RSS
sobota, 07 lipca 2018
Dlaczego nie należy jeździć na Teneryfę będąc mną

Witaj na moim blogu, pewnie zastanawiasz się dlaczego Tobie i tylko Tobie zdradzę swój sekret. I w dodatku zrobię to zupełnie za darmo. Otóż uważam, że jesteś absolutnie wyjątkowa i ta wiedza po prostu Ci się należy. Dlatego już za chwilę podzielę się z Tobą tą bezcenną wiedzą zupełnie za darmo tak, żebyś mogła z niej czynić użytek na korzyść swoją i tych, z którymi się tym sekretem podzielisz...

 Wybrałam się na wakacje. W zasadzie to siedzę właśnie w pokoju obrzydliwiedrogiego hotelu i piszę do was te słowa. Za oknami palmy, basen, pod ręką 7up on the rocks, zaś w moim mały, czarnym serduszku wkurw. Wkurw ten budował się we mnie od wtorku, musicie zatem przyznać, że doprawdy terapia przynosi rezultaty jako że bez terapii wkurw ten prawdopodobnie nastąpiłby już koło, nie wiem, środy.

Na Teneryfę dotarłam strudzona niemożebnie jako  ten samotny pielgrzym. Tyle że z walizką w dłoni. Biuro podróży zrzuciło mnie na wyspę ciemną nocą, po kilkugodzinnym locie zwiadowczym z trasą sprawdzającą czeskimi liniami lotniczymi, w których to nikt nie mówił po polsku, zaś przestrzeń na jednego pasżera była taka jak na powiedzmy jednego chomika. Doznałam tego niebywałego szczęścia, że trafiło mi się miejsce koło wybitnie grubej damy. Owa rubensowska niewiasta nie mieściła się w fotelu, ale także nie raczyła uiścić opłaty za dwa miejsca. Linie lotnicze wprowadzają dopłaty za nadbagaż, ale nie za to, że pasażer ma lekko ponad 130 kg, gdzie w tym logika? Podczas kilkugodzinnego lotu nie mogłam nawet zasnąć, gdyż locha ta leżała na mnie i drapała mnie szczeciną z ramion. Przeczytałam w swoim czasie kilka podręczników savoir-vivre'u, ale były one dość archaiczne żaden bowiem nie opisywał zasad postępowania w takiej sytuacji. Czy wolno zwrócić damie uwagę, że drapie szczeciną? Czy można to zrobić bezpośrednio, czy też należy raczej wezwać stewardessę i delektować się tym, jak ta tłumaczy te zawiłe kwestie po czesku? Wrodzona kultura osobista nakazuje domniemywać, że opalanie szczeciny zapalniczką nie mieści się w zasadach dobrego wychowania niemniej jednak tyle pytań pozostaje bez odpowiedzi.

Zdrowy Dorosły cierpliwie karmiony w ramach pracy własnej procesu terapeutycznego podpowiada, że przecież sytuacja ta nie będzie trwała wiecznie, że toć to naprawdę chwilowy dyskomfort i że nie warto robić sobie krzywdy denerwowaniem się na zapas. Za jego podszeptem uśmiecham się grzecznie do czeskich stewardes , a już za chwilę odbieram własny bagaż z niekończącej się ruchomej taśmy. Bagaż niezmiernie trudno jest odebrać, gdyż przede mną stoją już 3 rzędy 5-osobowych rodzin, które już bagaże co prawda odebrały, ale jeszcze tak stoją i patrzą na ruchomą taśmę blokując przejście innym. Niewykluczone, że fenomen tego behawioru wyjaśnia fakt, że sił starczyło im tylko na zdjęcie walizek, ale już nie odciągnięcie ich z miejsca odbioru. Wszak rączęta mają umęczone klaskaniem panu pilotowi. W tym czasie mina pana pilota jest zapewne bezcenną i pan pilot niebiosom dziękuje, że obrał tę ścieżkę kariery.

Dochodzi 3:00, a tymczasem locha wyprzedza mnie w wyścigu do stanowiska biura podróży. Nic dziwnego, wyspała się to i jest żwawa. Dzięki temu dowiaduję się, że Wenus z Willendorfu jedzie do innego hotelu i humor mi się delikatnie poprawia. Wsiadam do autokaru, którego kierowca ledwo mówi po angielsku. Uruchamiam mapy google (dzięki Ci Boże za nie!) i okazuje się, że do hotelu długa droga, bo po pierwsze jest tylko jedna autostrada, po drugie są na niej remonty, po trzecie lotnisko było na drugim końcu wyspy. Autokar nie jest całkowicie wypełniony. nie podają nam kolejności wysiadania, więc mija dobre 1,5 godziny jazdy, ale ja nie wiem czy wolno mi się zdrzemnąć. Kolejni turyści wysiadają i po upływie tego czasu, który nad ranem wydaje się wiecznością, orientuję się, że zostałam w autokarze sama. Jest 5:00, znajduję się na obcej wyspie, wiezie mnie obcy koleś, a nikt z bliskich nie wie gdzie jestem. Nałóżcie sobie na ten obraz ścieżkę dźwiękową z filmów Hitchcocka. Nałożyliście? To pomnóżcie swoje odczucia razy 9 - tak właśnie posrana byłam. Po chwili pan kierowca zatrzymuje się na rozdrożu i łamaną angielszczyzną informuje mnie, że to mój przystanek bo dalej autokary nie dojeżdżają.  Widzę prywatne domostwa, suszące się pranie, nabieram silnych podejrzeń, że pan kierowca zaprasza mnie na kolację ze śniadaniem, a jak się będę dobrze  zachowywać, to nawet zwiedzę jego zamrażalnik. Widzę jakieś zbocze i zastanawiam się czy strzał w tył głowy bardzo boli. Jeszcze nie kontaktowałam się z rezydentem, moja ewentualna nieobecność zostanie zauważona za dwa tygodnie, kiedy któraś kochana szefowa odkryje mój brak i absolutną niemożność funkcjonowania beze mnie. Wszystko to przemyka mi przez głowę, kiedy pan kierowca tłumaczy mi, że dalej nie dojedzie, zaś ja mam iść prosto i w prawo aż dojdę do hotelu. Po kilku minutach hałaśliwego marszu faktycznie docieram do hotelu. Zamkniętego! Jest 5:00, porządni ludzie śpią, pan z recepcji śpi. W końcu niechętnie mi otwiera bo mu usmarowałam szybki łapami. Dumny mówi Hiszpan łamaną angielszczyną (kombinacja ze wzrokiem mówiącym "jeśli mnie nie rozumiesz, to to jest twój problem polska franco" jest doprawdy piorunująca). Na koniec niczym wprawny hipnozyter mówi mi "and now you sleep". Nie omieszkałam się dostosować.

Po dwóch godzinach budzi mnie świt. Ze złości wstaję i ruszam na spacer. Z pewnością w te wakację wyrobię swoje dzienne limity aktywności fizycznej z nadwyżką. Po kilku godzinach od mojego SMSa w końcu odpowiada mi rezydentka, która informuje mnie, że jestem jedynym gościem biura, który trafił do tego akurat hotelu i że jeśli naprawdę muszę się z nią spotkać
to ona do mnie przyjedzie. Na przykład na 19:30, a może lepiej na 19:00 bo akurat będzie w pobliżu. W końcu zjawia się o 20:30 i szczebiocze jak bardzo jest tu dla mnie, że 24h/dobę, że zawsze odbiera telefon, że wycieczka na wulkan w niedzielę, że nie wie o której jest mój wylot do Polski ani tym bardziej o której mam czekać na autokar i że mam się zrelaksować. Kątem oka widzę autokary niemieckich turystów podjeżdżające pod hotel i orientuję się, że właśnie ktoś mnie robi w bambuko i zostałam zdana na siebie. Sprawdzam trasę dojścia do najbliższego szpitala, numery taksówek, adresy i godziny otwarcia aptek. Każdy krok stawiam ostrożnie, nawet za głeboko nie zaciągam się powietrzem.

Mija kolejnych kilka dni, z innymi turystami nie nawiązuję kontaktów co mi bardzo odpowiada. Niebo zachmurzone, opalenizny raczej nie przywiozę.  Dużo jem, sadło przywiozę, może niech nie wprowadzają tych opłat dodatkowych dla pasażerów powyżej 130 kg. Dajmy mi szansę poleżenia na kimś w drodze powrotnej. Dni leniwie upływają na obserwacji wulkanu z hotelowych okien, leniwym wylegiwaniu się do późnego ranka i tym podobnych przyjemnościach. To znaczy innym gościom upływają, bo mój pokój jako jeden z nielicznych na żaden wulkan nie wygląda, mieści się za to przy recepcji, więc dokładnie słyszę wszystkie telefony do hotelu. Po trzech dniach rozpoznaję już personel po głosie. Panie sprzątające pokoje nie mówią w żadnym cywilizowanym języku poza hiszpańskim. Są obrażone, że ja nim nie władam, wszystko wiedzą lepiej, nawet jak ułożyć moje papiery na biurku. Sprzątają bardzo rzetelnie. Wczoraj na przykład sprzątnęły moją piżamę. Tak skutecznie, że do dziś jej szukam. Panie zmieniając pościel zwinęły ją do prania razem z moją piżamą. Od wczoraj nie mam w czym spać. O 1:00 rano zgłaszam problem na recepcji. Pan się ze mnie śmieje, to ten sam, który nie mówi po angielsku. Zapisuje sobie "pijama missing" i idzie spać. To mój problem, że nie siedziałam w pokoju i nie pilnowałam. Hotel oferuje selfy na wynajem, gdybym wiedziała, to bym wynajęła i trzymała w nim tę cholerną piżamę. Personel mi nie dowierza, chyba bardziej wiarygodna wydaje im się hipoteza, że tajemniczy fetyszysta włamał się przez balkon i wykradł moje pachnące feromonami gacie. Nikt nie oferuje mi żadnej rekompensaty. Pójdę poprosić o formularz reklamacji. To dosłownie niemożliwe, że nie zginęło nic innego poza moją piżamą.

Wczoraj usiłowałam się skontaktować z rezydentką w sprawie niedzielnej wycieczki fakultatywnej. Rezydentka nie odpowiedziała. Ponawiam pytanie dziś i dostaję odpowiedź po kilku godzinach, że termin zgłaszania się minął wczoraj, że ona mi tłumaczyła, że może być w hotelu za 10 minut, ale że skoro mnie nie ma to ona mnie nie zapisze i na wulkan nie pojadę. Pozostaje mi tylko podziwianie go z okien hotelu. To znaczy jeśli któryś z gości zaprosi mnie do swojego pokoju. Piżamy nadal brak. Może poprosić rezydentkę o pomoc? ;) O tym, że nie pojadę na wulkan dowiaduje się zbyt późno by zorganizować sobie tę wycieczkę we własnym zakresie. bo lokalne biura zamykają w soboty o 13:00. To jest cywilizowany kraj, a nie jakaś Polska, w której takie buraki jak ja pracują nawet w weekendy. Na moją wyraźną prośbę rezydentka podaje termin wyjazdu spod hotelu, to znaczy z rozdroża kilka minut spaceru od hotelu, bo przecież polski autokar tu nie dojeżdża. Jeśli kierowca nie wypatrzy mnie na drodze i nie wrócię to się o tym nie dowiecie, bo nie będe miała internetu.

W międzyczasie była wizyta w fantastycznym zoo, ogrodzie botanicznym i klubie gejowskim, ale tego się z tego wpisu nie dowiecie. Ja patrzę na świat przez specjalne okulary, dlatego nie warto jechać na Teneryfę kiedy jest się mną.

Tagi: przygoda
16:58, wildfemale
Link Komentarze (3) »