RSS
piątek, 24 sierpnia 2012
Brafitting

Brafitting polega na fachowym dobieraniu stanika. Nie jest to wcale takie łatwe, ponieważ większość kobiet nosi źle dobrane staniki, co z pewnych względów mam okazję obserwować. Źle dobrany stanik grozi deformacją biustu. Istnieją ogólne zasady doboru miseczki. Pierś powinna się w niej dobrze układać, obwód nie powinien być zbyt luźny. Zarówno obfite jak i małe piersi wymagają troski.

Zaczęłam się dopiero niedawno interesować tymi zagadnieniami, a były one frapujące. Dysponuję dość niewielkim, ale kochanym biustem. Nie jestem typową kobietą, gustuję w praktycznych i luźnych ubraniach. Nie lubię też chodzić na zakupy, a już do kupowania takich części garderoby jak stanik to muszę mieć nastrój. Zmienia się we mnie, zapragnęłam zmienić styl bielizny to i mijana kilka razy w tygodniu wystawa sklepu z bielizną zaczęła mnie coraz bardziej interesować. Postanowiłam, że to stanie się dzisiaj. Że wezmę prysznic, a potem wstąpię w końcu wybrać jakiś stanik. Nie wiedzieć czemu zakładałam, że w sklepie w piątek o takiej porze będzie pusto (nie jestem pewna, czy może nie zakładałam również że ja sama będę niewidzialna;)). Weszłam, a tam... tłumy. Matka z kilkuletnią córką, małżeństwo w średnim wieku, jakieś pojedyncze panie. Do tego dwie ekspedientki (to zawsze są kobiety) uwijały się jak w ukropie oferując swoją pomoc. Jak to się stało, że wcześniej tego nie zauważałam? Zawsze chodziłam z kimś i okazuje się, że... to był bardzo zły wybór. Tym razem byłam sama i zdeterminowana, że kupię ten stanik teraz albo nigdy. Nie traciłam więc czasu na zbędne wahania, tylko poprosiłam pierwszą napotkaną panią o pomoc. To był strzał w dziesiątkę.

Pani podała mi kilka propozycji wymienionego przeze mnie rozmiaru, ale wzbudziła moją czujność mówiąc "zobaczymy czy w ogóle będzie dobrze leżał". Czyżby ona widziała przez bluzkę coś, czego ja nie widzę? Okazało się, że zdecydowanie tak, bo staniki leżały źle. Pani nie krępowała się zaglądać do mnie do przymierzalni, a ja nie krępowałam się mierzyć coraz to nowych modeli. Już w tym momencie ujęła mnie akceptacja ekspedientki dla mojej osoby. Bądź co bądź nie rozbieram się przed każdym;) Pani umiała doradzić, pani nie bała się polemiki. Na uwagę "...ale może to tylko moje obiekcje" odpowiadała śmiało "Tak, to pani obiekcje." Przyniosła mi centymetr krawiecki i pokazała, że mam pod biustem troszkę mniej niż myślałam. Przyniosła inny stanik i dowiedziałam się, że mam miseczkę większą niż całe życie nosiłam. Dowartościowujące doświadczenie :) Przyniosła mi nową linię i okazało się, że stanika w ogóle na sobie nie czuję. To dopiero odlot! W mojej głowie też się coś pozmieniało, więc pomierzyłam sobie staniki z ozdobami zamiast samych gładkich jakie nosiłam dotychczas, bo dotychczas jeżyłam się na słowo "koronka".

Na prostym przykładzie doświadczyłam jak zmiany w mojej głowie i sytuacji życiowej pociągają za sobą zmiany w otoczeniu. Przeżyłam dziś coś nowego i ta mała rzecz tak bardzo cieszy. I to nie koniec dobrych wiadomości. Dziś po raz pierwszy w życiu zrobiłam sobie przepyszną sałatkę (para)grecką*. Niech żyją pierwsze razy!

*wprowadziłam pewne zmiany w składzie i przyprawach.

sobota, 18 sierpnia 2012
Kontakty internetowe

Czy zdarzyło się Wam kogoś poznać przez Internet? I co w tym przypadku znaczy "poznać"? Czy takie poznanie zawsze musi się wiązać z osobistym poznaniem?

Z jednej strony Internet to fantastyczne medium, które pozwala na kontaktowanie się z ludźmi na całym świecie, nawiązywanie współpracy, dzielenie się doświadczeniami z ludźmi, których nie mielibyśmy szansy spotkać w realnym życiu, a z drugiej strony w moim doświadczeniu kontaktowanie się z innymi przez internet coraz bardziej pogłębia moje poczucie pustki. Zauważyłam, że tak naprawdę tracę czas w Internecie. To znaczy, ekspresja siebie na blogu jest w porządku, choć ostatnio (wcześniej mi to nie przeszkadzało) skupiam się raczej na tym, że może piszę zbyt mało ciekawie, albo za bardzo hermetycznie, bo zagląda tutaj niewiele osób, a założenie blogowi profilu na Facebooku również nic w tej kwestii nie zmieniło. Czy warto zatem tu pisać? Coś mi to chyba jednak daje, przynajmniej w tym momencie życia. Znacznie więcej rozważań poświęciłam swojej aktywności na pewnym portalu. Ot krótkie wymiany informacji, dość powierzchowne tematy, w razie trudności obracanie wszystkie w żarcik, dwuznaczności, często prowokacje... Niewiele się dowiedziałam o ludziach tam przebywających, niewiele też ujawniłam o sobie. Myślę, że działa to w dwie strony. Z jednej strony łatwiej się ukrywać za żarcikami i udawać, że nam nie zależy, bo gdyby druga strona chciała to jednak wykorzystać, to pozbawimy ją punktu zaczepienia. Z drugiej zaś strony pozostaje duży żal, że taki kontakt nie jest głębszy. Jest tęsknota za osobistymi spotkaniami, dzieleniem doświadczeń, ale też nie podaje się swojego miejsca zamieszkania uniemożliwiając tym samym rozmówcom jakieś wyobrażenie sobie dzielącego dystansu czy snucie realnych planów o spotkaniu. Łatwiej jest być agresywnym w Internecie, łatwiej jest też zachować się nie w porządku w stosunku do osoby, której właściwie się nie zna i nic nas z nią nie łączy.

Obserwuję w realnym otoczeniu jak ludzie się umawiają, spotykają, dzielą pasjami, a ja jestem jakoś poza tym nurtem. Czyżbym uciekła w Internet, a teraz użalam się nad sobą skrzywdzona na własne życzenie? Zaczęłam się przyglądać różnym założeniom dotyczącym wchodzenia w relacje, które żywię. Okazało się bowiem, że kiedy ktoś jest popularny, to raczej do niego nie podejdę bo zakładam, że i tak już ma nadmiar relacji i na kolejną z pewnością nie ma ochoty. Gdy ktoś jest mało popularny, to... też nie podejdę, bo pewnie sam sobie winien i ma jakiś feler. Paragraf 22! Zdarza się Wam myśleć podobnie o relacjach? Czy podejmowaliście próby szukania realnych przyjaciół przez Internet? Mam wrażenie, że to jest coś takiego, co się jednak łatwiej dzieje w realnym życiu i to na wcześniejszych jego etapach, na przykład kiedy chodzi się do tej samej szkoły, albo dzieli grupę studencką. Czyżby potem okazywało się to już niemożliwe? A może nawiązywane później relacje mają jakąś inną jakość?

W ogóle samo nawiązywanie relacji to proces wieloetapowy i na każdym z tych etapów coś się może popsuć. Jak się na to patrzy z tej strony, to dziwi, że ludzie w ogóle mają ochotę utrzymywać ze sobą kontakt, a nawet wchodzą w związki. Może z nabieraniem doświadczenia po prostu urealniają swoje oczekiwania? Żeby nawiązać kontakt trzeba się chyba nie bać odrzucenia i wierzyć, że ma się coś ciekawego do powiedzenia/ pokazania na otwarcie. Przy okazji myślenia o samym nawiązywaniu kontaktu kojarzy mi się film, który jakiś czas temu oglądałam w sieci. Dwóch gości postanowiło pokazać jak łatwo jest porywać i nagrali jak zaczepiają dziewczyny na ulicy, mówią im że ładnie wyglądają, że jest impreza i że zapraszają, chcą się wymienić numerem telefonu. Byłam zaskoczona, że tak wiele dziewcząt w ogóle się zatrzymało, rozmawiało, a nawet w końcu dało ten numer. Gdyby mnie ktoś obcy chwycił za ramię, to bym się przede wszystkim wystraszyła. A może to był jakiś specyficzny rodzaj kobiet? Z drugiej strony jednak bez próbowania nie ma efektów, tak działa statystyka. Z ogólnej puli zaczepianych jakaś frakcja odpowie, a jeszcze mniejsza frakcja będzie kontynuowała kontakt telefoniczny... Właśnie tutaj dochodzimy do kolejnego etapu, czyli kontynuacji. Odrzucamy tutaj scenariusz o relacji na jeden dzień/ noc, bo to zupełnie inna kategoria (łatwiejsza!). Wydaje się, że kontynuacja wymaga już znacznie więcej: czasu, zasobów, bogactwa osobowości, inwencji, zaangażowania itd. Tutaj już wyświechtany tekst na podryw nie wystarczy, nie wystarczy też ulubiona knajpa, bo ile można chodzić w to samo miejsce. Tutaj też buduje się zaufanie, bo trzeba się bardziej odkryć, żeby zostać poznanym i doprowadzić do odkrycia się drugiej strony. Tutaj dopiero widać, czy mamy naprawdę podobne zainteresowania, aspiracje, zapatrywania na przyszłość. A podobne przyciąga podobne. O ile partner do biznesu z nieco odmienną perspektywą może przynieść powiew świeżości, to już związek czy przyjaźń z osobą skrajnie odmienną jest atrakcyjny tylko na początku. No bo jak tu wspólnie spędzać czas, kiedy ona chce jechać na Woodstock, a ty właśnie idziesz do opery? Jak zaplanować wakacje, kiedy ona chce czytać książki w hamaku, a ty właśnie wypożyczyłeś dwuosobowy kajak? Jak w takiej sytuacji wspólnie zadecydować o zakupie mieszkania czy posłaniu dziecka do konkretnej szkoły? Nie planujecie dzieci? W porządku, w takim razie spróbujcie wspólnie ustalić czy kupić węża, czy szynszyla ;)

Ponadto, przy poznawaniu się grę odgrywają takie czynniki, które nie zawsze są uświadomione. Być może działają feromony, działają też różne fantazje. No bo ona na pewno zwróci uwagę na wykształcenie czy stan posiadania, a on na urodę. Żyjesz intelektem? Nie łudź się, seks też będzie dla ciebie ważny. Wbrew obiegowym opiniom nie wszyscy kochają się na pierwszej randce. Może się zatem okazać, że i owszem, po drodze Wam na wieczorne spacery brzegiem morza, ale już po tych spacerach się w sypialni nie układa i kicha. Może czas spróbować w plenerze? ;) Jeśli akurat jesteście postępowi, to może się okazać odwrotnie, że seks dziki i namiętny jak nigdy wcześniej, ale co z tego, jeśli potem nie udaje się pójść na wymarzony spacer brzegiem morza, bo jedno w ogóle nie znosi piasku i fal, a tak poza tym to nie ma o czym gadać. Budowanie trwałych relacji trudną sztuką jest.

Ale może ja piętrzę trudności? Może trwałe wiązanie jest całkiem proste? Wystarczy przecież spłodzić wspólne dziecko i wziąć kredyt hipoteczny na 25 lat. Najbliższe wspólne ćwierćwiecze mamy wówczas zaplanowane. Mieści mi się także w głowie, że nie wszyscy mają tak wyrafinowane potrzeby, nie wszyscy wiążą się z autentycznej potrzeby kontaktów społecznych/ miłości. Przecież warto się przyjaźnić z kimś, kto jest synem prokuratora (przykład zasłyszany kiedyś na przystanku kolejowym), albo ze sławnym sportowcem (bo ładnie wygląda na Facebooku i kąpiemy się w aurze jego chwały). Miło też zostać żoną syna znanego polityka, bo wówczas z głodu na pewno nie umrzemy, a czasy mamy ciężkie. Postępowanie w pełni ewolucyjnie uzasadnione.

Jak i dlaczego Wy nawiązujecie znajomości?

środa, 15 sierpnia 2012
"Medycyna i seks" Imieliński - recenzja

To taki dość dziwny tytuł, a przystępując do lektury spodziewałam się wykładu z historii medycyny. W zasadzie to nawet podwójnie z historii medycyny, ponieważ tytuł książki budzi takie skojarzenia, a po drugie pozycja ta została wydana w 1987 roku, a od tego czasu zdążyły się już zmienić klasyfikacje chorób, a wiedza seksuologiczna poczyniła wielki skok do przodu. Nawet na rodzimym gruncie.

Przyznaję, że autor wykazał się szerokimi horyzontami myślowymi i nie ograniczył się do beznamiętnego referowania posiadanej wiedzy. Przedstawił po prostu fakty, nie bardzo przejmując się duchem czasu, czy przekonaniami, że coś "powinien" potępiać, a co innego promować. Choć wśród wymienianych patologii znajdziemy homoseksualizm, transwetytyzm czy transseksualizm, które teraz są ujmowane nieco inaczej, to autor zdaje się mieć do nich bardzo postępowe podejście. Choć homosekualizm nie występuje już w klasyfikacjach chorób (jest za to orientacja egodystoniczna), to i w tej pozycji, na stronie 301 autor dzieli się swoimi przemyśleniami na temat braku tolerancji dla tej grupy społecznej:

"Negatywne ustosunkowanie się do homoseksualizmu było wzmacniane przez te kręgi społeczeństwa, które nie akceptowały seksu bez rozrodu (...) praktyki homoseksualne są bezbłędną metodą ograniczającą liczbę urodzin. Być może, iż do negatywnych ustosunkowań przyczynili się też ci homoseksualiści, którzy poprzez swoje skłonności narcystyczne i ekshibicjonistyczne (a także psychopatyczne - podobnie jak heteroseksualiści) zwracali na siebie uwagę opinii publicznej, przyczyniając się do wzmagania wrogości i dyskryminacji."

Gdzie indziej zaś nawołuje do empatyzowania z mniejszością homoseksualną i zachęca do prób wczucia się w ich rolę w heteronormatywnym społeczeństwie. Idzie nawet dalej, mówi o praktykach kościoła holenderskiego i powołuje się na (wciąż aktualną w seksuologii!) normę partnerską podkreślając zalety trwania osób homoseksualnych w stabilnych związkach i rolę czynników społecznych w utrzymywaniu się trwałości związków w ogóle (ich formalizacja, posiadanie potomstwa, wsparcie otoczenia etc.). Norma społeczna idzie też w sukurs przy omawianiu zjawiska transwestytyzmu, kiedy to autor przytacza przykłady par, w których transwetytyzm partnera był akceptowany przez partnerkę, a jego przebieranie się w odzież kobiecą było przez nią tolerowane, co umożliwiało harmonijne wspólne życie. Podobnie dzieje się w związkach współcześnie, tylko że podejrzewam, iż wspominanie o tym na łamach książki trzydzieści lat temu było znacznie bardziej kontrowersyjne niż współcześnie. Autor mówiąc o osobach transseksualnych wspomina, że być może ich domaganie się leczenia operacyjnego ma jakiś sens, choć budzi wiele wątpliwości medycznych. Wyważony to pogląd, ale na tamte czasy także odważny.

Ponadto oczywiście, zgodnie z tym, co sugerował tytuł, książka zawiera wiele ciekawostek historycznych. Dowiemy się między innymi, że w 371 roku p.n.e. powstał "święty" batalion Tebańczyków składający się z 300 par homoseksualnych, który odznaczał się wielką walecznością. Partnerzy zagrzewali się wzajemnie do walki. Autor niestety nie wspomina jak pocieszali się w koszarach w razie utraty partnera na polu walki i czy po bitwie nie rozgrywały się jakieś sceny zazdrości. Przykład ten zaskakuje, ponieważ świadczy on o tym, że w kulturze greckiej wyjątkowo uznawano homoseksualistów za zdatnych do służby wojskowej. Pomyślcie o tym przypominając sobie, że do sierpnia 2011 obowiązywała w postępowych Stanach Zjednoczonych wojskowa zasada "Don't ask, don't tell". Dowiemy się także, że bogom wypadało więcej w sferze seksu oraz że Neron czy Heliogabal lubowali się w przedstawianiu realistycznych scen zoofilnych w teatrze antycznym. Jednym słowem, większość czytelników dowie się znacznie więcej niż chciało się dowiedzieć.

Gdyby lekcje historii były prowadzone w taki sposób, z pewnością więcej bym zapamiętała.

wtorek, 14 sierpnia 2012
To jak to w końcu jest z tą agresją?

Ostatnio pisząc coś sprawdzałam w słowniku definicję słowa "agresja". Termin ten bowiem trudno znaleźć w podręcznikach psychiatrii (psychologii to już bardziej), w przeciwieństwie do pobudzenia, napięcia afektywnego, czy nawet autoagresji lub zaburzeń zachowania. Sama agresja słownikowo definiowana jest jako "zachowanie, którego celem jest wyładowanie gniewu, wyrządzenie szkody" i kojarzy się jednoznacznie negatywnie. Jak by się bardziej rozwinąć, to jeszcze sobie człowiek przypomina, że rozróżniamy różne rodzaje agresji. Od ewidentnej fizycznej, poprzez subtelniejszą agresję słowną czy psychologiczną, aż po wyrafinowane formy jak przemoc (bo takiego słowa się używa) ekonomiczna.

Zdarzyła mi się dziś historia, która zmusiła mnie do zastanowienia się jak i kogo postrzegam jako agresywnego i jakie czynniki mogą na to wpływać. Sporo też przy tej okazji rozważałam na temat zagadnienia kontroli impulsów, ale o tym za chwilę. Mianowicie wracając z pracy przysiadłam sobie w wiacie i czekałam na autobus. O całym wydarzeniu myślę wręcz magicznie, bo i pora mojego powrotu była nietypowo późna i przystanek także nie ten co zwykle, w zasadzie to nie korzystałam z niego od kilku miesięcy. Tymczasem tam się dzieją ciekawe rzeczy. Byłam sama, przeczytałam rozkład, rozsiadłam się z książką, a za chwilę podjechała dwójka młodych chłopaków na rowerach. Poczytali rozkład, powymieniali uwagi na temat tego, czy warto kupować bilety i zdecydowali się jednak zaczekać na autobus. Pozostające im sześć minut oczekiwania postanowili sobie umilić głośnym rozważaniem różnych obserwowanych prawidłowości. Otóż jeden z nich dziwił się, dlaczego skoro jest tak, że w autobusie na raz mogą się zmieścić dwa rowery i jeden wózek dziecięcy, to kierowca każe wysiąść posiadaczowi roweru w momencie kiedy na przystanku jest jakaś "baba z wózkiem", która chce wsiąść. Jednym okiem patrzyłam w książkę, zaś drugim uchem słuchałam młodzieńca i nie ukrywam, że w jakimś stopniu byłam w stanie empatyzować z jego rozterkami, choć roweru nie posiadam. No bo takie wysiadanie w środku trasy to faktycznie może być problem, zwłaszcza jak się już zapłaciło za bilet. Nie zdążyłam jednak w myślach rozstrzygnąć czy bardziej się z nim zgadzam, czy jednak nie, bo skądś wyrosła pani w średnim wieku, która włączyła się w jego wypowiedź i uświadomiła go, że takie zasady są dlatego, że tej babie z wózkiem jest po prostu ciężej niż jemu i jak on pożyje to zobaczy i że to dlatego tak.

Chłopak rezonował ostro, bo jej tłumaczył, że on też jest człowiekiem i też ma swoje prawa, a w ogóle to na takim rowerze to też ciężko by było wracać do domu, więc on ma prawo jeździć autobusem. I tu pani mnie zaskoczyła, ponieważ powiedziała, że rozumie, że oczywiście zgadza się, że jemu może być ciężko, ale młodej mamie bardziej. Potem, już ciszej, zdecydowała się dokonać autoprezentacji przed towarzyszącą jej koleżanką i pochwaliła się posiadaniem wnuka, który lepiej niż ona się zna na komputerach i choć jest bardzo grzeczny, to skasował jej w komputerze wszystkie numery Skype licznych znajomych, których to pani posiada, bo "oni nie myślą, więc trzeba im tłumaczyć". Tu już pani po raz pierwszy delikatnie mi podpadła. Czytanie książki poszło całkowicie w odstawkę, a ja zaczęłam się skupiać na tym, że pani taka nieco wielkościowa i narcystyczna jest. Zadałam sobie także pytanie o to, po co ona w ogóle tego rowerzystę zaczepiła żeby mu tłumaczyć swoje wartości. Przecież żadnej baby z wózkiem nawet nie było w polu widzenia!

Absorbujący mnie spektakl miał i trzeci akt, który w ogóle już spowodował moją konfuzję. Na przystanku zjawił się pan palący papierosa. Faktycznie lumpowato on wyglądał, a ponadto nie lubię palaczy, ale beznamiętnie podeszłam do faktu, że pan do wiaty z tym zapalonym petem wlazł i zaczął studiować rozkład jazdy. Niestety wyżej wspomnianej pani nie było to już tak obojętne. Zaczęła mu zwracać uwagę, że tu się nie pali, że ma sobie iść, że "ja jestem chora" i "pan nie wie co pan mi robi". Darła się przy tym w niebogłosy (ani myśląc np. wyjść z wiaty dla świętego spokoju), ale już przeszła samą siebie, kiedy tego faceta zaczęła po prostu... bić. No normalnie zaczęła go walić w nogę pięściami! Pan się do niej wulgarnie odezwał, potem cofnął, potem znów przyszedł, a dopiero po chwili otrząsnął się z szoku i zaczął przeżywać co go spotkało. Niestety głośno przeżywać. Dowiedzieliśmy się między innymi, że własna matka go nie biła a ta trzygwiazdki tak i że trzygwiazdki na pewno nie jest chora i takie tam. Jednocześnie z boku sceny trzygwiazdki dzieliła się teatralnym szeptem z nieodłączną koleżanką, że ma straszną alergię na dym papierosowy, że go czuje z 10 metrów, a jak już poczuje, to następnego dnia w ogóle nie może mówić. Mało tego, znajomi to już wiedzą, że nie mogą u niej palić, ale niesamowity to jest dopiero fakt, że pani na niektóre perfumy reaguje taką samą alergią ("na inne nie, wyobraża sobie pani?") i ci znajomi to już też wiedzą, że wyperfumowani do niej nie wejdą. Cóż za szczwany sposób na skupianie wokół siebie uwagi otoczenia, zapewnienie sobie w nim wysokiego statusu i kontroli nad ludźmi (tego nie wolno, tu granica, ty nie możesz, ty dziś wyjątkowo możesz...). Choć jeszcze 10 minut wcześniej byłam pozytywnie zaskoczona tym, że pani w jakimś stopniu rozumie rowerzystę, to już w tym momencie byłam szczerze zrażona, bowiem ta sama pani również bije obcych ludzi i terroryzuje swoich znajomych. Skąd ona w ogóle ma tych pokornych znajomych?!

W tym momencie zaczęłam dostrzegać pani problem. Pani miała trudności z kontrolowaniem siebie. Przecież gdyby mogła się powstrzymać, to na pewno nie zaatakowałaby obcego człowieka. Poza tym, że bić ludzi nie wolno, to było to zachowanie ryzykowne. Do tej chwili jestem zaskoczona, że ten facet jej po prostu nie oddał. Najpierw był w szoku, ale jak się otrząsnął, to tylko zaczął się jej słownie czepiać, a nawet narzekać, że ona to się powinna odsunąć, żeby on mógł lepiej widzieć rozkład. O oddawaniu jej z pięści ani słowa! Pani też w tym swoim pojmowaniu świata była patologicznie sztywna. Jest zasada, że się nie pali w wiacie, to trzeba ją bezwzględnie egzekwować zamiast się odsuwać ze względu na własne zdrowie. Przecież drąc się tam i waląc go pięściami z pewnością nawdychała się tyle dymu, że jeśli wierzyć jej słowom, straci głos na co najmniej tydzień. Nawiasem mówiąc pani nic po tym wyczynie nie było, nawet nie zakasłała. Pani też okazała się wredną terrorystką musztrując swoich znajomych. Założę się jeszcze, że w domu każe im zdejmować buty, chodzić w skarpetkach i przestrzegać jakiego dress code'u. Bramkarzem w klubie mogłaby zostać. Koniec końców i nastolatek rowerzysta wypadł przy niej lepiej (może i rezonerski, może i bez szacunku dla młodych matek, ale za to potrafiący postawić swoje granice i zamanifestować szacunek do siebie) i lump z petem (może i niekulturalnie pali, może i wulgarny, ale przynajmniej nie bije bez ostrzeżenia i nie zaczepia). Życie to jest jednak pełne niespodzianek, a różne kwestie rzadko są czarno-białe.

Czy gdyby pani była bez koleżanki, to byłaby równie ekspansywna?

niedziela, 12 sierpnia 2012
Jak blisko mogę usiąść?

Postanowiłam wziąć na tapet zagadnienie komunikacji niewerbalnej. To znaczy, wcześniej miałam ambitny plan napisania czegoś bardziej naukowego, ale siadł serwer i nie mogłam poszukać źródeł. Ostatnio zauważam wokół siebie wiele kwestii dotyczących bliskości siadania. Nie wykluczone, że zainspirowało mnie do takiej zwiększonej wrażliwości także to, że niedawno przeczytałam o projekcie badawczym Esther Kim - socjolog podróżującej autobusami i badającej, jakie taktyki stosują ludzie, by zachować więcej publicznej przestrzeni dla siebie.

Komunikacja niewerbalna dotyczy takich kwestii jak odległość od siebie (proksemika), tembr głosu, mimika, zewnętrzne oznaki statusu, przynależności (sub)kulturowej, zachowania przestrzenne, kontakt wzrokowy (lub jego unikanie). Dotykiem w komunikacji zajmuje się haptyka. Z badań Kim wynika, że Amerykanie nie przepadają gdy ktoś siedzi blisko nich w autobusie co najmniej tak samo jak Polacy. Preferują miejsca w rzędach, które nie są jeszcze przez nikogo zajęte. Chętniej siadają z brzegu licząc na to, że ktoś inny nie będzie się kłopotał przepraszaniem ich i pytaniem czy może zająć miejsce od strony okna. Popularne jest także odgradzanie się słuchawkami, unikanie kontaktu wzrokowego, a nawet patrzenie tępo przed siebie tak, by sprawiać wrażenie osoby szalonej, a co najmniej dziwacznej. Kiedy już trzeba się zmusić do zajęcia miejsca koło innej osoby (tylko kiedy wszystkie wolne są już zajęte), wybierają osobę, która wygląda na najnormalniejszą.

O podobnych badaniach dotyczących polskich realiów nie słyszałam, ale mniemam, że sprawa ma się podobnie. Przez lata unikałam słuchania muzyki w środkach komunikacji publicznej, bo nie chciałam się oddzielać od bodźców. Ostatnio jednak coś we mnie pękło. Z powodu znacznej frustracji życiowej ludzie w ogóle zaczęli mnie wkurzać i postanowiłam się od nich celowo odgrodzić wielkimi DJ-skimi słuchawkami nausznymi. Przepuszczają dźwięki otoczenia, ale wolę udawać, że tak nie jest. Z braku asertywności uchroniły mnie przed rozmową z kimś, z kim wcale wymieniać poglądów nie chciałam. A mam je dopiero od kilku dni! Co do samego zasłaniania uszu, to miałam ciekawe skojarzenie. Jest bowiem tak, że osoby słyszące "głosy" omamowe również zasłaniają uszy, nakrywają głowę kapturem. Tak jakby to miało ich odizolować od wytwarzanych wewnątrz wrażeń mylnie interpretowanych jako pochodzące z otoczenia.

Drażni mnie, kiedy ktoś siedzi zbyt blisko mnie. Zauważyłam, że reguły dosiadania się zmieniają się w zależności od miejsca. Nie wiem czy to lokalna specyfika, więc wdzięczna będę ze Wasze obserwacje. Mianowicie na porządku dziennym jest zajmowanie wolnych miejsc w autobusie czy tramwaju bez pytania o pozwolenie. Wygląda na wolne to się je zajmuje. Uprzednio sprawdziwszy czy nie jest brudne. Tramwaj czy autobus to środki specyficzne, bowiem w nich osoby uprzywilejowane mogą poprosić o zwolnienie miejsca dla nich przeznaczonego, co również mieści się w granicach normy. Z kolei już w barach mlecznych obowiązuje szczególna kurtuazja, ponieważ tam, kiedy wszystkie stoliki są zajęte (tu również obowiązuje zasada szukania całkiem wolnego miejsca w pierwszym kroku) przed dołączeniem do stołu już przez kogoś zajmowanego uznaje się zwyczaj zapytania o pozwolenie, a nawet pożyczenie smacznego. Co ciekawe, gdy dziś dosiadałam się do stolika zajmowanego przez dwójkę obcych ludzi (pan obsługiwał komórkę, pani wcześniej stała w kolejce przede mną), to wyjątkowo nie zapytałam o pozwolenie zajęcia miejsca. Zrobiłam to bezrefleksyjnie, jestem przekonana, że gdyby państwo byli razem, to z pewnością zadałabym takie pytanie. Jeszcze do końca nie rozgryzłam o co chodzi, ale jestem pewna, że psychologia społeczna ma na to jakieś wyjaśnienie. Z kolei w restauracji byłoby już nie do pomyślenia dosiadanie się do cudzego stolika. Pewnie dlatego, że i prestiż miejsca inny i bywa się tam rzadko pojedynczo, a raczej co najmniej parzyście celem miłego spędzenia czasu, bądź załatwienia jakichś formalności przy posiłku. Podobnie jest w kawiarni, w której znajdują się stoliki choć ta jest przecież dla klienteli z przeciętnym statusem socjoekonomicznym. Stoliki, przy których spożywa się posiłki w dużych galeriach handlowych są zajmowane bez pytania, choć w ogólne nie do pomyślenia jest dosiadanie się do obcej osoby. Bywają tam w równej proporcji grupy ludzi (czyli co najmniej dwójka osób) jak i samotnicy. W zależności od miasta panuje moda na długie okupowanie jakiegoś stolika lub szybkie spożycie posiłku, bez gadania, wyrzucenie śmieci z tacy/ oddanie tacy do okienka i zwolnienie stolika. Stoliki te są też bezosobowe, nie ma mody na zajmowanie ulubionego miejsca, obsługa systematycznie je ściera. W każdym razie znacznie częściej niż w barze mlecznym. Zastanawiam się jak się sprawy mają w polskich nocnych knajpach, barach i pubach. W serialu "How I met your mother" grupa przyjaciół ma swój ulubiony stolik i dziwnym trafem zawsze jest on dla nich wolny. Czy to tylko reżyserska fantazja?

Ciekawą rzecz zauważyłam jeśli chodzi o zajmowanie miejsc na parkowych ławeczkach. I tutaj szczególnie liczę na Waszą pomoc, bowiem wydaje mi się, że dotyczące tego zasady różnią się w zależności od regionu Polski. W parkach w moim mieście typowe jest, że jeśli wszystkie ławki są zajęte (choć i to nie zawsze, więc tu już w ogóle mam zagwozdkę), to bezceremonialnie podchodzi się do ławki zajmowanej przez jedną osobę. Zazwyczaj bywam w parku samotnie i jestem czymś zajęta, na pewno unikam kontaktu wzrokowego, często również oddzielam się słuchawkami czy książką. Nikt nigdy nie pytał mnie o zgodę na zajęcie miejsca. Miejsca były wybierane według klucza "jak wygodnie", czyli albo dlatego, że akurat nie świeciło/ świeciło tam słońce, bo w pobliżu bawiło się dziecko siadającego, a wczoraj dosiadł się do mnie pan w zasadzie nie wiadomo dlaczego. Po prostu zjawił się na skraju i zaczął się opalać mimo że na przeciwko była wolna równie nasłoneczniona ławka. Miałam wrażenie, że to jest jego sposób bycia z drugim człowiekiem. Szczerze powiedziawszy to przeszkadzało mi jego towarzystwo, śmierdziały mi jego perfumy, wnerwiał mnie jego sposób bycia, a nawet martwiło mnie, że ktoś może pomyśleć, że do parku przyszliśmy razem.

Bowiem kolejnym ciekawym wątkiem jest to, że nawet nie znając jakiejś osoby jesteśmy w stanie określić czy nam z nią dobrze, czy źle. I to nawet nie zamieniając ani słowa. Z pewnością dużą rolę odgrywa tutaj dystans fizyczny. Jeśli ktoś obcy podchodzi do mnie zbyt blisko, to będę czuła dyskomfort i odbiorę go jako agresywnego. Jak widać powyżej, przeszkadza mi też ostry zapach. Myślałam, że to coś dziwnego, że mam wrażenie, iż odczuwam negatywne emocje innych ludzi. Tak było jednak do czasu, gdy idąc ze znajomymi ulicą, wszystkie trzy w tym samym momencie przesunęłyśmy się bez słowa, żeby przepuścić idącą za nami kobietę. Dlaczego? Z naszej późniejszej rozmowy wynikało, że wszystkie czułyśmy jakieś negatywne emocje i wolałyśmy w nich nie uczestniczyć.

Zastanawiacie się w ogóle nad takimi kwestiami podróżując autobusem czy siedząc w parku?

23:15, wildfemale
Link Komentarze (6) »
piątek, 10 sierpnia 2012
Na sen.

Nigdy już nie wezmę nic. Ja to wiem. Odejść łatwiej jest niż żyć.

Dużo ostatnio myślę o popędach. Dla stałych czytelników to by nie była żadna nowość. Prawdę powiedziawszy dla tych, którzy choć pobieżnie przejrzeli tytuły ostatnich wpisów również nie. Nie byłoby zatem w tym nic dla nikogo zaskakującego, gdyby nie fakt, że tak całkiem ostatnio z tych popędowych rzeczy to najbardziej kręci mnie apetyt i sen. Z apetytem dzieją mi się różne rzeczy. Od kiedy zaczęłam się żywić sama, wciąż obawiam się, że nie starczy mi pieniędzy na jedzenie, że się marnuje, że właśnie jestem głodna, takie tam neurotyczne sprawy. Liczę na to, że wkrótce się to uspokoi.

Ze snem sprawa jest znacznie ciekawsza. Ostatnio przypadkowo (choć może nie ma przypadków?) zaczęłam dużo o śnie rozmawiać. Pewnie pierwszy sprowokował taki wątek kolega, który mi niedawno zaczął tłumaczyć, że "interpretacja snów to jest akurat coś, czym się nigdy nie zajmował". Od tego przeszliśmy płynnie do Freuda i snów jako "królewskiej drogi do nieświadomości". Sprawa robi się ciekawsza jeśli w tym kontekście zaczniemy rozpatrywać nie tylko nieświadomość indywidualnego człowieka, ale i nieświadomość zbiorową (vide Jung) czy inne archetypy. Mimo że ja też nie param się interpretacją snów, to zgodziliśmy się z kolegą na wyważony pogląd, że nie mają sensu uniwersalne senniki (choć tu się zastanawiam, bo przecież większość ludzi (i małp) np. boi się atawistycznie węży, więc jeśli taki symbol się śni, to może jednak oznacza on uniwersalne zagrożenie już o mitologicznych złych (!) pokusach w raju nie wspominając). Miałoby natomiast sens interpretowanie snu w kontekście  skojarzeń samego śniącego. W czasie snu nocnego przebiegająca z marzeniami sennymi faza REM snu powtarza się cyklicznie, interesujące wydaje się, dlaczego człowiek właśnie te konkretne sny zapamiętał i jak je zapamiętał. Oczywiście najczęściej pamiętamy to, co śniło nam się tuż po przebudzeniu, ale co ze snami, które wzbudziły tak silne emocje, że aż nas wybudziły? Dlaczego wybudziły? Jakie mają subiektywne znaczenie, z czym się kojarzą? Dlaczego zostały zapamiętane właśnie w ten sposób? Skąd ludzie wiedzą, że w danym śnie mieli do czynienia z jakąś konkretną osobą, choć z pewnym wstydem przyznają "ale ona w tym śnie wyglądała zupełnie inaczej, po prostu i tak wiedziałem, że to ona"? Jakie znaczenie mają marzenia senne o powtarzającej się treści?

Dopiero później uświadomiłam sobie, że przecież Freud nie był pierwszym, który zaczął się zajmować snami i że zainteresowanie nimi ma znacznie dłuższą historię. Sięga ono bowiem aż do starożytności. Medycyna długo nie mogła się oddzielić od religii, kultu. Początkowo praktykowali tylko kapłani, a koncepcje choroby wiele miały wspólnego z demonologią i duchowością. Potem zaś nawet jeśli nie praktykowali przedstawiciele stanu duchownego, to jednak miejscem leczenia była świątynia. Ród Asklepiatów z wyspy Kos wywodzi się przecież od samego boga. W starożytności delikwent udawał się do świątyni, spędzał tam noc, a po jego ciele pełzały oswojone węże. Znów węże! Niewątpliwie wzbudzało to respekt. Śnione wówczas sny miały mieć jakieś szczególne znaczenie. Podejrzewam, że znów w interpretacji pomagał kapłan/medyk. Zawsze się w tym momencie (niepotrzebnie!) zastanawiam na ile można oswoić węża. A kiedy już otrząsam się z wężowych dywagacji to zastanawiam się nad wartością tych marzeń sennych i mówienia o nich w ogóle. Wydaje mi się to bowiem być dość prywatną sprawą. Jednocześnie doceniam możliwość spotkania się z drugim człowiekiem na poziomie metafory. On opowiada o tym co wyśnił i jakie to ma dla niego znaczenie, dzieli się czymś w zaufaniu i to, jaka jest "absolutna prawda", czyli co ten sen "tak naprawdę" znaczył traci nieco na znaczeniu. Ważne staje się, jak ten sen jest przez obie strony interpretowany i jakie te interpretacje budzą refleksje. Wciąż się także zastanawiam, czy marzenia senne mogą pomagać poradzić sobie z jakimś szczególnie trudnym wydarzeniem. Niewątpliwie bowiem uczestniczą w takim procesie radzenia sobie, w przeciwnym wypadku fotograficznie dokładne szczegóły traumy nie przedzierałyby się do snów osób cierpiących na PTSD.

Z wiekiem zapotrzebowanie na sen zmniejsza się. U mężczyzn jakość snu pogarsza się wcześniej, u kobiety wydaje się ona mieć jakiś związek ze statusem hormonalnym. Jednak sen to także po prostu wypoczynek, niezależnie od tego, czy akurat śnimy. Niewyspanie pogarsza sprawność psychomotoryczną. To dlatego stawki za pracę w godzinach nocnych są wyższy, a kierowcy TIR-ów mają czasowe ograniczenia jazdy. Kiedyś nieprawdopodobne wydawało mi się, jak można zasnąć za kierownicą. Zaczęło mi się to mieścić w głowie, kiedy ze zmęczenia zdarzyło mi się zasnąć w autobusie. Sypiałam także na nudniejszych wykładach, a absolutnym rekordem było zaśnięcie na warsztatach, na których wszyscy siedzieliśmy w kręgu, więc nie miałam nawet biurka, na którym mogłabym się oprzeć czy nim zakryć. Czyżby sen metodą oporu? ;) Z deficytem snu człowiek czuje się drażliwy, obniża mu się próg frustracji, trudniej mu podejmować wyzwania. Deprywacja snu była metodą leczenia depresji, nie wiem czy jeszcze gdzieś w Polsce stosowaną. Początkowo po deficycie snu nastrój jest nawet wzmożony, pojawia się "głupawka", po czym niestety to mija i zaczyna się pogorszenie funkcjonowania, większa skłonność do popełniania błędów i zaniedbań. Ludzie doświadczający lęku i niepokoju często mają trudności z zaśnięciem. Zresztą i w samej depresji pojawiają się problemy ze snem, a ludzie lepiej czują się wieczorem niż rano. Pozbawianie snu było też (i z pewnością jest) metodą łamania oporu więźniów. Zakładam, że bardzo skuteczną.

Dziś dla mnie sen okazał się mieć właściwości leczące. Od rana cierpiałam na straszną migrenę. Męczyłam się z nią cały dzień, aż wreszcie w akcie rozpaczy wślizgnęłam się do łóżka, by odciąć się od wszelkich bodźców. Bez trudu zasnęłam, a gdy obudziłam się za kilka godzin, to miałam trudności z ustaleniem, czy trwa jeszcze piątek, czy też obudziłam się w dniu następnym. Najważniejsze jednak, że wstałam bez bólu.

Dobrego snu życzę:)

piątek, 03 sierpnia 2012
Kto bzyka w trawie?

Zachęcona tytułem sięgnęłam po książkę Marlene Zuk. Szczerze przyznam, że najbardziej zachęciło mnie słowo "seks" widniejące wielkimi literami na okładce. Wyobraźcie sobie jakie uczucia mogłam wzbudzać leżąc w parku na ławce i czytając coś takiego!

Zuk jest profesorem biologii i od dziecka fascynowała się owadami. Przedstawia zresztą entomologię jako dziedzinę przyjemną, wszechstronną i tanią. Pełny tytuł książki brzmi "Seks na sześciu nogach", co odpowiada angielskojęzycznemu tytułowi. Tytuł dzisiejszej notki, to z kolei pełny cytat podtytułu. Skuteczny okazał się zabieg wabienia czytelnika seksem. Nigdy wcześniej nie fascynowałam się specjalnie owadami, więc pewnie w innym wypadku książka przeszłaby niezauważona przeze mnie. A byłoby to dużą stratą. Zwłaszcza, że pani profesor posiada łatwość przekazywania swojej rozległej wiedzy. Bawiły mnie jej skojarzenia, odpowiadało mi bardzo jej kobiece spojrzenie na sprawy dotyczące relacji. Zuk jest także prawdziwą pasjonatką, co poznałam po jej niezwykle refleksyjnym podejściu do aktualnej wiedzy. Być może przyczynił się do tego i fakt, że ostatnio czytałam Gazzanigę, ale jej rozważania na temat inteligencji, czy języka i człowieczeństwa, czy wyjątkowości człowieka były dla mnie bardzo ciekawe. Po lekturze nie zacznę się pewnie fascynować rybikami cukrowymi, choć ich rozród jest rzeczywiście frapujący (jeśli wierzyć autorce), ale nad redefinicją inteligencji będę rozważać jeszcze długo i myślę, że z pożytkiem dla siebie.

Książkę czyta się wartko. Autorka stanęła też na wysokości zadania i na końcu zamieściła bibliografię do każdego rozdziału. Pozycja jest również wyposażona w indeks haseł, co pewnie ułatwia poruszanie się po niej osobom, które chciałyby ją wykorzystać jako własną pozycję bibliograficzną, do czego książka z pewnością znakomicie się nadaje. Z treści aż bije miłość badaczki do obiektów jej dociekań. Skutkiem tego dowiemy się nie tylko o seksie, ale i o życiu społecznym mrówek czy pszczół. Autorka rozpatruje poruszane przez siebie zagadnienia z szerokiej perspektywy. Zna aktualne piśmiennictwo, nieobce są jej i nowoczesne metody jak proteomika, czy genomika, biegle porusza się w perspektywie ewolucyjnej.

Odrębnego omówienia wymaga to, co książka wniosła dla mnie w dziedzinie seksualności, czyli pierwotnego obiektu mojego zainteresowania. Fascynujące dla mnie były wszelkie fragmenty dotyczące zachowań homoseksualnych. Wiedzieliście, że wpisanie do wyszukiwarki "homosexual fruit fly" przyniesie setki tysięcy wyników? A ja nawet nie wiedziałam, że owocówki mogą być homoseksualistkami. Homoseksualne zachowania motyli wzbudziły konsternację niejednego badacza, łącznie z posądzaniem ich o niemoralność(!). Autorka bardzo ciekawie i bez uprzedzeń omawia potencjalne role, jakie mogą pełnić zachowania homoseksualne u owadów. Zresztą, powiązania entomologii z seksuologią wydają mi się niezwykłe, szczególnie kiedy weźmiemy pod uwagę, że sławny Kinsey z zapałem badał galasówki i miał na tym polu znaczne osiągnięcia. W książce zabrakło mi jedynie zdjęć. Chętnie obejrzałabym mikroskopowe obrazy owadzich genitaliów, zwłaszcza po opowieściach o tych wszystkich czerpakach do wygarniania nasienia poprzedniego samca i zawiłych drogach nasienia w ciele samicy. Nie bylibyście tego ciekawi?

Serdecznie polecam tą książkę.

środa, 01 sierpnia 2012
Bardzo dużo się dziś nauczyłam

Uczymy się bezustannie, nawet wtedy kiedy nie chcemy. Codziennie dociera do nas wiele informacji, a czasem nawet przetwarzamy je na tyle długo, że zostają w pamięci. Żeby informacja zapisała się w pamięci długotrwałej konieczne są powtórzenia - jej wielokrotne przejście przez kręgi Papeza w mózgu. Potem idziemy spać i mózg porządkuje informacje. Jedne synapsy ukraca, inne wzmacnia. Ogromnie dużo z tym zabawy. Korzystając z czasu, że grzeję wodę, a mam tylko dwa czajniki elektryczne, więc to trwa, postanowiłam, że napiszę tą notkę. Jak ostatnio wspominałam, i tak dużo piszę ;)

Starałam się dziś poświęcić trochę uwagi temu co robię, bo wiele czasu przecieka mi przez palce, albo zakorzeniam się zbytnio w przyszłości. Skutkiem tego snuję plany, mnóstwo planów, potem je przeformułowuję, a potem... zapominam, bo są kolejne plany... I tak ad nauseam. W ścianach mojego domu mieszkają złe duchy, więc wyszłam na dwór. W drodze do parku czytałam sobie Mądre Czasopismo. I już wówczas dowiedziałam się, że "erytropoetyna łagodzi przebieg schizofrenii". Nie rozgryzłam jeszcze w jakim mechanizmie. Ciekawe czy psychiatrzy o tym wiedzą? Prawie też wytępiono już risztę ludzką, co zawsze cieszy. Najprzyjemniej było mi dowiedzieć się, że ryzyko śmierci sercowej jest znacznie większe podczas zdrady niż podczas kontaktów seksualnych w stałym związku. Naciągam trochę, wiedziałam to już wcześniej, ale zawsze miło przeczytać jeszcze raz, z innego źródła.

Na wizytę w parku miałam plan. Zabrałam resztki niezjedzonego bochenka chleba, bo ciężko samemu wciągnąć cały bochenek w kilka dni. Postanowiłam pokarmić kaczki rzucając im chlebek z mostu. Plan idealny, ptaszory nawet się skusiły mimo dużej ilości odwiedzających i ładnej pogody. Najmniej zeżarły te, które były pochłonięte walką o ograniczanie dostęp do chlebka pozostałym kaczkom, co stanowi cenną obserwację, którą łatwo przenieść na świat ludzi, co serdecznie polecam. Dodatkową atrakcją było to, ze na pobliskiej wierzbie siedziało stado gołębi (wcześniej nie wiedziałam, że one tak tłumnie ciągną do wierzby). A gołębie cwane są i łatwo nie odpuszczają. Zleciały się do mnie i nachalnie prosiły o chleb. Aż się ludzie oglądali. Jak im powiedziałam, że mam tylko dla kaczek, to mnie zaczęły dziobać w palce u stóp. Nie żartuję! Byłam w laczkach i musiałam się umiejętnie oganiać. Umiejętnie, czyli tak, żeby mi laczki z mostu nie spadły. Co odważniejsze gołębie wlazły na poręcz mostka i nawet się nie płoszyły, kiedy brałam zamach i rzucałam chleb do wody. Jeden dał mi się nawet pogłaskać i jadł z ręki. W zasadzie to wyrywał mi z ręki, ale mniejsza o terminologię. Było to dla mnie w gruncie rzeczy miłe (gołębie mają masę pasożytów, ale nie warto o tym myśleć w takiej chwili), bo przypomniało mi dzieciństwo, kiedy to namiętnie łapałam gołębie. Nie wiem czy one wtedy były głupsze, czy też ja miałam przewagę bo byłam niższa i zwinniejsza.

Gołębie wyglądały tak, jak poniżej. Na dalszym planie widać i kaczki. Widzicie jak o Was pomyślałam?:

Przy okazji dzisiejszej wizyty na poczcie wypatrzyłam ciekawy plakat, na którym umięśniony pan od złudzenia przypominał Flasha, tylko kolorem się różnił. Nawet się zastanawiałam, czy takie wzorowanie się na amerykańskich herosach jest dozwolone. Jednak ostatecznie bardziej skupiłam się na tym, że pan mi się po prostu podoba. Jeszcze bardziej podobało mi się, że kolejka do okienka jest krótka. Nie zraziło mnie nawet to, że pani zachowywała się tak, jakby bardzo ale to bardzo nie chciała mnie obsłużyć. Może liczyła, że "nie zdążę" skoro i tak zaraz mieli zamykać?

A polski Flash wygląda tak:

A po powrocie nieopatrznie włączyłam radio. To znaczy to jest w ogóle bardzo dobre medium. Nawet dziś słuchałam zapobiegliwie ściągniętej z sieci audycji w mp3 (nauczyłam się co nie miara, ale to byłby temat na zupełnie inny wpis). Zresztą próbowałam się nią podzielić przesyłając mailowo zaprzyjaźnionej pani, ale okazało się, że ona ma przepełnioną skrzynkę mailową. Heh, nikt nie chce mojego dobra. Tym razem jednak po włączeniu radia nie usłyszałam nic mądrego, a raczej taki "dyskretnie" sprzedany mediom sekrecik. Jakaś pani zdradziła jak to zdobyła jakiegoś tam pana (pewnie bardzo popularnego, ale jego nazwiska nie dałam rady się nauczyć, widać "erytropoetyna" wchodzi mi lepiej). Sposób nazywa się "na żelki". Pani po prostu rozłożyła te żelki na swoim ciele i zapytała pana, czy ma ochotę się poczęstować. Za moich czasów... Wydawałoby mi się, że takie rzeczy są intymne bardzo, ale widać nie dla naszych polskich gwiazd. Komentarz pana prowadzącego też był niezwykły, bo pan powiedział, że teraz już wszyscy wiemy jak uwieść tego pana na żelki i że to jest bardzo proste - wystarczy się pozbyć tej pani (pauza na śmiech).

A czego Was nauczył miniony dzień?