RSS
poniedziałek, 17 sierpnia 2015
Rachunek sumienia

Dzień wczorajszy można by było zaliczyć do udanych. Gdyby nie gryzące wyrzuty sumienia. Czuję się jak kilka lat temu, kiedy kilka dni chodziłam do sklepu z zamiarem kupienia smartfona za prawie 2 tysiące złotych. Nawiasem mówiąc na swoje usprawiedliwienie dodam, że używam tego telefonu do dziś i jestem w miarę zadowolona. Gdybym postąpiła zgodnie z odwiecznymi radami mojego ojca i poczekała ("za rok będą tańsze", "po co ci aparat fotograficzny skoro będą kamery?", "w przyszłym roku będą laptopy z dwoma rdzeniami więc poczekaj"), teraz miałabym ten sam sprzęt za około 650 zł. Inna sprawa, że teraz pewnie bym go już nie chciała.

Skąd moje ówczesne rozterki? Bo bieda, bo oszczędności, ale przede wszystkim "bo to dla mnie za drogie". Jakbym nie zasługiwała na coś w tej cenie. Oczywiście, pamiętam, że drogi nie zawsze znaczy dobry, ale skoro już szukałam telefonu, a smartfon ułatwiał i ułatwia mi pracę, to dlaczego by się nie zdecydować na model, który był wówczas najbardziej funkcjonalny? Niestety, od tego czasu kilka lat temu najwyraźniej niewiele się w mojej głowie zmieniło jeśli chodzi o wydatki na siebie. A szkoda.

Wydałam wczoraj około 330 złotych i... walczę z poczuciem winy. Choć przecież nie jest to obiektywnie wielka suma, nie wydaję tyle codziennie, a ponadto nie była to kompensacja czy próba poprawienia sobie nastroju na siłę. Nastrój miałam i bez tego bardzo dobry. Zadbały o to słońce, przebieżka na 12 km i 18-kilometrowy spacer:) Między tymi aktywnościami fizycznymi wydawałam pieniądze. Potem wróciłam do domu, wzięłam talię paragonów do ręki i jęłam się zastanawiać, czy z czegoś jednak można było zrezygnować.

Rano, bezpośrednio po biegu, poszłam do spożywczego, gdzie kupiłam 5 produktów za niecałe 9 złotych. Same potrzebne rzeczy, w tym woda i coś do zjedzenia po wysiłku. Na razie nie było źle. Potem wstąpiłam do apteki, ku miłemu zaskoczeniu kupowany przeze mnie preparat  kosztował tylko 17,50 zamiast 23. Apteka odbiła sobie chyba tę różnicę na witaminie C, za którą zapłaciłam prawie 7 zł. Tym sposobem rozstałam się z 24,40, ale nie zrezygnuję przecież z realizacji recepty. Następnie odwiedziłam drogerię z zamiarem kupienia emulsji do opalania. Zakup przymusowy po tym, jak wczoraj przypiekłam się na przedramionach, szyi, twarzy i podudziach. Od lat nie używałam kremów z filtrem. Najwyraźniej za dużo siedziałam w murach. przed wizytą w drogerii sprawdzam w internecie ceny. To stąd wiem, że emulsję najlepiej kupować w drogerii A, zaś balsam do ciała w drogerii B, bo akurat mają dobrą promocję. Przy okazji wizyty w pierwszej drogerii znajduję też na półkach żel do mycia twarzy, którego regularnie używam w promocyjnej cenie (około 5 zł zniżki). Tym sposobem zostawiłam w sklepie 22,48, a nie minęło nawet południe. W mojej głowie rodzi się pomysł napisania tej notki. Zbieram paragony do kieszeni i zastanawiam się, czy nie stałam się nadmierną ekshibicjonistką, skoro opisuję własne paragony w sieci.

Podczas spaceru napotkałam często mijany sklep z markowymi ubraniami. Zawsze dochodziłam do wniosku, że nie jestem grupą docelową dla tego sklepu, poza tym wciąż mam za złe, że rzeczony sklep "zabrał" mi sklepy innych marek, które wcześniej się tam mieściły, a potem zniknęły bez uprzedzenia. Tym razem jednak kusi mnie afisz o przecenach do -70% i wchodzę. Być może tam zaliczyłam pierwszą wpadkę. Choć planuję wyprawę do warszawskiego outletu za miesiąc, zaczęłam się interesować stanowiskiem ze skarpetkami. Ostatnio zawsze kupuję skarpety w Warszawie ;) Mną zainteresowała się sprzedawczyni, zresztą mam wrażenie, że wynikało to z faktu, że podejrzewała mnie iż chcę coś ukraść. Mimo mitycznych przecen, ceny w snobistycznym miejscu są nada wysokie, klientela nieliczna i raczej obcojęzyczna. Ostatecznie kupiłam 3 pary skarpet Reeboka za 29 zł, a pani nawet dała mi wielką papierową torbę. Para skarpet za 9,67 to raczej tanio, skład skarpet też mi odpowiada, ale zaczynam się zastanawiać, czy na pewno ich potrzebowałam i czy nie da się taniej. Dopadła mnie paranoja oszczędzania, ale dalej będzie tylko gorzej.

Weszłam do dużej galerii handlowej. Planowałam to. Już przed wejściem planuję odwiedzić drugą drogerię, w której akurat mają promocje na balsam i krem, które chcę kupić. Szukałam krótkich spodenek do ćwiczeń. Rozważam też zakup bluzy technicznej z długim rękawem jeśli akurat trafi się atrakcyjna oferta. Przy okazji wstąpiłam do spożywczego, bo tylko tam mają taką wodę mineralną, którą piję i bułki, które chcę zjeść jutro na śniadanie. Wydałam nieco przeszło 10 zł. Być może mogłam zrezygnować z napoju wzbogaconego magnezem i jogurtu z wyjątkowo wysoką zawartością białka. Rachunek byłby o połowę niższy. W porze obiadowej wydałam 12 zł na smaczny posiłek. Miałam kupon zniżkowy. Prawdopodobnie przygotowanie tego w domu kosztowałoby mnie tyle samo. Nie ma rozpaczy. To koniec zakupów spożywczych na ten dzień. No może nie licząc 3 zł na batoniki, bo akurat były w promocji. W drogerii zostawiłam 36,98 za balsam do ciała, którego używam stale i właśnie mi się kończy krem do stóp dobrej firmy, który znalazłam buszując w internecie w poszukiwaniu taniej oferty kupna balsamu. Jeśli wierzyć promocjom, na tych produktach zaoszczędziłam 10 złotych.

Zgodnie z planem udało mi się znaleźć sportowe szorty. Cena 50 żł, skład nie do końca mi odpowiadający, bo szukałam 100% bawełny, a znalazłam mieszankę 1:1 z poliestrem. Pomyślałam, że przynajmniej będą szybciej schły i wzięłam. W trakcie pisania mam je na sobie, podobnie jak nowe skarpety. Cieszę się nowymi zakupami. W sklepie z szortami rezygnuję z zakupu butów, które podobały mi się od kilku lat. Mieli świetną cenowo promocję, mój rozmiar buta, but ładny. Niestety po zmierzeniu okazało się, że męskie obuwie w tym modelu ma za szeroką piętę. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym to długo nosić i nie czuć dyskomfortu. Odkładam białe buty na półkę. I tak nie planowałam ich zakupu. Cieszę się z tego gestu, bo oznacza, że nie straciłam kontroli . Traf jednak chciał, że w galerii handlowej mają również księgarnie, a ja uwielbiam książki. Nieplanowane zakupy obejmują "tanią książkę" o prezenterkach telewizyjnych z czasów PRL za 14,99 i książkę o seksie za 27,93, którą kupiłam bo akurat była z 30% zniżką.

W ostatnim ze sklepów wyszukałam spódnicę za 89,99. Mam już w domu jedną podobną, sprawdza się. Ponadto, odkrywanie własnej kobiecości ma niewypowiedziany urok, więc z wahaniem zdecydowałam się jednak na ten zakup. Przy okazji zmierzyłam krótką spódniczkę o niefortunnym kroju i sukienkę w promocyjnej cenie. Przy okazji zorientowałam się, że tym razem nawet w damskim dziale mój rozmiar to S lub XS (dotychczas tak działo się raczej w działach męskich). Zrezygnowałam ze spódniczki i sukienki bo były jakieś takie za kuse. Z racji posiadania karty programu lojalnościowego pani w kasie poinformowała mnie, że jak u nich kupię za jeszcze 150 zł, to będę miała 50 zł rabatu. Uśmiechnęłam się na tę wieść, zakupy u nich robię raz na kilka miesięcy i tak pozostanie.

Po powrocie do domu byłam szczęśliwa, zmęczona, ale nie udało mi się pozbyć wyrzutów sumienia. W żadnym ze sklepów nie wydałam więcej niż 100 zł, a wszystkich z zakupionych rzeczy będę używać. Dlaczego zatem się martwię? W mojej głowie rodzi się pytanie o to, czy aby podczas tych zakupów

Czy wygenerowano u mnie potrzebę, której wcześniej nie miałam? Nie planowałam zakupu książek, ale po sprawdzeniu w katalogach bibliotek, do których należę okazuje się, że nie ma ich również w ich zbiorach. Jeśli chcę zatem te książki przeczytać, to musiałam je kupić. Poszukiwania w sieci wykazały, że nie dało się tego zrobić taniej. Nie planowałam też zakupu spódnicy, ale zakup ten miał dla mnie wartość terapeutyczną. Tak rzadko zaopatruję się w dziale damskim. Pewne wątpliwości budzi też u mnie zakup kremu do stóp, zwłaszcza że inne firmy oferują podobny produkt o kilka złotych taniej, ale przekonały mnie pozytywne recenzje w sieci i pewne różnice w składzie kremów, które porównałam stojąc przy półce w drogerii.

Czy nie byłoby mi łatwiej, gdybym podczas zakupów nie słyszała głosów rodziców, którzy każą oszczędzać, poczekać, zacisnąć pasa? Czy Wy też macie takie "demony" przeszłości?

02:38, wildfemale
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 sierpnia 2015
Globalna wioska - hit czy kit?

Jestem zafascynowana możliwościami Internetu. Zachłysnęłam się nim od kiedy tylko stałam się użytkownikiem, czyli jakieś kilkanaście lat temu. Dostęp do sieci w domu zaczęłam mieć jeszcze później. Moi nadopiekuńczy rodzice nie byli wcale zainteresowani podłączaniem mnie do sieci, a najprawdopodobniej nie widzieli także jej potencjału. W dzieciństwie zdarzało mi się korzystać z Internetu w miejscu pracy ojca, oczywiście pod jego czujnym nadzorem. Siedział mi za plecami i wpatrywał się w monitor. Zapomnijcie o swobodnej eksploracji możliwości tego medium.

Kiedy już zaczęłam korzystać z sieci, natychmiast zainteresowałam się cyberpsychologią. To mój konik do dziś. Globalna wioska daje niespotykane wcześniej możliwości. Fascynuje mnie to, jak sama funkcjonuję w sieci, jak jestem odbierana i jak siebie przedstawiam. Internet jest egalitarny i niezmierzony. Okazuje się jednak również, że jest to idylla tylko na pierwszy rzut oka. Zagłębienie się w gąszcz szczegółów ujawnia, że w sieci czyhają także nieznane wcześniej zagrożenia przed którymi obrona bynajmniej nie jest intuicyjna. Ewolucja ludzi nie przewidziała rozwoju wirtualnej sieci oplatającej cały świat.

Jesteśmy nieprawdopodobnie śledzeni przez nowoczesną technologię. Szczególnie przez urządzenia z dostępem do Internetu. Poprzez taki dostęp nieuczciwa osoba może ukraść nasze dane, wpłynąć na to jak funkcjonuje urządzenie na którym pracujemy, a przede wszystkim dokonać analizy zdobytych pokątnie danych i dowiedzieć się o nas takich rzeczy, jakich nie ujawnilibyśmy wszem i wobec. Nieczęsto widuję ludzi stających na rynku chwalących się jaką pornografię lubią, ujawniających PIN do karty kredytowej, czy choćby mówiących, że kochają Zośkę, a Doda to ladacznica. Zestawienie danych z urządzeń mobilnych, serwisów społecznościowych, list kontaktów, pokazuje sieć powiązań danej osoby. Gdzie bywała, z kim, kogo zna, jak często się kontaktowali, to wszystko można wywnioskować z aktywności w sieci. I informacje takie jak najbardziej są gromadzone i analizowane w ten sposób co ujawniła afera dotycząca NSA rozpętana przez Snowdena.

Inna sprawa, że nie chcemy wierzyć iż najlepszy przyjaciel Internet nas śledzi. Obnażamy się przed nim. Zamieszczamy nieprzemyślane komentarze, przesyłamy spontanicznie zrobione nagie fotki, prowokujemy innych użytkowników sieci... W Internecie eksperymentujemy z własną tożsamością. Nie tylko nastolatki to robią. Ostatnio przeczytałam książkę swingersów, którzy między innymi skarżą się, że na portalach, na których szukają kochanków masa jest ludzi, którzy przestają odbierać telefony, czy po trzech dniach likwidują konto. Po co marnować czas swój i innych jak nie dla eksperymentu z własną seksualnością? W tym przypadku raczej myślowego.

Nie jestem swingersem, ale też szukam kontaktu przez Internet i naprawdę źle mi to idzie. Przez Internet można robić naprawdę fascynujące rzeczy, także zaoferować coś od siebie. Piszę blog, na który codziennie zagląda kilkadziesiąt osób. Nie jest to wiele, ale cieszę się, że w ogóle ktoś mnie czyta. Inaczej nie byłoby sensu się tu udzielać. Internet pozwala mi także być wolontariuszem mimo codziennego zabiegania. Robię tłumaczenia dla TED. Zresztą właśnie dzięki jednemu z wykładów zawartych na tamtej stronie dowiedziałam się o możliwości bycia dawcą głosu do syntezatorów mowy. Takim oto sposobem jestem wolontariuszem dla firmy mieszczącej się w Stanach Zjednoczonych;) Wolałabym robić coś na rzecz firmy mieszczącej się w moim mieście.

Intensywnie ćwiczę, korzystam z darmowej aplikacji, która ułatwia liczenie kalorii i monitorowanie treningów. Pomyślałam, że bardziej zmotywowałoby mnie, gdybym sobie znalazła także inne osoby korzystające z tego narzędzia. Mimo rozsyłania przeze mnie ogłoszeń na forach, łatwiej było mi znaleźć "koleżanki" ze Stanów Zjednoczonych i teraz to ich posty motywują mnie do dalszych wysiłków. Sama nie wiem jakie by to miało mieć znaczenie w sieci, ale ja wolałabym czytać wpisy kogoś, kto mieszka za rogiem, być może biega po tych samych trasach, a tymczasem czytam o wyczynach pani na jakiejś amerykańskiej siłowni, której pewnie w życiu nie zobaczę. Szkoda, smutek i pustka.

A na koniec najważniejsze, ale naprawdę żenujące. Z racji zapracowania/ nieśmiałości postanowiłam sobie poszukać w sieci męskiego towarzystwa. Nie na portalu, do takich nigdy nie miałam przekonania, ale na czacie. Być może sama jestem sobie winna i szukanie w takim miejscu skazuje mnie na porażkę? Masa jest gawędziarzy i "eksperymentatorów", ale w Internecie sprawdza się... szczerość. To znaczy, jasne określenie oczekiwań zazwyczaj dość szybko odsiewa tych, którzy chcą czegoś innego. Okazuje się, że najczęściej to oni chcą jakiejś przygody na boku i zupełnie nie rozumieją czemu nie ma tabunów chętnych. Choć dla sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że jakieś chętne na pewno są, co pewnie właśnie podtrzymuje poszukiwania na zasadzie nieregularnych wzmocnień. Ale nawet z tymi, którzy szukają jakiejś pełniejszej relacji jakoś się w Internecie nie można dogadać. Niby taka nieprzebrana pula ludzi, a ciężko coś wyłuskać. Chcą ten kontakt zacieśniać, proszą o numer telefonu, zdjęcia, a jak przychodzi do ustalenia spotkania, to się nagle orientują, że nie mają ochoty wychodzić z domu. Szukam drużyny na survivalowy bieg i też jakoś przez Internet nie mogę znaleźć, choć przecież dzięki dostępowi do sieci powinno mi być łatwiej odszukać pasjonatów sportu. Ostatecznie pewnie nie wezmę udziału i będę płakać wieczorami, że nic się interesującego w moim życiu nie dzieje.

Wychodzi na to, że powinnam wrócić do źródeł. Wyłączyć komputer, a przynajmniej router, wyjść na spacer i patrzyć ludziom w oczy, zapisywać się na wszystkie możliwe warsztaty teatralno-improwizacyjne, a komunikować się wyłącznie ustnie.