RSS
niedziela, 25 sierpnia 2013
Poszukuję rady kobiet

No dobra, rada sfeminizowanego geja też może być w cenie. Ale głównie szukam kobiet z wyczuciem stylu. Zwłaszcza, że na porady stylistki mnie nie stać, a nie obracałam się w towarzystwie psiapsiółeczek uwielbiających przeglądać magazyny modowe i przyglądać się witrynom z konfekcją. Teraz cierpię.

Chcę dokonać radykalnej zmiany. Chcę mieć wybór. Nie chcę się zamykać w androgynicznych i uniseksualnych strojach. Potrzebuję zmiany stylu na bardziej kobiecy, a wprost nie potrafię się za to zabrać. Jest to w moim odczuciu zadanie heraklesowe, porównywalne ze zdobyciem pasa Hipolity (wszelkie psychodynamiczne skojarzenia mile widziane). Przerasta mnie to. Samo patrzenie na wiszące na manekinach ubrania mnie męczy.

Potrzebuję kogoś, kto doradzi mi w kwestii makijażu, z którym nie miałam dotychczas żadnych doświadczeń i wybierze się ze mną na zakupy doradzając mi, w co powinnam się ubrać. Jestem osobą szczupłą i wysoką. Gustuję w naturalnych tkaninach, odpadają poliestry. Za len i bawełnę jestem w stanie zapłacić więcej. Mam dużą wiedzę o sobie i jestem w stanie natychmiast określić, w czym mi dobrze, a w czym czuję się źle. Chcę się ubrać elegancko lub półformalnie w ubrania ponadczasowe. Nie interesuje mnie ślepe podążanie za najnowszymi trendami, ani zostanie ofiarą mody. Chcę się ładnie ubrać, a nie przebrać za kogoś kim nie jestem.

Czuję się kobietą, ale interesują mnie ubrania z męskim sznytem, np. złamanym jakimś delikatnym haftem. Chcę flirtować z modą i jej ujmowaniem kobiecości i męskości, jednak bez uciekania się do dziwaczności czy ekstrawagancji. Skłonna jestem udać się do krawca, o ile tylko przekona mnie, że umie szyć damskie ubrania. Jeśli krawiec, to koniecznie mężczyzna. Z kobietą będzie mi się w tej kwestii gorzej współpracowało.

Chcę potraktować na luzie wspólne zakupy ze stylistką lub po prostu osobą z dobrym wyczuciem mody. Tak jak traktuje się pierwszą, niezobowiązującą randkę. Zwłaszcza, że po dobraniu sobie stylizacji, w której czuję się dobrze i która oddaje to, co mi we wnętrzu gra, zamierzam się na udane randki udawać:) Rzecz jasna już nie ze stylistką ;)

Nie znam się na rozmiarach i absolutnie nie mam głowy do własnych wymiarów. Przed chwilą dostałam w prezencie centymetr krawiecki, za którego pomocą zamierzać poradzić sobie z tym problemem. Nie dla mnie jednak zmaganie się z rozmiarówką, czy kupowanie przez Internet. Przynajmniej nie na tym etapie. Ja ubranie muszę zmierzyć. Z pewnością będę w stanie wówczas określić, czy dobrze się w nim czuję czy nie i czy posiadam pasujące do niego rzeczy.

Wbrew pozorom mam już własną filozofię ubierania się, choć deklaruję chęć (mniej lub bardziej kosmetycznej) zmiany stylu. Noszenie rzeczy bardzo drogich uważam za niemoralne, choćby nawet było mnie na to stać. Noszenie rzeczy bardzo trendy/ "z efektem wow"/ "super modnych",/"Bardzoważna Osoba też to ma" nie leży w mojej naturze i na pewno się na to nie zdecyduję.

Robienie ze mną wspólnych zakupów i uczestniczenie w mojej metamorfozie może być ciekawą i skłaniającą do refleksji przygodą, toteż szukam osoby godnej uczestniczenia w tym doniosłym wydarzeniu. W sklepie z odzieżą nie czuję się pewnie i szukam kogoś, kto by przelał na mnie swoje obycie w takich miejscach.

niedziela, 18 sierpnia 2013
Umiejscowienie kontroli

W niedzielę na pewno chętnie dowiecie się czegoś nowego. Niedziela jest wręcz idealna na edukację. Na tą niedzielę zaplanowałam sobie rzeczy do napisania tyle, że ho, ho. Może dlatego siedzę tutaj i piszę do Was. Okazało się bowiem, że czytają mnie aż trzy osoby, a nie jedna jak przypuszczałam dotychczas. Od razu milej mi się zrobiło na duszy. Przecież piszę po to, żeby po sobie coś zostawić, żeby inspirować, żeby wzbudzić odzew, dyskusję i poklask. Po cóż by innego prowadzić blog, prawda?

Wczoraj miałam zły dzień. To znaczy miał być dobry, robiłam wszystko żeby było dobry, ale mi nie wyszło. Nawet z domu wyszłam i to nie byle gdzie, a na takie małe targi książki. Niestety nie rozerwało mnie to, nawet książki żadnej nie kupiłam. Może to dlatego, że nie było żadnych przyzwoitych książek o seksie? Po chwili zastanowienia dochodzę do wniosku, że "przyzwoita książka o seksie" to co najmniej zabawne zestawienie słów. Niemniej jednak własną pełną i jędrną piersią jestem skłonna bronić poglądu, że i takowe pozycje czytelnicze istnieją.

I w to samo wczoraj właśnie siadałam tutaj żeby napisać notkę w stylu "jak mi źle" i że nic mi w życiu nie wyszło. Pewnikiem miała ona być oparta na tak zwanych wspomnieniach zgodnych z nastrojem. To znaczy, skoro w danej chwili nastrój mam parszywy, to i przypominają mi się same parszywe rzeczy. Nic to, że przy wsiadaniu do autobusu dwóch panów w sportowych strojach uprzedziło mnie, że w środku są kanary. Co prawda bilet miałam, ale i tak miło, że mnie uprzedzili. Nieczęsto się to zdarza.

Dobrze, że skasowałam wczorajszy wpis. Dowiedzielibyście się z niego tylko tego, że nie mam tych akurat rzeczy, które są dla mnie najważniejsze w życiu i których brak odczuwam najdotkliwiej. Że w pracy nikt mnie nie lubi i że nie mam perspektyw na przyszłość, a w życiu prywatnym nikt mnie nie wspiera. Prawdopodobnie wczoraj nawet centra interwencji kryzysowej by się na mnie wypięły. Dziś jest inaczej.

Dziś wiem, że nie ma idealnych miejsc pracy, ani współpracowników i że nad relacjami w życiu prywatnym można pracować. Jestem też w tej szczęśliwej sytuacji, że różnorodnych planów na przyszłość mi nie brakuje, a w dodatku mam ogromne zasoby intelektualne. Co się zatem stało, że te poglądy tak bardzo potrafią się wahnąć i dlaczego tak wiele czasu zajmuje mi pozbieranie się do kupy?

Prawdopodobnych wyjaśnień może być wiele, wśród nich wspomniane wyżej wspomnienia zgodne z nastrojem, teraz jednak chciałabym się skupić na starej, bo pochodzącej z 1954 roku koncepcji poczucia umiejscowienia kontroli. Opracował ją Julian Rotter, a kilkanaście lat później stworzył nawet kwestionariusz jego pomiaru przetłumaczony na wiele języków. Jest to koncepcja z zakresu psychologii społecznej, która dotyczy postrzegania przyczynowości danego wydarzenia przez poszczególne osoby.

Ludzie wewnątrzsterowni będą przypisywać przyczynę czynnikom wewnętrznym, takim jak inteligencja, własny wysiłek, zdolności, umiejętności. Zewnątrzsterowni wręcz przeciwnie, wiążą przyczyny z pechem, łutem szczęścia, intencjami innych ludzi. Rotter postrzegał te dwie postawy jako krańce kontinuum zakładającego liczne kombinacje stanów pośrednich między nimi. Sama mieszczę się gdzieś bliżej bieguna zewnątrzsterowności. Nie ułatwia mi to życia.

Lepiej o sobie myślę, tylko dlatego, że od jakiegoś czasu udało mi się zdobyć wymarzoną pracę. Drżę o to, czy ją utrzymam. Nie chodzi o zarobki, a o samo doświadczenie utraty czegoś, co poprawia mi samopoczucie. Całe szczęście, że pracodawca nie wie, że to samo byłabym w stanie robić za darmo. Czuję przymus nieustannego dokształcania się. Sprawia mi to autentyczną przyjemność, ale także chodzi o to, że jeśli nie będę się kształcić to stracę szacunek do siebie z powodu braku wysiłków w kierunku samoaktualizacji. Po wielu działaniach, które podejmuję, czuję dyskomfort związany z obawą o to, czy ktoś mnie nie skrytykuje. A jakie to ma niby znaczenie? Czy naprawdę powinnam być narcystyczna w taki sposób i uzależniać swoje postępowanie od tego, co powiedzą inni. Z racjonalnego punktu widzenia nie ma to żadnego sensu i niepotrzebnie mnie ogranicza.

Poszukiwałam informacji na temat możliwości zmiany poczucia umiejscowienia kontroli. Moim pierwszym, i to zaskakującym, odkryciem było, że zdecydowanie nie tylko mnie to interesowało. Istnieją więc na świecie podobni nieszczęśnicy. Zrobiło mi się raźniej. Pytanie samo w sobie też nie jest głupie, ponieważ zewnątrzsterowność rozwija się u osób z biednych rodzin, dodatnio koreluje z wyższym poziomem stresu i ma związek z chorobami zarówno somatycznymi jak i psychicznymi.

Naukowych doniesień na temat procesu spontanicznej lub planowej zmiany poczucia umiejscowienia kontroli jest zdumiewająco niewiele. Badacze skupili się raczej na walidacji narzędzi do jej mierzenia i korelowaniu ich wyników z innymi czynnikami. Niewątpliwie potrzebne, ale skoro tyle wiemy o korelatach, to czemu by przez te dziesięciolecia nie sprawdzić na ile są one modyfikowalne? Być może niedokładnie szukałam, ale nie znalazłam wielu doniesień na temat oddziaływań nacelowanych na zmianę umiejscowienia kontroli.

Z mojej wiedzy wynika jednak, że oddziaływania takie wpisywałyby się w nurt  poznawczo-behawioralny. Odnalazłam również pewne doniesienia na temat zmiany poczucia umiejscowienia kontroli w wyniku terapii uzależnienia od alkoholu. Proste zabiegi poznawcze polegające na szukaniu alternatywnych wyjaśnień danego przebiegu zdarzeń, wynajdowaniu sposobów własnego wpływu na wydarzenia, czy monitorowanie pod tym kątem własnego dialogu wewnętrznego przynajmniej teoretycznie powinno okazać się skuteczne. Nie różni się to wiele od oddziaływań terapeutycznych z tego nurtu implementowanych np. w leczeniu depresji. Brakuje mi tylko odpowiedniego protokołu i badań longitudinalnych nad jego skutecznością. Kto wie, może nawet wdrożę sobie taką autoterapię?

PS Polećcie mi jakiś dobry film, bo ostatnio podciągam się kulturalnie. W przyszłym tygodniu znów idę do teatru.

sobota, 17 sierpnia 2013
Kiedyś było lepiej

Kiedy jestem wypoczęta własna pamięć mnie zaskakuje. Przypominam sobie rzeczy, których nie powinnam była pamiętać i do których od lat nie wracałam. Mam skojarzenia, które mnie zaskakują. W takich chwilach przychodzi nawet inspiracja do robienia wielkich rzeczy. Gdyby tylko psychopaci, a konkretnie jeden psychopata, z mojej pracy nie wysysali ze mnie życia, to nawet bym te wielkie plany realizowała.

Pamiętam smak parówek z dzieciństwa. Smakowały lepiej niż te współczesne, choć pewnie zawierały więcej papieru toaletowego i bawolich oczu niż dzisiaj. W sumie to może jednak były nawet zdrowsze, bo współczesne parówy mają pewnie większą komponentę chemii i czasem połowicznego rozpadu znacznie dłuższym niż będą to w stanie przetrwać moje ziemskie szczątki. Pamiętam też jogurcik owocowy - ten sam który pojawia się w 52. minucie filmu "Kingsajz". Żaden jogurcik później nie smakował mi tak bardzo. Nie pamiętam też, żeby ten jogurcik kiedykolwiek mi spleśniał.

W dzieciństwie miałam rower, a rodzice małego fiata. Obecnie stać mnie tylko na bilet miesięczny, natomiast już nie ma rower czy tym bardziej utrzymanie auta. Nie ma co, poprawiło mi się na lepsze. A może po prostu jestem znacznie mniej zaradna niż moi rodzice? W dzieciństwie wydawało mi się, że oceny w szkole coś znaczą, dziś wiem, że największą karierę robią największe szuje.

Co się nie zmieniło? Niestety ja się nie zmieniłam. Nadal tak samo cenię sobie relacje społeczne, nadal brakuje mi asertywności i w związku z tym daję sobie wchodzić na głowę. Nadal za bardzo się przejmuję i przeżywam każdą kłótnię, nawet jeśli była z kimś, kto jest mało wart. Nadal wiele moich rozważań krąży wokół kwestii związanych z zaufaniem i zdradą. Nadal jestem zbyt ufna. Naiwnie wierzę, że jeśli ktoś się do mnie uśmiecha, to mnie lubi. Naiwnie wierzę, że nie obmówi mnie, kiedy tylko odwrócę się do niego plecami i nie napisze na mnie donosu. Jedynie na poziomie intelektualnym dopuszczam do siebie świadomość, że psychopaci istnieją na świecie, a nawet wtedy mój intelekt broni się przed taką możliwością natychmiast dochodząc do wniosku, że wszyscy oni (wygodnie dla mnie) żyją akurat na innej półkuli.

I dlatego życzę wszystkim, żeby swoje lepiej mieli już dziś/ jutro, a nie "kiedyś". Bo kiedy realizujesz się, to nie zazdrościsz innym, że im się coś udało w życiu. Kiedy możliwa jest samorealizacja, wychodzi z ludzi to, co w nich siedziało. A często siedzą bardzo brzydkie rzeczy.

00:37, wildfemale
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Chciejstwo

Przymierzałam dzisiaj ładną bluzę męską. Spełniała prawie wszystkie wymogi. Tylko kaptura nie miała. Przeceny nadal trwają to ja sobie chodzę i mierzę. Bluza za 50 złotych to jest okazja. Prawie, prawie kupiłam. Co mnie powstrzymało? Ano to, że mam wystarczającą ilość bluz dresowych. Naprawdę. Ze trzy już kupiłam w tym roku, bo potrzebowałam.

Jeszcze około rok temu nie lubiłam kupować ubrań. Wynikało to pewnie po części z obrazu siebie jaki miałam wówczas, a po części z tego, że nie czułam się w tej materii pewnie. Minął rok i we mnie się zmieniło. Utworzyły się nowe asocjacje. Przede wszystkim dlatego, że większe zaopatrzenie w ciuchy kojarzy mi się z wypadami, odpoczynkiem, wizytami w outletach, do których podczas takich wypadów często mam bardziej po drodze niż w rodzinnym mieście. Ani się połapałam, a kupowanie odzieży zaczęło mi się kojarzyć z poprawą samopoczucia. Niebezpieczne skojarzenie.

Może to pozytywny przełom? Przecież nie tak dawno temu robiłam listę przeterminowanych produktów z własnej lodówki. Może już nie ściubię tak, jak przez dotychczasową część życia? Chociaż dziś właśnie wyrzuciłam pół słoiczka przepysznego pasztetu pomidorowego. Tak cieniutko nim smarowałam, oszczędzałam, aż użytek z niego zrobiła sobie cudownie puchata biała pleśń. Smacznego Pani Pleśń! Teraz tylko stoi przede mną nie byle jakie zadanie znalezienia złotej proporcji pomiędzy głupim oszczędzaniem, a niemądrym chciejstwem.

Co się ze mną stało? Czyżby dopadły mnie "nasze czasy" ponad którymi zawsze stałam, albo przynajmniej tak mi się wydawało? W ramach chciejstwa kupiłam sobie dziś przez internet bilet do teatru. Poprzednie czekanie na wejściówkę okazało się zbyt bolesne i postanowiłam zainwestować zawczasu. Znając moje szczęście pewnie spóźnię się na spektakl;) Nawiasem mówiąc cieszę się, że "obłożenie" sali na przedstawieniach teatralnych jest znacznie większe niż sal kinowych. No i w teatrze jeszcze nikt mi nie śmierdział.

Także w ramach chciejstwa przeglądam oferty 13-calowych ultrabooków z matową matrycą i długim czasem pracy po naładowaniu. Pewnie za jakiś czas będę Was zadręczać pytaniami lub prośbą o polecenie czegoś w możliwie niskiej cenie. Jutro odwiedzam dobrze wyposażony sklep, może ta wizyta mi coś rozjaśni. Póki co przeraża mnie perspektywa przymusowego korzystania z preinstalowanego Windowsa 8, którego akurat moje chciejstwo nie obejmuje.

Cierpicie na chciejstwo w jakiejś sferze?

Tagi: refleksje
00:01, wildfemale
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 sierpnia 2013
Żelazna logika

Tak się jakoś wahałam czy o tym pisać, czy może by lepiej nie napisać o uniesieniach artystycznych, bo w czwartek byłam w teatrze. Nawiasem mówiąc trudno mi się było skupić na sztuce ze względu na targające mną negatywne emocje. W takich momentach naprawdę robi mi się siebie żal.

Retorycznie zapytam czemu ludzie są tacy nielogiczni. Zauważacie w ogóle, że ludzie są nielogiczni? Do mojego małego, zimnego serca z kamienia, skrada się oślizgły ślimak niepewności, że i ja bywam nielogiczna, a na dodatek tego nie dostrzegam. Żeby zredukować sobie dyskomfort skupię się na innych.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że w otoczeniu wiele osób martwi się o zdrowie pewnego pana. Konkretnie o to, że mu serce stanie po tym, gdy ktoś go bardzo zdenerwował. Denerwowanie pana uznano za posunięcie wysoce nie w porządku. Sęk w tym, że pan ma angiopatię spowodowaną ciężkim paleniem, pali w miejscu pracy i nie patrzy komu dmucha w nos. Czemu nikt nie zauważył, że gość sam sobie szkodzi, za to wszyscy się nad nim litują? A co jeszcze ważniejsze, czemu nikt tak się nigdy nie lituje nade mną? Może dlatego, że nie palę.

W teatrze było fajnie. Nie przeszkadzało mi nawet, że pani nie chciała mi sprzedać wejściówki, czyli takiego "biletu", który można dostać po tym, kiedy wszystkie regularne bilety zostały już wykupione. Niestety, ja po prostu zbyt późno wpadłam na to, że chce mi się do tego teatru iść. Pokornie zatem pogodziłam się z perspektywą wejściówki. Odstałam w kolejce swoje, po takie rzeczy trzeba się bowiem zgłaszać wcześniej ze względu na oczywiste ograniczenie ilości wejściówek. Po mnie przylazła jakaś para. On zapytał w kasie o to, czy są jakieś bilety, usłyszał że nie i się wziął i wycofał czekać dalej. I z tym właśnie epizodem związany jest fakt, że pani w kasie utrudniała mi zakup wejściówki. Pani bowiem twierdziła, że "tamten pan był pierwszy". Znajomy jakiś czy co?! Przez pół godziny stałam na wprost niej i udaje, że mnie nie widziała?! Ponieważ byłam już podminowana, opierniczyłam ją z góry do dołu jak na człowieka zainteresowanego kulturą wyższą przystało. Bilet zakupiłam i podreptałam się wyżej wzmiankowaną kulturą wyższą raczyć. Bardzo byłam ukontentowana. Tak bardzo, że aż po spektaklu poszłam sobie zeżreć duża pizzę. Tak mnie to umęczyło, że nie byłam w stanie do Was napisać na bieżąco.

Nawiasem mówiąc miałam wrażenie, że na widowni siedzi ze mną Rafał Mohr, ale nadal mam swoje wątpliwości. Taka persona pewnie nie przyszłaby do teatru ze świecącą cerą i w krótkich gaciach. Nie, to pewnie jednak nie był on.

Uczestniczenie w życiu kulturalnym tak bardzo mi się spodobało, że dziś podreptałam do kina. Niestety, nie mam szczęścia do wyjść kulturalnych. Pracownicy kina są wyjątkowo niekompetentni. A może po prostu tak mało im płacą, że nie chce im się starać? Pani w sąsiedniej kasie po prostu sobie siedziała, okazało się, że ma otwarte, ale nie raczyła do siebie zawołać. Jakież było moje zdziwienie, gdy ludzie, którzy przyszli po mnie zostali przez nią obsłużeni! Wcześniej utrzymywała ze mną kontakt wzrokowy i... nic. Rzeczeni ludzie także nie wpadli na to, żeby mi zaproponować żebym sobie kupiła bilet przed nimi. Jednak nie to było szczytem polaczkowatości. Jeszcze nie wiedziałam jaka to niespodzianka została dla mnie przygotowana. Na salę wlazłam bez problemów, zajęłam miejsce, film się zaczął, wiedziałam, że miejsca obok są wolne. Po jakichś 20 minutach filmu (tak, filmu, nie reklam) jakaś parka zaczęła się toczyć w kierunku mojego rzędu. Zahaczyli o moje nogi, chociaż się cofnęłam, zaczęli przenosić moje rzeczy (wtf?!). Nie trwało długo, zanim po tym kiedy już się rozsiedli (a także kilka razy zamienili się miejscami) poczułam potworny SMRÓD. Pan Smród miał własną osobowość i z pewnością powinien był zapłacić za osobny bilet, a nawet kilka biletów, bo zna pewno zajmował więcej niż jedno miejsce. Pan Smród miał bogaty bukiet, solidną bazę alkoholu, zapoconego brudu i nutkę dekaden starych skarpet. Pan Smród oglądał film do końca, mimo że jego właściciel spokojnie sobie zasnął. Nic dziwnego, gorzała działa nasennie.

I tutaj, do cholery, mam dwa ważne, ale to naprawdę ważne pytania. Primo, kto do diaska sprzedaje bilety takim żulom?! Secundo, co się robi w takich sytuacjach? Bo ja przyznaję, że zgłupiałam. Na przesiadanie się nie miałam pola manewru, a tak zacna kinowa ekipa  o wysokich kwalifikacjach z pewnością nic by nie zrobiła z powodu impotencji umysłowej, którą u nich wykazałam wcześniej.

A film? Tak, dobry był. Aż mi oczy załzawiły.