykowania własnego życia w obronie budynku. Tak tu teraz spokojnie:

Pracownicy poczty

Uwięzionych w budynku 55 pracowników najprawdopodobniej doskonale wiedziało, że są skazani na porażkę.  Oczywiście, na duchu podtrzymywała ich świadomość, że ma nadejść odsiecz. Nie wiedzieli jeszcze, że owa część Armii Pomorze została z regionu wycofana i od tej pory mogą liczyć tylko na siebie. Załoga była wykształcona. Wśród nielicznych eksponatów muzeum znajdujemy świadectwa ukończenia politechniki. Świadomość strategicznego znaczenia poczty była im znana.

Księga rzeczonych czasów doczekała, a zapis z 1925 roku świadczy o tym, że o kwestie polskości troszczono się od długiego czasu. Pracownicy poczty mieli także przeszkolenie wojskowe.

Ekspozycja muzeum nie zajmuje wiele miejsca. Podobnie nie ostało się wiele po tych, którzy bronili budynku poczty mimo znacznej przewagi liczebnej i lepszego uzbrojenia przeciwnika.

Na ścianach muzem wiszą dobrze podświetlone zdjęcia przedstawiające Danzig z tamtych dni. Hitlerowcy wszystko przemyśleli, zmiany nazw ulic, przemarsze, twarda niemiecka mowa na ulicach, wszędzie widoczne charakterystyczne swastyki. Na załączonym zdjęciu widać tego rodzaju manifestację siły - przejazd ulicą Długą. W tle widać Złotą Bramę, okna przystrojono flagami ze swastykami. Danzig od zawsze było niemieckim miastem, kto się nie zgadza, może się udać na skargę do Victoriaschule.

Podczas obrony poległo 8 osób, kolejnych kilkanaście zmarło nieco później, wskutek odniesionych ran. Większość rozstrzelano na Zaspie miesiąc potem. Urządzono im uprzednio paradny proces, w którym, bez prawa do obrony, uznano obrońców Poczty Polskiej za partyzantów, którzy bezprawnie posługiwali się bronią. Na wojnie nie ma prawa...

Przejdźmy dalej...

Dalszą część ekspozycji stanowią przedmioty związane z funkcjonowaniem ówczesnej poczty. Znajdujemy zatem pokój naczelnika poczty z okresu międzywojennego. Wszystko pieczołowicie za szybką, ale jakaś kreatywna dusza postarała się, by w rogu pokoju stał wieszak, na nim palto, a nawet kapelusz. Zupełnie jakby naczelnik dopiero wyszedł...

Ostało się także zdjęcie pokoju, na którym wszystko widać jeszcze lepiej:

Pierwowzorem dalekopisu był aparat Hughes'a-Juza wynaleziony w 1855 roku. Dziś jest on poważnym eksponatem. Nie dotykać!

Dalej znajdujemy dalekopis, czyli telegraficzny aparat piszący. Nazwa dość dobrze oddaje jego przeznaczenie, o szczegóły mechanizmu działania mnie nie pytajcie:

Nie ma też urzędu pocztowego bez telefonów, a tych na ekspozycji znajdziemy sporo. To tylko wybrane z nich:

... aż do bardziej współczesnych modeli:

I do tego sympatyczna łącznica. Wszystko zależało od tego, czy wprawne paluszki obsługującej ją pani trafią we właściwe dziurki:

Poczta żegna

Mimo faktu, że sama ekspozycja zajmuje ledwie kilka pomieszczeń, sam gmach poczty jest dość potężny. Ciekawa jestem co się obecnie znajduje w innych pomieszczeniach:

Podobało się Wam w Gdańsku?

Tagi: przygoda
21:48, wildfemale
Link Komentarze (6) »
Sopocki hipodrom

Mam nadzieję, że sprawię Wam dużą przyjemność dzisiejszym wpisem. Otóż miałam okazję gościć na wyścigach konnych w Sopocie. Ponieważ nigdy wcześniej na takiej imprezie nie gościłam, obejrzałam wszystko świeżym okiem i utrwaliłam co mi się żywnie podobało okiem wiernego aparatu fotograficznego. Miałam również uszy otwarte i udało mi się przyswoić nowe słownictwo, którym chętnie również się podzielę:)

Bomba w górę!

To okrzyk zaczynający bieg. Bomba jest kiczowatym rodzajem lampionopodobnego kształtu, który wędruje w górę przed wyścigiem. Potem stopniowo opada. Przy bombie znajduje się również użyteczny słupek, ale o nim potem.

Przed zawodami...

Przed zawodami dochodzi do rozgrzewki. Rozgrzewają się konie i dżokeje. Nawiasem mówiąc, wśród dżokejów jest wiele kobiet. Prawdopodobnie dlatego, że kobiety są po prostu lżejsze od panów. A im lżejszy jeździec, tym szybszy koń. Rozgrzewka to także okazja do prezentacji konia. Jego imię jest wypowiadane przez komentatora przez megafon. Każdy obserwator, a tych było niemało, ma szansę ocenić konia. Po co oceniach? Otóż wyścigi to niezapomniane emocje i... hazard. Przed każdym biegiem można obstawić zakłady, co wielu obecnych skwapliwie czyniło. Wysokość wygranych niewielka, ale konie to zwierzęta bardzo nieprzewidywalne. O tej nieprzewidywalności potem...

Konie startujące w takim wyściu nazywa się kłusakami.

Wozy, w których siedzą jeźdźcy nazywa się sulkami. To ponoć pożyteczne hasło dla pasjonatów krzyżówek. Okazuje się, że nie na każdym wyścigu jedzie się wierzchem. Nie wiedziałam tego. Sulki wyglądają na bardzo niewygodne. Siedzi się na nich w rozkroku, nie mają oparcia na plecy. Wypuszczenie lejców z rąk grozi wypadnięciem, ale jeźdźcy dają radę.

Kto ocenia wyniki?

Jak na każdych zawodach, są i sędziowie. Oczywiście to, kto pierwszy przebiega przez metę widać gołym okiem. Jednak ocenie podlega także styl. To znaczy, koń musi kłusować, a nie na przykład galopować. Ponieważ koń jest zwierzęciem czworonożnym, zarówno kończyny przednie jak i tylne muszą być w kłusie. Nie zaleca się nerwowego darcia kuponów tuż po ogłoszeniu wyników. Zawsze jest szansa na to, że jakiegoś konia zdyskwalifikują.

Sędziowie poruszają się samochodem, który przed wyścigiem ustawia się na kilka metrów przed startem.

Numery koni wycofanych z jakichś przyczyn zapisuję się na przeznaczonej do tego tablicy.

Finisz!

Im bliżej mety, tym większe emocje. Konie wykonują jedno okrążenie. Często okazuje się, że podczas biegu jeźdźcy zbijają się w ciasną grupę i do ostatniej chwili nie wiadomo kto zwycięży. W okolicy mety znajdują się drewniane trybuny mieszczące około tysiąca ludzi. Im większa stawka zakładu, tym większe emocje. Nie brakuje także gości, którzy pieczołowicie sporządzają notatki na temat startujących koni i starają się odgadnąć faworytów następnego biegu.

Po każdym przebiegnięciu koni trawa jest walcowana. Wyrównuje to murawę porytą podkutymi kopytami spod których malowniczo pryska murawa. Wklepuje też... nawóz. W końcu koń to zwierzę nieprzewidywalne i dumne, towarzystwem ludzi się nie przejmuje. Po poznaniu zwycięzców przychodzi czas na ich odznaczenie. Tradycją wyścigów konnych są panie ubrane w kapelusze:

Wręczenie nagród odbywa się na mecie. W tle widać pionowy słupek z lustrem. Kto pierwszy go minie ten wygrywa.

Kolejny wyścig

Kolejny bieg, który oglądałam, znacznie bardziej odpowiadał moim wyobrażeniom. To znaczy, dżokeje jadą wierzchem. Czasem konia ujeżdża ta sama osoba, która go trenowała, ale absolutnie nie jest to regułą. Mało tego, dochodzi do zmian dżokeja nawet w ostatniej chwili przed wyścigiem. Trzeba jednym okiem śledzić wydrukowany program, a drugim uchem słuchać jego aktualizacji podawanej przez komentatora.

Po krótkiej prezentacji i wcześniejszym obstawieniu konie ruszają:

Jak widać publiczność dopisała. Dopisała też pogoda. Okazuje się, że sopockie wyścigi to rodzaj rodzinnego festynu. Matki wystawiają dzieci w krzaczki, właściciele poją psa wodą bezpośrednio z butelki by po chwili samemu się z niej napić (autentyk!), w powietrzu unosi się zapach kiełbasem, smalczyku z ogórkiem, waty cukrowej i niezidentyfikowanych racuchów.

Emocje piętrzą się wraz ze zbliżaniem się do finiszu:

Powyższe zdjęcie jest jednym z moich ulubionych. Zwróćcie uwagę na konia nr 1, pęd, dynamizm sylwetki, napięcie dżokeja... Czysta poezja!

Niespodzianki na trasie

Bynajmniej nie chodzi o nierówną murawę czy leżący gdzieniegdzie nawóz. Jak pisałam, konie potrafią być nieprzewidywalne, a wyścigi to niebezpieczny sport. Zdarza się, że koń zrzuci jeźdźca. Tym razem zrobiła to klacz wystawiana po raz pierwszy w tym sezonie. Nie wiadomo czy konie mają tremę (ale wydawało mi się, że niektóre cieszą się na widok publiki i chętnie się z nią "witają"), czy zadecydował o tym inny czynnik, ale podczas jednego z biegów widzowie z przerażeniem stwierdzili brak jednego z zawodników na mecie. Co ciekawe koń na metę dobiegł nie ostatni, a przedostatni, po czym nieskrępowany zrobił sobie jeszcze jedną rudnę honorową. Może jedno okrążenie to zbyt mało.

Gdy reszta koni wraca, krnąbrna klacz kończy swoje drugie okrążenie:

...i zostaje sprowadzona przez zaprzyjaźnionego dżokeja:

Ujeżdżająca go zawodniczka została zwieziona z trasy przez samochód sędziowski. Na szczęście z auta wyszła o własnych siłach, a na miejscu była obsługująca imprezę karetka pogotowia skłonna udzielić niezbędnej pomocy. Wydaje się, że nic poważnego się nie stało:

Ostateczne wyniki

Ostateczne wyniki wyścigu ustala się na podstawie tego, co naocznie widać na mecie plus opinia sędziów, którzy jadąc samochodem na bieżąco obserwowali jego przebieg. Niestety, koń docierający na metę bez jeźdźca, choć wzbudza zainteresowanie, zostaje z wyścigu zdyskwalifikowany. Cóż, tym mniej konkurentów do nagrody głównej. Po obradach sędziów ostateczną kolejność, która stanowi podstawę wypłat wygranych w zakładach, wywiesza się na słupku przy bombie. U góry słupka widać numer biegu, a poniżej numery koni plasujących się na kolejnych pozycjach. To bodaj najważniejsze miejsce na hipodromie:

Podobała się Wam wycieczka do Sopotu? :)

00:10, wildfemale
Link Komentarze (2) »
czwartek, 14 lipca 2011
Totally Odd

Przedstawiam Wam oryginalną grę typu point& click. Znajdujecie się w Horrificorp i Waszym zadaniem jest przejście przez kolejne pomieszczenia bez szwanku. Nie jest to wcale takie łatwe. Na swojej drodze spotkacie dziwne stwory i jeszcze dziwniejsze plamy krwi na ścianach. Przyda się Wam znajomość alchemii i logicznego myślenia. Ważna jest także znajomość języka angielskiego, ponieważ właśnie w nim tajemniczy profesor zostawił wam bardzo użyteczne wskazówki.

Postaci z gry i całe otoczenie zostało wykonane z plasteliny. Animowana plastelina! W życiu byście nie zgadli. Niektóre momenty gry są dość frustrujące, zwłaszcza jeśli mamy do czynienia z ograniczeniem czasowym, po którym mają Was zabić trujące opary, dlatego tutaj można znaleźć pewne wsparcie.

Tej gry nie można nie zobaczyć!

Zagraj koniecznie!

Tagi: gra
13:39, wildfemale
Link Komentarze (2) »
środa, 13 lipca 2011
Wzorowe ogłoszenie

Kilka dni temu zdarzyło mi się sfotografować niezwykłe ogłoszenie. Owszem, nie było nic niezwykłego w tym, że kotek szuka domu, ale bardzo pozytywne wrażenie zrobiło na mnie wykonanie samego plakatu i jego zabezpieczenie. Ktoś włożył w to naprawdę wiele serca, nawet wydrukował zdjęcie kotka w kolorze. Także opis zachowania zwierzęcia wskazuje na to, że ktoś poświęcił trochę czasu i w pewnym sensie przywiązał się do nowo spotkanego stworzenia.

Jednak w tym słodkim i miękkim opisie pojawiają się i twarde warunki jak umowa adopcyjna (czym to do końca jest? to jakieś utarte sformułowanie?), zapewnienie zwierzęciu odpowiednich warunków i nie oddawanie go w pierwsze lepsze ręce.

Gdyby każdy kociak otrzymywał tyle atencji!

 
1 , 2