RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
Blog Day 2010

Witam ponownie,

Na kilku zaprzyjaźnionych blogach przeczytałam informację o tym, że dziś jest Blog Day. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w takim przedsięwzięciu, ale teraz mam ochotę. Może dlatego, że wreszcie wciągnęłam się w to środowisko na tyle mocno, że jestem w stanie wymienić 5 miejsc, w które chętnie zaglądam.

Kolejność przypadkowa.

1. Mundanity to blog prowadzony przez el2571, która czasem zaszczyca także tutejsze komentarze. Na pierwszym miejscu, ponieważ to była moja pierwsza blogowa miłość. Trafiłam do el przypadkiem, a przeczytałam wszystkie wpisy. Czym mi zaimponowała? Krótką i trafną formą, która stanowi w zasadzie odrębny styl. Spodobało mi się także, że opowiada o swoim życiu, niby zwykłym, ale nie dla mnie bo jestem zupełnie inną osobą. Kiedy el opisuje swoje imprezy, ja ślęczę nad jakąś pracą, kiedy el pisze o swoim życiu rodzinnym, ja uświadamiam sobie, że jestem na zupełnie innym etapie życia i że nasze wybory życiowe bardzo się różnią. Łączy nas to, że kochamy koty, choć el ma je w większych ilościach. Kiedyś fantazjowałam jak by to było się do nich przeprowadzić i chyba mi jeszcze nie przeszło. Na cześć bloga Mundanity powstała kiedyś tutaj odrębna notka.

2. Tramwaj zwany podglądaniem prowadzony przez (a jakże!) tram_way, czyli warszawską wielbicielkę podróży tramwajami. Cenię blog za świetny styl, trafne obserwacje, a także tematykę, bo jest mi ona bliska. U siebie także czasem opisuję własne przygody ze środków komunikacji publicznej. W Tramwaju... zaletą są także dyskusje w komentarzach, często stanowiące również sztukę samą w sobie. Blog jest też w pewien sposób powiązany z moim. W jednym z ostatnich wpisów zajęłam się popularnonaukową analizą treści poruszanych przez tram_way i umieściłam to potem w trackbacku.

3. Bloguje Weronika autorstwa nikaraguaty. Pisze go inteligentna studentka prawa, świeżo wyekspediowana na wymianę międzynarodową. Weronika ma talent i umie pisać, jej notki noszą ślady artyzmu i udowadniają, że humanistą też trzeba się urodzić. Autorka ma dystans do siebie, a jednocześnie wiele daje czytelnikom. Daje z siebie opisując swoje życie, dzieląc się refleksjami i tym, co tylko ją aktualnie zaprząta. Dostarcza też bogatą listę innych ciekawych blogów w swoim panelu bocznym. Z niecierpliwością czekam na jej kolejne wpisy, bo jest to dla mnie duże przeżycie. Właśnie widzę, że zamieściła u siebie coś nowego, natychmiast biegnę to skomentować.

4. My all English..., ses-ame sprawiła, że teraz Mozilla na pierwszym miejscu podrzuca mi jej stronę, a nie Allegro. I słusznie, przecież do niej zaglądam częściej! Angielski znam świetnie, ale nigdy nie jest tak, że nie mogło by być lepiej. Imponuje mi wytrwałość autorki, ale najbardziej lubię dyskusje z nią u mnie, w komentarzach. Zresztą ta blogerka należy do osób najbardziej entuzjastycznie komentujących moje wpisy za co jestem jej szczególnie wdzięczna. W dużej mierze to dzięki jej zaangażowaniu czerpię motywację do czynienia kolejnych wpisów i podejmowania różnych tematów u siebie.

5. Estudiante to blog 16 -latki. Sama nie wiem jak to się stało, że zaczęłam w miarę regularnie zaglądać do juzi93. Autorka jest dużo młodsza ode mnie, więc tym bardziej zaskakuje mnie, że zabawiłam tam na dłużej. Przecież ja się zawsze zadawałam z ludźmi starszymi od siebie! Juzia kojarzy mi się z dawną koleżanką Anką, która też była młodsza, ale szybko się dogadałyśmy. Uwielbiałam ją, a ona twierdziła, że wbrew temu jak wyglądam, to jestem porządnym człowiekiem;) Pamiętam jak kiedyś się pokłóciłyśmy i napisałam do Anki list przeprosinowy odręcznie (!). Anka co prawda przeprosin nie przyjęła, ale na końcu dodała, że tekst piosenki, który jej przesłałam jest świetny;) Za to ją tak lubiłam. Wracając do bloga, Juzia umie pisać, czym burzy stereotyp "współczesnej młodzieży". Relacjonuje swoje życie w zwyczajny sposób, nieśmiało zaczyna komentować u mnie. Czym mnie ujęła? Recenzją mojego bloga w swoim ostatnim wpisie:)

Blog Day 2010

Tagi: blogi ludzie
19:07, wildfemale
Link Komentarze (11) »
demotywatory

Niedawno strona Demotywatory.pl zrobiła mi przykrość. Demotywator szedł jak burza zdobywając poparcie kilkudziesięciu osób w bardzo krótkim czasie. Tylko, że kiedy następnego dnia do niego zajrzałam, to okazało się, że ...go nie ma. No po prostu zniknął! Wyparował! Ani śladu w sieci po nim!

Napisałam do moderatorów i tu spotkała mnie miła niespodzianka, bo już następnego dnia nadeszła odpowiedź, że "najprawdopodobniej został usunięty ze względu na pogwałcenie praw autorskich". Tłumaczyłam, że przecież podałam źródło. Po kilku dniach Wielki Demotywator sprawdził, że ponoć ktoś kliknął, że zdjęcie jest plagiatem i dlatego demotywator usunięto.

Zdecydowałam, że ja się tak nie bawię i skoro tak, to nie będę już nic więcej zamieszczać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dzień po decyzji zauważyłam na swoim koncie adnotację "3 demoty na głównej". Jak to? Przecież były dwa! Czyżby mój demotywator powrócił i dostał się na główną? Otóż nie. Okazało się, że moderatorzy wyciągnęli z moich przepastnych archiwów demotywator, który dodałam ponad rok temu i który został po czasie zarchwizowany. Czy mam to odebrać jako formę rekompensaty?!

I co ja mam myśleć o polityce Wielkiego Demotywatora?

17:41, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
Jak się szuka eksperta?

Pracuję jako freelancer w pewnej redakcji pisząc teksty dotyczące psychologii i medycyny. Środowisko specjalistów znam dość dobrze, podobnie jak zagadnienia, których opisania się podejmuję. Szanuję także tą pracę, bo pozwoliła mi się rozwinąć i uwierzyć w siebie.

W dniu dzisiejszym szefowa wystosowała do freelancerów pismo zbiorcze z uwagami odnoszącymi się do poprawy jakości tekstów. Było tam sporo oczywistości, ale jeden punkt szczególnie mnie przygnębił. Mianowicie wymogiem jest zamieszczanie wypowiedzi ekspertów w tekstach. Oczywiście zaznaczono, że taki ekspert to może być psycholog, albo lekarz (jak byśmy sami nie wiedzieli). Nadmieniono, że znalezienie wypowiedzi eksperta wcale nie jest trudne, tylko wymaga zaangażowania. I tutaj tworzy się dla mnie problem. Bowiem moim zdaniem znalezienie eksperta jest trudne i to kolosalnie trudne. Po pierwsze, lekarze życzą sobie za 1 -2 -zdaniową wypowiedź honorarium. O wypowiadaniu się za darmo w ogóle nie chcą słyszeć i wybuchają histerycznym śmiechem. Po wtóre, prawdziwi eksperci to rzadkie okazy. Nie może być przecież tak, że na temat chirurgii będzie się wypowiadał anestezjolog. Jeśli chcę pisać o dnie moczanowej, to muszę znaleźć reumatologa. Jeśli o prolactinoma -neurochirurga lub endokrynologa, a tych w moim województwie jak na (nomen omen!) lekarstwo. Już nie mówiąc o tym, że jeśli będę pisać o seksie, to znalezienie lekarza -seksuologa będzie prawdziwym cudem.

Tymczasem lud, czyli przeciętny obywatel, i tak tego neurochirurga od neurologa nie rozróżni. Nie liczy się dla niego co to za lekarz do niego mówi, ważne że lekarz. I obowiązkowo przyodziany w biały fartuch, bo inaczej się nie liczy (wiedzą o tym twórcy reklam). Redakcji najprawdopodobniej także wystarczyłby jakikolwiek lekarz, choćby i stażysta, ale tutaj rodzi się problem po stronie profesjonalistów. Żaden medyk przy zdrowych zmysłach nie będzie się wypowiadał na temat, w którym się nie specjalizuje. Neurolog zatem odmówi mówienia o prolactinoma, nawet jeśli będę go przekonywać, że to, że jest neurologiem nie ma znaczenia. A skoro nie ma, to neurolog ma wszelkie prawo grzmieć i obrażać się, że go w ogóle fatygowałam. 5 lat robienia specjalizacji i zdanie egzaminu specjalizacyjnego powinny wzbudzać szacunek.

Nie wiem jak się mam w tej sytuacji zachować. Pertraktowanie z redakcją nic nie da, bo z pewnością czeka ze 100 osób na moje miejsce. Zresztą, dobrze mi się tam pracuje i nie chciałabym się z nimi rozstawać. Jak wybrnąć z takiej sytuacji?

niedziela, 29 sierpnia 2010
tregginsy

Celowo z małej, bo to nie jest poważny temat.

To słowo chodzi mi po głowie już od paru dni. Najprawdopodobniej za sprawą faktu, że pojawia się ono na podświetlanych wiatach przystanków autobusowych. Zaraz pod modelką przebraną za jakiegoś elfa, czy innego Frodo Bagginsa.

Okazuje się, że tregginsy to ulepszona wersja legginsów. Legginsy to coś takiego rodem z seks shopu. Rodzaj getrów (a może rajstopek?) bez stópek, ciasno obejmujących kończyny dolne. Chadzają w tym nastolatki, które zapomniały spodni/ spódniczki. Tymczasem tregginsy to byt przejściowy między legginsami, a spodniami. Tregginsy też są obcisłe, ale miewają wszywane guziki, a nawet szlufki na pasek (po co w obcisłych spodniach pasek? -zapytuję za redaktorem radiowym, który zadał to pytanie na antenie). Oczywiście wszystkie ten informacje zostały przeze mnie cierpliwie wyguglane. Przy okazji poszukiwań poznałam też jeszcze jedno nowe słówko. Mianowicie jegginsy. Okazuje się, że to legginsy z jeansu. Słowotwórczy ci kreatorzy!

Okazuje się także, że do noszenia tych rajstopek bez stóp należy niemal ukończyć specjalny kurs. Reklamowane są jako wyszczuplające sylwetkę, ułatwiające spalanie kalorii, a prasa twierdzi, że noszą je panie w każdym wieku.

O co w takim razie chodzi? Czemu ja bym tego nie założyła? Czułabym się w nich naga i niedorzeczna. Kojarzą mi się z nieodpowiedzialnymi nastolatkami. Są niewygodne i nie mają kieszeni, co je ostatecznie dyskwalifikuje. Nie wierzę także w to, że każda noga wygląda w nich dobrze (nie ma takich rzeczy, a szczególnie nie obcisłych), a spala się w nich na pewno nie więcej kalorii niż w innych ubraniach (wyjąwszy kostium kąpielowy i spodnie do biegania;)). A może ja przesadzam?

Nosicie l(tr/j)egginsy?

śmieszny artykuł na ten temat (+dyskusja na forum poniżej)

Tagi: media
17:59, wildfemale
Link Komentarze (10) »
sobota, 28 sierpnia 2010
Odsiwianie

Dziś poznałam ten termin. Okazało się, że zwykłe farbowanie włosów już nie wystarcza. Teraz mamy także odsiwianie. Kto nie wierzy, niech sprawdzi w Google -jest to słowo pojawiające się na wielu stronach.

Odsiwiają się kobiety i mężczyźni w różnym wieku i z różną ilością siwych włosów na głowie. A ja zadaję sobie pytanie o to, po co stworzono taki termin. Toż to brzmi jak odplamianie, odbarwienie, odwszawianie, czy inna deratyzacja. Jednym słowem, zawsze chodzi o pozbycie się intruza, kogoś niechcianego. Czy to jest nam potrzebne i czy jest zdrowe (psychicznie)?

Panuje kult młodości, toteż pewnie siwizna już nie przystoi jako oznaka starzenia. Paradoksem jest, że w dobie wydłużania życia i zmniejszania się ilości urodzeń, wciąż niemile nas zaskakuje to, że starość w ogóle istnieje. A tymczasem jest i ma się dobrze, utlenia, skraca telomery, przyprósza włosy siwizną...

O ile farbowanie włosów przez kobiety jest pewnym standardem, to mężczyzna zmieniający kolor włosów wciąż jest w mniejszości. Niemniej jednak także panowie się odsiwiają. Co jeszcze robią? Łykają Viagrę i biorą zastrzyk z testosteronu by poczuć się młodziej? Kogo chcą oszukać? Przecież zadbane siwe włosy wyglądają zupełnie przyzwoicie -zarówno u kobiet jak i mężczyzn.

Do tego, nie siwieje się przecież równomiernie, więc pewnym dylematem może być to, kiedy zacząć się malować. Nie ma tutaj gotowych odpowiedzi.

Czy pokrycie siwizny (bo "odsiwianie" wyjątkowo mi się nie podoba) jest zdrowe? Jak wpływa na zdrowie psychiczne? Otóż może wpływać rozmaicie. Bo z jednej strony może poprawić humor i dodać energii do działania. Z drugiej, może przygnębić dobitnie konfrontując ze swoim starzeniem i podciąć skrzydła. Może także wzbudzić poczucie winy, że oszukujemy innych co do swojej metryki (wydolności fizycznej, stanu posiadania?).

Zastanawiałam się także, co pcha ludzi w kierunku gabinetu fryzjera. Nie chce mi się wierzyć, że to powszechna moda. Myślę, że u mężczyzn farbowanie włosów to wciąż pewna ekstrawagancja (za parę lat pewnie powiem coś innego), a i nie każda kobieta farbuje siwe włosy. Muszą zatem istnieć inne uwarunkowania. Czyżby chcieli się dowartościować? Gdy patrzą w lustro nie wierzą, że tak się zmienili. Przecież tyle jeszcze energii i planów na przyszłość. I w tym miejscu ciśnie się na usta pytanie, czy siwe włosy i te bogate plany wzajemnie się wykluczają. Nie chciałabym także, by farbowanie stało się namiastką dbania o siebie/włosy, bo przecież nie można tak iść na skróty. Równomierny kolor nie zastąpi pielęgnacji.

Reasumując, chciałabym zaapelować o nie malowanie włosów. Jest coś magicznego w fakcie, że włos może zmienić kolor w taki sposób. Dzieje się to stopniowo, więc także ma swój urok. Z wiekiem przybywa nam doświadczeń i siwych włosów. Doświadczeniem się najczęściej szczycimy. Czemu nie miałoby być podobnie z fryzurą? Nie jest prawdą, że siwizna zawsze wygląda źle. Nie jest także prawdą, że coś trzeba zrobić bo wszyscy to robią. Najczęściej okazuje się, że nie ma żadnego wszyscy.

Jeśli tekst zostanie dobrze przyjęty, zapewne poczuję się godna zabrać się za temat depilacji! :D

czwartek, 26 sierpnia 2010
re: Cztery metody rozładowywania stresu

Hmm, no to od początku.

W swojej ostatniej notce tram-way poczyniła jak zwykle interesujące obserwacje i przedstawiła typologię pasażerów warszawskich tramwajów. Jest to bystra i inteligentna obserwatorka, a zatem także i tym razem nie zawiodłam się na jej wpisie. Ale że tematyka jest mi bliska, to postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze.

Przede wszystkim, stres jest znacznie szerszym pojęciem niż jego eskalacja, czyli w zasadzie agresja (ja przynajmniej zrozumiałam, że to na niej Autorka się skupia). Stres to zarówno eustres, który jest „dobry” i mobilizuje, jak i dystres, czyli ten „zły”, demotywujący. Dla każdego zadania istnieje optimum napięcia emocjonalnego, w którym wykonuje się je najlepiej. Im trudniejsze zadanie, tym mniej tego napięcia potrzeba by osiągnąć warunki optymalne. Tak przynajmniej głoszą prawa Yerkesa –Dodsona*.

Przechodząc dalej, oczywiście, że z wiekiem przemieszczamy agresję znacznie bardziej wyrafinowanie. Autorka słusznie to zaobserwowała. Z wiekiem internalizujemy normy społeczne, zaczyna nam zależeć na poklasku innych. Toteż nawet jeśli w głębi duszy zostajemy tak samo skarlali i złośliwi, to będziemy pozować na coś znacznie szlachetniejszego. Z biegiem czasu potrafimy oszukiwać tak doskonale, że zaczynami sami wierzyć w swoje kłamstwa. Ale przejdźmy do typologii opracowanej na podstawie obserwacji naturalnej przez Autorkę.

Przemoc fizyczna, jak najbardziej jest ona obecna w środkach komunikacji publicznej. Obowiązkowo zawsze skierowana przez silniejszego na słabszego, przez bardziej liczebnego na mniej liczebnego. Skuteczna. Może się skończyć co najwyżej krzywym spojrzeniem współpasażerów. Zawsze jednak z odpowiedniego dystansu. Nikt w zasadzie nie zareaguje, a i montowane kamery jakieś takie raczej na pokaz. Z bardziej wyrafinowanych przykładów przemocy fizycznej, przypominam sobie dziecko, które tłukło mnie siatką. Dziecko było takich gabarytów, że mogłabym je wciąż za wszarz i wystawić jedną ręką z tramwaju. Haczyk tkwił jednak w tym, że dziecko jechało z tatusiem stojącym odpowiednio blisko. Ciekawe kto je nauczył się tak ładnie dowartościowywać?

Kategorie II i III przemocy wrzuciłabym do jednej kategorii –przemoc psychiczna. Autorka opisuje je jako „fizjologiczną” i „na Guantanamo” mówiąc o śmierdzeniu oraz katowaniu współpasażerów techno lub głośnymi rozmowami przez telefon. Z ciekawszych rozmów przez telefon, pamiętam panią w tramwaju, która skoro świt przeglądała prasowe ogłoszenia sprzedaży mieszkań i przez telefon dobijała targu: „Płacimy gotówką. Czy dostaniemy rabat?”. Aż dziw brał, że tak wielka biznesłomen nie ma biura i nie jeździ Alfą Romeo. Fizjologią można straszyć także na inne sposoby, na przykład robiąc odcisk tłustego brzucha na bocznej szybie (nie mówcie, że nigdy nie widzieliście!) już nie mówiąc o obsmarowaniu okna tłustą łepetyną. Ale czy śmierdzenie zawsze jest agresją? Moim zdaniem nie. Tacy bezdomni po prostu są zrezygnowani. Nie mają na nic wpływu, nie wykluczone, że to śmierdzenie to jakiś środek kontroli nad otoczeniem. Znacznie jednak bardziej prawdopodobne jest to, że gdyby dać im miejsce i warunki do wykąpania się, zrobiliby to z chęcią. Zjawiska „melomanów” w tramwajach zupełnie nie rozumiem. Faktycznie, rzadko lub prawie wcale nie zdarza mi się, żebym z tych słuchawek słyszała coś normalnego. To chyba jednak także nie agresja, a raczej próba odcięcia się od otoczenia i wprowadzenia w trans monotonnymi bodźcami. W tym miejscu warto także nadmienić, że często nasza reakcja (fizjologiczna, psychiczna) na bodźce zależy od ich interpretacji. Na „agresję” denerwujemy się bardziej niż na „trans”, prawda?

Wreszcie kategoria czwarta, moja ulubiona, czyli „przysrywanie”. To funkcjonuje nie tylko w tramwajach i moim zdaniem stanowi śliczny przykład sublimacji. Generalnie jak ludziom w życiu brakuje argumentów, to zaczynają wyzywać od „chamów”. Zauważyliście? Z pewnością wymuszanie miejsc siedzących przez osoby starsze jest formą agresji. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Agresywne jest także ich stękanie nad głową, rzucanie się do drzwi tarasując wszystkim przejście oraz wciskanie laski w śródstopie. Nie stronią też od utarczek słownych. Mają zaskakująco dużo energii. W moim sąsiedztwie mieszkają starsi państwo na widok których wszyscy uciekają w popłochu (bez względu na wiek). Pani zawsze musi mieć miejsce siedzące, nie waha się go wymuszać, pytając młodzież i nie tylko, czy aby ma zdrowe nóżki. W pytaniu czai się jakaś taka niepokojąca możliwość, że po spotkaniu z panią stan ten może ulec zmianie. Po uzyskaniu miejsca pani sadza... męża, no i potem dla niej ktoś jeszcze musi ustąpić miejsca. W wakacje gościli wnusia. Wnusio też nigdy w autobusie nie stał. Najgorsze w tym rodzaju wyładowania jest to, że nawet kiedy widzimy bezsens postulatów kogoś, kto nas chce wychowywać, to po takim starciu czujemy się nieswojo, bo a nuż miał rację. Mało tego, nie rozgryzłam jeszcze jak to działa, ale w takich sytuacjach wielce prawdopodobne jest, że do starcia dołączą się współpasażerowie. Nie wiem z czego to wynika, bo zjawisko występuje niestale. Nieznane są mi warunki graniczne jego wystąpienia. Być może współpasażerowie też są po prostu wnerwieni i niedowartościowani. Specyfika sposobu czwartego leży także w jego subtelności. Mianowicie, wytykając innym ich chamstwo bardzo łatwo popaść w poczucie misji, efekt „jedynego sprawiedliwego”, a przede wszystkim po prostu uwierzyć w wygadywane przez siebie brednie.

Ponieważ poruszany przez tram-way wątek wypadków komunikacyjnych i obrażeń dzieci to zupełnie inne zagadnienie, przejdę do konkluzji. Reasumując, nic w przyrodzie nie ginie. To znaczy, jeśli zrobimy komuś przykrość w tramwaju, to być może nam ulży (a może się tylko jeszcze nakręcimy), ale on skwaszony pójdzie dalej. Być może wstąpi na zakupy i ze zgryzoty będzie się poruszał wolniej blokując wózkiem alejki. Potem złośliwie będzie wolniej pakował zakupy, żeby ci za nim dłużej czekali. Przestąpi próg mieszkania, kopnie pokątnie psa i nawrzeszczy na dzieci. Potrzebne nam to? Ja nie postuluję tłumienia agresji, bo ta w końcu i tak wybuchnie. Ale przecież są konstruktywniejsze metody radzenia sobie ze stresem, prawda? Jedni medytują, inni reinterpretują, jeszcze inni stosują radykalne wybaczanie lub ćwiczą. Metod jest nieskończenie wiele, każdy może opracować własną.

 

*Dzięki takim wstawkom jestem znacznie nudniejsza niż tram-way, ale za to bardziej naukawa.

Bestia

Spotkałam go dziś rano. Sympatyczny, prawda? Zdaje się, że jest sprawny, więc kto jedzie za nim zapamięta go na zawsze;)

Abuba i Heart of Tota

Dziś polecam dwie kolejne ciekawe gry we flashu, choć to raczej rozrywka na jeden raz.

Abuba the Alien -pomóż sympatycznemu ufoludkowi przetrwać na Ziemi. Nigdy nie zrozumiem dlaczego on spadł na spadochronie i mówił po angielsku.

Heart of Tota -bardzo sympatyczna gra polegająca na znajdowaniu itemów, wędrowaniu po pomieszczeniach i wstukiwaniu tajemniczych kodów.

Tagi: gra
17:11, wildfemale
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 sierpnia 2010
McDonald’s Cantina

Pamiętacie specyficzny bar ze Star Wars, gdzie spotykały się różnorasowe szumowiny z całej galaktyki? No to wczoraj właśnie tam byłam.

Trochę mi zabrakło na bilet na Tatooine, więc zadowoliłam się wizytą w ziemskim McDonaldzie. Szybko przyszło mi tego pożałować, ale pułapka utopionych kosztów i fiksacja na frytki z tego miejsca zrobiły swoje, bo zostałam.

Wchodząc zauważyłam przy stoliku po prawej pierwszy obcy gatunek. Niewypowiedzianie znudzoną pannę, która toczyła spojrzeniem po sali spod umalowanych powiek i przedłużonych rzęs. Zadziwiające jakie one wszystkie są do siebie podobne. Znasz jedną, to jak byś znała już wszystkie. Zresztą spojrzałam na nią tylko dlatego, że mi właśnie kogoś przypominała.

Oczywiście jedna znudzona panna nie jest w stanie mnie zniechęcić, więc czym prędzej przeszłam dalej i ustawiłam się w jednej z kolejek do kasy. Nie wiem do końca której, bo każdy przede mną stał co najmniej w dwóch jednocześnie. Niebawem do sąsiedniej (dwóch sąsiednich?) kolejki dołączył typowy dresiarz. Głośny, nieokrzesany, zajmujący jak najwięcej przestrzeni miotał się bezustannie w pobliżu wymieniając elokwentne uwagi na temat jakości serwisu z przyprowadzonym kolegą. Ten gatunek rzadko występuje samotnie. Jest to także gatunek immanentnie agresywny, dresiarz co jakiś czas toczył spojrzeniem spod naciągniętego na oczy daszka czapeczki gotowy natychmiast zapytać, czy aby ktoś nie ma jakiegoś problemu. Troskliwi ci dresiarze.

Wszystkie gatunki są równe, ale niektóre równiejsze. I dlatego kiedy kasjerka wołała mnie do swojej kasy, za moimi plecami zmaterializował się trzeci gatunek –szybki i przebiegły, któremu należy się więcej niż innym. Niedofinansowana matka –Polka ciągnąca za sobą tabun umorusanych potworków by im kupić lody. Oczywiście lody kupione wcześniej niż by to wypadało z kolejki smakują dwa razy lepiej. Tym sposobem pomiatana w pracy matka może się dowartościować. Takie chodzenie do McD ma sens!

Wyczekałam swoje i w końcu udało mi się poprosić o duże frytki na miejscu. Dostałam, zapłaciłam, wzięłam tacę i posnułam się w kierunku wolnego stolika. Znalazłam taki prawie wolny. Starłam parę ładnych kolonii bakterii odsuwając krzesełko i przystąpiłam do konsumpcji. W tym czasie przez salę przewalały się tabuny małych złośliwych potworów, więc bardzo uważałam, żeby im nie dać powodu do nękania mnie. Mniej więcej połowa ze startych kolonii bakterii trafiła potem do mojej paszczy, bo przecież McD nie wpadł na to, by dawać do frytek widelczyk. Zdaje się, że w tym przypadku Wielki Ronald zapomniał także posolić moje frytki. Cóż, tyle było ważniejszych gatunków do obsłużenia, że można się było pogubić.

Za chwilę przysiadł się do mnie facet z hiperteloryzmem, który wyglądał jak z jeszcze innej planety i może dzięki kontemplowaniu jego urody wciąganie niedosolonych brudnych* frytek było dla mnie znośniejsze. W tle zauważyłam niebywale otyły gatunek stałych klientów. Dlaczego oni tam w ogóle przychodzą?

Dlaczego ja tam jeszcze chodzę?

* w dodatku DUŻYCH, pamiętajcie DUŻYCH

niedziela, 22 sierpnia 2010
o czasopismach młodzieżowych

Nosiłam się z zamiarem opisania tego, co się obecnie dzieje w pisemkach młodzieżowych, że rozwiązłość seksualna, że parapornografia, że głupota, że wzrost dochodów dla producentów stringów i prezerwatyw i takie tam. Ściągnęłam nawet ranking popularności takich pisemek i odnalazłam stronę ZKDP. Zajrzałam także na strony internetowe najpopularniejszych czasopism młodzieżowych i zapoznałam się z przedstawioną tam zawartością ostatniego numeru. Wszystko poprawnie metodologicznie i z badawczym zacięciem. Co z tego, skoro potem doszłam do wniosku, że aby zrealizować taki projekt to musiałabym po takiej gazetce kupić. Cztery tytuły kosztowałyby mnie około 20 złotych, ale nie wysokość tej sumy mnie zatrzymała. Ja się kupić "Bravo" po prostu ...wstydzę. Jak ja bym to niby miała zrobić? Tak podejść i drżącym głosem powiedzieć "poproszę Bravo"? Przecież to niewykonalne! Że stara baba i chce takie pismo? Wolę o pornosa poprosić!

W związku z powyższym nie będzie tekstu o zawartości pisemek. Będzie natomiast refleksja. O tym, że współczesnej młodzieży jest chyba trudniej niż mnie było. Z jednej strony mają przekaz, że dziewictwo jest passe, a prawdziwy mężczyzna musi mieć tabuny zaliczonych panienek. Z drugiej jest może katecheta, który promuje czystość do ślubu. Trzeciej strony nie ma, bo rodzice najczęściej umywają ręce. Ojciec może szepnie coś nieśmiało synowi o prezerwatywach, a matka z rumieńcem na twarzy opowie córce o podmywaniu się i pospiesznie ucieknie na wypadek gdyby pojawiły się jakieś kolejne pytania. Edukacja seksualna istnieje w szkołach głównie dzięki edukatorom seksualnym, czyli akcyjnie i głównie o antykoncepcji. Może to i dobrze, ale wydaje mi się, że przekazanie pewnych postaw wymaga regularnego kontaktu.

Tymczasem młody człowiek czuje się w tym wszystkim zagubiony. Dziewczyna nie wie, czy powinna zostać galerianką. Z jednej strony pamięta niemy przekaz rodziców, że seks jest nie dla niej, z drugiej widzi, że galerianki się nie krępują i obnoszą z otrzymanymi prezentami. Chłopak nie wie, czy ma zmyślać tabuny zaliczonych panienek i czy jeśli miał zmazy to choruje. Tak, życie młodego człowieka jest najeżone trudnościami i nie ma kogo spytać i gryzie się człowiek z dylematami. Co się dziwić, że niektórzy zostają wiecznie depresyjnymi emo?

I jak na złość przypomniało mi się, jak to dziewczęciem będąc zawstydziłam się oglądając teledysk do utworu "Erotica" Madonny. Co mają powiedzieć ci, którym dziś "Alejandro" ciśnie się na oczy?

 
1 , 2 , 3 , 4