RSS
piątek, 28 września 2012
"Pięćdziesiąt twarzy Greya" - recenzja

Mam w sobie rys anankastyczy, toteż nie doczytanie książki do końca zdarza mi się niezmiernie rzadko. Tej nie byłam w stanie skończyć, choć z rozpędu dobrnęłam do prawie połowy (47,4% dokładnie przeczytałam, blah!). I właściwie w tym miejscu mogłabym zakończyć recenzowanie. Książka jest słaba, zła i nie rozumiem dlaczego tak dobrze się sprzedawała. Jednak mam poczucie misji i chcę ostrzegać przed złą literaturą w merytoryczny sposób.

Książka reklamowana jest jako dzieło rewolucyjne, popularne i zmieniające podejście do seksualności. Wszystkie te aspekty trudno mi zrozumieć. Jednocześnie recenzje aż przekrzykują się stwierdzając oczywiste wzorowanie się na sadze "Zmierzchu" (nie potwierdzę, bo nie czytałam) i kiepską stylistykę (potwierdzam! potwierdzam!). Z produktami serii Harlequin po raz pierwszy zetknęłam się (i to pobieżnie) mając lat dwadzieściaparę, jednak wydaje mi się, że nawet one mają więcej polotu niż to, co spłodziła pani Leonard.

21-letnia wielbicielka literatury poznaje 27-letniego przedsiębiorcę, milionera. Zakochują się w sobie od razu, to znaczy przynajmniej ona się zakochuje, co do niego mam poważne wątpliwości. Oryginalny tytuł "Fifty shades of grey" daje większe możliwości interpretacji, w pierwszym odruchu kojarzył mi się z pięćdziesięcioma odcieniami szarości. Książkę czytałam po angielsku, toteż nie zdziwiło mnie, że obrzydliwie bogaty pan Grey ma szare oczy. Obrzydliwie bogaty pan (Pan?) nie ma jednak wielu odcieni, czy wymiarów, w zasadzie jest on niepokojąco jednowymiarowy. On wciąż przekrzywia głowę na bok i dba o to, by jedzenie się nie marnowało. Ona, równie płaska, przygryza dolną wargę i jest... naiwna. Dyplomatyczne nastawienie nie pozwala mi powiedzieć, że głupia.

Ona pochodzi z jakiejś dziwnej rodziny, w której (równie głupia) matka wciąż znajduje sobie nowych mężczyzn, a on został w dzieciństwie skrzywdzony przez przyjaciółkę rodziny, nazywaną przez Anę panią Robinson. Anastazja ma 21 lat, ale jeszcze nigdy nie była zakochana w mężczyźnie. Ba! Jest tak niewinna, że nawet się nie masturbuje. W książce zresztą znajdujemy wzmiankę o "miejscach, których w swojej niewinności nie jest w stanie sobie wyobrazić". Gdyby wam umknęło powtórzę: Ana jest niewinna. Zresztą z takich powtórzeń co kilka stron składa się cała książka. Gdybyście się kiedykolwiek zastanawiali jak się pisze bestseller, to podpowiadam, że metodą kopiuj-wklej. Oszczędza czas i schlebia niewyrafinowanym gustom. W zasadzie jak zaśniemy z książką i ta się nam niefortunnie zamknie, to można podjąć kontynuację lektury w dowolnym dalszym miejscu, i tak nam jeszcze powtórzą to samo kilkanaście razy. Dla własnego zdrowia psychicznego odradzam jednak powtórne podejmowanie lektury. Koszmarów się można nabawić.

Ana popada w naiwną fascynację, czy nawet miłość Christianem Greyem, którego upodobania seksualne są niezwykłe. Pan był dominowany przez jakąś przyjaciółkę rodziny i skutkiem tego ma problem polegający na tym, że teraz nie gustuje już w normalnym seksie (dla Any robi wyjątek rozdziewiczając ją przez uprawianie "vanilla sex", czyli seksu delikatnego), za to niezwykle pasuje mu dominowanie kobiet. Jest bogaty, więc ma specjalny pokój z ławeczkami, krzyżem, kajdankami, linami, takimi tam... Na wszelki wypadek do pokoju wlatuje się... helikopterem, choć ufam że i windą da radę się dostać. Christian pokazuje Anastazji ten pokój, a potem przedstawia do negocjacji kontrakt z zasadami dotyczącymi seksu między nimi. Pan Christian bowiem nigdy nie zasypia w ramionach ukochanej, ma jakiś problem z bliskością i uwielbia sprawować kontrolę. Przez najbliższe 3 miesiące jego partnerka (?) ma się dobrze odżywiać, ćwiczyć, spotykać się z nim cztery razy w miesiącu, a okresach między spotkaniami pod żadnym pozorem nie wolno jej się masturbować (jak on miałby to sprawdzać mnie ciekawi) czy spotykać z innymi mężczyznami (co i tak jest zasadą w większości związków). Poprzednie 15 kobiet Greya miało już takie doświadczenia seksualne. Tym razem wybrał on sobie dziewicę nie znającą kompletnie swoich potrzeb seksualnych, za to bardzo ją pożądającą.

Autorka w wywiadach twierdzi, że książka opisuje jej fantazje erotyczne. Po ograniczonej lekturze stwierdzam, że są to fantazje bardzo, bardzo naiwne. Ana podczas pierwszego razu obawia się, czy członek partnera zmieści się w jej pochwie. To partner dba o antykoncepcję (jej nawet nie przyszło przecież do głowy, że będą się kochać), partner edukuje ją seksualnie, dopytuje o to, czy jest bardzo obolała. Obowiązkowo już przy pierwszym razie ta młoda kobieta bez żadnych doświadczeń seksualnych osiąga orgazm, a zaraz po nim kolejny. Nawiasem mówiąc w chwilach ekstazy krzyczy w materac imię ukochanego;) Brzmi jak dowcip, ale niestety nim nie jest. W internecie czytam recenzje, że to piękna książka o miłości i podpieranie się autorytetem "jestem psychologiem, więc wiem" ;) Ana jest głupiutka i potrzebuje pomocy, nie tylko w seksie, ale nawet wchodząc do wody, bo gdyby nie Christian to wlazłaby nieszczęsna z iPodem w kieszenie i całego zamoczyła. No nie pomyślało biedactwo. Przez autorkę została wyposażona w jeszcze jedną irytującą cechę. Mianowcie posiada ona taką funkcję jak "wewnętrzna bogini" (cholera wie co to), która medytuje, skacze z radości, gniewa się etc. Coś jak lala, która siusia i otwiera oczy. Swoją drogą skąd w tak nieśmiałej dziewczynce bogini?! Ana jest pełna sprzeczności, bo choć nigdy się nie masturbowała, to świetnie zna się na seksie oralnym (nie, tego też nie robiła wcześniej) i ma tak głębokie gardło, że Christian wije się z rozkoszy. Tak, tak, łyka też. Wszystko to opisane z fotograficzną dokładnością. Ponieważ ekranizacja tego wybitnego dzieła z pewnością będzie hitem kasowym, na wszelki wypadek przypomnijcie mi, żebym na to nie szła. Jak bardzo, bardzo się będę wyrywać, to sprezentujcie mi jakiegoś pornosa, będzie miał więcej walorów estetycznych.

Ana kocha Christiana, ale czy on to odwzajemnia? Istnieją poważne wątpliwości. Może ten facet w ogóle nie umie, albo nie chce się wiązać. Nie tylko nie chce zasypiać przy kobiecie, ale i relacje z nią chce regulować nie mającym mocy prawnej kontraktem. On prosi Anę, by przystała na jego warunki, ujawnia, że mu na tym zależy, ale co go motywuje? Może właśnie jej brak doświadczenia i naiwność? Taka kobieta będzie podatna na jego sugestie i pozwoli mu kontrolować własne ciało. Christian sprawia drogie prezenty, nosi Ray-bany i ma się wrażenie, że zaraz sięgnie po bułkę tartą z Charlotte. Ma przy tym nienaganne maniery, niczego nie narzuca (ale robi dokładnie to, o czym marzy partnerka, która nigdy mu o tym nie powiedziała - kolejna naiwna fantazja pani Leonard) i robi coś, co działa jak magnes, czyli ostrzega przed sobą samym. Nie dotykaj mnie, bo jestem taki zły, nie mów nikomu z rodziny o moich skłonnościach - to komunikaty, które kieruje do swojej wybranki. Z drugiej strony nabieramy dużych wątpliwości, czy jest ona dla niego kimś szczególnym. W tą relację obwarowaną paragrafami chce wprowadzić osobę trzecią proponując Anastazji skontaktowanie jej z jego poprzednią kobietą. Oczywiście w celu dyskutowania na temat jego gustów i jak najlepszego zaspokojenia. Trudno się oprzeć wrażeniu, że wymarzony obiekt westchnień sfrustrowanej pani Leonard cierpi na jakieś zaburzenie osobowości, a szczególne upodobania seksualne (również obecnie klasyfikowane jako zaburzenie, choć mieszczą się w normie partnerskiej) to tylko pochodna tej patologii.

Piszę o swoich zarzutach z coraz głębszym przekonaniem, że za złą literaturę powinno się karać. Chyba pierwszy raz w życiu mam takie przekonanie. Przeraża mnie to, że książka jest tak popularna i że nagle sado-maso jest takim skandalikiem, który wszyscy chcieliby podglądać przez kurtynkę z fascynacją. Takie upodobania istniały zawsze. Nie podoba mi się, że nieoficjalny trailer filmu skupia się na sensualności eksplorując nasze najniższe pobudki i zwykłą ciekawość. Taka popularność niesie za sobą ogromną siłę oddziaływania, sam fakt poczytności czegoś takiego świadczy pośrednio o tym, jak nisko stoi edukacja seksualna. I to jest jedna z moich największych obaw związanych z książką. Za tak zwanych moich czasów, nawiązania w kulturze do seksu były subtelniejsze. Obecnie nawiązuje się do niego wprost. Standardowa nastolatka prędzej sięgnie po szmirę inspirowaną "Zmierzchem" (który zresztą już dobrze zna, to będzie miała łatwiej) niż poradnik napisany przez profesjonalistę. Skutkiem tego nauczy się marzyć o przewodniku seksualnym, który będzie ją obsypywał złotem i uczył seksu (na swoją modłę). Toć Christian ją nawet uczył co i jak ma sobie woskować. Zostawmy kobiece rzeczy kobietom, bo coraz bardziej mam wrażenie, że on sobie z niej zrobił jakiś produkt do używania, a ona nawet nie wie czy będą mogli wspólnie iść na imprezę jako para. Czego to nauczy czytelników, którzy jakoś wcześniej nie wpadli na to, żeby sobie wyrobić własne poglądy? Wpadajmy w ramiona psychopatom?

O tempora, o mores!

wtorek, 25 września 2012
Jak się staram o relacje

Z moich ostatnich refleksji wynika, że nawiązywanie relacji jest właściwie łatwe. To wybranie odpowiedniego obiektu, a potem utrzymanie relacji wydają się stanowić wyzwanie. Nie wahaj się, po prostu podejdź do drugiej osoby. Nie spinaj się, temat na otwarcie rozmowy zawsze się znajdzie. Jeśli wydaje ci się, że warto, postaw sobie za cel wymienienie się jakimś kontaktem, później się zastanowisz czy i jak ten kontakt chcesz wykorzystać. Gdyby ktoś pytał mnie o rady w tej materii, to brzmiałyby one mniej więcej tak. Jednak nikt mnie o takie rzeczy nie pyta, pewnie dlatego, że i nie jestem żadnych ekspertem w tej dziedzinie.

Relacje są dla mnie ważne, bo bez nich więdnę i zdycham z samotności. Są w moim życiu chwile, gdy potrzebuję nie tylko dawać, ale i sobie coś wziąć. Seks, wsparcie, cierpliwość, wspólnie spędzony czas... To rzeczy, których nie zapewni mi aktywność zawodowa czy ukochany Internet. Coś się we mnie otwiera, zmienia. Czasem muszę ze sobą powalczyć żeby wyjść do ludzi, bo przecież łatwiej jest mi chodzić utartymi (samotnymi) ścieżkami. Nie da się jednak unikać tematu przez całe życie i wcale nie jestem przekonana, czy chcę to robić. Podejmowanie wyzwań także ma swój urok, a robienie rzeczy nowych niesamowicie inspiruje. Nie tylko w dziedzinie relacji.

Dziś zakończyłam czytać najnowszą książkę Lew-Starowicza „O miłości”. Link do krótkiej recenzji zamieściłam na facebookowym profilu bloga, więc nie chcę się tutaj powtarzać. Książkę czytało mi się dość lekko i przyjemnie, ale najważniejsze dla mnie jest to, że miałam różne swoje refleksje na temat miłości, wchodzenia w relacji, bliskości i jej podtrzymywania. Fakt, miłość jest piękna i jest miłym uczuciem, aczkolwiek przez każdego pewnie jest rozumiana nieco inaczej. Miłość może być zagrażająca, wszak niesie ryzyko utraty kontroli, upokorzenia, zranienia, zawiedzenia etc., ale jakaś ogromna siła popycha nas do mierzenia się z tym ryzykiem w imię potencjalnych korzyści (prestiż, ekonomia, prokreacja, awans społeczny, bezpieczeństwo, separacja od rodziny generacyjnej – niewłaściwe skreślić). Szczęśliwa i trwała miłość to coś tak trudno osiągalnego, że jest cudem iż się to w ogóle udaje. Jednocześnie każdy z nas ma nadzieję, że jednak jemu właśnie uda się to osiągnąć. Czy trzeba czegoś więcej do szczęścia? Najbardziej wyśrubowany impact factor nie jest chyba w stanie zagłuszyć głodu bliskich relacji.

I właśnie taka bliskość z drugim człowiekiem była przedmiotem warsztatu, w którym zdarzyło mi się wczoraj uczestniczyć. Owszem, nie chciało mi się iść, bezpieczniej było tamtej nocy zostać w domu, zwłaszcza, że warsztat odbywał się w okolicy, w której nigdy wcześniej nie byłam. Ale czymś się przed samą sobą staram wykazać. Systematycznie rozliczam siebie z aktywności podejmowanych dla własnego dobra i rozwoju. Zgodnie z maksymą, że jeśli sama sobie nie pomogę, to także nikt inny tej pracy za mnie nie wykona. Pomaszerowałam więc na warsztat. Pozytywnie zaskoczyła mnie aktywność mieszkańców Warszawy, którzy przybyli bardzo licznie. Powoli zbierali się przychodząc najczęściej parami lub nawet grupkami. Ludzie w różnym wieku i różnie wyglądający. Nieświadomie już zaczęłam się z nimi porównywać, uogólniać, że tylko ja jestem samotna. Drugie, bardziej racjonalne, spojrzenie zweryfikowało mój błąd. W sali warsztatowej zebrali się ludzie różni, którzy przybyli tam realizować różne cele. Zaprawiona w warsztatach daleka byłam od przerażenia tym, co ewentualnie może nas czekać. Zwłaszcza, że i sama prowadząca okazała się całkowicie niezagrażająca. Nie wszystko mi się w pani doktor podobało, ale też trzeba jej przyznać, że się starała, aby wszyscy czuli się dobrze. Merytorycznie nie dowiedziałam się niczego nowego, ale co sobie podoświadczałam w kontakcie z innymi to moje. Na marginesie powiem tylko, że był to dla mnie pierwszy raz kiedy znalazłam się w murach uczelni prywatnej i nie mogę się powstrzymać od dygresji, że patrząc z perspektywy absolwentki dwóch państwowych uczelni wyższych nigdy w życiu nikomu nie polecałabym studiowania w szkole prywatnej. Oni się starają wyglądać poważnie, ale trudno ich tak traktować. Okazało się między innymi, że role dziekana pełni pani posiadająca doktorat i w dodatku bardzo, bardzo krętą ścieżkę zawodową. Choć pełnienie takiego stanowiska niewątpliwie jest sukcesem, to nie wiem czy akurat warto takie sukcesy odnosić w murach takiego przybytku. Wracając zaś do treści samego warsztatu powiem tylko, że był on prowadzony w miłej, bezpiecznej atmosferze. Była też okazja do ćwiczenia poznawania nowego człowieka. Wzbudziłam też zainteresowanie części mężczyzn uczestniczących w zajęciach, co niewątpliwie było miłe.

Może ja się nie powinnam poddawać, tylko częściej wychodzić z domu?:)

niedziela, 23 września 2012
Pierwsze razy

Starsi i mądrzejsi ode mnie twierdzą, że podróże kształcą. To prawda, szczególnie o ile nie odbywamy ich stale tymi samymi utartymi ścieżkami. Znów od kilku dni jestem w Warszawie. Lubię to miasto i zawsze wybieram się do niego z radością. Może także dlatego, że choć odbiega ono od ideału, to kojarzy mi się z dużą tolerancją i bezpieczeństwem. Tak, anonimowy moloch kojarzy mi się z bezpieczeństwem. Absurdalne, ale prawdziwe. Tym razem pretekstem do odwiedzenia były konferencje i szkolenie. Ponieważ kolejne dni zacierają mi się już w pamięci, zdecydowałam się opisywać swoje doświadczenia w miarę na bieżąco. A są one ciekawe.

Pakując się pamiętałam, by zabrać dres i buty do biegania. Ciekawym doświadczeniem okazało się bieganie po dotychczas nieznanych uliczkach. Ponieważ mam na to czas tylko wieczorami, to okazuje się, iż bieganie po ciemku sprzyja utrzymywania dużej szybkości biegu. Szczególnie gdy nie wiem, czy aby nie wkroczyłam na cudzy teren, albo zastanawiam się, co czai się w cieniu. Dla porządku warto powiedzieć, że staram się biegać trasami bezpiecznymi, lub tylko wyglądającymi na bezpieczne. Znacznie bardziej pocieszające niech będzie stwierdzenie, że biegałam już różnymi warszawskimi trasami i na żadnej nie spotkało mnie absolutnie nic złego. Zresztą, bieganie jest tutaj bardzo popularne, o czym więcej później.

Zaplanowałam sobie, że czas będę spędzać aktywnie i dlatego wpłaciłam kaucję i założyłam sobie konto, by móc wypożyczać rowery miejskie. Niestety, dopiero po doświadczeniu problemów zaczęłam baczniej śledzić co na temat tego systemu piszą inni internauci. Okazało się, że system błędnie nalicza czas wypożyczania roweru. Ja się nacięłam w ten sposób, że system Veturilo owszem, kod dostępu do konkretnego roweru mi wydał, ale już rowerka odpiąć nie mogłam. Już nie mówię o tym, że warszawskiej karty miejskiej oczywiście nie posiadam, a system się ode mnie jej domagał :/ Co mają zrobić przyjezdni (swój prawdziwy adres podawałam rejestrując się w systemie, więc było do przewidzenia, że takiej karty mieć nie będę) i ci, którzy nie poruszają się niczym spod znaku ZTM? Kontakt z biurem obsługi klienta nie przyniósł mi nic, spytali o to czy... podawałam dobry numer PIN i konta ;), a po kolejnym mailu obiecali odpowiedzieć za 21 dni. Zabawne, czyż nie? Jeszcze się tam nie zarejestrowaliście? I dobrze, nie powielajcie mojego błędu.

Przyjeżdżając pociągiem do Warszawy z okien zobaczyłam duży outlet i przypomniałam sobie, że koleżanka z innego miasta polecała mi to miejsce. Zatem przy najbliższej okazji zdecydowałam, że się tam przejadę. Polecam, szczególnie że chyba właśnie do końca dzisiejszego dnia w jednym ze sklepów trwa obniżka 50% na wszystko. Zakupiłam sobie spodnie za które zazwyczaj płacę cztery razy tyle oraz męską bluzę dresową w rozmiarze S. Wyglądam w niej jakbym ją zabrała starszemu bratu, ale za to jest ciepła, ma ładne kieszonki, a poza tym jest cała z bawełny, co się bluzom dresowym coraz rzadziej zdarza. Jako osoba nie lubiąca zazwyczaj chodzić po sklepach przyznaję, że spędziłam tam chyba półtorej godziny, a wyprawy nie żałuję, choć jazda na Ursus zatłoczonym autobusem, który w godzinach popołudniowych jedzie dwa razy dłużej niż to wykazano w rozkładzie stanowiła dla mnie wyzwanie. Serdecznie pozdrawiam pana, który ciamkał mi gumą do żucia za plecami.

Dzień wcześniej też było ciekawie, bo postanowiłam pójść do miejsca, w którym nigdy wcześniej nie byłam, czyli od seks shopu. No jakoś nigdy wcześniej nie miałam interesu by tam zaglądać, źle mi się te miejsca kojarzyły, a doszłam do wniosku, że jakoś tak warto by było, żebym wiedziała, co się w takim przybytku znajduje. Pierwszy raz nie może być byle jaki i koniecznie powinien się odbywać z kimś odpowiednim i dlatego na swoją inicjację wybrałam najlepszy tego typu sklep o jakim słyszałam. Przyznaję, wahałam się przy wejściu, już nie mówiąc o tym, że jechałam tam „na czuja”, ale w końcu przekroczyłam próg. Starałam się nie myśleć o tym, że jestem ubrana w totalnie nieatrakcyjną bluzę dresową, czy że panowie stojący nieopodal pewnie całkowicie skupiają się na tym, gdzie akurat wchodzę. Sklep okazał się miejscem bardzo sympatycznym, a i zastana tam klientela znacząco odbiegała od tego, co sobie wyobrażałam. W momencie kiedy weszłam pan i pani przy ladzie uwijali się, a do zapłacenia za sprawunki zrobiła się prawdziwa kolejka. Trzech panów stało przy ladzie, a czwarty ubrany zresztą w marynarkę kręcił się między półkami. Wszyscy czyści, wypachnieni, uśmiechnięci i zadowoleni z zakupów. Asortyment także z najwyższej półki. Jeśli akurat nie wzięliście ze sobą grubych, albo karty kredytowej, to nie macie po co wchodzić. Pokręciłam się, połaziłam, aż w końcu sprzedawca sprzedał co tam miał i zainteresował się, czy aby mógłby mi w czymś pomóc. „Owszem, mógłby pan. Nigdy wcześniej nie byłam w seks shopie. Czy mógłby mnie pan oprowadzić?” – to najdziwaczniejsze intro jakie można sobie wyobrazić, ale stanowi dokładny transkrypt tego, co panu powiedziałam. Co dziwniejsze pan z chęcią mnie oprowadzić, z pasją opowiadając o kolejnych akcesoriach i przy okazji przyznając, że w tej branży pracuje już od 13 lat. Gadżety erotyczne rzeczywiście były najwyższej jakości i najczęściej bardzo przyjemne w dotyku. Znacznie poszerzyłam swoją wiedzę na temat tego rodzaju akcesoriów, a samą wizytę wspominam bardzo miło. Ot, taki zapis mojego świadectwa, którym się z chęcią dzielę. Zdecydowanie wizyta w tym konkretnym przybytku zmieniła moje dotychczasowe wyobrażenia. Zachęcam do weryfikacji waszych.

Natomiast dzisiejszy ranek spędziłam bardzo pracowicie. W Warszawie trwa Festiwal Nauki co wiąże się z szeregiem ciekawych imprez organizowanych z tej okazji. Koniecznie wybierzcie coś dla siebie jeśli możecie. W dniu jutrzejszym planuję się wybrać na interesujący mnie warsztat, także liczcie na relację. Dziś skorzystałam z okazji i zdecydowałam się na wycieczkę po Łazienkach połączoną z wypatrywaniem ptaków. Ranek był bardzo chłodny, ale przecież miałam swoją ciepłą bluzę. Mimo niekorzystnych warunków zebrała się kilkunastoosobowa grupa ludzi w różnym wieku i o różnej wiedzy na temat ptaszków. Udało nam się zaobserwować kilkanaście gatunków ptaków, a ja między innymi zyskałam świadomość tego, że istnieje taki ptaszek jak mazurek. Jest on całkiem podobny do wróbla, tylko że ma czarną plamkę na białym policzku. Nauczyłam się także odróżniać kawkę od nie-kawek i dowiedziałam się jak wygląda wrona siwa. To znaczy raczej dowiedziałam się, że toto takie, to właśnie wrona siwa. Też bardzo pouczające. Polecam sam park rankiem, o tej porze roku walały się tam przepiękne błyszczące kasztany, a wiewiórki hasały po trawnikach. Było też sporo biegaczy, co w zupełności rozumiem, bo o tej porze dnia jest to z pewnością atrakcyjny teren biegowy. Okazuje się, że parkowe zwierzaki są tak oswojone, że sikorki i kowaliki jedzą słonecznik prosto z dłoni. Doświadczyłam tego – bardzo miłe. Sprawdźcie koniecznie sami.

A teraz ruszam dalej doświadczać nowych wspaniałych rzeczy.

piątek, 14 września 2012
Dziwni ludzie z marketu

Dawno temu obejrzałam w sieci fotoreportaż o dziwnych ludziach z Walmartu, czyli starej amerykańskiej sieci tanich sklepów. Składał się on ze zdjęć dziwnie ubranych, a czasem rozebranych ludzi. Zresztą i teraz wpisanie w wyszukiwarkę "strange people of walmart" przynosi fascynujące rezultaty. Ludzie ci może byli zaburzeni, może tak na luzie, a może tam jest taka mentalność. Nigdy tego nie rozstrzygnę, tak jak nie dowiem się jakimi ludźmi tak naprawdę byli bohaterowie reportażu.

Tym razem chcę napisać o dziwnych ludziach z polskich marketów. Nie mam na myśli dziwności wynikającej z oryginalnego stroju, bo z tym w Polsce jest raczej szaro i uniformistycznie. Chodzi mi raczej o dziwne podejście do wielu spraw. Czasem czuję się jak imigrantka, która wychowała się w innej kulturze. Coraz rzadziej obserwuję różne drażniące mnie zachowania rodaków i przestają mi wystarczać tłumaczenia, że są to pewnie ludzie, którzy niczego w życiu nie osiągnęli, więc popisują się w sklepie. Zauważam także, że sklepy różnią się klientelą i jej behawiorem.

Nie przepadam za Lidlem, bo czuję manipulację już od progu. Te jednokierunkowe drzwi i zmuszanie mnie do używania wielkiego kosza, bo pewnie wtedy więcej kupię mnie odstraszają. Nawiasem mówiąc nigdy z takiego kosza nie skorzystałam. Irytują mnie paniusie, które nie zrobią zakupów za mniej niż 100zł, a w koszu maja same fanaberie. Jednak tą obiekcję jestem w stanie zrzucić na karb moich własnych problemów i obiecuję jej tu nie roztrząsać. Ostatnio do Lidla polazłam skuszona 10-procentowym rabatem na prawie wszystko. I tak się wkrótce okazało, że sprowadza on ceny do akurat takich, jakie są w innych sklepach, ale ja nie o tym. Wnerwiła mnie pani, która panoszyła się po całym sklepie z synkiem. Oczywiście dzieciak miał na imię Olivier, bo polskie imiona akuratnie się skończyły. Był rozpuszczony jak dziadowski bicz, dotykał wszystkiego i wszędzie. Miał ze cztery lata, w sumie to może i miał powodu do zdenerwowania? Może uwierała go pielucha? Tak, troskliwa mamusia nawet właśnie kupowała mu ich kolejne opakowanie. Nie wiem co się dzieje z dzieciakiem, który w takim wieku lata jeszcze w pieluszce. Przez to, że pani ogarniała dzieciaka, to nie miała czasu spakować przy kasie swoich zakupów, więc każda kolejna osoba też nie mogła... Ciekawi byli też młodzi wymuskani ludzie, którym przyszło do głowy kupić jaja. Wydanie około 5zł na produkt to bardzo odpowiedzialna decyzja, w związku z tym przy miejscu z jajami stanęli oboje i... blokowali je przez 5 minut. Nie przeszkadzało im za bardzo, że w tym czasie stworzył się wokół tego miejsca swoisty wianuszek kolejnych klientów, którzy akurat też potrzebowali nabiału. Zaczynam podejrzewać, że jakąś pokrętną logiką oni sobie w ten sposób zapewniali audytorium. Stojąc w tym sępiącym wianuszku usłyszałam egzaltowaną panią, która mówi do towarzysza: "Wiesz, w Niemczech to te jajka myją, a te tutaj to nie wiem, jakieś takie obsrane. Ja nie wiem." Była wyraźnie zniesmaczona, wszak światową kobietą jest. Gdyby zeszła na ziemię być może zadałaby sobie pytanie skąd się te jaja biorą i czym jest kloaka u ptaków. Czy w końcu coś wybrali to nie wiem.

Biedronka jest miejscem, w którym zbiera się jak wiadomo biedota. Niestety biedota potrafi mnie także wnerwiać przed sklepem chuchając mi alkoholem i prosząc o margarynę do chleba. Staruszki też nie próżnują, już któryś raz mi się zdarza, że jedna z drugą cwana próbuje wykładać swoje zakupy na taśmę przede mną, tak jakby jej to miało zapewnić wcześniejsze obsłużenie. Już nie mówię o tym, że jedna sąsiadeczka zawsze wepchnie do kolejeczki drugą. Przecież one się bardzo spieszą. Biedronkę odwiedzają także rzutcy panowie, którzy umieją walczyć o swoje. Tak jak facet z rozwianym włosem, który to zablokował całą kolejkę, bo on chce gadać z kierownikiem, bo naliczono mu właśnie kiełbaski w cenie różnej od tego, co widać na sali. Oczywiście rzeczoną cenę kasjerce zapłacił, ale piał przy kasie z dobre pięć minut łypiąc raz po raz czy aby wszyscy go widzimy. Gdy kierownik przyszła, okazało się, że cena na sali była za 100g i więcej rzutkiego przedsiębiorcy nie widzieliśmy.

Carrefour jest droższy, ale sporo produktów ma też lepszej jakości. Posiada kasy samoobsługowe, które większość boi się obsługiwać. Do tego ma tak wiele stanowisk kasowych, że pozwala sobie na kasę do 10 produktów. Niestety, zawsze się znajdzie jakaś gwiazda, która udaje, że nie umie czytać i polezie do takiej kasy z koszem wypchanym po brzegi by trafić na kasjerkę, która chce być miła i nie zwróci jej uwagi. Denerwuje mnie też to, że jest to jedyny sklep, w którym mam problemy z płaceniem zbliżeniowo. Macie podobne doświadczenia?

Mój poziom frustracji różnymi sprawami jest tak duży, że z chęcią przerzuciłabym się na kupowanie w sieci. Na koniec dnia dziwię się, że martwią mnie aż takie pierdoły.

22:41, wildfemale
Link Komentarze (6) »
niedziela, 09 września 2012
Chyba złapałam jakąś francę

Staram się nie przesypiać życia i próbować nowych rzeczy. Zaczęłam zwracać uwagę na to, w co się ubieram. Wbrew podejrzeniom życzliwych czytelniczek, do stereotypowej stuprocentowej kobiecości wiele mi brakuje, ale jednocześnie prawdą jest, że poczucie mojej kobiecości wciąż rośnie. Jest ono na tyle stabilne, że nie przeżywam dysonansu szukając rzeczy męskich dlatego, że są wygodne. Tym sposobem zawitałam do obuwniczego i zajęłam się mierzeniem butów. Zawsze lubiłam buty dobrej jakości, stąd w przedbiegach odpadły te zrobione z tworzyw sztucznych. Niestety, kiedy już znalazłam takie, które były zrobione ze skóry i miały porządną podeszwę, to okazało się, że występują tylko w rozmiarze 46. Mam dużą stopę, ale nie aż tak;) W dodatku w sklepie życzyli sobie za nie aż 450 zł. Wahałam się, sprzedawcy obiecali ściągnąć mój rozmiar z którejś z trzech filii, w których figurował w systemie, a ja wciąż zastanawiałam się, czy jestem tego warta. 450 zł to dla mnie duża suma, z drugiej strony wszędzie mi krzyczą, że należy mi się odrobina luksusu i takie tam. Po kilku dniach okazało się, że tych ekskluzywnych (sam Will Smith nosił ;)) i elitarnych butów nigdzie nie ma, bo rzucili tylko 3 pary na całą Polskę. Zrozpaczona rzuciłam się do Internetu i okazało się, że są, są hurra! i to w cenie... 280zł. Niezmiernie mnie to zdziwiło. Zresztą, wahałam się długo, bo nigdy nie kupowałam butów przez sieć. Ale to była ostatnia para, a ja naprawdę się zdążyłam napalić. Ostatecznie zamówiłam i zażyczyłam sobie dostarczenia kurierem. I tu był mój błąd.

W piątek o 12:36 odebrałam telefon od kuriera DPD, który już w pierwszym kontakcie brzmiał bezczelnie. Dowiedziałam się od niego, że nie podjedzie do miejsca, w którym się aktualnie znajduję mimo, że mieściło się ono o 11 minut drogi dalej. Kto normalny przypuszcza, że zastanie mnie w południe w dzień roboczy w domu?! Chłopak dostarczający paczkę poinformował mnie, że na pewno mi jej nie zdąży dostarczyć, że jakby co to może ją u sąsiadów (!) zostawić, bo oni mu wyglądają na takich co odbierają. Czy dostarczenie przez kuriera naprawdę polega na tym, że on zostawia paczkę tam, gdzie mu wygląda?! Za to mu płacę?! Podał mi numer telefonu i kazał do siebie zadzwonić, to on mi wyznaczy gdzie na trasie się ze mną spotka. Zadzwoniłam, ale nie do niego, a do biura obsługi klienta (czas oczekiwania na połączenie z panią to w moim przypadku jakieś 50 min., tzn. po takim czasie pani do mnie oddzwoniła). Dowiedziałam się, że kurier miał prawo mi odmówić, że na pewno umówi się ze mną na trasie w dogodnym dla mnie miejscu (?!), że widać to miejsce, które ja mu zaproponowałam to nie jego rewir. Poszłam po zakupy, potem przypadkowo spotkałam na ulicy kolegę, który na stałe mieszka w sąsiednim województwie, ale akurat przyjechał na konferencję i siadł mu samochód w okolicach mojego domu. Przy okazji dowiedziałam się, że kolega dorobił się dodatkowej dwójki dzieci, a na miesiąc zarabia co najmniej kilkanaście tysięcy. Heh! Srodze się zdziwiłam, kiedy chwilę po rozstaniu z kolegą rozdzwonił się telefon. W słuchawce usłyszałam "no jedziesz kurwa czy nie jedziesz?", więc się rozłączyłam. Numer poznałam, oczywiście profesjonalny kurier DPD. Za chwilę raczył zadzwonić ponownie, pytając, czy ja w ogóle chcę tą przesyłkę, bo przecież miałam dzwonić, a nie dzwonię, zapytał mnie też gdzie teraz jestem i był bardzo, ale to bardzo niezadowolony, że akurat jestem w takim, a nie innym miejscu. "Dobra, niech już pani tam będzie." Nie zdążyłam ujść paru kroków, a usłyszałam za sobą pędzący nieoznakowany pojazd dostawczy. Za kierownicą siedział dobrze znany mi narwaniec, który w ogóle nie powinien pracować w takim charakterze. Przedstawił mi do podpisu tabliczkę z dowodem doręczenia. Przy okazji zobaczyłam, że tego dnia mało co dostarczył. Przedstawił mi ją zanim mi pokazał paczkę. O szansie na ewentualne spisanie protokołu uszkodzenia nie ma mowy. Potem w końcu wyciągnął paczkę i nawet nie wiedziałam, czy już ją mogę sobie wziąć, bo mi jej przecież nie podał. To pewnie nie należy do jego obowiązków podobnie jak dzwonienie do mnie, o czym mnie poinformował. Nakrzyczał też na mnie, że przy ponownej próbie dostarczenia pewnie też mnie znów w domu nie będzie. Wzięłam przesyłkę i uciekłam do domu. Czy naprawdę tak powinien był mnie potraktować?

A buty, owszem, bardzo wygodne i udane.