RSS
poniedziałek, 25 lipca 2016
Jak zawsze pod górkę

Wierzę w zniekształcenia poznawcze, uznaję ich istnienie i ich działanie. Wiem, że wśród nich występują selektywne abstrahowanie i nadmierne uogólnianie, ale na Boga niee, to niemożliwe by mnie one w tej chwili dotyczyły. Nie! Ja naprawdę przyciągam pioruny. Gdybym to wiedziała, to nie wyszłabym z domu. Co niebezpieczne, ja się boję iść jutro do pracy. Ja się boję ludzi. Ba! Ja uważam, że w Polsce zostali sami degeneraci, którzy utrudniają życie wszystkiemu i wszystkim wokół. Ja nie wiem co mam robić i gdybym nie wiedziała, że to co mnie dziś spotkało na pewno nie nosi znamion traumy to ubiegałabym się o rentę z tytułu PTSD. Naprawdę!

Shitstorm zaczął się zupełnie niewinnie. Mianowicie od tego jak w autobusie zaatakował mnie staruszek. Celowo potrącił mnie, bo miałam na plecach plecak. Nieważne, że była niedziela, środek dnia, poza nami w autobusie z 5 osób. Nie, ja miałam plecak i on to zauważył. I mnie zaatakował fizycznie. Co to jest za pierniczony kraj, w którym staruszkowie mnie napadają w biały dzień?! Gdzie ja żyję?! W którym miejscu piramidy troficznej ja się znajduję, że wszyscy mnie napadają i są agresywni?! I pytanie podstawowe, kogo ja mam napadać żeby się wyżyć i uniknąć dostania po ryju?

Wróciłam do domu, zrelaksowałam się i udałam się po fakturę. Nie pytajcie dlaczego muszę jeździć po fakturę w niedzielę i dlaczego nie dostałam jej w piątek w momencie zakupu. Po prostu obsługiwanie komputera jest dla sprzedawcy zbyt trudne, więc po fakturę trzeba przyjechać osobno. No logiczne przecież, przecież po co klient ma być zadowolony i tak sobie dostać fakturę od ręki? No po co? Przecież o ileż przyjemniej będzie napędzać krajową gospodarkę i kazać temu klientowi płacić za bilet w niedzielę. Niech kierowcy autobusów też sobie coś zarobią.

No i skoro przy biletach jesteśmy to zbliżam się do absolutnego gwoździa programu. Spotkała mnie dziś kontrola biletów, okazałam bilet. Mam miesięczny ważny od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. I nagle, akurat dziś, okazało się, że tenże bilet jest nieważny. A przynajmniej nie w weekendy. I pana kontrolera nie obchodziło nic a nic, że mój rachunek oraz oficjalny mail  sekretariatu sprzedawcy biletów mówi co innego. Pan kontroler nie tylko nie dał się przekonać tymi argumentami, ale jeszcze odebrał mi kartę miejską, a potem dowód osobisty i zmusił do przejechania przystanku, na którym chciałam wysiąść. On mnie praktycznie przewiózł na koniec trasy, daleko za przystanek końcowy, gdzie pod nadzorem ślepego i głuchego kierowcy autobusu chciał mnie najprawdopodobniej wykorzystać. Jak tylko pasażerowie wysiedli, powiedział mi, że na druk wezwania nie muszę czekać, że mi go pocztą prześlą. Nie chciał mi tego druku wydać. Nie mogłam tez opuścić autobusu, bo okazało się, że drzwi są zablokowane. Oczywiście o poznaniu nazwiska kontrolera czy obejrzeniu jego identyfikatora mogę sobie zapomnieć.

I powiedzcie mi, dobrzy ludzie, co ja mam zrobić w tak koszmarnej sytuacji? Jutro mam jechać do pracy, autobusem, a ja się do tego cholerstwa wsiąść boję. Jutro mam się stawić w pracy, a nie muszę wam mówić, że reklamacje składa się dokładnie w godzinach mojej pracy, osobiście (wyłącznie!) i nie można tego zrobić na piśmie. Już widzę jak mi się chce iść do ludzi, którzy mnie zamykają w autobusach. Jaką mam gwarancję, że wyjdę z tej siedziby? Wydaje się, że najlepszym pomysłem będzie chodzenie pieszo, albo... nie wychodzenie z domu w ogóle, bo każdy przejazd kosztuje mnie 200 złotych nie licząc tego, co wydałam na bilet.

00:05, wildfemale
Link Komentarze (2) »
sobota, 16 lipca 2016
Co jest nie tak z farmaceutami?

Historia oparta na faktach autentycznych z życia autorki.

Wchodzę zakrwawiona do apteki, czekam grzecznie w kolejce, ludzie patrzą na mnie z obrzydzeniem. Nie wiem czy dlatego, że generalnie wyglądam niesympatycznie, czy ze względu na plamy krwi na ubraniu. Przychodzi moja kolej.

- Dzień dobry, czy można u pani kupić: bandaż, gaziki, plaster, Rivanol w roztworze?

- Tak. - i pani nie czyni żadnego ruchu.

- Czy, yy, mogę je nabyć? Zapłacić kartą. - powoli tracę pewność siebie.

- Jaki bandaż? Jaki gazik? Jaki plaster? Jaka pojemność butelki Rivanolu?- okazuje się, że powinnam była podać szerokość bandaża,wymiar gazików, fakt że chodzi o plaster z opatrunkiem.

- 10 cm elastyczny, 5x5 cm, plaster z opatrunkiem do cięcia. - Przy pojemności Rivanolu wymiękłam.

Pani podała mi wszystko, zapłaciłam, ale ponieważ zapakowanie kilku rzeczy do plecaka tak żeby go sobie nie zakrwawić zajmuje troszkę czasy, zanim odeszłam od okienka zdążył do niego podejść jakiś taki mało rozgarnięty,a wyraźnie skrępowany jegomość. Usłyszałam jak mówi:

- Poproszę coś na, yyy, rozluźnienie.

- Alax?

Po sekundzie pan wyszedł wyraźnie usatysfakcjonowany, a ja... zapomniałam kupić wodę utlenioną.

Co jest z nimi nie tak?! Tylko Alax umieją sprzedawać? Tak bez podania pojemności i szerokości opakowania?! Nie Mydocalm? Nie Xanax na rozluźnienie?! Skąd wiedziały?!

Update 18.07.2016:

Dziś odwiedziłam tę samą aptekę. Mam po drodze. Tym razem się przygotowałam z rodzajów, cen i zawartości IU heparyny w maściach heparynowych (tak, mam potężnego krwiaka). Nie było pytania, na którym można by mnie było zagiąć. Podeszłam, poprosiłam o maść konkretnej nazwy, pani... mi ją po prostu podała nie pytając o wagę opakowania!

Dziwny jest ten świat ;)

18:45, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 lipca 2016
O psychoterapii za pomocą hulajnogi

Od jakiegoś czasu zbieram się zamiarem podzielenia się ile dobrego zrobiło dla mnie jeżdżenie na hulajnodze. Dokładniej ujmując były też gorsze chwile jak kłótnia z właścicielem roweru w autobusie czy doznana ostatnio kontuzja, ale całe doświadczenie mimo wszystko oceniam raczej na plus i zachęcam do niestandardowych metod terapii własnej.

Już sam zakup tego środka lokomocji okazał się w moim przypadku dużym wyzwaniem. Chodziło o konieczność konfrontacji z obawami, które od dzieciństwa wpajali mi rodzice. W domu, w którym się wychowałam rodzice zniechęcali do aktywności fizycznej, straszyli lekcjami WF-u i karali za kontuzje odniesione na podwórku. Nic zatem dziwnego, że nie posiadam nawet roweru, a po wielu latach wciąż miałam lęk przed wybraniem się do sklepu i choćby wypróbowaniem hulajnogi. Wobec powyższego jej zakup był aktem heroizmu. Nie dziwi zatem, że jestem prawdopodobnie jedyną osobą dorosłą, która w Polsce jeździ hulajnogą nosząc na głowie kask.

A skoro o jeżdżeniu mowa, tu także było kilka wyzwań. Nigdy nie przemieszczałam się po mieście w ten sposób, więc miałam wiele barier mentalnych do pokonania. Do dziś boję się pasażerów w autobusach, kierowców, złośliwych kanarów w środkach komunikacji publicznej, którzy chcą biletu właśnie na zakręcie, kiedy jedną ręką trzymam się, a drugą swój pojazd. Ponadto śmiertelnie boję się rowerzystów na ścieżkach, bo ci nie koniecznie powinni być przekonani do tego, że mogę jechać tym samym pasmem co oni. Do tego zdarzyła mi się jednokrotnie scysja z posiadaczem roweru w autobusie, który był tak wnerwiony, że istnieję iż usiłował mnie rozjechać rowerem. Cóż tu mówić, hulajnoga jest kilkukilogramowym kawałem żelastwa, które świetnie przydaje się w samoobronie. Mam nadzieję, że pan zapamięta jak się ma do mnie zwracać na wypadek kolejnego spotkania.

Wbrew temu co napisałam powyżej, przeważają doświadczenia pozytywne. Sam ruch na świeżym powietrzu sprawia mi przyjemność i poprawia nastrój. Angażowanie podczas jazdy specyficznych partii mięśni stanowi interesujące uzupełnienie treningu. Dodatkowo, często hulajnogą jest zdecydowanie szybciej niż komunikacją publiczną. Ponadto, zdecydowana większość osób reaguje pozytywnie na mój widok. Z sympatią wytykają mnie palcami, albo podchodzą i pytają o hulajnogę. Szczególnie starsze panie :)

Zdarzyło mi się także przybywać na hulajnodze na ważne spotkania, szkolenia i jedną konferencję. Zazwyczaj wyłącznie ułatwiało mi to nawiązywanie kontaktów. Wszyscy chcieli obejrzeć czym przyjechałam, część nawet przejechać się. Cieszę się, że mogłam dać nieco dziecięcej radości dorosłym ludziom.

Podsumowując, z przekonaniem mogę stwierdzić że dzięki temu, że się przełamałam i zaczęłam jeździć na hulajnodze wiele rzeczy w moim życiu zmieniło się na lepsze. Nabrałam więcej dystansu do siebie i mniej się boję wyglądać głupio. Nabrałam pewności siebie i nie boję się obronić przed agresją innych. Wzrosło moje poczucie kompetencji co do znajdowania tras, nie gubienia się w mieście, radzenia sobie na drodze. Mam pewnie nieco lepszą kondycję, bo więcej się ruszam. Oglądam podczas przejazdów ładne widoki, których być może inaczej bym nie dostrzegła albo nie dotarłabym do nich. Podejrzewam, że dzięki temu iż autentycznie działałam (a potem było to podparte prawidłowo wykonaną pracą poznawczą), przyniosło to szybsze efekty niż tradycyjne omawianie problemów w teorii.

Jeśli zatem zastanawiasz się nad wprowadzeniem jakiejś zmiany w swoim życiu, po prostu zadaj sobie pytanie skąd się biorą Twoje opory. Jeśli to przemawiają duchy znad kołyski, warto dać im wycisk i podjąć niezależną dorosłą decyzję. Świat wokół nie ma wyjścia, będzie się musiał dostosować.

10:58, wildfemale
Link Komentarze (1) »