RSS
środa, 31 lipca 2013
Moda na ekshibicjonizm

Pewnie, że sama w sobie taka moda nie jest nowością, ale mam wrażenie jakby osiągnęła nowy poziom. Zaraz po wydaniu trylogii z Greyem. Ostatnio wszyscy są "niegrzeczni" i dziwnym trafem nie krępują się tego przyznawać. Ba! Nawet szczycą się tym mniej lub bardziej subtelnie informując o tym czy tamtym szczególiku z życia. Wszystko to w obowiązkowej atmosferze skandaliku, bo przecież skandalem byśmy tego nie nazwali. Nie w dobie, w której celebrytki rozbierają się do naga, a właściwie to raczej przez tą nagość do tego wątpliwego panteonu gwiazdeczek dołączają. Nie w dobie, którą tak dobrze sportretował Bodo Kox w "Dziewczynie z szafy" podczas mistrzowskiej wręcz sceny na wernisażu (kto nie widział ten trąba!), gdzie goście komentują "dupę" czyli aspirującą malarkę, jeden z dydaktyków zaprasza ją do swej pracowni w celach wiadomych, a aktoreczka jest informowana, że co prawda może zrobić fellatio celem zdobycia roli w filmie, ale nie jest to pewny sposób.

Czy tylko w celebryckich kręgach tak jest? Otóż mam silne wrażenie, że nie, ale o tym za chwilę. Tymczasem skupię się na sytuacji na rynku wydawniczym od której de facto wyszłam. Rzeczy dotyczy nie tylko prekursorskiego Greya. Po nim w tajemniczych okolicznościach polskie księgarnie zalały tajemnicze Crossy, sławna z trzeźwości i dorobku literackiego Felicjańska, a nawet specjalistka od bezdomności, chorób psychicznych i dobrego researchu przed pisaniem pani Michalak z "Mistrzem". Aktualnie wychodzi także zbiór opowiadań erotycznych pani o bardzo ciekawej profesji. Mianowicie "znana i lubiana" psychoterapeutka K. Miller wydaje swoje wypociny i jeszcze tłumaczy nam, że Grey był cudowny, Cross jeszcze lepszy, a jej opowiadania (kwalifikacje ma, bo dodatkowo jest także filozofem i śpiewa piosenki, sami rozumiecie) mają szerzyć feminizm i rozwijać kobiety. Zaprawdę poważna literatura z misją się kroi.

Proza o takiej tematyce rzeczywiście może przynieść wiele dobrego. Oswoić z treściami seksualnymi, rozwinąć wyobraźnię, pokazać nowe wzorce, zainspirować, skłonić do masturbacji (która też jest dobra) czy lepszego poznania własnych potrzeb i następującej po tym ich komunikacji. Z lekturą taką można się zapoznawać także w diadzie. Sęk w tym, że na polskim rynku ilość nie przechodzi w jakość. Nic a nic. Kobiety powinny pisać opowiadania/ powieści zjadliwe dla kobiet, ale prawidłowość ta zdaje się istnieć tylko w teorii. W praktyce wygląda to tak, jakby na pisanie miały czas tylko panie w średnim wieku, które tych potrzeb właśnie nie poznały i serwują nam jakąś naiwną, miałką i boleśnie mało erotyczną bajkę o księciu na białym koniu. Dziękuję, wolę Disneya.

Prężnie też działają szkolenia z uwodzenia. O dziwo adresowane wyłącznie lub głównie do panów. Szkoda, sama bym się pouczyła uwodzenia. Te dostępne nie serwują bajki, a raczej nastawienie na seks w dużych ilościach. Czyli takie bardziej, hmm..., roczniki statystyczne, kronika kryminalna może czasem. Generalnie krótsze formy. Po zapoznaniu się z ofertą kursów nabrałam jednak podejrzenia, czy aby tak samo rozumiem uwodzenie jak ci "trenerzy". Najczęściej nie mają oni żadnego wykształcenia kierunkowego (psychologia? podyplomowe szkolenie terapeutyczne? trening rozwoju osobistego? cokolwiek???), albo po prostu są tak skromni, że się nim nie chwalą. Uczą kursantów (tak, taka jest terminologia), "wyrywania lasek" w dzień i w nocy. Generalnie chodzi o to, żeby tych lasek było jak najwięcej, jak są dwie w jedną noc, to to jest materiał na wpis na blogu (autentycznie!) i to znacznie bardziej poczytnym niż mój blog. Jest więc zapotrzebowanie na kurs i na złote rady czy opowieści ze szkolenia. Szkolenia te zresztą zawierają ziarno prawdy, a nawet dwa ziarna. Po pierwsze, jeśli mężczyzna wcześniej nie wiedział, że ma być autentyczny, warto się dobrze czuć ze sobą no i nie zaszkodzi utrzymywać kontakt wzrokowy to i owszem, właśnie taką pożyteczną wiedzę nabędzie na niebotycznie drogim kursie. Kto bogatemu zabroni? Po wtóre, wydaje się, że celem panów polujących w ten sposób (bo oni to najczęściej grupami robią) są kobiety specyficzne, takie bardziej proste i "otwarte" na relacje.

Do tego pakiety DVD, kilkudniowe kursy, ebooki i rynek kwitnie. Trenerzy w tej branży mnożą się jak grzyby po deszczu. Z profesjonalnego punktu widzenia drażni mnie brak możliwości sprawdzenia ich wykształcenia, a jeszcze bardziej kompletny brak wrażliwości wyżej wspomnianych kursantów na te kwestie. Przecież "eksperci", do których biegną po wsparcie rzadko kiedy przedstawiają się własnym imieniem i nazwiskiem. Skąd taka tendencja? Co jeśli taki szkoleniowiec za bardzo namiesza komuś w głowie? Kto bierze za to odpowiedzialność? Do kogo się odwoływać? Pytania te tylko na pierwszy rzut oka wyglądają na bicie piany. Tymczasem mowa o naprawdę ważnych kwestiach, których nasze społeczeństwo nie ma świadomości i co gorsza mieć nie chce.

Wszystkie powyższe zjawiska, choć może nie całkiem nowe, to jednak poruszyły mnie właśnie na nowo i niejako przebudziły. Tak duża ciekawość tych kwestii i zapotrzebowanie na kontakt z ludźmi mieniącymi się specjalistami od nich wskazują na duże deficyty w tej sferze, na niedoskonała edukację w tym zakresie bądź zupełny jej brak, na niedosyt wzorców i dużą niepewność poruszania się na tej płaszczyźnie. Zapewne dotyczy to obu płci, szczególnie w czasach gdy ten podział ról, czy stereotypów męskości i kobiecości się zmienia, gdy mężczyźni noszą spodnie rurki, które dosłownie miażdżą im jądra, a kobiety zmieniają garsonki na garnitury by broń boże nikt im nie przypisał kierowania się emocjami. Jako społeczeństwo aspirujemy do większej otwartości w tym zakresie, co mam nadzieję nam się kiedyś uda. Bo kiedy patrzę na to, jak inne społeczeństwa rozmawiają na temat seksualności, to czuję się naprawdę zazdrosna. Jako ilustrację zamieszczam krótki film poniżej. Zwróćcie uwagę na jak wysokim poziomie pytania zadaje publiczność i jak komicy radzą sobie z jedną jedyną odzywką, która akurat nie była na poziomie. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce?

A zamiast podsumowania, czy pytania końcowego podzielę się niezwykłym zjawiskiem, które zaobserwowałam dzisiaj. Mianowicie, mój dobór lektur nie jest żadną tajemnicą dla stałych czytelników. Ostatnio sięgnęłam po coś, co także mnie interesowało, ale jednak od tej tradycji odbiega, czyli po książkę o logice. Mimo niewielkich gabarytów jest ona wypełniona ciężkimi gatunkowo wzorami zapisanymi za pomocą symboli matematycznych czy logicznych i rycinami przedstawiającymi schematy bramek logicznych. Nie miałam pojęcia, że czytanie czegoś takiego na ulicy uczyni mnie tak wielkim obiektem zainteresowań męskiej części populacji. Panowie podchodzili bliżej i przyglądali się ciekawie, a nawet wprost zaczepiali na ulicy. Następnym razem zabiorę bardzo, bardzo duże tablice matematyczne ;)

niedziela, 28 lipca 2013
Uważność na innych

Czyli zwracanie uwagi na innych liczenie się z ich obecnością, a w dalszej kolejności z także z tym co mogą czuć lub sądzić w związku z danymi okolicznościami. Jest to umiejętność niezwykle pożądana, ale zbyt rzadko spotykana. Staram się ją w sobie rozwijać i, co zaskakujące, nie zawsze wychodzi mi to na dobre. Niniejsza notka miała powstać w piątek, ale rozłożyła mnie choroba, o której za chwilę nieco więcej.

Otóż w piątek wskutek niesłychanych zbiegów okoliczności miałam okazję bliżej się przyjrzeć własnej uważności na innych. W tramwaju ustąpiłam komuś miejsca. To znaczy zamierzałam właśnie usiąść, kiedy kątek oka dostrzegłam, że młoda dziewczyna pokazuje komuś miejsce. Pomyślałam, że pewnie ktoś go potrzebuje bardziej niż ja. Byłam bardzo zaskoczona, gdy okazało się, że tą potrzebującą osobą była rówieśniczka pasażerki. Pewnie była bardzo zaskoczona. Nieporozumienie to pewnie by mi umknęło, gdyby nie już wówczas zaczynająca się niedyspozycja, która to wybitnie utrudniała mi utrzymanie się na nogach sprawiając, że nie było mi obojętne czy siedzę czy stoję.

Większość z Was pewnie porusza się po mieście wypasionymi autami, toteż takie atrakcje jak tramwaj czy przejście pieszo po chodniku są Was pewnie zupełnie obce. Czuję się zatem w obowiązku donieść, że piesi poruszają się po chodnikach skandalicznie. Lezą zbyt wolno, nagle się zatrzymują, zajmują całą szerokość, utrudniają wyminięcie i tak dalej. Mogłabym cały podręcznik na ten temat napisać. Taki idący zakosami zdarzył mi się na drodze do baru. Wyminęłam go. Nie wiedziałam, że niektórzy tak chodzą specjalnie. Pan poczuł się niesłusznie wyprzedzony. W niewybrednych słowach zwrócił mi uwagę. A ponadto uznał za stosowne dodać, że tacy jak ja to jeszcze wiąchę rzucają i generalnie to cwaniaczkują po kątach. Wiedzieliście, że z takim elementem przyszło Wam obcować?

Pan ten prawdopodobnie spowodował u mnie tak znaczne wyczulenie na potrzeby innych, że kiedy wieczorem wybrałam się na spacer (Tak, wiem, to dziwne w stanie choroby. Zresztą zaraz potem wróciłam do domu i rozłożyłam się jednak na dobre.) nie umknęła mojej uwadze swobodna dyskusja dwóch ziomali, którzy to właśnie wyszli sobie posiedzieć na murku. To znaczy domownikom może i powiedzieli, że idą biegać, ale ja ich widziałam w stanie siedzącym. Przechodząc obok usłyszałam jak jeden drugiemu udziela rad na temat budowania związków, znaczy takim początkującym terapeutą rodzin jest. Brzmiało to jak: "Twarz?! Co ma z twarzą? Co cię obchodzi twarz? W twarz ją r***sz, czy w p***ę?" Szłam dość dziarsko, więc nie wiem jak zareagował "pacjent" na taką interwencję. Pamiętam tylko, że byłam zaskoczona, że pan terapeuta nie słyszał o seksie oralnym. W takich akurat chwilach wykazuję się prawdopodobnie zbyt dużą uważnością na innych i zbyt dobrą pamięcią, skoro mi to w głowie zostało do teraz.

A co do wyżej wspomnianej choroby, to dopadła mnie niedyspozycja przewodu pokarmowego prowadząca do odwodnienia w tak szybkim tempie, że to się nawet filozo fizjologom, a nawet patofizjologom nie śniło. Skutkiem czego stałam się tak bardzo uwrażliwiona na rytm funkcjonowania własnego ciała, że nawet sobie nie wyobrażacie. Dla mnie nastąpił czas na rozwijanie uważności na siebie, nie wiem bowiem kto mnie zaraził/ co mi zaszkodziło i czy należycie o siebie dbałam.

Jak już będę w pełni żywym pomagającym, to skupię się na potrzebach innych.

czwartek, 25 lipca 2013
Myosotis chapter 2& 3

Minęło trochę czasu, a doczekaliśmy się 2 i 3 części Myosotisa. Gry są utrzymane w spójnym klimacie i muzyka utrzymuje niezmiennie wysoki poziom. Właściwie jedyną rzeczą, do której mogłabym się przyczepić to to, że są takie krótkie. Jeśli autorzy będą je nam tak bardzo wydzielać, istnieje szansa, że albo wszystko pozapominamy, albo poziom zacznie znacznie spadać. Jednego ani drugiego bym nie chciała.

Powyżej zrzut ekranu z części drugiej, a poniżej z trzeciej. Recenzję rozdziału 1 Niezapominajki znajdziecie na moim blogu. W grze poruszamy się myszką. Przejście do kolejnego pokoju uzależnione jest od rozwiązania zagadki logicznej. W sieci można znaleźć zarówno filmiki z całkowitego przejścia, jak i pisemne wskazówki, które ułatwiają samodzielne uporanie się z łamigłówkami. By sobie z tym poradzić wymagany jest niezwykle wysoki poziom znajomości języka angielskiego i spostrzegawczość. Z powodu tej pierwszej przyczyny nie jest to zdecydowanie gra dla dzieci. Chyba, że macie akurat angielskie dziecko.

Serdecznie polecam. Mimo niewielkiej ilości zadań, gra może zająć Wam nawet i pół godziny.

Myosotis 2

Myosotis 3

Tagi: gra recenzja
13:26, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lipca 2013
Natural Selection

Przedstawiam Wam grę dla małych dzieci, która nie powinna zająć więcej niż 20 minut. Do przejścia mamy 20 poziomów, w których należy omotać pajęczą siecią zielone muszki. Strzeżcie się pomarańczowych os, które będą chciały na Was zapolować. Dla wytrwałych jest ponoć także 21 poziom, ale nie mogłam się do niego dostać, ponieważ link prowadził donikąd. Pierwszy minus dla gry.

A właściwie to drugi minus, pierwszym powinna być sama nazwa, która zupełnie nie wiem skąd się wzięła i sugerowała mi zupełnie coś innego. Oczekiwałam, że moja postać będzie ewoluowała, może zdobywała nowe cechy. Nie wiem co z naturalną selekcją ma wspólnego polowanie na muchy za pomocą myszki.

Grafika jest całkiem przyjemna, a proste, "pierdzące", dźwięki z pewnością przypadną do gustu najmłodszym, do których przecież gra jest adresowana. Wszystko to każe mi grę polecać grę jako wakacyjny, prosty zabijacz czasu. Raczej do jednorazowego użytku.

Natural Selection

 

Tagi: gra recenzja
22:53, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 lipca 2013
Modern hipstah - autodiagnoza

Z definicją hipstera jest jak z definicją hejtera. Wszyscy wiemy co to jest, dopóki nie wdamy się w drobiazgowe dyskusje z kimś innym, względnie dopóki ktoś nam właśnie tej definicji nie każe podać. Tak na marginesie, ostatnio rzadziej widzę, żeby ludzie się od hipsterów czy cebulaków wyzywali. Prym wiedzie chyba wyzywanie od słoików. Macie podobne obserwacje? Jest to niewątpliwie temat łączący hejterstwo i hipsterstwo.

Przeczytałam wczoraj "Hedonistę" Łozy, Lew-Starowicza i Mamcarza. Mam wrażenie, że równie dobrze mogliby to zatytułować "Hipster", ale jakby się bali, że wówczas część czytelników nie zrozumie. Książka taka sobie, bardzo warszawska, krótka, szybka. Kto nie czytał ten niewiele stracił, niemniej jednak mnie ta pozycja skłoniła do refleksji. Nawet paru refleksji.

Pierwsze z tych refleksji dotyczyły tego, że autorzy sporo z tego hips... hedonizmu mają w sobie, bo się świetnie w tym wszystkim orientują. A potem pomyślałam o sobie, choć nie zwykłam postrzegać siebie jako hipstera. No bo czy ja się staram zabłysnąć ekstrawaganckim ubiorem, zegarkiem, fryzurą, zainteresowaniami? Czy ja epatuję bogactwem? No nie, ale wygląda na to, że współczesne czasy są takie, że każdy w sobie takiego małego hipsterka nosi.

No bo jak inaczej wytłumaczyć tą koszulę, która wisi w mojej szafie od kilku miesięcy jeszcze z metką? Niewątpliwie przyda się, w kolorze właściwym i w ogóle, ale czy ona aby nie jest nadmiarowa, skoro jeszcze nie było okazji żeby ją założyć?

Zalewają nas gigabajty informacji i to z całego świata. Takie czasy. Wcześniej takiego zjawiska nie było, nastąpił bowiem ogromny skok cywilizacyjny. I ja te informacje też chłonę. Szczególnie za pomocą urządzeń mobilnych. Oczywiście, można się pocieszać, że są tacy, którzy chłoną bardziej, którzy mają tableta, którzy to i tamto. No ale ja też chłonę. Ja też sypiam z laptopem i smartfonem. Oczywiście dlatego, że im się akurat wygodnie ładować przy moim łóżku i poza tym, że w smartfonie mam budzik.

Tymczasem wyczytałam, że nawet luminescencja ekraniku smartfona istotnie hamuje produkcję melatoniny. Cud, że jeszcze śpię zupełnie normalnie. A może ja już jestem pokoleniem uodpornionym na brak melatoniny czy higieny snu w ogóle? Chłonę te informacje w nadmiarze i części z nich nawet nie przetwarzam dalej. A jeśli już przetwarzam, to się najczęściej rozkojarzam, rozmieniam na drobne. Skutkiem tego jestem mniej, a nie bardziej efektywna.

Dotyczy mnie także zjawisko może nie uzależnienia, ale takiego poczucia spokoju, jeśli akurat jestem w zasięgu WiFi. To ma swoją nazwę -  fear of missing out (FOMO), chociaż nie jest oficjalną diagnozą.

Wy też macie w sobie coś z hipstera?

wtorek, 16 lipca 2013
Acorn Story

Tym razem polecam grę we flashu, w której chodzi o odnalezienie magicznego żołędzia. Gra nie jest zbyt trudna i składa się tylko z ośmiu poziomów właściwych. Pierwszy poziom, "niewłaściwy", służy zapoznaniu z sterowaniem gry oraz przedstawia krótka historyjkę wprowadzającą. Poruszamy się strzałkami, a dodatkowe akcje wykonujemy przy wykorzystaniu spacji.

Jak widzicie wszystko zostało utrzymane w estetycznej i wyciszającej kolorystyce sepii. Równie przyjemna i nieinwazyjna jest ścieżka dźwiękowa. Dźwięki są przyjemne, ale nawet po tak niewielkiej gierce spodziewałabym się czegoś więcej.

Poniżej przedstawiam ekran końcowy stanowiący dowód, że przeszłam grę. Uporanie się z tym po raz pierwszy zajmuje kilkanaście minut do pół godziny. W razie potrzeby w sieci są filmiki z rozwiązaniem, ale raczej nie będziecie ich potrzebować.

Acorn Story

Tagi: gra recenzja
00:02, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 lipca 2013
Kochaj się długo i zdrowo. - recenzja książki

"Kochaj się długo i zdrowo." - co za piękne przesłanie! Jest to także tytuł audycji przez wiele lat prowadzonej przez seksuologa Andrzeja Depko i ówczesną redaktor naczelną radia TOK FM czyli Ewę Wanat. Do audycji mam sentyment. Pamiętam, że kiedyś kolekcjonowałam jej archiwalne nagrania, odsłuchiwałam online zaległe odcinki po odkryciu tej audycji. Kiedy ich słuchałam, w moim pokoju robiło się tłoczno, bo rodzina chyba bała się poprosić o podanie częstotliwości na jakiej to nadają. Audycję odkryłam przez przypadek, kiedy przeczesując stacje usłyszałam słowo "wibrator", najpierw myślałam, że źle się ze mną dzieje i doznaję omamów wskutek wieloletniego opętania seksem. Po chwili okazało się, że jednak dobrze słyszałam i te zaburzenia psychiczne jeszcze u mnie nie występują.

Audycja od dawna już się nie ukazuje, Depko został w międzyczasie prezesem PTMS, a i książka jest wiekowa, bo pochodzi z 2008 roku. Ładne wydanie w twardych okładkach, z dołączoną płytą CD zawierającą nagranie kilku audycji prezentuje się bardzo estetycznie. Osobiście znam babcię, która kupiła tę książkę wnuczkowi na urodziny. Ja się z zakupem tak nie spieszyłam, a obecnie po prostu skorzystałam z gigantycznej promocji wydawnictwa. Mimo początkowej fascynacji przestałam słuchać audycji. Może dlatego, że narcystycznie doszłam do wniosku, że ja to już wszystko wiem? A może dlatego, że problemy słuchaczy zaczęły się powtarzać? Nie przestałam jednak doceniać tego, jak wiele dla polskiego społeczeństwa znaczyła taka audycja oswajająca z seksuologiem - specjalistą jakich jest niecałych 200 sztuk w kraju i którego przeciętny rodak na oczy z bliska nie widział. Depko i Wanat dobrze się rozumieli i stanowili zgrany duet.

Książkę podzielono na trzy części opatrzone krótkimi wstępami autorów. Poza tym autorzy oddali głos swoim słuchaczom. Książka składa się z listów słanych do redakcji. Przy okazji lektura treści tych listów uświadomiła mi, że współcześni pacjenci seksuologiczni są znacznie bardziej oczytani i świadomi niż w przeszłości. Zanim napisali do programu, niejednokrotnie przeczesali już różne źródła, próbują samodzielnie stawiać diagnozę, a zgłaszane trudności rzadko kiedy są proste i ograniczają się do jednego objawu. Po każdym liście napisano odpowiedź zawierającą nie tylko poradę (z konieczności ogólną i najczęściej sprowadzającą się do skierowania do specjalisty), ale także wyjaśnienie zjawiska stanowiącego problem czy podstawowe zasady leczenia stosowanego w danym przypadku. Część akapitów się powtarza w tych odpowiedziach, czasem nawet strona po stronie, co moim zdaniem jest nietrafionym zabiegiem. Większość czytelników nie będzie się zapoznawało z książką na wyrywki, tylko raczej przeczyta ją od deski do deski i wówczas powtórzenia są nużące. Minusem jest także literówka na stronie tytułowej. Nie wiem jak wydawnictwo mogło przepuścić coś takiego.

Natomiast za ogromny plus uważam ilustracje. Zarówno tę na okładce jak i ozdabiające początek każdego rozdziału. Sylwia Jędrzejewska wykazała się sporym talentem i zrozumieniem tematyki książki. Ilustracje są dobrze dobrane do każdego z rozdziałów i oszczędną kreską przedstawiają różne pozycje seksualne. Mogą one pełnić rolę edukacyjną, inspirować, nawet prowokować do fantazji. Wszystko to stanowczo wskazane. Wyobraziłam sobie, że takie materiały graficzne mogłyby służyć do psychoedukacji w gabinecie seksuologa. Miła odmiana od szpetnych grafik czy wyolbrzymionej pornografii. Lektura była dla mnie tak wciągająca, że nie mogłam się od niej oderwać w środkach komunikacji publicznej. Zauważyłam zatem przy okazji, że czytelne ilustracje wzbudzały także duże zainteresowanie współpasażerów.

Polecam książkę wszystkim, którzy chcieliby zdobyć trochę wiedzy seksuologicznej w strawnej i praktycznej formie.

czwartek, 11 lipca 2013
Pan niepokorny. Kulturowa historia penisa. - recenzja książki

Recenzję tej książki mogłabym pewnie podsumować różnymi słowami, ale najbardziej pasuje do niej "nareszcie". Tę pozycję chciałam zakupić już od dawna, ponieważ nie była osiągalna w bibliotekach. Oryginalne wydanie książki doczekało się odrębnego hasła w Wikipedii. Pozycja wydana w 2003 roku przez wydawnictwo Muza przestała być osiągalna w księgarniach, a w Internecie osiąga zawrotne ceny. Tym bardziej chciałam ją przeczytać!

Po lekturze mogę powiedzieć, że nie zawiodłam się. Autor z dużą wnikliwością przeprowadza nas przez historię badań na penisem, jego kulturowym znaczeniem oraz postępami medycyny w tym zakresie. Symptomatyczne, że na okładce pokazano mężczyznę bez głowy, za to z wyeksponowanym kroczem. Wynika z tego, że penis zawsze był tajemniczą i ważną częścią ciała. Prawdopodobnie ze względu na jego zdolność do osiągania erekcji, czasem nawet bez woli jego posiadacza. Historia zatoczyła koło. Od poglądu, że to penis rządzi mężczyzną i podejrzewania "czarownic" o to, że utrzymują kontakty z diabłem, który zawsze był wyposażony w imponujące przyrodzenie. Do poglądu, że to mężczyzna wpływa na erekcję i medykalizacji tego zagadnienia po wynalezieniu sposobów leczenia impotencji.

W książce nie brakuje także doniesień na temat mężczyzn, którzy szczególnie swój członek wyeksponowali. Prawdopodobnie stracili na moment kontrolę i zrobili coś, o czym marzy spora część mężczyzn. Na kartach tej pozycji przeczytamy o gwałcicielu, który wylansował linię anatomiczne poprawnym spodni z saczkiem, o prezydencie, który obnażył się przed dziennikarzami, a wreszcie o młodym naukowcu Brindleyu, który z entuzjazmem prezentował swoją farmakologicznie uzyskaną erekcję na sympozjum dla urologów. Tak, słusznie się domyślacie, nie bez powodu przemawiał w dresach, które łatwo ściągnąć.

Penis i jego autonomia są przedmiotem dumy, były przedmiotem absurdalnych interpretacji Freuda (o których wiele można przeczytać w tej książce i to w bardzo strawnej formie), ale także wiążą się z lękiem. Głównie lękiem o utratę erekcji. W przeszłości wierzono, że przyczyny takiej utraty są głównie psychogenne. Stąd może także tak wielka popularność psychoanalizy. Z mojej wiedzy wynika, że późniejsze terapie Mastersa i Johnson przynosiły skutki szybciej, ale o tym niestety autor się nie rozpisuje. W późniejszym okresie poglądy się zmieniły i dziś uważamy, że zaburzenia erekcji są głównie pochodzenia naczyniowego. Opiekę nad takimi pacjentami przejęli urolodzy.

Duże wrażenie zrobiły także na mnie doniesienia o chirurgach czy anatomach, którzy zajmowali się budową penisa. Przez lata bowiem unikano prowadzenia sekcji zwłok, a tym bardziej samego prącia. Jakby w obawie przed zranieniem. Skutkiem tego długo utrzymywał się pogląd, że erekcja to fenomen powstający przez napompowanie członka... powietrzem, a podczas sekcji czytano na głos dzieła starożytnych. Śmiem twierdzić, że prawidłowe nazwanie anatomii o pełne zrozumienie fizjologii erekcji zmniejszyło w dużej mierze lęk przed jej tajemniczą utratą. Jeszcze jeden punkt dla teamu optującego za rzetelną edukacją seksualną.

Doceniam humor z jakim napisano książkę oraz fakt, że autor-mężczyzna zachował dystans w opisywaniu poglądów feministek na męską seksualność i samo prącie. Jedynymi zarzutami, jakie mam do polskiego wydania książki są drobne literówki i pewne nieścisłości w medycznej części książki dotyczącej przemysłu leczenia zaburzeń erekcji. Ponadto, nigdzie nie znalazłam informacji na temat tego kim jest autor, a spodziewałabym się takiego wpisu na przykład na okładce książki.

niedziela, 07 lipca 2013
Coco Chanel. Życie intymne. - recenzja książki

Choć książkę przeczytałam już kilka dni temu, wciąż pozostaje ona w mojej pamięci. Nie ukrywam, że po taką lekturę sięgnęłam głównie ze względu na podtytuł. Faktem jest także, że się starzeję i stąd zwiększone zainteresowanie biografiami w ogóle. Z jakichś względów podziałało też na mnie dobrze to, że jest to biografia kobiety. Wciąż niewiele jest w historii wielkich kobiet, co do których uznano, że należą im się biografie. Chanel jest jedną z nich.

Trudno jest recenzować książkę będącą biografią, wymaga to bowiem oddzielenia emocji wywołanych przez fakty z życia danej osoby, od wrażeń artystycznych sprowokowanych kompozycją, wnikliwością, czy stylem samej książki. Pani Chaney  z pewnością przyłożyła się do swojej pracy. Ta skrupulatna autorka miała świadomość, że biografie sławnej dyktatorki mody już powstawały. Ba! Swego czasu nawet zleciła ona napisanie własnej biografii, ale ta nigdy nie ukazała się drukiem. Szczegóły tych okoliczności znaleźć można w recenzowanej przeze mnie książce.

Autorka z pewnością podchodzi do opisywanej przez siebie postaci z szacunkiem i podziwem, ale jej relacje sprawiają wrażenie obiektywnych i rzetelnych. Nie wybiela ona zbytnio Chanel. Wnikliwie przedstawia jej trudne dzieciństwo, które ją z pewnością ukształtowało. Wprawne oko dostrzeże, że mimo ogromnych osiągnięć i wzbudzanego podziwu, Gabrielle Chanel miała zaburzoną osobowość i w gruncie rzeczy dość nieszczęśliwe życie prywatne. Choć w jej biografii nie brakuje atrakcyjnych znajomości, uczestnictwa w przełomowych wydarzeniach kulturalnych, ani imponujących kochanków, trudny charakter Gabrielle sprawiał, że związanie się z nią na dłużej stanowiło wyzwanie. Problemem też jest dotarcie do prawdy o niej samej, gdyż lubiła ona uciekać w fantazję i tuszować niezbyt kolorową rzeczywistość.

Jak na ironię ten sam upór i zawziętość, które utrudniały przyjaźń z Chanel, połączone z jej wrodzonym wyczuciem stylu i intuicją, sprawiły, że osiągnęła ona tak wielki sukces na polu zawodowym. To praca była dla niej ucieczką przed konfrontacją z trudnymi emocjami i samotnością. Chanel nie znosiła samotności i bała się jej, w kategoriach ucieczki mogę też interpretować jej prawdopodobne uzależnienie od morfiny. na kartach biografii zarysowano postać silną, choć rzeczywistą, nie pozbawioną wad. Dzięki wysiłkom autorki jest w stanie tą wielkość Chanel dostrzec i uszanować. Autentycznie głęboko wzruszyła mnie relacja z pogrzebu Chanel czy jej powrotu do pracy po 15 latach emerytury. Naprawdę odczułam, że jej odejście było wielką stratą.

Podczas lektury zastanawiałam się, czy Chanel była kobietą wyzwoloną. Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony lansowała noszenie przez kobiety spodni, czy ubrań z kieszeniami, zbudowała prawdziwe imperium własną pracą, a także miała "męskie" podejście do seksu. Zresztą, niemałym zaskoczeniem przy moim niedawno odkrytym zainteresowaniu biseksualnością, było także to, że Coco była biseksualna. Nie wiem jak sama się określała, ale wiemy, że miała relacje seksualne zarówno z kobietami jak i mężczyznami w różnych okresach swojego życia. Czyżby były to wpływy wyzwolonego Paryża i obracania się wokół artystycznej bohemy? Czy to mentalne wyzwolenie zadecydowało o tym, że była ona w stanie przekraczać kulturowe ramy kobiecości i męskości w swojej modzie? W tym zakresie biografia Chanel stanowi dla mnie inspirację do rozważań i wdzięczna jestem autorce za przedstawienie faktów w tak interesujący dla mnie sposób.

Doceniłam także wkładki przedstawiające zdjęcia bohaterki książki i osób dla niej ważnych w różnych okresach jej życia. Jedynym zarzutem jaki mogę poczynić są iście tabloidowe teksty z okładki, które chyba miały zachęcić do kupna. Informacje te wprowadzają w błąd, bowiem już na początku lektury uzyskujemy informację, że Chanel słabo pisała po francusku (formalna edukacja dziewcząt nie była w jej czasach ani popularna, ani opłacalna) zatem ukrywała to oszczędnie prowadząc korespondencję, a tym bardziej nie pozostawiając po sobie pamiętników. Źródła pisane, o których wspomniano na okładce nie są autorstwa samej Chanel jak można by wywnioskować. Chodzi raczej o teksty pozostawione przez jej współczesnych, którzy kontaktowali się z Chanel. Sensacyjne doniesienia o domniemanym szpiegostwie (nigdy się chyba nie dowiemy prawdy) postrzega się w innym świetle podczas wnikliwej lektury, która ujawnia, że podczas okupacji niemieckiej każdy, kto chciał kontynuować swoją działalność wchodził w pewien układ (związek miłosny, wymiana przysług, usług) z opresorem, a naziści mieli świetną propagandę. Osoba tak skłonna do fantazjowania i z tak zaburzonym przywiązaniem jak Chanel z pewnością skłonna była w nią wierzyć.

Podsumowując, książkę oceniam bardzo wysoko ze względu na jej dużą wartość informacyjną, staranność przygotowania i głęboki wgląd w tło historyczne przedstawianych wydarzeń. Polecam ją zarówno wielbicielom biografii w ogóle, silnych kobiet, czy mody. Każda z tych grup odbiorców znajdzie w tej książce coś dla siebie.

czwartek, 04 lipca 2013
I choć jestem tu przez chwilę...

... to na pewno się spóźniłam w tyle miejsc.

Jestem u tylko przejazdem i jak najlepiej powinnam wykorzystać dany mi czas. Dylematy związane z wyborem zawodu zostawiłam w klasie maturalnej, a może nieco później. Lubię się jednak mimo wszystko czasem pozastanawiać nad tym, co innego mogłabym robić w życiu. Jako mała dziewczynka marzyłam o zostaniu poetką. Rodzice rwali włosy z głowy i dokładnie pamiętam tą nienazwaną emocję, którą we mnie wzbudzali. To był lęk - obawa przed tym, że takim zajęciem na siebie nie zarobię. Wychowali mnie na zbyt racjonalną dziewczynkę, żebym chciała za takim marzeniem gonić. Może z tą poetką tylko mi się zdawało? Dopiero po latach zrozumiałam, że jako ta mała dziewczynka właśnie poetką byłam. Pisałam wówczas wiersze. Pierwszy powstał jeszcze zanim nauczyłam się pisać. Potem coś mojego ukazało się nawet w ślicznym tomiku konkursowym. Potem wreszcie pisałam coraz rzadziej, białe wiersze, aż w końcu zakończyłam romans z poezją. Zdecydowanie jednak jestem przekonana, że poetką byłam i spełniłam się w tej roli.

W okresie wczesnej adolescencji nie bardzo wierzyłam w siebie. Ten okres niewiary zresztą utrzymywał się bardzo długo, wciąż nad tym pracuję, ale ogólnie rzecz biorąc na gruncie zawodowym stąpam pewniej niż w latach wcześniejszych. To efekt lat pracy nad sobą. Wracając do niepewności, mimo świetnych wyników w szkole (które potem nie przełożyły się absolutnie na nic, może tylko na większą ilość wrogów) zakładałam, że w przyszłości będę kopać rowy. Bałam się mieć aspiracje. Wydawało mi się, że tylko przy pracy fizycznej nic nie uda mi się zepsuć. Nikomu nie podpadnę. Szczęśliwy traf sprawił, że w owym okresie musiałam coś wykopać. Nie pamiętam czy rów, czy dół. Oczywiście okazało się, że nie daję rady tego zrobić, a moje ramiona są zbyt wątłe. To mnie skłoniło do weryfikacji swojej wizji przyszłości.

Po maturze nie wiedziałam jakie studia wybrać, ponadto byłam zbyt zależna psychicznie od rodziców by odważać się na artykułowanie pewnych marzeń. Ostatecznie jestem zadowolona z moich wyborów i zawodu, który mnie rozwija. W chwilach słabości pragnę jedynie się przekwalifikować na... kierowcę walca drogowego. Maszyna ta bowiem od zawsze mnie fascynowała, a ponadto taki kierowca zarabia po wielokroć więcej niż ja. Jego zajęcie wydaje mi się pracą spokojną, a auto wyjątkowo bezpiecznym. Jednym z moich największych marzeń jest spróbowanie poprowadzenia takiego olbrzyma, nigdy bowiem nie nadarzyła się jeszcze taka okazja. Jestem święcie przekonana, że gdybym miała taką możliwość, dla własnej przyjemności skończyłabym kurs operatora walca drogowego. Z dumą wpisywałabym sobie to w CV. A niech się pracodawcy głowią!

Nawet kiedy nie przechodzę żadnego kryzysu, a właściwie to zwłaszcza wtedy, rozważam inne potencjalne ścieżki kariery. Nie upokarzałoby mnie nawet dodatkowe pełnienie takiej roli zawodowej w niepełnym wymiarze godzin. Kiedy puszczam wodze fantazji, w mojej głowie rodzą się następujące wizje:

Prawdopodobnie z tak nietypowej dla mnie fascynacji programem "Top model" wzięła się fantazja o reżyserowaniu pokazów mody. Chciałabym współdecydować o klimacie (scenografia, charakteryzacja, ścieżka muzyczna) pokazu, ustalać choreografię, aktywnie uczestniczyć w próbach. Możliwe jest także, że w takich fantazjach sublimuję po prostu potrzebę pokrzyczenia sobie i wyżycia się na modelkach, które są młodsze i ładniejsze niż ja. Tylko pomyślcie jak bardzo absurdalne jest zarzucanie dorosłej osobie braku umiejętności chodzenia. Jeszcze bardziej absurdalne może być chyba tylko to, że ona się tym w ogóle przejmie. I najlepiej żeby to był pokaz bielizny (najchętniej Victoria's Secret!) - jedynej części garderoby, na której się znam.

Gdyby ktoś wręczył mi pałeczkę i powiedział "Masz, dyryguj moim pokazem." najprawdopodobniej zwiałabym daleko nawet nie podejmując się tak ogromnego wyzwania. To marzenie najprawdopodobniej na zawsze pozostanie niespełnionym. Zupełnie inny los może czekać moje wyobrażenia o samorealizacji na zgoła innym polu. Marzę bowiem także o stworzeniu reportażu radiowego. Nie mogę narzekać na brak sprzętu, zawsze bowiem mam przy sobie telefon z dyktafonem. Prawdopodobnie także poradziłabym sobie z montażem używając do tego podstawowych narzędzi systemowych. Jak to dobrze, że obecnie montaż nie odbywa się za pomocą cięcia nożyczkami magnetycznej taśmy! Reportaż z moich marzeń ma zatem wszelkie szanse by powstać, wciąż tylko czekam aż przyjdzie do mnie odpowiedni temat. Kiedy już powstanie, na pewno zadbam o to, by został wyemitowany w radio. W końcu to najzacniejsze medium dla reportaży.

Zawsze też chciałam zaistnieć na scenie kabaretowej. Przez długi czas marzyłam o byciu częścią jakiejś grupy, ale ludzie mnie raczej nie lubią, nie mówiąc już o całych grupach ludzi, więc sami rozumiecie. Potem dowiedziałam się, że jest także taka forma jak stand-up, który uprawia się solo. Jednak do tego trzeba mieć cięty język i inteligencję, więc sami rozumiecie ;) Miło jest jednak czasem pomarzyć o tym, że wyjdę na scenę, powiem coś odkrywczego i śmiesznego, a publiczność będzie się szczerze cieszyć. Na razie pozostaje mi celebrować drobne triumfy w tej sferze, które czasem odnoszę prowadząc jakiś wykład.

Wszędzie dobrze, gdzie mnie nie ma. W trudnych chwilach wydaje mi się, że w innym miejscu byłoby mi w życiu lepiej. Chwile takie nie trwają jednak nigdy długo. Z zastraszonej dziewczynki wyrosłam na nieco mniej przestraszoną kobietę, która umie się rozwijać na różnych płaszczyznach. Także tej zawodowej.

01:33, wildfemale
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2