RSS
środa, 31 sierpnia 2011
Blog Day 2011

Równo rok temu pisałam podobny wpis zawierający tytuły 5 polecanych przeze mnie blogów. Wróciłam sobie do tego i zaskoczyło mnie jak bardzo niekiedy zmieniły się moje odczucia w stosunku do niektórych odwiedzanych stron. Wreszcie, część autorów przestała aktualizować regularnie wpisy, co sprawia, że nie mogę powiedzieć, że gdzieś tam zaglądam codziennie i czytam z zapartym tchem, a zatem jestem bardzo związana. Dokonując tegorocznego wyboru 5-ciu ulubionych blogów przypomniałam sobie także, że w przeciągu tego roku natrafiałam na blogi, które bardzo mi się podobały, ale aktualnie zawiesiły działalność. Do tego, są i takie blogi, które dopiero zaczęłam czytać i nie jestem jeszcze do końca przekonana, czy pasuję do społeczności użytkowników, którzy czytają je regularnie. Być może te właśnie blogi pojawią się w przyszłorocznym zestawieniu. Tymczasem przedstawiam stan aktualny, kolejność dość przypadkowa:

1. 4 godziny na dobę - blog prowadzony przez teraz_asię, która przez 4 godziny czasu wolnego na dobę stara się możliwie dobrze troszczyć o swoje dzieci. Biorąc po uwagę, że jest to kobieta dobrze sytuowana, mająca troskliwego męża i kochająca zwierzątka, już nie mówiąc o tym, że teraz_asia jest chyba bogata osobowościowo, a na pewno potrafi ładnie pisać wydaje się, że jej dzieci nigdy nie będą cierpiały na "niedostymulowanie kulturowe". Blog ten czytam regularnie i dość często zostawiam komentarze. Jestem akceptowana zarówno przez Autorkę jak i jej komentujące koleżanki, co mnie niezmiernie cieszy. Wszystkie jej wpisy mają staranną kompozycję i są napisane z polotem. Autorka nigdy nie odważyła się ze mną spotkać realnie, ale za to jej dzieci zgodziły się na to, bym była ich internetową ciocią. Gdy wstawiam u siebie recenzję jakiejś gry, zawsze myślę o Miśku i Loli. Odcięcie od relacji teraz_asi byłoby dla mnie poważną stratą.

2. mundanity - jedyny w tym zestawieniu blog, który pojawił się w takim wpisie już w zeszły roku. Relacje el2571 nadal są dla mnie jak z innego świata, ale lubię to czytać. El w gruncie rzeczy ma dobre serce i ujmuje mnie tym, że kocha zwierzątka. Poza tym bardzo lubię jej wpisy o uczniach, szkole i błędach w sprawdzianach. To dla mnie główne atuty tego bloga. Czytam wszystkie wpisy, często komentuję. Poza tym w komentarzach na blogu przewijają się sami bohaterowie wielu z notek, ale ci nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi i najczęściej nie dochodzi między nami do interakcji.

3. Manufaktura Radości - jest to blog ambitny z zacięciem psychologicznym, należy do Syndykatu. Prowadzi go m.dawid, która szuka inspiracji w różnych źródłach, czasem nawet w tych samych co ja:) Nie czytam od deski do deski i komentuję z rzadka, ale jeśli już to robię, to najczęściej wpisy Autorki bardzo mnie poruszają i prowokują do bardziej złożonych wypowiedzi. Autorka zawsze odnosiła się do mnie ciepło i życzliwie, co najwyraźniej jest dla mnie bardzo ważne, skoro z takim właśnie podejściem kojarzy mi się ten blog. Komentarze czytelników zdarzają się tam z rzadka, co pewnie wynika nie z braku zainteresowania, ale z poziomu wpisów, z którym nie każdy chce się mierzyć.

4. Pokój Nauczycielski - moje sympatie to szkolnego życia nie ograniczają się tylko do anglistów. Zainteresowanie wzbudza także pan.od.matematyki, który regularnie zamieszcza humorystyczne wpisy. Widać, że weny mu nie brakuje i wróżę blogowi świetlaną przyszłość i utrzymanie stabilnego poziomu. Komentuję i odwiedzam bardzo sporadycznie, ale jeśli już to robię, to obie rzeczy załatwiam hurtowo. Autor chyba się specjalnie nie gniewa i zdaje sobie dobrze sprawę z własnej popularności w blogosferze.

5. Kobieta Nieprasująca - blog kobiety_nieprasującej dawno nie był aktualizowany. Mogę się tylko domyślać, że przyczyną jest nawał obowiązków dydaktycznych i naukowych. Jednak kiedy Autorka pisała, to przyjemnie się to czytało, nawet gdy poruszała temat swoich własnych rozterek emocjonalnych. Najbardziej lubię jej pertraktacje ze studentami, ale i o nastawieniu do związków i ludzi w ogóle również chętnie przeczytam. Na razie mam wrażenie, że Autorka w ogóle mnie nie kojarzy i nie bardzo ma ochotę na dyskusję ze mną w komentarzach.

21:39, wildfemale
Link Komentarze (1) »
Ochrzaniłam kogoś i smutek mnie ogarnia

Jeśli nie interesują was szczegóły tej historii, to możecie poprzestać na samym tytule. Stanowi on bowiem 100% spoilera określając zarówno przyczynę jak i finał całego epizodu. W dodatku historia będzie miała ten minus, że pewnych szczegółów z różnych względów nie wolno mi ujawniać, więc nie rozpalę waszej wyobraźni plastycznymi obrazami. Tych, których jeszcze nie udało mi się zniechęcić zapraszam dalej.

Otóż zwróciłam dziś komuś uwagę. Wydaje mi się, że słusznie. Zrobiłam to oczywiście w kulturalny sposób i bez świadków. Jestem w stanie przytoczyć logiczne argumenty na to, dlaczego tak postąpiłam i co mi się dokładnie nie podobało. Niestety, zrobiło mi się przykro i smutno, ponieważ osoba, której zwróciłam uwagę zachowała się tak, jakby mój przekaz zupełnie do niej nie dotarł. Zamiast tego mam fantazję, że dotarło do niej jedynie to, że przyszłam i miałam czelność zwrócić jej uwagę, powiedzieć, że nie podobało mi się jej zachowanie.

Zrobiło mi się smutno, bo ja chciałam coś przekazać, dać od siebie, byłam nawet gotowa na dłuższą rozmowę, a moja rozmówczyni po prostu sobie poszła. Wolała mi postawić diagnozę niż przyjąć do wiadomości, że ktoś mógł jej mieć coś do zarzucenia. A przecież gdyby była gotowa mnie naprawdę usłyszeć, to mogłaby się nawet przypadkiem rozwinąć...

poniedziałek, 29 sierpnia 2011
The End gra

Oto zapowiadana przeze mnie z wyprzedzeniem gra we flashu, która z pewnością zajmie wam wiele godzin. Jest to bardzo ciekawy koncept posiadający wiele zalet i kilka wad, ale o nich na koniec.

Wcielacie się w postać bohatera, któremu można uprzednio nadać indywidualne cechy wyglądu. Stanowi to sympatyczny, ale zbędny bajer. Zgodnie z założeniem, że harmonijny rozwój opiera się o sferę ciała, umysłu i ducha przychodzi nam przemierzyć te trzy różne światy. Poziomy są coraz trudniejsze, a pokonanie zamieszczonych na nich wyzwań czasu i zbioru wszystkich gwiazdek okazują się trudne do osiągnięcia.

Sterujemy strzałkami, skaczemy spacją, a supermoc polegająca na możliwości poruszania się po cieniu podczas gdy sami pozostajemy w cieniu uruchamia literka "E". Na pierwszy rzut oka brzmi to skomplikowanie, ale oswojeniu się z zasadami sterowania służy treningowy poziom wstępny. Po jego przejściu wchodzimy do lobby, a z niego da się przejść do pokojów odpowiadających poszczególnym sferom rozwoju. Po przejściu wszystkich 18 poziomów otworzą się wam drzwi do poziomu ostatecznego, ale zanim to nastąpi czeka was wiele dni spędzonych przed monitorem, frustracja, zarzekanie się, że na pewno nie spróbujecie i wstydliwe powroty do punktu wyjścia.

W grze liczy się nie tylko umiejętność skakania, czy poruszania się po cieniu, ale także spora dawka logicznego myślenia zwłaszcza gdy po zakończeniu każdego poziomu przychodzi nam się zmierzyć z potworem w liczbowej łamigłówce logicznej. Nie martwcie się, wygraną ułatwia wyposażenie w bonusowe moce.

Podczas gry znajomość języka angielskiego jest absolutnie konieczna, ponieważ na każdym z poziomów musimy odnaleźć klucz, a potem za jego pomocą otworzyć drzwi wyjściowe. Drzwi wyjściowych jest zawsze para z napisem "yes" i "no". Poziom opuszczamy zgodnie z własną odpowiedzią na postawione pytanie filozoficzne (dotyczące odpowiednio fizyczności, intelektu i duchowości). Udzielone przez nas odpowiedzi mają posłużyć do utworzenia indywidualnego profilu, ale nie mogłam go dosięgnąć ze względu na błąd flasha. Szkoda, z pewnością to duża strata.

Ścieżka dźwiękowa i pomysł na stworzenie gry są urzekające. Poważnie zastanawiam się, dlaczego nikt tego nie wydał na płytce w bardziej rozbudowanej wersji z większą ilością poziomów. Miło jest odpowiadać na pytania i zmagać się intelektualnie z potworami. Mnie zajęło to kilka dni.

Na zakończenie wspomnę o wadach gry. Chodzi o to, że wolno się ona ładuje, a przy dużym obciążeniu procesora bywa, że gra się zawiesza lub znacznie zwalnia. Takie błędy mogą kosztować życie poruszanego bohatera. Bywa także, że bohater z opóźnieniem lub wcale reaguje na wciśnięte klawisze skutkiem czego np. ku naszemu zadziwieniu nie skacze gdy tego oczekujemy. Kompletna wersja gry (ta z profilami gracza zależnymi od udzielonych przez niego odpowiedzi) wymaga do działania najnowszej wersji Flasha, ale ja miałam problem z jej ściągnięciem, zatem wciąż nie wiem jaka jestem.

Mimo wszystko naprawdę polecam zagranie sobie. A poniżej zamieszczam dowód swoich postępów.

Zagranie grozi zniknięciem z reala na kilka dni :)

Tagi: gra
21:14, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 sierpnia 2011
Remanent w komórce

Aparat fotograficzny w komórce mam słaby i służy mi on często do fotografowania rozkładów autobusów albo okładek książek, których jeszcze nie przeczytałam. Ostatnio robiłam w telefonie remanent i okazało się, że zgodnie z usposobieniem śledzę też wpadki, zawody i absurdy, które także zdarzyło mi się uwiecznić tym telefonem. Zapraszam was zatem do przeglądu pewnych zjawisk, które frapowały mnie w przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Wrażliwi niech nie oglądają przedostatniego zdjęcia.

Podczas kampanii wyborczej można było się natknąć na wielu kandydatów. Skoro król Julian mógł startować, to i ten kandydat może liczyć na poparcie. Zwłaszcza, że ma czytelny program wyborczy:

Podczas wielokrotnych wizyt w lubianej przeze mnie sieci księgarni zawsze frapowało mnie to, co dzieje się na półce z książkami psychologicznymi. Nie ma to dla mnie wydźwięku humorystycznego, ale najwyraźniej ludzie lubią czytać o związkach. Albo autorzy lubią pisać o sprawach damsko-męskich. Nie dziwi mnie to, sama lubię o tym pisać. Jednak większości z tych książek nie czytałam, a po pobieżnym przejrzeniu nawet nie miałam ochoty zakupować.

Co wnikliwsi czytelnicy wiedzą, że mam i polecam "Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić". Poza tym, w okresie robienia przeze mnie powyższego zdjęcia najprawdopodobniej na tapecie było urabianie mężczyzn, nieśmiertelne singlowanie oraz nowość o. Knotza wydana na fali popularności jego wcześniejszej książki (która BTW wcale nie była jego pierwszą o tej tematyce).

Powyżej jest nieco bardziej rodzinnie, choć Tessina poleciała po całości ;) Nawet nie miałam ochoty wziąć tej książki w ręce. Posiadam za to książkę Meston i Bussa - wyjątkowo udany zakup.

Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ta książka o seksie wygląda jakbym ją tam celowo położyła. Nic bardziej mylnego, widać się komuś nie zmieściła, albo niedoszły czytelnik znudził się i odłożył gdzie popadnie. Nie pasuje do tego towarzystwa tylko książka Szczeklika, której co prawda nie posiadam, ale polecam podobnie jak i pozostałą jego beletrystykę (podręczniki interny zostawię prawdziwym pasjonatom ;)). Poza tym półkę licznie zasiedlają książki o zdradach, złych mężczyznach i eleganckich sposobach rozstania. Dziwne, nigdy potem tych książek tam nie widziałam, to znaczy, że ktoś je kupił. Wyobraźcie sobie, że idziecie na (ostatnią) randkę ze swoim ukochanym, a tam na wierzchu leży "Jak elegancko rozstać się z zakochaną kobietą". No nie powiem, pożyteczna pozycja.

Nie samą książką żyje człowiek. Zdarza mi się odwiedzać burżujski sklep o wygórowanych cenach i atrakcyjnym asortymencie. Co widzę?

Pewnie zadowoli najwytworniejsze podniebienia dzieci z małżeństw mieszanych. Produkt powinien mieć jeszcze adnotację "made in EU" :)

Poruszam się autobusami i, jak wspomniałam wyżej, uwieczniam rozkłady jazdy. Czasem te rozkłady są szczególnie godne uwiecznienia, czasem ktoś bardzo nie lubi swojego szefa...

A czasem to pasażerowie piszą recenzje:

Polacy to nie tylko wymagający, ale i oszczędny naród. Po wprowadzeniu opłat za reklamówki udało mi się wypatrzyć taki widok na jednym z balkonów. Zdjęcie jest niewyraźne, bo robione z zoomem:

Pozostając w tematach związanych z myciem, higieną i wodą bieżącą przedstawię wam toaletę w pociągu, z którą niegdyś miałam styczność. A fuj! Gdybym tego nie uwieczniła to z pewnością tak traumatyczny widok uległby wyparci. Osoby wrażliwe uprasza się o zamknięcie oczu.

A na koniec pozytywny akcent, może nie śmieszy, ale chciałam zamknąć czymś miłym. Że też jakiejś pomysłowej niewieście chciało się drukować podziękowanie! Kto wie, może dzięki temu będzie więcej dobra na świecie? Z pewnością będzie jedna zadowolona osoba przekonana, że jednak zrobiła dobry uczynek. Przeczytajcie tylko to oświadczenie:

Następna porcja doniesień pewnie będzie się regularnie zbierać. Zwłaszcza, że zwolniło mi się miejsce na karcie pamięci.

19:19, wildfemale
Link Komentarze (3) »
Bohun revenge

W grach czasem pojawia się i słowiańska nuta i taką właśnie grę zamierzam wam zaprezentować. Wcielamy się w postać Bohuna, na prostej mapce towarzyszącej grze widać nawet zaznaczoną Sicz Zaporoską. Na tym akcenty historyczne się kończą.

Poruszamy się strzałkami, zaś kolejne rodzaje ciosów oznaczone są numerkami. Na ośmiu, oczywiście coraz trudniejszych, poziomach spotykamy kolejnych przeciwników: piechotę, łuczników, czarowników, okazjonalnie jakiegoś kościotrupa z toporem, takie tam ;) Tempo gry jest takie, że z pewnością dacie radę skoordynować wciskanie strzałek z numerkami. W każdym razie ja dałam, czego dowód zamieszczam poniżej.

Znajomość języków obcych nie jest wymagana, ale plusem gry jest to, że występuje ona w kilku językach obcych, w tym także rosyjskim i ukraińskim.

Miłej zabawy!

Tagi: gra
09:51, wildfemale
Link Komentarze (4) »
piątek, 26 sierpnia 2011
Taka jestem wyposzczona!

I to wcale nie tego, o czym sobie pomyśleliście.

Wczorajsze drobne doświadczenie uświadomiło mi jak bardzo jestem spragniona akceptacji. Odbyłam dłuższą dyskusję z koleżanką w pracy. To nic, że potem musiałam zostać nieco dłużej. I tak miałam poczucie, że postąpiłam słusznie. Ta rozmowa uświadomiła mi, jak bardzo brakuje mi partnera do dialogów na tematy, które mnie interesują. Bardzo ożywiam się przy dyskusji o moich aspiracjach naukowych, tym co mnie aktualnie kręci, jakie mam plany na przyszłość, jakie mam poglądy na ważne dla mnie sprawy. Chętnie otwieram się mówiąc o różnych niezwykłych doświadczeniach, jakie miałam spotykając innych ludzi.Dawno już nie miałam okazji nikomu o nich opowiedzieć.

Trafiła mi się rozmówczyni bogata osobowościowo, cierpliwa i autentycznie mną zainteresowana. Dzięki niej odżyłam. Jest mi bardzo miło, że poświęciła mi tyle czasu. Nie posiadałam się z radości wracając do domu, ale jednocześnie gdzieś tam na dnie zrobiło mi się smutno i przykro.

Nieprzyjemne uczucia pojawiły się w związku z refleksją, że moje życie tak naprawdę jest bardzo puste, skoro nie mam z kim porozmawiać. Wystarczy mi poświęcić godzinkę, a odżywam na cały tydzień. Niestety, tego mi brakuje. Czyli jakby nikt nie miał dla mnie choćby tej godzinki? Nikt się mną nie interesuje? W takich chwilach jest mi bardzo smutno. Z jednej strony tak wiele mogę i chcę dać światu, z drugiej strony uderzam głową w mur samotności. Naprawdę bardzo chciałabym być w związku, odczuwam to tym dotkliwiej, że wszyscy w moim otoczeniu mają już stabilne relacje. I tylko ja jakoś zupełnie nie umiem się za to zabrać. Czyżbym była pierdołą?

Poruszyło mnie to, że wystarczy mi poświęcić godzinkę na interesującą, żywą rozmowę, a ja już bardzo się wiążę emocjonalnie z rozmówcą i obdarzam go szeregiem pozytywnych uczuć. Od razu mam większą ochotę na kontakt z taką osobą, od razu bardziej jestem skłonna ulegać jej perswazji. Przykro mi, gdy uświadamiam sobie własną samotność i swoiste "wyposzczenie" emocjonalne. Przychodzą chwile, że zaczynam się martwić tym, że "nikt mnie nie chce" (co jest najpewniej wysoce subiektywnym wrażeniem), a co gorsza pewnie nikt nie przyjdzie na mój pogrzeb.

Do grobu się co prawda jeszcze nie wybieram (choć dziś spadła mi na głowę lampa - nie, nie pomagałam jej w tym ;)), ale przecież nie znamy dnia, ani godziny. Przykro by mi było gdyby nawet nie miał mnie kto pochować, a na sam pogrzeb nikt nie przyszedł. Boję się, że nic po sobie nie pozostawię, nawet wdzięcznej pamięci innych. Powinnam zacząć w tej sprawie coś robić, już dziś. Tylko od którego końca zacząć?

01:50, wildfemale
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 sierpnia 2011
Experimental shooter

Proponuję prostą acz uroczą grę. Sterujecie myszą i strzelacie, ale zasady nieco się zmieniają na każdym z 21 poziomów. Choć twórcy zalecają używanie myszki, gwarantuję, że grę można spokojnie przejść także korzystając z touchpada.

Design gry jest bardzo prosty, ale estetyczny. Znajomość języków obcych jest w zasadzie niepotrzebna, ale przydaje się gdy trudno odgadnąć zasadę rządzącą poziomem, kiedy to nazwa poziomu stanowi istotną wskazówkę.

Miłego strzelania!

Tagi: gra
18:50, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 sierpnia 2011
O wyższości aktywności fizycznej nad wszystkim innym

Uświadomiłam sobie jak często zapominam o własnym ciele i jak bardzo go nie znam, choć wydawało mi się, że wiem o nim wszystko. Kilka lat temu poszłam na kurs tańca. Angażowałam się bardzo i ćwiczyłam po kilka razy w tygodniu i po wiele godzin. Poczyniłam wówczas bardzo wiele odkryć na temat poczucia własnego ciała i poznałam jego możliwości. Z racji uczestnictwa w kursie poznałam też wiele ruchów, a w płatach ciemieniowych mojego mózgi zakodowały się zupełnie nowe engramy ruchów, przy pomocy jąder podkorowych udało się także mojemu ciału nauczyć się egzotycznych dotychczas współruchów. Od tego doświadczenia minęło sporo czasu, a ja nieczęsto miałam okazję tańczyć.

Niedawno rozpaczliwie łapałam każdy dzień ładniejszej pogody. Odkryłam w okolicy rodzaj siłowni na świeżym powietrzu. Na wybranej przeze mnie trasie spacerowej miasto ustawiło sprzęty do ćwiczenia rodem z siłowni. Moje szczególne uznanie zyskał atlas, drążek rozporowy i dwa sprzęty "do biegania", które nie wiem jak się nazywają, ale na pewno bieżnią nie są ;)

Po pierwszym użyciu atlasu odpadały mi ręce. Następnego dnia nie mogłam odwieść ręki ponad poziom. Co gorsze nie zdawałam sobie z tego sprawy, skutkiem czego prawie padłam na pysk podczas hamowania autobusu. Po bieganiu na sprzętach schodziłam na miękkich nogach i miałam wrażenie, że od napływu krwi do mięśni czworogłowych dosłownie puchną mi uda. Dotarło do mnie jak bardzo nie znałam swojego ciała i jak bardzo nie poświęcałam mu uwagi. Obcuję z nim na co dzień, a nie potrafię adekwatnie ocenić jego możliwości. Najczęściej je przeceniałam i dochodziłam do wniosku, że mogę więcej niż osiągałam w rzeczywistości.

Uświadomiło mi to, że muszę zająć się systematycznie jakąś aktywnością fizyczną, choćby po to by nabrać adekwatnej oceny własnego ciała i jego możliwości już nie mówiąc o czysto utylitarnym podejściu do podtrzymywania kondycji fizycznej. Chyba zbyt długo traktowałam ciało jak lichą skrzynkę na piękny umysł, w który inwestowałam niemal co dzień.

wtorek, 16 sierpnia 2011
Autobus pełen melomanów

Od dzisiejszego dnia niemal boję się podróżować autobusami. Od moich czytelników wiem z kolei, że perypetie w środkach komunikacji publicznej wcale nie są niczym niezwykłym.

Wracałam do domu autobusem. Ściemniało się, chciałam już wracać, byłam zmęczona, czytałam trudną książkę. W pewnym momencie wsiadł chłopak z gitarą.

Niby nic w tym dziwnego. Z gitarami akurat wolno podróżować. Gorsze było to, że on na tej gitarze zaczął... brzdąkać. Nie, nie umiał grać. Nie układało się to w żadną spójną melodię. Po prostu trącał przypadkowe struny. Chudy chłopak wpatrzony w swoją gitarę i udający, że słucha dźwięku. Słuchu muzycznego ewidentnie nie miał za grosz.

I jak tak tam siedziałam, to czułam, że agresja we mnie narasta wykładniczo. Zupełnie nie wiem czemu. Nie miałam ciężkiego dnia w pracy, nikt mnie szczególnie nie zdenerwował. Nie napotkałam żadnych szczególnych trudności. Prawo transferu pobudzenia emocjonalnego nie stosowało się do tego przypadku. Niestety, trasa była długa i ja bardzo się męczyłam.

Rozejrzałam się dookoła gotowa napuścić na chłopca byczków, którzy siedzieli nieopodal, ale ci jak na złość wyglądali na melomanów i nie wykazywali oznak znużenia brzdąkaniem. Niedługo potem pojawiły się w mojej głowie straszliwe fantazje na temat tego co można zrobić z gitarą - szczególnie takich rzeczy, w których właściciel znika wraz z przeklętym instrumentem i więcej nigdy się nie pojawia. W międzyczasie wsiadła pani w średnim wieku i akurat usiadła naprzeciw naszego dzielnego muzyka. Ku mojemu zaskoczeniu kobieta wydawała się urzeczona postacią młodego artysty i udzielała mu porad w stylu "pieniążki jeszcze powinieneś zbierać". Na co zresztą delikwent uniósł się honorem i zadeklarował, że żadna zapłata mu niepotrzebna.

Na tym etapie byłabym w stanie zapłacić mu by nie grał, jednak taka opcja nie była dostępna. Nagle przy silniejszym brzdęknięciu (nie pamiętam teraz czy głośniejsza była struna czy pękanie moich nerwów) zdecydowałam się, że zwrócę mu uwagę. Krzyknęłam:"Może skończy już!", ale w tej opowieści to ja jestem czarnym charakterem. Znalazła się obrończyni młodego twórcy, która niezmiernie się zdziwiła, że nie kocham muzyki i wyraziła swoją aprobatę: "Przecież ładnie gra.". Gdyby faktycznie grał, to mogłabym to nawet docenić, choć mimo wszystko autobus to nie filharmonia. Zachęcony przez panią chłopiec męczył instrument dalej. Wrr! Nie wytrzymałam! Poczułam tachykardię (tak, poczułam fizycznie) i powtórzyłam:"Wydaje mi się, że cię o coś prosiłam!". Pani była święcie oburzona, zaś pacholę po jakiejś chwili przeniosło się na koniec autobusu, gdzie... brzdąkało z oddali.

I ktoś tu odstawał od normy, ale nie wiem czy ja z niesamowitym gustem muzycznym; chłopak z brakiem dostosowania społecznego (często gracie na gitarze w autobusie?); czy przypadkowa pani, która śledziła gdzie wysiadam i dokąd potem idę?

Gubię się czasem w tym skomplikowanym świecie relacji społecznych.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Co kobiety noszą w torebkach?

Tytuł jedynie częściowo odpowiada tematyce wpisu, ponieważ, jak już wiedzą bardziej wytrwali czytelnicy, ja nie noszę torebki, a jestem wyznawczynią noszenia plecaka. Doprawdy nie jestem w stanie pojąć dlaczego reszta żeńskiej populacji nie zgadza się co do tego zagadnienia ze mną i paradują z torebkami. Przykładowo, wczoraj widziałam panią z dużą torbą... na plecach. Gdyby miała plecak, to przecież byłoby jej wygodnie.

Od kilku dni dręczyła mnie niesamowita tajemnica. Mianowicie, dlaczego mój plecak jest tak pioruńsko ciężki? Przecież starałam się ładować jak najmniej i nawet zabierana na spacery książka na kredowym papierze tak nie może dodawać gramażu. Zdecydowałam się na przeprowadzenie inspekcji i wybebeszenie z plecaczka absolutnie wszystkiego. Okazało się, że w przepastnych kieszeniach ukrywam rzeczy niesamowite. Wykryłam następujące rzeczy w nadmiarze:

- opakowanie zapałek: nawet nie wiedziałam o jego obecności, najprawdopodobniej zostało zakupione na Powązkach, kiedy chciałam Prusowi postawić znicz

- trzy i pół opakowania chusteczek higienicznych: chusteczki muszą być, ale zdecydowałam się na noszenie tylko jednego opakowania, a te 3,5 odłożyłam

- serwetki, dużo serwetek: z logiem McD, najprawdopodobniej jak dawali to brałam, a potem liczyłam na to, że się na coś przydadzą. Przydawały się, owszem, ale nie chce mi się już ich dźwigać.

- woreczek: czysty, nieużywany, ale absolutnie zbędny jako że w razie zakupów nosze torbę płócienną

- prehistoryczna kartka z listą rzeczy do zrobienia: wszystkie i tak wykonałam

- sześć metalowych długopisów w kolorze przeważnie czerwonym: nie tam jakieś lekkie plastikowe, co to to nie. W plecaku zostały trzy inne - tyle mi powinno wystarczyć.

- nieotwarty minims z kroplami do oczu: Dobra sprawa i przydatna, pod warunkiem, że pamiętam o jego obecności.

- sześć saszetek cukru: część z hoteli, część zakupiona, najprawdopodobniej do kompletu z...

- kilka saszetek herbaty: w pracy czasem sobie parzę;)

- identyfikator z konferencji: nie byle jaki, bo byłam prelegentem;), jednak z tego co pamiętam to odbywała się ona na początku czerwca, nie pamiętam dlaczego nie wyjęłam identyfikatora

Uff! O tyle rzeczy jestem lżejsza ;)

14:28, wildfemale
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3