RSS
wtorek, 30 sierpnia 2016
Rzuciłam pracę

Nie mogłam tego znieść i po trzech dniach zastanawiania się po prostu tam poszłam i zaniosłam wypowiedzenie. Wypowiedzenie, które pracowicie pisałam cały poprzedni wieczór. Uwierzcie, nie było to łatwe ze względu na opory natury psychologicznej ale także to, że zwykle mam trudności z zabraniem się do rzeczy, których wcześniej nie robiłam. Nigdy dotąd nie pisałam jeszcze wypowiedzenia.

Rozważałam różne "za" i "przeciw", z przewagą tego co przeciw. Zadziałała niewątpliwie heurystyka dostępności, bo ostatnio raczej więcej było w tej pracy tych złych rzeczy. I nie ważne, że jak na złość dziś wpłynęła całkiem suta wypłata z tego miejsca. W zasadzie była ona suta tylko przypadkowo. Po prostu zastępowałam trzy osoby, które nie chciały tam pracować, negocjowały warunki aż w końcu... pokornie zostały nie zmieniając niczego. Wnerwiał mnie zły przepływ informacji w zespole, irytowało to co odbierałam jako niechęć do mojej osoby, a nigdy nie będę w stanie zweryfikować tego na pewno. Zabolało to, że ktoś kilkakrotnie bezmyślnie stworzył dla mnie zagrożenie, ciążyła współpraca z głupimi (serio, naprawdę mało inteligentnymi) osobami, które miały o sobie za wysokie mniemanie. Doszłam do wniosku, że nie będę miała do siebie szacunku jeśli tego nie skończę, ale wciąż nie byłam pewna, że robię dobrze.

Jest taka scena w "Pięknym umyśle", w której Nash rozcina sobie przedramię bo jest przekonany, że ukryto w nim nadajnik. On sam jest przekonany, że robi najsłuszniejszą rzecz na świecie, z boku wygląda to przerażająco i żałośnie zarazem. Moja sytuacja była analogiczna, tyle że byłam jednocześnie obserwatorem i obiektem obserwacji. Nie byłam pewna czy podejmuję właściwą decyzję (w końcu nie rzucamy pracy nie mając następnej, chociaż ja akurat rzucam, po raz drugi w przeciągu roku), ale jednocześnie czułam nieodpartą potrzebę zrobienia tego choćby po to żeby się przekonać jak się po tym będę czuła. To samopoczucie miało być ostatecznym wyznacznikiem tego, czy zrobiłam dobrze. Oczekiwałam poczucia szczęścia, czy ulgi. Nie poczułam nic, kompletną pustkę. Nie było nawet złości czy niesmaku. Początkowo miałam ochotę zrobić sobie jakąś szczególną przyjemność z okazji tego dnia, ale ostatecznie się rozmyśliłam. W środku komunikacji publicznej złapałam się, że w 10 minut po złożeniu wypowiedzenia spokojnie siedzę i zatracam się w lekturze książki. Nic nie czułam.

No może niedowierzanie i przekonanie o fałszywych intencjach pani w kadrach, która powiedziała, że będzie jej przykro i że żałuje. Na pewno już nie uwierzyłam w te niby troskliwe dociekania odnośnie tego gdzie zamierzam pracować zamiast tego. Nikt mnie tam nigdy nie kochał, same kłody pod nogi, samotności, a teraz niby taka wielka troska? Paranoiczna część mojej natury wykoncypowała, że pani raczej stara się wysondować czy nie chcę pozwać pracodawcy.

Na zakończenie tej przynudnawej retoryki przychodzi mi do głowy, że jednak za bardzo skupiam się na negatywach. Na niniejszych łamach roztkliwiałam się nad sobą jak to nie mam pracy, nigdy jednak nie napisałam czy nadal jej szukam czy też rozwiązałam ten problem. Po kilku miesiącach tę pracę znalazłam, ale stawka mi nie odpowiadała. Od czasu moich roztkliwiań znalazłam dwa miejsca zatrudnienia, w tym w jednym nawet mi się szefowa podoba. Zarabiam tam tyle, że mogę sobie pozwolić na rezygnację z poprzedniego miejsca, ale mimo wszystko jakiś niesmak pozostaje. Nie czuję się pewnie w meandrach tych wszystkich form zatrudnienia i kruczków prawnych, a także konieczności negocjowania i sprawdzania każdego zapisu. To nie na moje nerwy.

Wciąż chciałabym być w pracy po prostu szczęśliwa i nie potrafię jej traktować jako wyłącznie środka do zarabiania pieniędzy. Nic dziwnego, że w chwili obecnej najwięcej zawodowej radości sprawia mi znalezione najbardziej niedawno praca polegająca na pisaniu tekstów popularnonaukowych. Zarabiam grosze i nie wiem jak długo spływać będą zlecenia, ale przynajmniej robię to co lubię. Dziś oddałam kolejny zamówiony tekst i mam poczucie dobrze wykonanej pracy choć założony temat był ambitny. Ponownie dochodzę do wniosku, że jestem jednak dziwną jednostką.

Chcę robić tylko to co lubię, a rzucenie pracy świętuję wpisem na blogu. A Ty co zrobiłeś dziś inaczej niż zwykle?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016
Jestem chora

I to nie w takim sensie, że "lubię śledzie w czekoladzie, taka ze mnie krejzolka". Zapadłam na tajemniczą infekcję, rozpoczynającą się od bólu gardła (z nieznacznym zaczerwienieniem gardła, ale bez powiększenia migdałków), potem potoczyście (wyjątkowo trafiony przymiotnik w tym przypadku) przechodzącą w katar ropny i podwyższenie temperatury do stanu podgorączkowego, a dziś po ostatniej walce w postaci wodnistego kataru o 03:48 (serio, dokładnie) infekcja zlazła mi na gardło. Czyli jak zwykle. Teraz zastanawiam się, gdzie popełniłam błąd. Wydawało mi się, że żyję mądrze, osiągam sukces finansowy i generalnie jestem szczęśliwa. Być może to anergia, może wyczerpanie chorobą, ale zaczynają mi się kołatać po głowie psychodynamiczne interpretacje całej tej sytuacji. A ponieważ jestem osadzona w nurcie poznawczo-behawioralnym, myślenie o mechanizmach obronnych i nieświadomości jest czymś co mnie niepokoi, bo nie są to zwyczajne tematy moich rozważań. Jedyne rozsądne wyjaśnienie jakie znajduję, to fakt, że przed chorobą sprzedawałam własny popularnonaukowy tekst na temat psychoterapii psychodynamicznej. Autorstwo tekstów to jedna z moich dodatkowych prac. Akurat słabo opłacana, ale satysfakcjonująca.

Zaczęłam brać leki, wczoraj nawet zebrałam siły żeby zrobić sobie zakupy. Nie padłam po drodze, co zawsze należy uznać za sukces. Zastanawiałam się jednak, czy skoro poczułam się teraz źle, to czy na pewno wszystko w życiu robię dobrze.  Może coś pominęłam, może mam jakiś niezrealizowany potencjał, straconą szansę? Być może z tego zmartwienia, może po lekach, a może z powodu wyczerpania chorobą i fragmentacji snu zaczęły mi się śnić dziwne rzeczy. Wczoraj obudziłam się bardzo zmęczona. O dziwo nie z powodu duszności, a raczej z powodu nieokreślonego niepokoju. Pół dnia starałam się do tego dojść, aż wreszcie stało się dla mnie jasne dlaczego niespodziewanie dla siebie zaczęłam się zastanawiać gdzie w domu są tablice matematyczne. Kiedyś byłam biegła w korzystaniu z nich i zajmowały centralne miejsce w moim pokoju, ale to było dobre kilkanaście lat temu. Zdążyłam już zapomnieć ich zawartość choć jeszcze pewnie wciąż byłabym w stanie zdać maturę z matematyki z dość dobrą notą. Po krótkich poszukiwaniach udało mi się je odnaleźć. Czy wiecie, że pamiętałam niektóre pochodne? Wczoraj w ciągu dnia przypomniała mi się dokładna treść snu. Otóż rozwiązywałam całki, a raczej miałam następnego dnia napisać jakiś test z ich znajomości. Wyszłam z domu nie powtórzywszy sobie tych całek, dopiero później na to wpadłam, z niewyjaśnionych przyczyn zaczęłam sobie gorączkowo przypominać logarytmy (czemu nie pochodne?). Przypomniało mi się nawet, że całki służą do obliczenia pola powierzchni pod wykresem funkcji. Nie starczyło mi natomiast wiedzy na przypomnienie sobie jakie to ma zastosowanie praktyczne. Jak dobry uczeń recytuję regułkę i orientuję się, że tego zastosowania praktycznego nigdy nie znałam. Może tylko wydaje mi się, że jestem szczęśliwa tu i teraz, a tymczasem ścieżka kariery w matematyce czy informatyce bezpowrotnie się za mną zamknęła? Kiedyś korzystałam z tej wiedzy codziennie, a teraz sporo zapomniałam. W dodatku w tej dziedzinie największy sukces życiowy osiąga się ponoć młodo. A ja już młoda nie jestem, we własny sukces nie wierzę, a w dodatku łapią się mnie jakieś tajemnicze infekcje. Co powinnam zrobić w tej sytuacji? Zapisać się na intensywny kurs u młodego pasjonata matematyki i znów poczuć tę iskrę fascynacji?

A skoro już o mężczyznach, a tak bardziej wprost to o seksie mowa, dziś śniło mi się coś jeszcze bardziej dziwacznego. Aż przeraża mnie, że są w moim umyśle jakieś takie połączenia, które generują treści, z którymi na co dzień się nie konfrontuję. Dziś rano obudziłam się bowiem chyba jeszcze bardziej zmęczona niż po całkach. Tym razem sen pamiętałam wyraźnie, ale zrodził on w mojej głowie tyle pytań, że aż nie wiem od czego zacząć. Śniło mi się, że uczestniczę w orgii z jakimiś znajomymi osobami (to jest akurat całkiem niezła opcja, a wy jakbyście woleli?). Orgia toczyła się w łożu małżeńskim moich rodziców. To jest jakieś wielkie tabu, ale logiczne wytłumaczenie może brzmieć, że to jest jedyne łoże tego typu jakie znam. Własnego nigdy nie miałam. Samą orgię da się łatwo wyjaśnić najnowszym trailerem serialu "Masters of sex". Nie mogę natomiast przeboleć dlaczego zamiast aktywnie się włączyć, postanowiłam raczej podczas tej orgii... zasnąć wtulonej w gładkie nogi atrakcyjnej brunetki. Czyżby Lizzy Caplan? A fundamentalne pytanie brzmi, kto przesypia orgie?! Wspólnymi mianownikiem ze snem poprzednim jest kolejna stracona szansa. Obecnie stać mnie nawet na kochanka, ale nikogo nie zatrudniam. Ba! Nawet rekrutacji nie prowadzę. Czy zatem moje życie jest aby naprawdę tak wspaniałe? A może największą porażką tego toku rozumowania jest głęboko zakorzenione przekonanie, że muszę płacić za seks?

Freud pisał, że sny są królewską drogą do nieświadomości. Jeśli kiedykolwiek wcześniej w to wątpiłam, to od dziś jestem przynajmniej skłonna przyznać, że czasem jest to prawdą. Najwytrwalsi doszukają się nawet kompleksu Elektry w moich marzeniach sennych. Jakbyście sobie chcieli poużywać, to zapraszam do zamieszczania interpretacji/ wolnych wniosków/ sugestii w komentarzach. Ja tymczasem się pozastanawiam, czy nie potrzebuję psychoterapii.