RSS
niedziela, 17 sierpnia 2014
Wyszłam do pracy bez parasola

Kilka dni temu wyszłam do pracy bez parasola. A lało niemiłosiernie. Mimo wszystko było to jedno z najlepszych i najradośniejszych wydarzeń w moim życiu. Założyłam kurtkę przeciwdeszczową, która chroniła mnie dość dobrze. Dość dobrze to znaczy, że miałam mokre tylko rękawy od marynarki, ale już plecy czy front miałam suche. Niestety kurtka sięgała tylko do pasa, w związku z tym już po kilku minutach spodnie miałam dokumentnie mokre. Wilgotność 100%, naprawdę lało. Po dłuższej chwili miałam mokre także buty. To były bardzo dobre, wodoodporne buty. Niestety ich producent nie przewidział, że może się zdarzyć wlew deszczówki od góry, po nogawkach spodni. Tego buty nie wytrzymały i mogłam tylko bezradnie chlupać w nich skarpetkami. Również wilgotnymi w 100%. A mama mówiła, bym zabrała parasol. Ale przecież ja jestem dorosła, odpowiedzialna, wiem co robię i w ogóle nikt nie będzie mi wydawał dyspozycji. Buty suszą się do dziś...

Dlaczego zatem zjawianie się w pracy a la miss mokrych spodni jest takie dobre? Miss mokrych spodni zrobiła w pokoju wielką kałużę przebierając się, oraz wzbudziła powszechną (złośliwą) wesołość współpracowników. Miss doznała potem zaszczytu ścierania swojej osobistej kałuży mopem, bo przecież czegoś takiego nie zostawi. Inna frakcja współpracowników śmiała się z miss trzymającej mopa. Co w tym fajnego? Już przechodzę do konkluzji.

Znalazł się w pracy ktoś, kto mi pożyczył suche spodnie. Miałam buty na zmianę, więc chodziłam z suchymi stopami. Spodnie suszyłam w swoim pokoju, ale wszyscy zachowywali się cudownie i znosili ich widok z godnością. Może było na co popatrzeć, bo ostatnio dużo ćwiczę i moje ciało zaczyna przypominać znane fitnesski. Spodnie były obcisłe i w odpowiednio małym rozmiarze. Potem wyszłam z pracy w przebranych butach, ale źle mi się w nich chodziło po ulicy. Nabyłam zatem po drodze klapki. W kończących się promocjach w sieciówkach został akurat mój rozmiar, nie mniej, nie więcej. Nabyłam zatem japonki za 25 zł i upajałam się własną zaradnością.

W owej zaradności i elastyczności tkwią pewnie źródła mojego paradoksalnego zadowolenia z niefortunnej sytuacji. Całe życie byłam przygotowana na wszystko. Do szkoły nosiłam nieprawdopodobnie ciężki plecak, bo nigdy nie wiedziałam co się może przydać. Na wyjazdy targałam nadbagaż bo nigdy nie wiadomo jaka będzie pogoda, albo czy nie trzeba zabrać apteczki. W liceum dzwoniłam co weekend do koleżanek upewniając się, czy aby dobrze pamiętam co zadano. Często koleżanki były wdzięczne, że im przypomniałam o tym, że w ogóle jakaś praca domowa była. A teraz wyszłam bez asekuracji, na żywioł - dosłownie i w przenośni. I dopiero dzięki temu doświadczyłam jak wiele można od ludzi dostać. Poczynając od dóbr materialnych jak spodnie, kończąc na tych bardziej nieuchwytnych, jak wyrozumiałość ludzi obserwujących moje suszące się spodnie. Koleżanka pomogła mi też te spodnie rozwiesić tak, aby szybciej schły. Zrobiła to w taki sposób, na jaki ja bym w życiu nie wpadła. A jako wisienka na torcie sama sobie zrobiłam prezent z własnej elastyczności i wpadłam na to, żeby sobie kupić klapki i nie męczyć się w zamiennym obuwiu, które raniło mi bose stopy. Raz na zawsze jestem wolna od wiecznej asekuracji.

Czyż może być coś piękniejszego niż rzucenie się w ulewę bez parasola?