RSS
niedziela, 25 września 2011
Centrum Nauki Kopernik

Takie centrum mieści się od jakiegoś czasu w Warszawie, a kilka dni temu miałam je okazję odwiedzić. Przyznaję, że zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Dla tych z Was, którzy również chcieliby je odwiedzić podaję podstawowe dane: Centrum mieści się w Warszawie na ul. Wybrzeże Kościuszkowskie 20 (około 20 min. od centrum), a cena biletu normalnego wynosi 22 zł (Centrum oferuje liczne zniżki, po szczegóły odsyłam na jego stronę). Zwracam jedynie uwagę, że w poniedziałki Centrum jest nieczynne, a wpuszczanie na ekspozycje może być okresowo wstrzymywane z powodu dużej ilości odwiedzających. Na zwiedzanie należy sobie zarezerwować cały dzień, na kilka godzin nie ma co wchodzić.

Jednak wybrać się warto, bo pomieszczenie jest ogromne, można się zapoznać z ośmioma ekspozycjami (wliczając w to planetarium, ekspozycję dla małych dzieci i teatr robotyczny - jeśli chcesz go zobaczyć, zgłoś to przy kasie, bo liczba miejsc na widowni jest ograniczona), a zwiedzających obowiązują specyficzne zasady. Przy wejściu otrzymujemy plastikową kartę, która jest jednocześnie biletem wstępu. Można się za jej pomocą zalogować na dowolnym etapie zwiedzania, jest ona także potrzebna do skorzystania z niektórych eksponatów, szczególnie w galerii Re:generacja. Po podaniu adresu mailowego podczas zalogowania, organizatorzy chwalą się, że w przeciągu 30 dni będzie możliwość ściągnięcia na dysk swoistej dokumentacji własnego pobytu w Centrum, ale ja swojego linku nigdy nie otrzymałam. Być może Centrum nie lubi adresów z WP?

Nie ma ustalonego kierunku zwiedzania, wszystkiego można dotykać (mam wrażenie, że stąd po części wynikają częste awarie eksponatów), nie obowiązuje cisza (spotkamy masy dzieci biegających między eksponatami i np. chlapiących wodą ;) - jeśli wybierasz się z małym dzieckiem lepiej weź ręczniczek). Nie ma formalnych przewodników, ale przy eksponatach krążą pracownicy w charakterystycznych czerwonych koszulkach z logiem Centrum. Wydaje się ono bardzo dobrym miejscem pracy dla ludzi młodych, szczególnie studentów, którzy zresztą bardzo chętnie dzielą się swoją wiedzą na temat różnych zjawisk prezentowanych przy poszczególnych ekspozycjach. Centrum zachęca nas, byśmy wczuli się w rolę eksperymentatora i stwarza możliwości wchodzenia w interakcje z poszczególnymi eksponatami wyposażając je w enigmatycznie brzmiące instrukcje. Z opisów nie dowiemy się, jaki "ma być" efekt - trzeba to osobiście sprawdzić.

Przy wejściu wita nas robot Robothespian. Odzywa się także do gości i wykazuje się poczuciem humoru. Koniecznie musicie go zobaczyć. Podobne roboty w liczbie trzech występują także w teatrze robotycznym. Przedstawienie trwa 20 minut, widzowie są wpuszczani punktualnie, po czym drzwi szczelnie się zamyka. Lepiej się zatem nie spóźniać! Obejrzałam "O królewiczu Ferrycym i królewnie Krystali", ale nie będę zdradzać fabuły. Powiem tylko, że scenariusz bazuje na "Bajkach robotów" Lema, a po spektaklu publiczność spontanicznie klaszcze. Biłam brawo i zastanawiałam się, czy robotom sprawia to jakąś różnicę, czy nie. Poniżej widzicie zdjęcie dwójki aktorów zrobione tuż przed spektaklem (robienie zdjęć w trakcie jest zabronione ze względu na prawa autorskie). Zdjęcie jest ciemne i nieatrakcyjne, ale jeśli ktoś nigdy wcześniej nie widział takiego robota, to pewnie i tak z przyjemnością zerknie:

Zwiedzając Centrum mijamy wahadło Foucaulta (każdy widział, więc nie załączam fotografii) i dochodzimy do ekspozycji "Korzenie cywilizacji". Znajduje się tam nawet coś w rodzaju repliki jaskini z Lascaux. Dla mnie bardzo atrakcyjna była ekspozycja z instrumentami muzycznymi. Dziwne, gdy tam byłam nikt się nią nie interesował. Szczególne moje zainteresowanie wzbudziła harfa bez strun. Sporo czasu spędziłam grając na niej. Dźwięki wydobywa się przerywając palcami strumień światła lasera:

Można się również zapoznać z egipskimi hieroglifami i różnymi rodzajami systemów liczbowych. Wydało mi się atrakcyjne udokumentowanie, że podczas zwiedzania myślałam o swoich czytelnikach i pracowicie tworzyłam dokumentację do zamieszczenia na blogu. Wierzcie lub nie, ale poniżej widnieje napis "wildfemale" rzutowany na prehistoryczną skałę:

W ramach tej samej ekspozycji mieści się także mój ulubiony eksponat. Bardzo, ale to bardzo mi się to podobało. Wzdłuż blatu przypominającego nieco blat barowy otaczającego przestronne okno, umieszczono tabliczki z nazwami religii świata. Design tej instalacji jest po prostu wspaniały! Należy przytknąć łokcie do obu przycisków na raz, a palce przytknąć do uszu lub przyłożyć do ucha drewnianą laseczkę, której drugi koniec również przytyka się do przycisku. Niesamowite doświadczenie! Za pomocą przewodnictwa kostnego słyszymy modlitwy typowe dla różnych religii świata!

Kolejną ekspozycję stanowi "Człowiek i środowisko", gdzie między innymi można się sporo dowiedzieć o medycynie, a kolejną - "Strefa światła", gdzie można wykonać sporo atrakcyjnych eksperymentów i porozwiązywać iście kryminalnych zagadek. Na ekspozycji "Świat w ruchu" wiele się można dowiedzieć o takich zjawiskach jak trzęsienia Ziemi i różnych aspektach fizycznych poruszania się. Zwiedzający mogą także napotkać wieszcza Elektrybałta, który na zamówienie pisze wiersze, deklamuje je, a nawet szeleści kartkami wyrastającymi z głowy. Kto by nie chciał go poznać?

Dość dużo czasu spędziłam także bawiąc się w funkcję. Mianowicie moje zadanie polegało na oddalaniu się i przybliżaniu do ekranu tak, by odzwierciedlić wyświetlany na nim przebieg funkcji. Przednia zabawa, a poniżej widzicie moje pierwsze kroki na tym polu. Troszkę czasu mi zajęło zanim załapałam reguły:

Centrum posiada także ogród na dachu, wspomniany wcześniej teatr robotyczny, a także planetarium, w którym można obejrzeć filmy wyświetlane wprost na kopule za pomocą specjalnego projektora. Dwie galerie są przeznaczone dla specjalnie określonych grup wiekowych. Dzieci do lat 6 (ewentualnie z opiekunami, ale samym dorosłym wstęp wzbroniony!) mogą odwiedzić ekspozycję "Bzzz!" gdzie znajduje się wiele przedmiotów, którymi można manipulować, dotykać, ciągnąć, wąchać... Zabawie nie ma końca. Docelowo dla młodzieży przeznaczona jest "Re:generacja", ale dorośli również mogą tam wejść. Do interakcji z każdym eksponatem potrzebna jest karta. A dzieje się tam wiele, bo można się dowiedzieć czegoś o klonowaniu, robotach, seksie (!), polityce i cenzurze, a także o nowoczesnych technologiach, w tym szczególnie o Facebooku. O niczym nie zapomnieli! Poniżej moje, udane, próby klonowania. Robiłam wszystko baardzo ostrożnie:

Reasumując, moim skromny zdaniem Centrum Nauki Kopernik powinno stanowić punkt obowiązkowy wszystkich wizyt w Warszawie. Zazdroszczę, że w moim mieście nie ma takiej instytucji, ponieważ natychmiast bym się w takim miejscu zatrudniła. Centrum nie tylko uczy i bawi, ale także może się stać wspaniałym miejscem na randki. Zresztą, wiele eksponatów mówi wprost o miłości bądź wymaga do działania interakcji dwóch osób. Pomyślcie jakie to może być przyjemne! Należy zabrać ze sobą aparat fotograficzny i gotówkę lub kartę kredytową, ponieważ przy wyjściu znajduje się sklepik z różnymi zabawkami pobudzającymi do myślenia, a także przewodnikami po Centrum. Książki te są bardzo atrakcyjne i optymalnie byłoby, gdybyście mieli okazję przeczytać taki przewodnik jeszcze przed wizytą w Centrum. Zwiększa to wydatnie świadomość tego, co się ogląda i chroni przed pominięciem jakiegoś eksponatu. Zresztą, jestem przekonana o tym, że Centrum warto odwiedzać wielokrotnie z racji tego, że wciąż się ono rozwija i oferuje coraz to nowe rozrywki.

piątek, 23 września 2011
Zombocalypse

Zaskakujące jak często obiektami do zabijania w grach są zombie. Pokolenia dzieci, młodzieży i zażartych dorosłych wytłukły już pewnie w ten sposób całe kohorty zombiaków. Tym razem też będziemy się zajmować tłuczeniem zombie. Im więcej, tym lepiej, a ich zapasy nigdy się nie kończą.

Sterujemy strzałkami i spacją. Dzięki użyciu spacji używamy broni (zaczynamy z maczetą, ale wraz z postępem w grze spadają na planszę skrzynki z bronią palną, a potem nawet miotaczami płomieni i czymś co przypomina pistolet plazmowy :)). Atrakcyjne jest to, że w grze zdobywamy punkty doświadczenia, a wraz z nimi wrasta nasza ranga i jakość broni.

Gra nie wymaga znajomości języków obcych, choć jest po angielsku. Nie wiesza się i stanowi bardzo miły sposób na stracenie dużej ilości czasu.

Zagrajcie!

Tagi: gra
18:30, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 22 września 2011
Ciekawi ludzie

Mam w sobie coś takiego, że nie stronią ode mnie rozmaite oryginały. Wzbogaca to w pewien sposób moje życie, niejednokrotnie rodzi wojerystyczną ciekawość i jest przeze mnie uznawane za pewien postęp. Miałam w swoim życiu etap, gdy lgnęli do mnie kloszardzi. Nie do końca wiem dlaczego. Kiedy lgną do mnie osoby, które podejrzewam o zaburzenia, to zaczynam się zastanawiać czy i we mnie nie ma jakiejś patologii, którą oni zauważają i która ich do mnie przyciąga. Wciąż czekam na jakiś wgląd w tą kwestię. Oby mnie nie zabił.

Niedawno odwiedziłam konferencję, na której spotkały się osoby z różnych środowisk zainteresowane jednym tematem przewodnim. Prezentacje miały zróżnicowany poziom, ale istotną częścią konferencji było również nawiązywanie kontaktów. Szczególnie podczas przerwy obiadowej. Zatem nie zdziwiło mnie, gdy podczas jednej z takich przerw podszedł do mnie jeden z uczestników.

Bardziej zdziwiło mnie, gdy zaczął się do mnie zwracać po imieniu i wypytywać o moje miejsce pracy. Pochwalił się znajomościami, przedstawił. Potem dyskusja przeszła na temat Facebooka. Oboje go raczej nie lubiliśmy, ale mamy jakieś doświadczenia. Ja mam stronę swojego bloga na tym portalu, on korzysta z niego, bo... to pozwala mu na utrzymywanie kontaktu z dziewczyną. I tu robi się ciekawie:

- Moja dziewczyna jest z Indonezji. Nie ma komputera, więc porozumiewamy się za pośrednictwem Facebooka. - zorientowałam się, że nigdy wcześniej się nie spotkali w realnym życiu i skojarzyło mi się to z polską turystyką seksualną i biednymi muzułmańskimi chłopcami, którzy naciągają naiwne Polki na pieniążki, z których klecą posag dla swoich przyszłych muzułmańskich żon.

- Ale ona niedługo do mnie przyjedzie. Tu do Polski.- kontynuował mój rozmówca jakby czytając mi w myślach. - I wysłanie maila byłoby dla niej dużym kosztem, bo musiałaby zapłacić za kawiarenkę. A Facebooka ma za darmo w komórce.

- A wiesz, że niedawno dostałem od Facebooka ostrzeżenie, że zapraszam ludzi, których nie znam. Tymczasem ja wysłałem zaproszenia do znajomych osobom, które znam z życia realnego. I za to dostałem blokadę na tydzień. - Nie jestem w stanie zweryfikować, czy mówił prawdę, ale niby skąd Facebook wiedział, że on tych ludzi nie znał naprawdę? Przyszło mi do głowy jedynie to, że ktoś jegomościa do administracji zgłosił i stąd poleciała blokada.

- No to ja już muszę lecieć, ale gdybyś czegoś potrzebowała w tym mieście, to zawsze możesz do mnie zadzwonić. Można mnie znaleźć w internecie na stronie.... - żegnał się mój rozmówca.

I poszedł. A ja zostałam nieco zmieszana i zatopiona w myślach, co jest we mnie takiego, że tacy ciekawi ludzie nawiązują ze mną kontakt.

Żeby chorować trzeba być zdrowym

W pracy znów mnie zarazili. To bardzo niebezpieczna praca jest. W dodatku żyjemy w wielkiej radosnej komunie, więc jak "kolega" jest chory, to nie przynosi sobie kubka z domu, tylko bierze.. mój, bo jest to jedyny czysty kubek. Po czym ślini go obficie i nie rozstaje się z nim przez cały dzień. To nieważne, że: 1) to mój kubek, 2) też się chcę czasem napić herbaty, 3) każdy duży chłopiec powinien wiedzieć, że korzystanie z cudzych kubków jest zwyczajnie obrzydliwe.

Wyjechałam na konferencję, gdzie zajęta od rana do wieczora jeszcze się doprawiłam. Skutkiem tego pierwszą rzeczą, którą zrobiłam po wyjściu z pociągu było udanie się do przychodni z całodobowym dyżurem. Oczywiście przyszłam przygotowana, znałam listę swoich objawów na wyrywki, żeby się przypadkiem nikt nie kłopotał. Przyszłam grzecznie, poczekałam, przeprosiłam, że się późno zjawiam.

Objawiła mi się pani dochtor, która wyglądała na złą, że ktoś ją obudził. Pogadała ze mną, to znaczy spytała co się dzieje, ale zbadać to mnie już nie zbadała. Zapomnijcie o obowiązku osłuchania pacjenta. Pacjent może sobie zdychać i i tak to pani dochtor nie obchodzi. W dodatku pani dochtor zażąda od was dowodu ubezpieczenia, którego oczywiście posiadać nie będziecie, bo takowy jest ważny tylko miesiąc i nikt go profilaktycznie z pracy nie bierze. Zatem wielka dochtor pogrozi wam, że za wizytę będziecie płacić.

O wystawieniu zwolnienia lekarskiego też nie myślcie, bo wypisanie druku ZUS-ZLA jest dla dochtora zbyt wielkim wyzwaniem. Dochtor każe wam przyjść dnia następnego, mimo że ma obowiązek takie zwolnienie bez gadania wystawić. Dochtora nie obchodzi, że się do lekarza dnia następnego nie dostaniecie i będziecie mieli nieusprawiedliwioną nieobecność w pracy, co może skutkować dyscyplinarnymi konsekwencjami.

I teraz ja jutro będę latać po lekarzach, ustalać nazwisko dochtor, która raczyła podnieść pupę i robić ze mnie idiotkę, pisać na nią skargę do kierownictwa przychodni i apelować o odpowiedź w tej kwestii. Taki tam, zwykły dzień z życia chorego człowieka.

niedziela, 18 września 2011
Temat maturalny: Zanalizuj portret kobiecości i męskości na przykładzie wybranego tekstu kultury

Na szczęście już wyrosłam z wieku licealnego i nie muszę się przejmować maturą, nawet maturą z polskiego. W okresie licealnym każda lekcja polskiego była dla mnie udręką. Choć byłam osobą ambitną i obowiązkową, polonistce nijak dogodzić nie mogłam. Te wszystkie prace klasowe, gdzie wymagano ode mnie pisania na papierze w linie, analizy i interpretacje (nigdy nie wiedziałam "co autor miał na myśli" i niby jak to się dzieje, że skoro nie ma złych interpretacji, to czemu te moje zawsze są jednak złe), obcowanie z poezją były dla mnie wówczas koszmarem. Szczęśliwie ukończyłam liceum, a po kilku latach samoczynnie dojrzałam do interpretowania poezji, a nawet ją polubiłam. Okazuje się, że niektórzy po prostu potrzebują więcej czasu na osiągnięcie dojrzałości do sztuki.

Z wiekiem dojrzałam także do fascynacji tańcem, a za tym poszło także zainteresowanie musicalami, szczególnie tymi starymi. Musicale z definicji mają bardzo prostą fabułę, a akcja toczy się leniwie, bo jest przerywana skomplikowanymi układami tanecznymi i piosenkami. Ma to dla mnie jednak swój urok. W czasie kiedy seks jest dodawany do wszystkiego, nawet do reklamy płatków śniadaniowych, nie dziwi chyba, że zasmakowałam w musicalu z 1978 roku, który seksu też w sobie ma sporo (a co!), ale w znacznie grzeczniejszej niż współczesna formie.

Akcja Grease jest urocza w swej prostocie. Sandy (Olivia Newton-John) i Danny (John Travolta) poznają się na wakacjach, zakochują w sobie i myślą, że koniec wakacji ostatecznie przerwie ich znajomość. Jakież jest ich zaskoczenie, gdy wbrew wcześniejszym planom Sandy jednak nie wyjeżdża do Australii i bohaterowie odkrywają, że są uczniami tej samej szkoły. Romans kwitnie dalej.

W tym momencie następuje kultowa już piosenka Summer Nights, w której każde z naszych bohaterów przechwala się jak to minęły mu wakacje i jak rozwijała się znajomość. Urok całej piosenki polega na tym, że każda ze stron przedstawia swoją wersję, a są to wersje nieco rozbieżne. Na moje wyczucie żadna z nich nie jest prawdziwa. A może obie są prawdziwe... w pewnym sensie?

Sandy przedstawia swoje romantyczne fantazje. Według jej relacji Danny był uroczy i broił, popisywał się trochę, ale ostatecznie to romantyczny gość z niego był. Jej koleżanki chcą się przy okazji dowiedzieć, czy wybranek Sandy ma samochód i czy wydał na nią wiele pieniędzy, czyli interesujące je jego zasoby. Psychologia ewolucyjna doskonale tłumaczy skąd takie zainteresowanie. Kobiety szukają u mężczyzn zasobów, zaś mężczyzn interesują... zgoła inne cechy. Zatem Danny koloryzuje jak to uratował ją od utonięcia, była dobra we "wiecie czym", poddawała mu się na piasku i oczywiście była piękna. Licealiści mają bujne fantazje;) Dopiero pod koniec piosenki znajdują wspólny język i okazuje się, że w gruncie rzeczy to tęsknią do siebie. Może w końcu ta odmienność dwóch światów determinuje właśnie wzajemną atrakcyjność? Na co dzień narzekamy na to, że mężczyźni myślą tylko o seksie, że przechwalają się przed kolegami, że kumple, że oczekiwania młodości i piękna, ale jest przecież w tych mężczyznach i coś atrakcyjnego. Kobiety cenią sobie ich zaradność, zasoby, rzutkość. Danny był bardzo lubiany, starał się, a gdy kumple nie patrzyli to i przejawiał dużo troski i swoistej wrażliwości. Gdyby miał w sobie zbyt wiele cech kobiecych, to mógłby się stać przedmiotem zainteresowania co najwyżej... pewnej mniejszości mężczyzn.

Nie znoszę plotek!

Jeśli przyłapiecie mnie na jakiejś plotce, to zdzielcie mnie linkiem do niniejszej notki. Powinno to raz na zawsze stonować moje zakusy. Jestem w stanie zrozumieć dlaczego ludzie lubią plotkować, jest to przyjemny sposób na upuszczenie nieco agresji. Na domiar złego, jak trafimy na wdzięcznego słuchacza, to w miarę mówienia coraz bardziej przekonujemy się o swoich racjach. I to bywa szczególnie złudne, ale jakże przyjemne. Choć pół minuty patentu na omnipotencję!

Pragnę jednak obalić mit o tym, że plotkują głównie kobiety czy też, że to jest jakaś wyłączna domena ich działalności. Nic bardziej błędnego. Otóż mam nieszczęście współpracować z pewnym mężczyzną, który to plotkuje chętnie i często. Traf chciał, że przysłuchiwałam się jego rozmowie. On bardzo lubi mówić o współpracownikach. Usłyszałam zatem, że nowo przyjęta pani jest zupełnie niekompetentna. W dodatku ma trójkę dzieci i wciąż rozprawia o budowie domu. Pan, owszem, stwierdził, że to może i ważne, ale osoba ta nie zainteresowała go osobowościowo. Już tu powinna mi się zapalić czerwona lampka i powinnam sobie zadać pytanie o to, kim on właściwie jest by kreować gusta otoczenia, ale najwyraźniej zmęczona byłam. Za to on miał dużo energii.

Dzięki tym niespożytym zasobom energii dowiedziałam się również, że kolega pracujący piętro wyżej jest świetny z jakiegoś zupełnie błahego powodu, zaś jego koleżanka to zupełnie wręcz przeciwnie, bo ma zbyt wolny refleks, za bardzo się przejmuje, a jak się za coś zabiera to zawsze jej jakoś nie wychodzi. Kiedy chce coś zapisać, to zawsze nie w tym miejscu i takie tam... Natomiast jeszcze inny kolega jest bardzo nieśmiały, pokorny i za bardzo nie wierzy w siebie.

No sami rozumiecie, temat nie ma końca. Ani się nie obejrzałam, a gość wykreował się na takie guru orzekające o kompetencjach pracowników na wszelkich stanowiskach, że przyłapałam się na tym, że autentycznie jestem zazdrosna o to, że nie powiedział nic o mnie (jak bardzo niedowartościowanym trzeba być, by pojawiły się w głowie takie myśli?). Kilka godzin zajęło mi ogarnięcie się, przepracowanie tego, doznanie wglądu i otrząśnięcie się z różnych przykrych emocji, w jakie wprawił mnie fakt, że mamy w pracy osobę, która w godzinach tejże pracy obmawia i (skutecznie!) kreuje się na autorytet w tych sprawach.

A co zrobiłam jako świadek tej rozmowy? Wyszłam, w końcu w pracy byłam i swoje obowiązki też pełnić muszę :)

piątek, 16 września 2011
Znajoma kupiła dżinsy

Wyobraźcie sobie jej zaskoczenie, gdy zaczęła wczytywać się w metkę:

15:37, wildfemale
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 września 2011
The First Hero

Tym razem proponuję grę typu point& click przeznaczoną dla młodszych dzieci. Znajomość języka angielskiego pewnie się przydaje, ale nie jest wymagana. Myślę, że najlepszym pomysłem byłoby przejście gry wraz z dzieckiem. Na kolejnych planszach pojawia się wiele postaci z mitów i myślę, że dla dziecka byłoby atrakcyjne słuchanie opowieści o tym, kim był Hefajstos, Atena, Cerber, Tantal czy wielu innych.

Miłej zabawy!

Tagi: gra
17:32, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 września 2011
Monkey go happy 3 i 4

Jakiś czas temu przedstawiałam dwie pierwsze części tej gry. Dwie kolejne trzymają stały poziom i stanowią doskonałą rozrywkę dla całej rodziny, bez ograniczeń wiekowym. Jest to gra z gatunku point&click, zatem sterujemy myszką, a naszym zadaniem jest uszczęśliwienie małpek. Jest to zadanie nader wdzięczne, więc do dzieła! Znajomość języka obcego nie jest wymagana. Pochwalcie się wynikami w etapach bonusowych!

Monkey go happy 3.

Monkey go happy 4 - drużyna się rozszerza.

Tagi: gra
20:41, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 września 2011
Gluey 2

Poprzednia część tej gry święciła na blogu triumfy. Myślę że i z tą będzie podobnie.

Zaletami gry jest absolutny brak ograniczeń wiekowych, atrakcyjna wizualnie forma i proste reguły. Sterujecie myszką klikając w kolorowe plamy farby.

Wadą gry jest ścieżka dźwiękowa, która dość szybko nudzi. Na szczęście można ją wyłączyć.

Zagraj!

Tagi: gra
13:08, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2