RSS
sobota, 28 września 2013
Przesilenie jesienne

Czy Was też dopada przesilenie jesienne? To chyba przez nie wcześniej zapadam w sen w każde popołudnie. I chyba przez nie zmarnowałam okazję na pracę dorywczą, bo po prostu nie byłam w stanie się wywiązać z terminów. A wciąż staram się pamiętać o tym, że pracę należy szanować.

Nawet biegać mi się nie chce, a widzę, że inni takich oporów nie mają, kiedy widzę ich na trasie szczęśliwych i adekwatnie ubranych. W tym miesiącu udało mi się pobiegać tylko raz. W tym miesiącu chciałam się także zapisać na siłownię, były nawet dni otwarte, ale... nie miałam energii żeby na tą siłownię dojść :( Nawet mój Internet działa wolniej, choć nie powinien. Włączyłam pełne skanowanie dysku, choć nie spodziewam się znaleźć wirusa. Sieć niespodziewanie przestała mnie łączyć z wybranymi stronami (także takimi jak np. strasznie obciążająca łącze google.com:/). I to właśnie wtedy, kiedy zaczęłam wchodzić na stronę konferencji, gdzie były podane deadline'y. Czyżby ktoś nie chciał żebym w tym roku była uczestnikiem?

Dzięki Bogu zawczasu zdążyłam się zarejestrować przez ten sam Internet na pewne spotkanie pasjonatów mojego miasta. W dodatku okazuje się, że organizują dziś imprezę publiczną dotyczącą czytelnictwa książek, więc chętnie się wybiorę. Zapisałam się także do Dyskusyjnego Klubu Filmowego, który rusza w przyszłym miesiącu. Nastawiam się pozytywnie, choć towarzyszy mi obawa, że terminy spotkania mogą kolidować z moim harmonogramem pracy. Często wyjeżdżam, często pracuję do późna. Niedługo okaże się, że z ludźmi mogę się kontaktować tylko korespondencyjnie - przez Internet, który niemiłosiernie laguje. Wyjście do ludzi mi nie zaszkodzi. Rozpaczliwie poszukuję grona ludzi, którzy nie są związani z moją branżą i będą stanowić odskocznię od pracy.

Nie ukrywam, że wreszcie chciałabym poznać kogoś, z kim można stworzyć głębszą i bliższą relację. Poznawanie przez Internet odpada. Uderzające jest dla mnie jak człowiek głęboko zaburzony potrafi w pozytywnym świetle przedstawić się w sieci. Kompetencje społeczne danej osoby muszę weryfikować koniecznie osobiście. Mało tego, często ci, którzy siedzą w sieci, nie koniecznie skorzy są by ja opuszczać, a ja bardzo potrzebuję kontaktu z rzeczywistością.

Ostatnio zrażam wszystkich do siebie, a co gorsza sama potem do końca nie rozumiem motywów swojego postępowania. Dramatyczna sytuacja. Jak tak dalej pójdzie, nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. Na domiar złego wczoraj odebrałam bardzo dziwaczny telefon w pracy, ktoś zaburzony usilnie szuka ze mną kontaktu choć na płaszczyźnie zawodowej zetknęliśmy się tylko raz i to przeszło rok temu. Teraz człowiek ten z niezrozumiałych przyczyn szuka ze mną kontaktu, jego motywy nie są dla mnie jasne, a ja czuję się zagrożona. Powiedzcie mi co kieruje człowiekiem (którego absolutnie nie prowokowałam) do przeczesywania całego Internetu w poszukiwaniu informacji na mój temat? Pan wiedział, że nie mam konta na Fejzbuku, z kim współpracuję naukowo i doszukał się gdzie aktualnie pracuję, mimo że kontakt mieliśmy gdzie indziej. Bez wątpienia jakaś dobra dusza mu podała.Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Jeśli nikt mnie nie napadnie, to możecie się spodziewać kolejnych notek:(

niedziela, 22 września 2013
Lovelace - recenzja filmu

Ten tytuł niewiele Wam powie, zakładam jednak, że tytuł "Deep throat" ("Głębokie gardło") mówi znacznie więcej. A tytuły te są ze sobą ściśle powiązane. ""Lovelace" miał swoją światową premierę w styczniu bieżącego roku, a obecnie w ograniczonej dystrybucji kinowej będzie miał swoje premiery także w innych krajach. Niestety, nie znalazłam Polski na mapie światowych premier.

Film opowiada historię innego obrazu, który to trafił do kin w 1972 roku. "Głębokie gardło" był pierwszym filmem pornograficznym, który dopuszczono do emisji w kinach w Stanach Zjednoczonych. Fabuła "Lovelace" krąży wokół życia jego tytułowej bohaterki, znanej jako Linda Lovelace. Był to pseudonim żony Chucka Traynora, która została przez niego zmuszona do zagrania w hardcore'owej pornografii. "Lovelace" zapoznaje nas z kilkunastoma latami jej życia, kiedy stała się sławna dzięki niesławnej roli.

Obraz ten zmusił mnie do refleksji nad losem gwiazdeczek porno, a jeszcze bardziej do rozważań nad rolą wzorców rodzinnych i społeczeństwa w podtrzymywaniu przemocowych relacji. Ukazano nam bowiem świat lat 70-tych i 80-tych, kiedy to najwyraźniej nie istniały centra interwencji kryzysowej o niebieskich kartach nie wspominając. Jak to się także stało, że młoda kobieta nie dostrzegała różnych sygnałów ostrzegawczych, które mogłyby ją odwieść od poślubiania psychopaty?

Kompozycja filmu jest moim zdaniem bardzo dobrze przemyślana. W pierwszej części poznajemy pocukrowaną wizję kariery aktorki porno i jej męża-menadżera, w drugiej zapoznajemy się z mroczniejszymi kulisami całej sprawy. Zupełnie jak ówczesna publiczność, która waliła drzwiami i oknami na kasowy film, a potem dowiedziała się z autobiograficznej książki bohaterki jakim piekłem było jej małżeństwo i jakiej przemocy ona doświadczała. Mimo ogromnych zysków jakie przyniósł film, Linda Lovelace zobaczyła z tego jakieś 1250$. Warto to mieć na uwadze w dobie seriali przedstawiających prostytucję czy przemysł pornograficzny jako autostradę do bogactwa.

Chwilami miałam wrażenie, że mam do czynienia z filmem dokumentalnym ze względu na odatowanie i podawanie lokalizacji kolejnych scen. Twórcy filmu zadbali także o historyczne domknięcie historii przedstawiając jak Linda zakłada nową rodzinę, zaczyna walczyć z pornografią, a przede wszystkim wydaje książkę z jakąś wersją prawdy o sobie i swojej przeszłości. Krytycy zarzucają filmowi brak ścisłości historycznej. Mnie jednak znacznie bardziej zainteresowało to, co sprawiło, że Linda w ogóle w całe to bagno weszła. Naiwnie wierzę, że w tak zwanych dzisiejszych czasach takie sytuacje są mniej prawdopodobne.

Linda wywodziła się z domu, w którym panowały surowe zasady. Sztywne zasady typowe dla ówczesnej amerykańskiej rodziny, z tradycyjnym podziałem obowiązków. Obraz takiej rodziny dobrze oddano na przykład w niegdyś popularnym serialu "Cudowne lata". Lindę nauczono, że mąż to istny dar boży, którego życzenia na odgadywać i w lot spełniać. Dlatego też nie znalazła zrozumienia u swojej matki, kiedy szukała schronienia w domu rodzinnym. Usłyszała, że to nie wyglądałoby dobrze,a na przemoc z pewnością zasłużyła. W takim klimacie wiele musiało ją kosztować podjęcie decyzji o rozwodzie.

Linda miała taki dom, z którego chce się uciekać, więc jak najszybciej go opuszcza. Ma jednak to nieszczęście, że wpada w ramiona psychopaty, który ją początkowo zauracza, a potem traktuje bardzo przedmiotowo. A przecież już przed ślubem łamał wiele zasad, budził podejrzenia. Związki to trudna materia i w zasadzie tylko zdrowa rodzina pochodzenia lub skuteczna psychoterapia są w stanie sprawić, że będziemy w zdrowy sposób dobierać sobie partnerów. W filmie odnajdujemy dość dobry portret psychologiczny tych zależności i w mojej ocenie stanowi to jego największy walor.

"Lovelace" może być dobrym wyborem na kolejne spotkanie Dyskusyjnego Klubu Filmowego, o ile takie funkcjonują w Waszej okolicy.

Tagi: film recenzja
02:00, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 września 2013
Co by było, gdyby dwulatki prowadziły blogi?

Tym razem dirk5 natchnęła mnie do rozważań na temat niedocenionego i niezagospodarowanego dotychczas targetu, czyli dwulatków. Co by było, gdyby dorwały się one do blogosfery? Cóż, z pewnością byłoby niekonwencjonalnie i nietypowo. Na przykład mogłoby się okazać, że prym wiodą blogi nie koniecznie kulinarne, choć z kulinariami w pewien sposób powiązane.

Faza analna w rozwoju wciąż trzyma się dobrze. A pomyślcie ile odsłon i lajków mogłaby wygenerować.

Ciekawostki:

1) Istnieje strona internetowa z długa tradycją, zawierająca program do samodzielnego przerobienia adresowany do dzieci mających problem z nietrzymaniem stolca.

2) Istnieje strona internetowa zawierająca fakty na temat kupy i tematów pokrewnych. Co ciekawe, według statystyk odwiedzają ją głównie osoby wykształcone i kobiety. Szczególnie szokuje to ostatnie, gdyż kobiety kupy nie robią.

3) Istnieje Bristolska skala uformowania stolca. Rzecz podstawowa dla każdego pediatry.

Wszelkie uwagi na temat mojego warsztatu rysunkowego bardzo w cenie;)

niedziela, 08 września 2013
Limbo - recenzja gry

Od dwóch lat, czyli od kiedy dotychczas istniejąca wersja na konsole przeobraziła się w wersję na komputery osobiste chciałam zagrać w tę grę. Niestety nie dysponowałam sprzętem mającym odpowiednie parametry techniczne. Jak wiedzą stali czytelnicy tego bloga, sytuacja ta niedawno zmieniła się. Przystąpiłam zatem do realizacji swojego marzenia.

Przy grze spędziłam bardzo przyjemnie kilka godzin z przerwą na spacer. Kiedy już się zaangażowałam, trudno mi było się od niej oderwać. Kto nie grał, koniecznie powinien to nadrobić. Gra jest przeznaczona raczej dla osób dorosłych lub starszych nastolatków ze względu na część dość drastycznych scen i łamigłówki logiczne wymagające dość gruntownej wiedzy z zakresu fizyki (mechanika, dynamika, elektromagnetyzm). Istnieje polska wersja językowa, a do sterowania służy pięć klawiszy (strzałki i Ctrl do manipulowania otoczeniem).

Prosimy nie regulować monitorów. Gra naprawdę jest czarno-biała i moim skromnym zdaniem ta konwencja stylistyczna się sprawdza. Gracz steruje bezimiennym chłopcem, któremu przychodzi walczyć ze złośliwymi pająkami, unikać wrogo nastawionych ludzi i manipulować różnymi przedmiotami w otoczeniu. Podczas gry przesuwamy niezliczoną ilość skrzynek i wajch. Oczywiście w odpowiedniej kolejności. Liczba zgonów w czasie gry nie jest limitowana, a zdarzają się one często. Przypomina to konwencję gier na konsolę, czym Limbo pierwotnie był. Po śmierci głównego bohatera (przez rozczłonkowanie, przebicie, dekapitację) wracamy do przerwanej części gry. Możliwe jest też startowanie od poprzednio zaliczonego rozdziału. Opcję tę wybiera się w menu głównym.

Mocna stroną gry są dźwięki. Są dopracowane, różnorodne. Usłyszymy między innymi bębnienie deszczu, pękanie szklanych tafli i różne dźwięki kroków w zależności od powierzchni, po której porusza się nasza postać. Zabrakło mi możliwości wyboru płci głównego bohatera. Z niewiadomych przyczyn wolałam bowiem poruszać się dziewczynką po tym złowrogim świecie. Słabą stroną jest także ograniczona fabuła. W moim odczuciu uatrakcyjniłaby ją jakaś historia wprowadzająca, cel przewodni całej misji. Tymczasem nie wiedziałam dlaczego od pierwszych kadrów znalazłam się w jakimś złowrogim lesie. Nie wiedziałam gdzie znajdę się w kolejnych kadrach. Niektórzy za słabą stronę gry uznają niekiedy zbyt trudne łamigłówki. Ja sobie z nimi poradziłam i miały one dla mnie optymalny poziom trudności. Byłoby mi jednak nieco łatwiej gdyby choćby część z nich wynikała z jakiejś fabuły. Rozwiązywałabym je wówczas korzystając z ogólnej wiedzy o świecie, a nie mechanicznie sprawdzając co i gdzie da się przesunąć i szukając brakujących elementów (np. dodatkowej skrzynki). W obecnej chwili mam poczucie, że dobrze napisany bot mógłby sobie z grą poradzić lepiej i szybciej niż człowiek.

Zakończenie gry jest otwarte i wieloznaczne, co mnie osobiście cieszy. Wciąż liczę na część drugą utrzymaną w tym samym klimacie. Mam nadzieję, że jeśli powstanie sequel gry, twórcy nie zrezygnują z kolorystyki czy dwuwymiarowości gry. Podkolorowanie postaci, wytworzenie skomplikowanej trójwymiarowej grafiki i np. dodanie bohaterom jakichś supermocy czy złożonych skrótów klawiszowych wywołujących akcje specjalne,  w moim odczuciu raczej by grze ujmowało niż było atrakcyjnym bonusem.

Jako ciekawostkę dodam, że w dowód uznania, gra ta ma swoje hasło w polskojęzycznej Wikipedii. Powstało ono na początku 2011 roku. Serdecznie zachęcam do gry i samodzielnego szukania rozwiązań kolejnych wyzwań intelektualnych pojawiających się w poszczególnych rozdziałach.

Tagi: gra recenzja
20:01, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 września 2013
Siłom i godnościom osobistom

Wężykiem, wężykiem... wracałam wczoraj do domu. Nie z powodu zawartości etanolu we krwi, ale raczej z powodu zwyczajnego zmęczenia. Skutkiem tego nie zdołałam napisać do Was wczoraj, choć myślałam o Was i miałam już w głowie plan tej notki. Niestety zasnęłam przedwcześnie nie zdążywszy nawet obejrzeć kolejnego odcinka "Covert affairs". Sami rozumiecie, że musiało być ciężko ze mną. Nawet żeby poczęstować mnie cieplutkim ciastem ze śliwką trzeba było mnie obudzić. Zaś o 2:51 obudził mnie ból gardła. Znacie jakieś cudowne sposoby na walkę z wirusowym zapaleniem gardła? Bardzo się męczę.

Wczoraj wieczorem jednak skupiona byłam na myśleniu o swoich relacjach w pracy i różnych implikacjach takowych. Aktualnie w pracy czuję się źle. Haruję jak wół za innych, a nikt tego nie docenia. Czego nie zrobię to źle. Spóźniają się wszyscy, a ponadto większość z nich wychodzi godzinę wcześniej nikomu się nie tłumacząc. Oczywiście wszystkie uwagi dotyczące spóźnień, nieobecności i uchybień trafiają do mnie, gdyż akurat jestem pod ręką. Logiki w tym za grosz, a i moje poczucie satysfakcji gwałtownie spada. Nikt w pracy nie dba o moje potrzeby, a z taką sytuacją nie jestem oswojona ani tym bardziej pogodzona.

Sytuacja ta z oczywistych względów obudziła moje wyraźne niezadowolenie. Zaniepokoił mnie koszmar senny, w którym daję w mordę koledze z pracy. Kolega akurat nie robi nic, za to dobrze się promuje. Takie koszmary senne biorą się ze złości i frustracji. Bardzo negatywnych uczuć. Tymczasem w piątkowy wieczór doznałam oświecenia, odkryłam jak ważne jest realizowanie się na kilku płaszczyznach. W zupełnie innym miejscu ktoś mnie docenił, dogłaskał, dał wiarę w to, że robię coś rozsądnego na płaszczyźnie zawodowej. Tego mi było trzeba. Odrosły mi skrzydła.

Właśnie w takich chwilach cieszę się, że nie obniżyłam własnych standardów, nie poszłam po linii najmniejszego oporu, nie stałam się opryskliwa na osób, z którymi pracuję. Pozostałam na poziomie, choć moja podświadomość krzyczała o coś innego i choć współpracownicy irytują mnie w każdej sekundzie. Jedynie dzięki niezwykłej sile woli mogę wieczorem spojrzeć sobie w lustrze w twarz, a potem runąć zmęczona do łóżka. Ci, którzy pracują rzetelnie, śpią potem snem sprawiedliwych. Dlaczego to piszę?

Chciałam dać świadectwo, że warto pozostawać wiernym własnym wartościom i standardom, nawet jeśli otoczenie temu nie sprzyja i nikt nie będzie w stanie ocenić, czy dokonuję dobrego czy złego wyboru. Być może nieco naiwnie wierzę, że może to przeczytać ktoś, kto aktualnie wątpi tak jak ja wątpiłam do niedawna. Do takich osób właśnie dzisiaj piszę. Niech ta notatka zmienia Wasze życie na lepsze.

11:12, wildfemale
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 września 2013
Byłam na Jobsie

Wybrałam się po raz kolejny do kina. Miałam swoje obiekcje, nie powiem. Osadzenie Ashtona Kutchera w roli tytułowego Jobsa uważam za strzał w kolano, bo jest to aktorzyna cokolwiek drewniany i kojarzący się raczej z kreacjami komediowymi. Ale co ja tam wiem?

Skusił mnie aspekt poznawczy, to znaczy możliwość zapoznania się z życiorysem sławnej współczesnej postaci, choć uprzedzano mnie, że film jest raczej historią firmy Apple, a nie samego Steve'a. To ostatnie okazało się prawdą. Niemniej jednak między wierszami z samego Jobsa wychodzi kawał świra i to nie zawsze w pozytywnym znaczeniu. Trąci zaburzeniem osobowości, a jednocześnie zdumiewa, jak w tym samym czasie był on w stanie inspirować tak wiele ludzi, bo co do tego, że ciągnął za sobą tłumy nie mam żadnych wątpliwości. Film przekonał mnie, że warto odchodzić od schematu, co już starałam się realizować we własnym życiu, aczkolwiek ze zmiennym szczęściem.

Trudno mi było nadążyć za korporacyjnymi zwyczajami przedstawionymi w filmie. Znów (stety?) skończyło się na tym, że w duchu cieszyłam się iż z takimi instytucjami nie miałam na drodze zawodowej do czynienia. Nigdy nie wiedziałabym co mnie czeka. Tymczasem wiem co mnie czeka. Na przykład kolejna migrena spowodowana tym, że jakiś idiota z jeszcze większą idiotką będą przy mnie palić papierosy i licytować się o to, które z nich ma większy szacunek do drugiego człowieka podczas kiedy żadne najwyraźniej nawet nie zna znaczenia tego słowa. Ostatnio w pracy zostałam także oskarżona o transseksualizm (to znaczy słowo to by z pewnością padło, gdyby tylko oskarżający je znali), ale to temat na zupełnie odrębną notkę. Nadmienię tylko, że wydarzenie takie znacznie zachwiało resztkami mojej wiary w jakikolwiek poziom (kulturalny, intelektualny) ludzi, z którymi współpracuję i na tym poprzestanę.

Pozostając w świecie informatycznych skojarzeń nadmienię, że kiedy zaczęłam się poważnie interesować (=napisałam mail z prośbą o sprowadzenie do filii sklepu i zadeklarowałam chęć nabycia) kupnem konkretnego ultrabooka, okazało się, że model ten jest nie-/ ciężko dostępny (zależnie od sklepu), a tak w ogóle to jego cena raptownie wzrosła o 200 zł (w jednym ze sklepów). Skutkiem tego zrezygnowałam z zakupu i zainteresowałam się nowszym modelem, który jest automatycznie o 900zł droższy. Dlaczego ultrabooki tak dużo kosztują?! Toż to jawna niesprawiedliwość w porównaniu z cenami laptopów!

Na koniec podzielę się smutną wiadomością. Okazuje się, że nie będzie już "Dobranocki" na TVP 1. Zamiast tego zaserwują swoim widzom (nie mnie) lifestyle'owy magazyn prowadzony przez weterankę Młynarską. Niniejszym postuluję o oddanie dzieciom dobranocki. Tradycja musi być, choć nie jestem przekonana jaka byłaby oglądalność tego programu w dobie multimediów i dedykowanych dziecięcych kanałów telewizyjnych.

Tagi: refleksje
21:18, wildfemale
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 września 2013
Brak produktów dla mnie

Niby na półkach znajduje się znacznie więcej niż ocet, ale dla mnie tych produktów wciąż brakuje. Wybranego przeze mnie netbooka muszą ściągać na zamówienie, gdyż nie poszłam za najnowszymi trendami i chcę mieć preinstalowany nie-Win8. Zła kobieta ze mnie.

W sklepie nie ma dla mnie marynarek. Damskie są zbyt kuse, a męskie mają zbyt wypchane bary. Kiedy już marynarka akurat nie jest zbyt wypchana, to okazuje się, że ktoś miał czelność uszyć ją z czegoś innego niż bawełna, sztruks czy len. Spuśćmy jednak zasłony milczenia na marynarki. Nawet skarpetek już dla mnie nie ma. Przestali produkować takie zrobione ze 100% bawełny.

Dziś wielką przykrość zrobiła mi firma HD. Nie swoimi cenami. Ceny mają wysokie jak zawsze, ale ja by była gotowa nawet i tyle im zapłacić, gdyby tylko okazało się, że mają jednak buty dla mnie. Nie mają. Model butów damskich Platon - idealnie lekkich i smukłych, zastrzeżenia można by mieć tylko do zbyt śliskiej i sztywnej podeszwy, kończy się na rozmiarze 41. Nie przewidziano, że istnieją wielkie kobiety takie jak ja. W dodatku ze smutkiem zauważam, że jest to bardzo małe 41, które cisnęło mnie jak jasna cholera, czego nie omieszkałam w takich właśnie słowach oznajmić panu sprzedawcy. Pan sprzedawca nosił akurat rozmiar 40, ale nie tego modelu;) Nie ma sprawiedliwości na świecie.

Społeczeństwo jest celowo ogłupiane coraz to bardziej nieudolną edukacją, aby łatwiej je było mamić igrzyskami i aby łatwiej wierzyli, że chcą nosić koszule z nylonu i poliestru. Starsze pokolenie wymrze, to młodzi nawet nie będą wiedzieli, że powinni byli za czymś tęsknić. Tymczasem to ja zapomniałam, że jestem już stara i wybrałam się na film o zabijaniu demonów. Myślałam, że "Dary anioła: Miasto kości" to będzie dobry film. Tymczasem obejrzałam marny filmik a'la "Saga zmierzchu", w której dowiadujemy się, że J.S. Bach był Nocnym Łowcą, a dom najłatwiej jest wysprzątać dziarając sobie na ramieniu magiczną runę. Mimo braku fizycznego zmęczenia, na sali zdrzemnęłam się dwa razy. Za największą zaletę filmu uważam wygodne fotele kinowe.

Z obrzydzeniem patrzę na to, jak książka "Dary anioła" pnie się na liście bestsellerów na liście Empiku. Półka obok top 10 jest zresztą zawalona stosem prozy erotycznej, która zrobiła się modna po erze Greya. Zresztą któryś tam tom Greya także jest obecnie w sprzedaży. Otworzyłam dziś jedno z takich aspirujących dziełek ze względu na ciekawą okładkę. Niestety, na estetycznej okładce zalety tej książki się skończyły. Nie mogę tylko zrozumieć dlaczego toto jest uznawane za coś lepszego niż dobra stara literatura dla kucharek w postaci Harlequinów. Okazuje się zatem, że nie ma dla mnie nawet podniecających książek erotycznych. A nie żebym była mało reaktywna. Co to, to nie.

Wydaje się, że nie jestem człowiekiem na miarę naszych czasów, choć wydawało mi się,że moje oczekiwania są dość zwyczajne. Widzę za to, że ja mogę być "produktem" dla wszystkich. Mówiąc to pozdrawiam osobę, która trafiła na mój blog po haśle "siusiaki" ;)