RSS
piątek, 27 lipca 2012
Co ci ludzie żrą...

Jak mnie nie było, to być może tęskniliście, ale za to jak wracam to stukam dwie notki na dzień. Prawda jest taka, że ostatnio dużo pisałam, tylko, że gdzie indziej, ale o tym potem. Jeszcze zdążę się rozwinąć. W ramach relaksu poszłam sobie dziś do parku. Zabrałam sobie nawet podręcznik i zawzięcie robiłam notatki. Przyjemne to było.

Gorzej już przedstawiała się wyprawa do parku. To chyba przez to gorąco ludziom obniża się próg irytacji. Mnie zresztą też się obniżył. A może to w dodatku taka faza cyklu? Na przystanku tramwajowym, żar leje się z nieba, przysiadłam na ławeczce. Ot tak na brzeżku, bo przecież w samym centrum siedział pan z brzuszkiem. Panowie z brzuszkiem tak mają, że często czują się pępkiem świata, ale ja nie o tym, przecież wolno mu siadać jak chce. Zdążyłam się pogrążyć w lekturze, aż tu nagle czuję ...klepanie w ramię. Starsza pani nie wyglądała na tak znacznie otępiałą by zapomnieć jak się mówi, ale jednak. Nic nie mówiąc po prostu mnie klepała. Widać ona też chciała usiąść na tym samym brzeżku ławki co ja. Oczywiście drugi brzeg w całości wolny. No nic, może ubytki w polu widzenia też miała. Posunęliśmy się z panem bez słowa, ale pani za dwie sekundy i tam wstała. Rozkład jazdy sobie poszła sprawdzić...

Udało mi się wsiąść do tramwaju, nawet przyjemnie klimatyzowany był. Ale co z tego, kiedy po wyjściu z niego musiałam stać przed przejściem dla pieszych. Nie żebym stanie samo w sobie było złe, przecież zamierzałam za chwilkę usiąść na parkowej ławeczce. Tylko, że z tego tramwaju wysiadła wraz ze mną jakaś pracownica rejestracji medycznej (darła się w tramwaju przez telefon to wiem, a co!), która w sekundę zdążyła już wyciągnąć e-papierosa. Dmuchnęła mi nim prosto w twarz (tak zawiało), a jak się zaczęłam wachlować to mi zrobiła wykład, że to jest zwykła para wodna i "nie śmierdzi, nie truje". Nawet się do niej nie odezwałam. Co mnie obchodzi czy truje, ja po prostu nie chcę żeby mi tym ktoś dmuchał. Jakieś takie ekskluzywne potrzeby mam, czy jak?!

Po spacerku robiłam zakupy w mięsnym. Ale widać bardzo obraziłam panią kładąc jej na ladę banknot 50-złotowy. Przed godziną dwudziestą pani ma już kasę rozliczoną i nie ma z czego wydawać. Realnie obawiałam się, że mi tego towaru nie sprzeda (przezornie pakowałam do plecaka z prędkością światła;), w końcu chodzi o moją kolację). W końcu mi łaskawie jednak wydała. Może ja jestem zbyt wrażliwa, ale mało brakowało, a zaczęłabym się wstydzić, że w ogóle tam podeszłam, że robię zakupy i ostatecznie, że nawet śmiem tam płacić.

Nie znalazłam spokoju również w domu. Postanowiłam sprawdzić pocztę, a tam czekał na mnie arcyniemiły mail. W tym miejscu mogę wrócić do tego co i dlaczego ostatnio pisałam. Przypomniałam sobie właśnie o pewnym zamkniętym portalu, na którym jestem zarejestrowana od lat, ale nigdy się nie udzielałam. Tym razem wciągnęła mnie możliwość zamieszczania samorobnych artykułów. I właśnie ich produkcją się teraz zajmowałam. Nie zraziło mnie nawet to, że administrator portalu raz po raz się czepiał, że mu temat (?!) nie odpowiada, albo, że nie kategoryzuję artykułów, a on by chciał żeby one mu się dzięki takiej kategoryzacji wyświetlały tam, a tam. Czy ja jestem jakiś moderator?! Czy to przypadkiem nie jest jego robota, żeby kategoryzować?! Apogeum absurdu osiągnął dziś wypisując do mnie, że "czytelnicy się skarżą" (już widzę tych jednego, czy dwóch, którzy pilnie śledzą moje teksty podczas kiedy na dworze jest tak ładnie i normalni ludzie siedzą w parku bez dostępu do sieci), że ja we wstępie (taka zajawka mówiąca o czym jest tekst jeszcze zanim się w niego wejdzie) powtarzam zdania z treści artykułu i teraz jakby to usunąć, to artykuły są zbyt krótkie i się biedactwa nie będą nadawać. Więc on je chce usunąć, ale daje mi szansę (i deadline!) na poprawę tekstów. Jednym takim mailem zrobił ze mnie coś w rodzaju wolontaryjnego własnego podwładnego oraz wstrętnego oszusta, bo pewnie chcę oszukać system. Z tym, że system nic nie mówi o kategorycznym zakazie powtarzania zdań. Ja nawet miałam taki pogląd, że dobrze, żeby się te zdania powtarzały, ale widać ja jakaś głupia jestem, więc trzeba mnie nękać mailowo. Ufam, że Wam się takie absurdy dziś nie zdarzały.

... że tacy głupi są.

22:22, wildfemale
Link Komentarze (4) »
Depresja. Zwykła choroba? - recenzja książki

O depresji napisano wiele książek, czym się zatem różni ta niewielka pozycja od tysiąca pozostałych. Przede wszystkim została ona napisana przez polskiego autora i jest osadzona w polskich realiach. 118 stron tekstu jest adresowanych przede wszystkim do lekarzy i to lekarzy rodzinnych, którzy przecież również stykają się z depresją w codziennej praktyce. Autor książek i artykułów naukowych popełnił wiele, jest ponadto klinicystą praktykiem, a zaburzenia afektywne to sfera jego szczególnych zainteresowań. Książka została ładnie wydana w 2010 roku. Recenzentkę też miała nie byle jaką, bowiem doc. Dudek, która też posiada ogromny dorobek.

Już w recenzji znajdujemy informację, że pozycja to wzbudza duże emocje i skłania do refleksji. Po lekturze stwierdzam, że jest to prawdą. Zresztą jak inaczej miałoby być, skoro już w tytule znajdujemy pytanie. Samo to skłania do zastanowienia. Zresztą autor zachował się przyzwoicie i sam na to pytanie również stara się udzielić odpowiedzi.

Książkę napisano przejrzystą dużą czcionką, co polepsza komfort lektury. Autor korzysta z bogatego doświadczenia praktycznego, jakiego brakuje w polskich podręcznikach. Te są zazwyczaj suche u bazują na statystyce. Tutaj mamy praktykę, co sprawia, że książkę polecałabym nie tylko jej pierwotnym adresatom, ale również i psychiatrom praktykom, czy osobom przygotowującym się do egzaminu specjalizacyjnego. Najważniejsze informacje powtórzono w estetycznych niebieskich rameczkach. Założeniem autora było zaznajomienie odbiorcy z podstawowymi zagadnieniami dotyczącymi depresji.  Omawia on zatem kryteria diagnostyczne, rodzaje depresji (vide krzywa Kielkholza). Najbardziej wartościowy wydaje mi się rozdział dotyczący różnicowania depresji, który przekonał mnie, że diagnostyka różnicowa nie jest tylko zagadnieniem akademickim. Zawiedzie się ten, kto dokładnie chciał się szczegółowo nauczyć psychofarmakoterapii depresji, bowiem autor wymienia tylko po jednym przedstawicielu podstawowych grup leków stosowanych z tego wskazania. Jest to zabieg przemyślany i został uzasadniony przede wszystkim praktycznym wymiarem poradnika. Cenny jest również rozdział o terapii elektrowstrząsami, gdzie zdementowano szkodliwe przekonania na ten temat wdrożone społeczeństwu przez "Lot nad kukułczym gniazdem". Tego byśmy się w takiej książce nie spodziewali, prawda? Końcowy rozdział poświęcono postawie terapeutycznej oraz (w pewnym zakresie) psychoterapii. Ten, kto jednak interesuje się psychoterapią bardziej wnikliwie, odsyłam do innych pozycji mających słowo "psychoterapia" w tytule.

Podsumowując, książkę bardzo polecam. Jest to bardzo praktyczny i zwięzły poradnik, który przez ostatnie dwa lata nie stracił na aktualności. Napisany jest wartko, co przyspiesza zapoznanie się z nim i przyswojenie przedstawionych treści. Doskonały pomysł na prezent dla osoby zainteresowanej depresją.

środa, 18 lipca 2012
Czy w seksie istnieje równouprawnienie?

Od kilku dni zaprząta mnie ten temat. Stało się tak za sprawą dyskusji, która wywiązała się u orosadm w komentarzach. Na początku przyznaję się, że intuicja podpowiada mi, że takie równouprawnienie nie jest możliwe. Nie tylko ze względów kulturowych ale i biologicznych. Decyduje tu nie tylko wychowanie, ale i ewolucja. Przyjrzyjmy się tym czynnikom w możliwie wyczerpujący sposób.

Argument dotyczący przemocy jest niezbyt chętnie dyskutowany, albo zbywany zdawkowym omówieniem. Mężczyźni obawiają się oskarżenia o szowinizm, a kobiety o nietypowe preferencje. Tymczasem seks i przemoc to tematy mające wspólny mianownik, oba bardzo popędowe. Panuje pogląd, że mężczyzny nie można zgwałcić. Ofiarą gwałtu może być jedynie kobieta, a ta jest zwykle fizycznie słabsza od sprawcy. Otóż, mężczyznę zgwałcić można, tyle że dzieje się to rzadziej. Może kobiety są pod tym względem łagodniejsze? Oczywiście zgwałcony mężczyzna doznaje przy tym dotkliwych obrażeń. Pomijam już kwestię gwałtów homoseksualnych, bo tym razem postanowiłam dla ułatwienia rozpatrywać ten temat kobieta vs mężczyzna. Sam akt seksualny zawiera w sobie element agresji. Penetracja wymaga pewnej aktywności, dozy agresji, z jej dokonaniem miewają problem mężczyźni nazbyt delikatni, którzy w sobie tej agresji nie zintegrowali. Zarzucanie zatem, iż przekonanie, że "to kobieta musi się oddać" wynika z archaicznego wychowania skłonna jestem zdyskredytować. Owszem, kobieta do stosunku musi być gotowa i fizjologicznie przygotowana, żeby nie stała się jej krzywda. Kobiety różnią się tą otwartością i czasem jej osiągania. Jednak nie od dziś wiadomo, że takie zaburzenia jak pochwica, dyspareunia, mogą występować u par, gdzie istnieje konflikt między partnerami, lub kobieta partnera nie akceptuje, obawia się ciąży, defloracji, bólu. Wreszcie, "emancypantki" chwalące się prawem do nieskrępowanego seksu srodze się mogą zdziwić, gdy w łóżku okaże się, że nie dogadali się, mężczyzna liczył na coś innego, coś więcej, a że jest podniecony to i kontrolę nad sobą trudniej mu utrzymać i staje się agresywny. Panowie są silniejsi fizycznie, to najczęściej kobietom imponuje, ale sprawia też, że to mężczyzna, a nie kobieta częściej jest w stanie coś wymusić. Kobieta musiałaby się uciekać do wyrafinowanych intryg. Znów brak równouprawnienia.

Kobieta ponosi większe potencjalne koszty ryzyka podjętego kontaktu seksualnego. Niewiele tu zmienia edukacja seksualna i antykoncepcja. Podczas waginalnego kontaktu seksualnego kobieta ponosi większe ryzyko zakażenia się chorobą przenoszoną płciowo, zwłaszcza jeśli doszło do wytrysku w pochwie, gdzie nasienie pozostaje. Oczywista jest także możliwość zajścia w ciążę i perspektywa jej utrzymywania przez 9 miesięcy, a potem zajęcia się potomstwem. Dlaczego piszę, że nie należy przeceniać znaczenia antykoncepcji? Otóż nie tylko dlatego, że ta bywa zawodna i do seksu zawsze trzeba podchodzić odpowiedzialnie. Psychologia ewolucyjna, w tym przypadku hipoteza Triversa, głosi, że to strona ponosząca większe koszty dobiera partnera. Tak też się dzieje u ludzi. Dlatego nigdy nie neguję faktu, że kobiety mają prawo wybierać sobie partnera i robią to. Nasze społeczeństwo nie ogranicza przecież takich praktyk.

Inaczej jednak postrzega się kobiety i mężczyzn, którzy mają wielu partnerów. Uznaje się, że istnieją dwie różne męskie strategie szukania partnerki. Gdy ma ona być przygodna, przede wszystkim powinna być atrakcyjna fizycznie i młoda, dając tym samym największe szanse na zapłodnienie (ewolucja!). Gdy ma zostać w życiu mężczyzny na dłużej, zaczyna on zwracać uwagę na jej inne przymioty poza wyglądem. W dobieraniu się w pary duże znaczenie ma też zapach. Nie wiem, czy feromony istnieją czy nie, ale preferowani są partnerzy/ partnerki, których pot pachnie, jakby miał odmienne MHC. Sprytne i bardzo adaptacyjne, szczególnie jeśli chodzi o zdrowie przyszłego potomstwa. Zasada ta działa o ile kobieta nie przyjmuje doustnej antykoncepcji. Mężczyzna mający wiele partnerek uchodzi za doświadczonego seksualnie (nie zawsze idzie to w parze z wirtuozerią w łóżku, zwłaszcza jeśli jest on osobą, której doznania partnerki nie interesują lub uznaje on siebie za eksperta od jej preferencji i nie chce jej słuchać) i bardziej męskiego niż przeciętnie. Kobieta przeciwnie. Niby posiadanie własnego wibratora świadczy o wyzwoleniu seksualnym, ale już posiadanie licznych kochanków to dowód rozpusty i złego prowadzenia się. Kiedy kobieta chce zaszkodzić innej kobiecie, oskarża ją, że jest "łatwa", "puszczalska". Czyżby zatem do zbliżenia nie należało doprowadzać zbyt łatwo? Co się stało z rewolucją obyczajów? Mężczyzna może i jest ciekawy kontaktu seksualnego z bardziej doświadczoną kobietą, ale żeby tworzyć z nią coś trwałego? Przecież jeśli poprzedniego zmieniła na mnie, to i mnie wkrótce zmieni na innego. W dodatku jak ja wypadnę w porównaniu z dwudziestoma poprzednimi? Prostytutka nie jest szanowanym zawodem, ale przecież istnieje na nie zapotrzebowanie. Pan zajmujący się prostytucją (w polskim języku nawet nie ma swojej nazwy!) może iść do telewizji i się tym chwalić, a nawet przekonywać widza, że te klientki to on sobie sam wybierał. No przecież nie miałby erekcji, gdyby nie chciał i takie tam. Striptizerki dziesiątkami pracują w klubach i cisza, striptizerzy mają rewie, są chwaleni w babskich pismach, a nawet kręci się o nich "Magic Mike'a", którego wczoraj obejrzałam przy dość zatłoczonej sali kinowej. Striptizerzy udający się na imprezę do akademika idą bez ochrony. Profesjonalne kobiety na taką imprezę idą z obstawą.

Sam akt seksualny integruje w sobie agresję i uległość. Nie chodzi tu wcale o praktyki sadomasochistyczne, które nie każdy akceptuje. O tych aspektach pisałam wyżej, ale nie wyczerpałam tematu lęku przed seksem. U kobiet się go akceptuje (najchętniej jeśli trwa krótko, a ustępuje po zadziałaniu wytrawnego kochanka, gorzej jak utrzymuje się przewlekle i frustruje obie strony). Nawet dobrze jak kobieta na początku jest strachliwa i nieśmiała, łatwiej ją będzie urobić, a i są szanse, że nie będzie za wiele wymagała, oceniała. Tymczasem mężczyźni bojący się seksu również istnieją. W ogóle nie ma na to miejsca w naszej kulturze. Tymczasem niektórzy boją się nie tylko "sprawdzenia się" w łóżku, ale i samej penetracji. Czy nie zrobią krzywdy wnikając w cudze ciało? Czy im się nic nie stanie skoro udają się w nieznane? Spróbujcie się teraz takimi obawami podzielić z kolegą. Kobieta chociaż pogada o tym z przyjaciółką czy z mamą.

Wreszcie, dla porządku czuję się zobowiązania, by opowiedzieć o roli przywiązania w seksie. O ile obie strony mają prawo do przygodnych kontaktów seksualnych, to niosą one ze sobą ryzyko wytworzenia się przywiązania ze względu na wydzielającą się w ich trakcie oksytocynę, która odpowiada i za skurcze podczas orgazmu i za opiekuńczość. Obie strony zatem ponoszą ryzyko tego, że przywiążą do siebie drugą stronę. Prawo do przyjemności seksualnej jest fundamentalne, mówią o nim i normy seksuologiczne i powszechna deklaracja praw seksualnych. Podczas ekspresji własnej seksualności nie wolno jednak szkodzić drugiej osobie czy otoczeniu (vide normy seksualne). Nie należy zatem mylić własnej wolności z przemocą.

Moim zdaniem tego równouprawnienia w seksie nie ma, bo i anatomią się różnimy i fizjologią i równowagą hormonalną i budową mózgu. Ale czy to źle? Przecież narzekać na brak równouprawnienia w tym kontekście, to jak sarkać, że kobiety nie mają brody lub mężczyznom nie rosną piersi.

poniedziałek, 16 lipca 2012
Czy szczęście to kwestia własnego wyboru?

Takie założenie, jako jedno z wielu, przedstawiono właśnie w radio. Dało mi to do myślenia, choć nie jestem przekonana, że całkowicie się z tym zgadzam. Bo i ile jesteśmy w stanie w jakimś stopniu kreować własne życie, to przecież nasze wpływy nie sięgają aż stu procent.

Jak sobie zatem zapewnić szczęście? Mogłabym zapytać, jak unikać nieszczęścia, ale tego  przecież nie można utożsamić ze szczęściem. Od czego zależy percepcja szczęścia? Pewnie od własnego myślenia, emocji i zachowania. Jak wszystko w psychologii;) W depresji, czyli zaburzeniu afektywnym, w którym kluczowe jest obniżenie nastroju, wszystko wydaje się szare, pesymistyczne, nic nie cieszy (anhedonia). W będącej przeciwieństwem depresji manii nastrój jest nadmiernie podwyższony, a myśli galopują zbyt szybko, podejmuje się liczne przedsięwzięcia i nierealnie ocenia ich szanse na powodzenie. Dlaczego? Bo wtedy jest wiele energii, człowiek jest aktywniejszy i inaczej myśli o świecie. Myśli i emocje są ze sobą nierozerwalnie związane, choć we współczesnych czasach raczej łatwiej przychodzi nam identyfikowanie własnych myśli niż nazywanie emocji. W dobrym nastroju przypominają nam się pozytywne rzeczy, w złym - negatywne. W dobrym nastroju mamy więcej energii, rozglądamy się szerzej i jesteśmy aktywniejsi fizycznie. Gdy zwiększamy własną aktywność fizyczną, wydzielają się endrofiny i poprawia się nastrój. Gdy oceniamy coś jako zagrożenie, to będziemy nieszczęśliwi. Przeformułowanie poznawcze tej samej sytuacji na wyzwanie (mogę się wykazać!) zwiększa aktywność i poprawia samoocenę własnych możliwości radzenia sobie (vide model Lazarusa i Folkman). Gdy pozytywnie oceniam swoją przeszłość, przyszłość i siebie samą, to łatwiej jest mi się konfrontować z życiem i tak dalej, i tak dalej.

Życie nie jest sprawiedliwe i zdarzają nam się wypadki losowe, dlatego nie mogę się całkowicie zgodzić z tym, że szczęście to kwestia wyboru. Jednak choćby w pewnym zakresie to twierdzenie może być prawdą, choć dla niektórych niewygodną, ponieważ każe brać odpowiedzialność za własne życie. Z drugiej strony poczucie wpływu na własne życie podnosi nastrój, bo przecież nikt nie chciałby żyć w świecie, w którym wciąż mu zmieniają zasady. Przypadkiem udało mi się wczoraj wykonać test tego, jak próba zmiany własnej sytuacji wpływa na nastrój. Przy okazji wspomnę, że z badań psychologów wynika, że osoby w gorszym nastroju chętniej chcą zmieniać własną sytuację. Całkiem rozsądny odruch, byleby nie był stosowany ślepo i bezrefleksyjnie. Było mi źle, słuchałam innej stacji radiowej i w tym momencie ogłoszono konkurs. Postanowiłam, że wezmę udział. Nie znałam odpowiedzi na pytanie, ale znalazłam ją w internecie. Chodziłam po domu i świadomie nosiłam ze sobą telefon, pod który mogli przecież zadzwonić z radia. Nie odbierałam sobie szansy na wygraną. Oczywiście, że mogli nie zadzwonić, ale to przecież był taki mój test świata. Podejmowałam najniższe możliwe ryzyko. Po jakiejś chwili telefon rzeczywiście zadzwonił. Okazało się, że nawet mówienie na żywo na antenie mnie nie przeraża. Same cuda. Tym sposobem wygrałam płytę. Nie, nie pamiętam jej tytułu;)

Psychoterapia poznawczo-behawioralna opiera się na zmianie wadliwych konstruktów poznawczych. Czyli każe identyfikować negatywne przekonania na własny temat i wręcz mechanicznie je zmieniać. Tego samego można dokonać z przekonaniami dotyczącymi aktualnej sytuacji życiowej i wszystkiego innego w życiu. Cóż za rewolucyjna technika w kraju, w którym narzekanie mamy we krwi i lubimy się nim licytować! Choć technika ta może się wydawać sztuczna i pewnie nie można, a nawet nie należy jej stosować do wszystkich sytuacji (nie zalecałabym jej osobie głęboko skrzywdzonej, choć znalezienie pozytywów w trudnej sytuacji niewątpliwie ułatwia radzenie sobie z nią), to nie mam problemu z uwierzeniem w to, że może ona być skuteczna. Oto właśnie przykład wpływu myślenia na odczuwanie szczęścia. Dobrą taktyką jest również unikanie robienia założeń, które utrudniają nam potem doświadczanie szczęścia. Przez lata zakładałam sobie, że "będę się cieszyć dopiero jak...". Tym sposobem doprowadziłam się do stanu, w którym potem musiałam siebie uczyć na siłę celebracji małych rzeczy. A pomysły na to miewałam oryginalne! ;) Nie zakładajmy sobie, że cieszyć to się będziemy dopiero gdy zatrudnią nas w konkretnym miejscu, staniemy się w czymś najlepsi w Polsce, albo znajdziemy sobie kogoś do pary w przechodzeniu przez życie. Te rzeczy oczywiście byłyby niezmiernie pożądane, ale czy to naprawdę zmienia aktualną radość z czytania dobrej książki czy jedzenia lodów? Szczęśliwy i pozytywnie nastawiony człowiek łatwiej znajdzie pracę czy partnera.

Wyznaję przekonanie, że nachalny i wymuszony optymizm jest szkodliwy. Lansowałam tę tezę już od adolescencji, która w ogóle jest specyficznym okresem rozwojowym. Optowałabym za realizmem. I dlatego zbyt ogólnikowe cele raczej nie przyniosą nam szczęścia, bo niby skąd mielibyśmy wiedzieć, że je zrealizowaliśmy. Im bardziej długoterminowy cel, na tym mniejsze etapy należy go rozbić, żeby łatwiej nam było cieszyć się z postępów. Jeśli coś nam się nie udaje, to może i tak się czegoś przy okazji uczymy? Niedawno pisałam wniosek o grant i nie udało mi się go uzyskać, ale też pierwszy raz w życiu taki wniosek pisałam. Może następnym razem pójdzie lepiej, a już na pewno będę miała mniejsze opory by się w ogóle do takiego wniosku zabierać. Zresztą, temat oporów przed nieznanym mógłby z powodzeniem zająć odrębną notkę. Czy Wy też dłużej zabieracie się do zadań, co do których macie poczucie niskich kompetencji?

Wszystko to brzmi dość jasno, choć tematu nie wyczerpuje. Jasne jest to tylko w teorii;) Jakie są w tej materii Wasze doświadczenia i refleksje?

01:52, wildfemale
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 lipca 2012
Samotność to taka straszna trwoga

Naprawdę nie chciałam pisać o samotności, nie chciałam smęcić i nudzić. Przecież to taki oklepany temat. Niedawno coś mnie bardzo skonfrontowało z samotnością. Najpewniej dziwny zbieg okoliczności. Najpierw  słuchałam w radio o grobach, a potem przeczytałam w internecie kilka komentarzy osób zadowolonych z trwania w świętym stanie małżeńskim bądź przymierzających się do tego. Moje dalsze zachowanie i doświadczane emocje doskonale wyjaśnia teoria opanowywania trwogi (TMT) Greenberga i Pyszczynskiego, ale o tym też nie chciałam pisać. Przecież nie chcę Was zrazić. Szala przechyliła się w momencie, kiedy temat samotności dosłownie mnie dziś obudził.

Obudził mnie SMS z propozycją wspólnego popisania, bo nadawczyni leży chora. Numeru nie rozpoznałam, moją pierwszą myślą było to, że pisze koleżanka, z która ostatnio się pokłóciłam. Ona często zmienia numery, być może zapomniała się podpisać? Jednak nie, po moim zapytaniu (czujna byłam!) pani napisała, że jest w średnim wieku, pogodna, ładna, tylko leżenie w łóżku już jej się przykrzy. Nie mam pojęcia, czy ktoś mnie podpuszczał, czy sprawdzał. Wiem tylko, że w pierwszym odruchu poczułam współczucie i dużą empatię w stosunku do tej samotności. Być może mało brakuje, a i ja zacznę wysyłać SMS-y w próżnię z nadzieją na kontakt? Taktownie podałam tej pani numer darmowego telefonu zaufania dla osób dorosłych wraz z godzinami jego funkcjonowania. Zadeklarowała brak zainteresowania i zakończyła kontakt.

Korzystając tego, że i tak trzymam telefon, postanowiłam zajrzeć jeszcze na portal internetowy, na którym się udzielam od przeszło 2 lat. Wczoraj ktoś mi tam zarzucił, że udzielam się wręcz za bardzo nachalnie, wzięłam to sobie do serca i powiedziałam "czas na przerwę". Jakież było moje zaskoczenie, kiedy z rana czekało już na mnie mnóstwo powiadomień. Ludzie są samotni i nudzą się, wszyscy (niektórzy niewybrednie) chcieli mi zarzucić, że... sprzedaję swoje konto. No, no, wysoko mnie wycenili, bo aż na 2500 zł. Okazało się, że po mojej wczorajszej deklaracji bardzo zabawny ktoś wystawił moje konto na aukcję. Użytkownik portalu założył konto wczoraj i zamieścił tylko jedno ogłoszenie. Jakie to proste! Rozdmuchiwaniem zajęli się już inni, co tylko dowodzi jak łatwo jest manipulować internautami. Ogłoszenie napisane jest "żartobliwie", ale na to nikt z emocjonujących się nie zwrócił uwagi. Przy okazji ktoś mnie odmłodził wyposażając mnie w chłopaka-studenta;) Cała ta afera jak najbardziej mieści się w przewodnim temacie samotności. Bo jak bardzo samotnym trzeba być, żeby sobie zadawać tyle trudu tworząc aferę? Jaką pustkę w życiu trzeba mieć, żeby się potem tym emocjonować? Użytkownicy już się licytują ile warte są ich własne konta, inni wieszają psy za "zdradę" portalu. Dzieje się wiele i pozwala uniknąć dojmującego poczucia pustki i samotności.

W związku z powyższym idę stłuc parę zombiaków, napisać artykuł, który już dawno komuś obiecałam, a wieczorem pobiegam. Okazuje się, że każdego dnia jestem w stanie biec dalej i dłużej. Podobnych, małych ale mierzalnych, osiągnięć i Wam życzę.

czwartek, 12 lipca 2012
Spacer

Zaczynam pisać tą notkę po raz wtóry, ponieważ Blox wywalił błędem wewnętrznym serwera i nie dał mi szansy na zapisanie wyników pracy. Nic nie szkodzi, i tak nie pozwolę, żeby mi to zepsuło humor. Staram się wypocząć, bo czuję się zmęczona. Nie mam już siły pisać. Ostatnio przeczytałam ciekawą książkę, ale nie znalazłam siły na napisanie recenzji. Może kiedyś się to zmieni. Na razie po prostu polecam "Kobiety dyktatorów".

Dotarł do mnie dziś mail o tym, że za dwa lata na drugim końcu Europy będzie się odbywała arcyciekawa konferencja. Jak do 2014 roku zdobyć na to fundusze? Może jakieś stypendium konferencyjne wymyślą?

Na razie spaceruję i staram się dotleniać. Udało mi się przy tym zaobserwować bardzo ciekawe scenki. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że nabyłam również inspiracji na nowe, ciekawe wpisy, ale ta się jakoś ulotniła, więc częstuję Was czymś takim. Powinnam sobie umieścić notatnik przy łóżku. Powinnam sobie robić listy rzeczy, które powinnam zrobić. Skutkiem zaniedbania tego dobrego zwyczaju nie poszłam wczoraj do bankomatu i nie odebrałam książki. Dużo tego powinnam...

Koleżanka wyciągnęła mnie na bieganie w zeszły weekend. Nie wstydziłam się braku kondycji, bo i koleżanka tolerancyjna i miasto obce. Potem bolało mnie biodro. Do dziś nie mogę usiąść po turecku. O dziwo przestało mnie boleć przy chodzeniu po tym, jak odwiedziłam siłownię na świeżym powietrzy i wykonałam kilka ruchów właśnie w stawie biodrowym. A wcześniej nie mogłam tej nogi odwieść ponad poziom przy wyproście w stawie kolanowym! Ruch działa cuda, więc wczoraj powróciłam do biegania. Tym razem boli mnie śródstopie, ale to może od biegania w ciągu dnia po mieście w laczkach. Od kilku lat nie zakładałam klapek i prawdopodobnie jakoś źle stawiam stopę. Po bieganiu wszyscy byli zdziwieni co tak szybko wracam. Przecież 10 minut biegu na pierwszy raz to nie jest zły wynik, prawda? Prawda?

Na zakończenie podzielę się tym, co słonko widziało, czyli co udało mi się spotkać na spacerach. Większość zdjęć robiłam z myślą o Was albo dla Was. Czy to znak, że bycie blogerem jest jakoś wyjątkowo ważne dla mojej tożsamości?

To jest ptak, którego udało mi się spotkać na trawniczku. Wygląda drapieżnie, ale nie udało mi się go zidentyfikować. Podejrzewam, że żywi się rybami. Przez chwilę jakby mi pozował do zdjęcia, a potem przeleciał kawałek i stanął... na ścieżce. Nie rozumiem ptaków.

Takimi ścieżynami spacerowałam. Jest to dobre rozwiązanie zwłaszcza kiedy właśnie zaczyna padać deszcz, a ja mam na sobie tylko cienką koszulkę. Poszycie leśne chroni przed leniwymi letnimi deszczami, a w trakcie upałów daje schronienie w cieniu. Wszystko przenika sosnowy, żywiczny zapach. Świetna sprawa.

Myślałam, że kogoś co najmniej wieszają, a to tylko montaż pomnika.

Na brzegu mijanego jeziorka wypoczywała kaczka z małymi. Chciałam dyskretnie zapuścić żurawia (pun intended) i zrobić im zdjęcie. Lubię małe, puchate zwierzątka. Tymczasem małe puchate bestie najwyraźniej nie pierwszy raz widziały człowieka. Kiedy mnie zobaczyły, natychmiast się przebudziły i... podeszły. Pewnie chciały coś zjeść. Matka z godnością przypatrywała się z pewnej odległości. Ponieważ stałam tam dłuższą chwilę wypróbowując różne ujęcia, małe na przemian zbliżały się i odchodziły najwyraźniej nie tracąc nadziei. Młode zwierzęta są śliczne!

PS Mam silne postanowienie, że przeczytam Sagę Wiedźmina. Już zarezerwowałam w bibliotece. Lepiej późno niż wcale;)

sobota, 07 lipca 2012
„Asperger’s syndrome and sexuality” Isabelle Henault – recenzja

Książka ta została wydana w 2006 roku i niestety nie została przetłumaczona z języka angielskiego na polski. Przyznaję, że sama chętnie podjęłabym się tego zadania, zwłaszcza, że w Polsce mówi się o zespole Aspergera, diagnozuje go i są tłumaczone przeznaczone do tego kwestionariusze. Dużą zaletą książki jest to, że została napisana przez osobę znającą się na rzeczy, mającą bogate doświadczenie klinicznej. Czyni to tą pozycję bardzo przystępną i łatwą do przyswojenia zarówno dla osób interesujących się całościowymi zaburzeniami rozwoju jak i seksualnością.

Książka została podzielona na dwie części: teoretyczną oraz praktyczną zawierającą scenariusz 12 zajęć warsztatowych adresowanych do osób z zespołem Aspergera i dotyczących seksualności. Scenariusze te zostały sprawdzone w praktyce przez autorkę i wydają się możliwe do zastosowania również w polskich realiach.

Część teoretyczna była dla mnie bardzo ważna, być może także dlatego, że niewiele (poza kryteriami diagnostycznymi) wcześniej wiedziałam o zespole Aspergera. Według danych przedstawionych przez autorkę, osoby z takim rozpoznaniem, mimo ogólnej ciekawości i zdolności intelektualnych mieszczących się w normie, zaskakująco niewiele wiedzą o seksualności. My, osoby zdrowe, pewnie równie niewiele wiemy o ich seksualności, która rozwija się przecież specyficznie. Zapoznanie się z danymi zawartymi w książce było dla mnie bardzo pouczające. Szczególnie zaskakujące były dla mnie informacje dotyczące tego, że osoby z zespołem Aspergera bardzo często mają problem z określeniem własnej tożsamości seksualnej, czyli takiej charakterystyki, która jest przecież bardzo fundamentalna dla funkcjonowania seksualnego.

Bardzo rozsądnie wygląda dla mnie projekt warsztatu dotyczącego seksualności opracowanego przez autorkę dla osób z zespołem Aspergera. Obejmuje on 12 tematów do zrealizowania w 90-minutowych spotkaniach. Czytając materiały warsztatowe niejednokrotnie miałam wrażenie, że na udziale w takich zajęciach mogliby skorzystać także zdrowi adolescenci i inne grupy pacjentów. Rewolucyjne dla mnie było umieszczenie w programie zagadnień związanych z homoseksualizmem czy homofobią, co jednak wydaje się uzasadnione w kontekście wcześniej przytaczanych szczegółów dotyczących rozwoju seksualnego osób z zespołem Aspergera. Jednocześnie nie mam poczucia, że uczestnicy takich warsztatów mogliby się poczuć przytłoczeni czy nadmiernie skrępowani ich tematyką. Wcale nieczęsto zdarza mi się podchodzić do jakiegoś warsztatu bez takich obaw.

W przedmowie zawarto ostrzeżenie, by ostrożnie tą książkę wypożyczać innym, bo mogą nie chcieć jej zwrócić. Po lekturze czuję, że nie jest to stwierdzenie na wyrost. Ciekawa jestem, czy ktoś z Was czytał może tą książkę lub korzystał w swojej pracy z materiałów w niej zawartych. Chętnie usłyszałabym o doświadczeniach innych osób z tym materiałem.

poniedziałek, 02 lipca 2012
"Wielka księga siusiaków" - recenzja

Książkę wydano w 2009 roku i jest to pozycja niewielka objętościowo. Liczy zaledwie 36 stron. Jest przeznaczona raczej dla młodszych czytelników, lecz z opowieści wiem, że chętniej sięgają po nią nastoletni chłopcy. Tytuł jest kontrowersyjny (do pary wydano także "Wielką księgę cipek", ale nie mogłam jej dostać) i chyba to, w połączeniu z brzydką okładką sprawiło, że choć wiedziałam o książce, to wcześniej naprawdę nie chciałam po nią sięgnąć.

Realia książki odnoszą się do Szwecji, która to słynie z liberalności i nachalnej, w oczach przeciętnego Polaka, edukacji seksualnej. Zatem publikowanie w Polsce czegoś takiego wydaje się ryzykowne. Autorzy uzasadniają powstanie książki tym, że w programach edukacji seksualnej brakuje informacji o tytułowym siusiaku.

Na małej powierzchni zamieszczono liczne ilustracje, które miały być żartobliwe, ale też dosłownie wyjaśniają opisywane właśnie treści. Tekstu jest niewiele, ale tematów porusza się wiele. Młody czytelnik dowie się o erekcjach nocnych i odruchowych, prawidłowych wymiarach członka, a nawet jak zakłada się prezerwatywę. Zmieściły się nawet ciekawostki o źródłosłowie terminu "testament" i kwocie, na jaką ubezpieczył swojego siusiaka Jagger. Autorzy w pewien sposób modelują też postawę czytelnika zamieszczając wymyślone krótkie "listy do redakcji" zawierające różne pytania, czym przekonują, że takie pytania zadawać wolno, a może nawet powinno się. Na końcu jest słowniczek specjalistycznych terminów.

Zastanawiałam się, czy książkę taką dałabym własnemu dziecku i rozumiem rozterki matek, którymi dzieliły się one, gdy książka weszła na rynek wydawniczy. Pojawiają się w głowie pytania o to, czy to nie za dużo, nie za wcześnie, czy te penisy na okładce na pewno są potrzebne... Najrozsądniejsze wydaje się jakieś omówienie tej książki razem z dzieckiem. Skoro trudno o "tych sprawach" razem rozmawiać, to może łatwiej jest kupić taką książkę i potraktować ją jako pretekst do rozmowy (akurat robienia w tym wypadku akcji "poczytaj mi rodzicu" nie uważam za dobry pomysł).

Przypomniały mi się czasy mojego dojrzewania, kiedy z różnymi książkami (które szczęśliwie w domu akurat były!) chowałam się po kątach bardzo pilnie zapoznając się z ich treścią. Bardzo dobrze zapamiętałam zawarte tam informacje. Gdybym w swoim dzieciństwie przeczytała taką książkę, na pewno na długo bym ją zapamiętała, tylko nie wiem czy nie byłabym nieco zszokowana i zmieszana. Z pewnością chciałabym o tym potem z kimś dorosłym pogadać.